Strona:Pisma VI (Aleksander Świętochowski).djvu/093

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


stralski monarcha, czego się swoją stopą dotknie, tem rozporządzać może.
Kazimiera. Bądź pan ostrożniejszym z angielską grzecznością, bo ona może pana zawieść w polskich obyczajach.
Andrzej. Bynajmniej. Dawno już wyłuskałem się z sarmackiej łupiny i wiem, co się wszędzie należy kobietom. A nawet, szczerze mówiąc, ile razy z zagranicy przyjeżdżam i przyznaję się do mego narodu, czynię to zawsze dla jego pięknych córek. (kłaniając się) Dzięki pani, najbardziej pragnę w tej chwili być jego synem.
Kazimiera (z ironią). Wprzódy spytaj pan ostatniej woli ciotki, czy możesz być moim bratem.
Andrzej. W dosłownem znaczeniu takiego stosunku i ja sobie nie życzę; co zaś do woli mej ciotki, to ona mimo że ostatnia w jej życiu, nie może być na ten raz pierwszą w mojem. Wreszcie posłuchajmy, co wojewodzina mówi. Gdzie testament?
Kazimiera (słabym głosem). Opieczętowany w tem biurku.
Andrzej (do Onufrego). Otwórz.
Kazimiera (rzucając się do nóg Andrzejowi). Litości!
Andrzej (zmieszany). Co pani?
Kazimiera (zerwawszy się). Wy litości nie znacie! Sama! Gdzie dla mnie prawo... ratunek... miłosierdzie! (wybiega).