Strona:Pisma VI (Aleksander Świętochowski).djvu/102

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    Andrzej. To źle, bardzo źle. Nie chciałbym uchodzić za tyrana...
    Onufry. Jeden nawet młody obywatel z sąsiedniego folwarku tak się w niej rozmiłował, że codzień tu bywa i podobno o żeniaczce myśli.
    Andrzej. Tego przepłoszymy. Jak się nazywa?
    Onufry. Tadeusz Leszczyc, syn miernej fortuny szlachcica, ale dawnego posła naszej ziemi w Warszawie, który ma dziś wrócić z jakimś ordonansem od Francuzów.
    Andrzej. Znam starego krzykałę. Synkowi zrobię przyjemność, kiedy taki demokrata. (Staje przy oknie) Nic ją to przebranie nie oszpeciło. Nawet najpodlejszy strój wdziękom jej służy. Przechodzący szlachcic zdjął czapkę... (Zwracając się do Onufrego) Powiedz nieproszonemu konkurentowi, że mu w moim lesie nie wolno złapać i obedrzeć z futra wiewiórki, a tem mniej podkradać mi się do poddanki. Jeśli go tu spotkam, jak lisa w żelaza złowię lub jak wieprza ze szkody zająć każę. Co mam, to mam dla siebie; a waszeć pod karą utraty miejsca strzeż mi tego, czego nikomu nie ustąpię. Zawołaj tu ją.
    Onufry (na stronie). Nikomu jej nie ustąpi? Więc i mnie... O, coś niedobrego się święci (wychodzi).

    SCENA VII.
    Kazimiera i Andrzej.

    Andrzej (do Kazimiery, dając znak Onufremu żeby od-