Strona:Pisma VI (Aleksander Świętochowski).djvu/086

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


pozwolę igrać samowolnie z losem sieroty. Niech poczeka, aż grzyb zakwitnie. Ja panienkę dzieckiem do dworu przyniosłem, piętnaście lat strzegłem, a dziś miałbym opuścić? A tożbym sobie na karabeli rękojeść z zajęczego skoku kazał nasadzić, a w herbie kreci ogon umieścić. Jezus Marya — przecież w szkaplerzu nie noszę cielęcej wątróbki. Ja cię, panno Kazimiero, tak kocham...
Kazimiera. Dziękuję ci, panie Onufry, bo dziś każda opieka jest dla mnie dobrodziejstwem. Może wojewodzina, umierając, poczuła obowiązek wynagrodzenia mnie za usługi chociaż prawem swobody, może przy śmierci, jak za życia, była dla mnie matką... A jeśli nie?... Wtedy ojcze mój zmartwychpowstań i zadrżyj przed nieszczęściem swego dziecka, które tak nieopatrznie powierzyłeś pańskiej wspaniałomyślności!
Onufry. Nie skarż go, panno Kazimiero, nie skarż. Oddał cię, bo musiał, bo był poddanym, bo go lata choroby tak u pani zadłużyły, że tobą tylko mógł się jej wypłacić. Gdy wojewodzina, której dzieci Bóg poskąpił, spostrzegła ciebie, piękną dzieweczkę i kazała mi cię wziąć do dworu, ojciec twój, usłyszawszy to polecenie — słaby, porwał mnie z łóżka za ramię, groził, prosił, płakał, modlił się...
Kazimiera (w oburzeniu). I pan nie zlitowałeś się nad nim?!
Onufry. Nie ulitowała się wojewodzina, a nawet nie miała na to czasu, bo stary tegoż dnia umarł.