Strona:Pisma VI (Aleksander Świętochowski).djvu/087

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Kazimiera (szyderczo). A gdzież w tedy była wasza, panie Onufry, nahajem zaprawiona ręka, wasza karabela bez rękojeści z zajęczego skoku, wasz szkaplerz...
Onufry (przerywając). Człowiek był młodszy, o łaskę pańską więcej dbał...
Kazimiera (wzgardliwie). Lwy w słowie, jagnięta w czynie.
Onufry. Skora do niewdzięczności jesteś, panno Kazimiero. Czy przez lat piętnaście wycisnąłem ci z oczu chociaż jedną łzę? Czy przez tych kilka tygodni, od śmierci wojewodziny, nie starałem się ci jej zastąpić? Czy zawsze nie dogadzałem wszystkim twoim żądaniom? Ojcem lub sługą byłem dla ciebie na przemian, a ty mnie, panno Kazimiero, dziś udającym lwa jagnięciem nazywasz...
Kazimiera. Nie gniewaj się, panie Onufry, jeśli prawda, że mnie kochasz.
Onufry (z zapałem). Kocham bardziej, niż ojciec, niż wszyscy, którzy cię zrodzili lub poznali. Wojewodzina była kobieta zazdrosna i surowa, bałem się więc o tem za jej życia mówić. Zawsze jednak serce w mej piersi miłością dla ciebie gorzało. Prawda, dawno ja już niebu na tej ziemi się naprzykrzam, ale kilka dziesiątek lat — to jeszcze nie kilka matuzalowych setek. Młodością jest gorąca krew, a ta dotąd w moich żyłach — chwała Bogu — nie skrzepła. Więc krótko rzecz wiążąc, jeśli względem twego ojca, panno Kazimiero, zgrzeszyłem i nie odpokutowałem, jeśli z mojej winy