Strona:Pisma VI (Aleksander Świętochowski).djvu/085

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Onufry. Leci, leci, bo podobno już resztki ojcowizny w winie rozpuścił i z kochankami wysączył. Warszawę ze strachem przed francuzami ominął, a tu ma nadzieję znowu za wielkiego pana się przebrać. Przyjedzie — już hajduka z doniesieniem przysłał.
Kazimiera (rozpaczliwie). Bodajby mi w każdej minucie tego czekania rok życia przepadał!
Onufry. Fe! do stu przepiórek! Alboż on wilkołak? Że szlachcic z kiepskim herbem, że dziedzic z darowaną fortuną, że pędziwiatr z lekkiem sumieniem — to jeszcze nie sąd ostateczny, zwłaszcza że wojewodzina testamentem panienkę...
Kazimiera. Bardziej wierzę mojemu przeczuciu, niż twemu pocieszaniu, panie Onufry. Mylisz się...
Onufry (żywo). To omylę się na wszystkich, tylko nie na sobie. Jeżeli nieboszczka pani — czego Boże strzeż — przy śmierci o panience zapomniała, a jej siostrzeniec będzie chciał z tego zapomnienia źle skorzystać, to ja mu powiem, że moja ręka, pisząc nahajem morały na grzbietach przez lat trzydzieści, tęgo zaprawiła się do wypisania mu na łbie ostrem piórkiem sprawiedliwej nauki. Proszę nie myśleć, że stary włódarz struchleje przed majestatem kasztelanica. Nie gorszy mój Poraj od jego Leliwy. Gdyby blizny po magnackich cięciach pachniały, mógłby się nosem na szramach mej twarzy przekonać, że je w młodości dostałem od lepszych niż on pozłotków. Wprzódy w jego czuprynie dudek sobie gniazdo uwije, niż ja mu