Strona:Pisma VI (Aleksander Świętochowski).djvu/106

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    kołem jej promieni — i ty chciałaś, ażebym ja w jednej chwili zrzucił z siebie naturę dwudziestu pięciu lat mego życia i oblókł inną? Dla czego nie przyzwyczaiłaś mnie do tajemnicy swego pochodzenia? Czy sądziłaś, żem orzeł urodzony w pawiem gnieździe? że na drzewie mego rodu jestem zupełnie różnym od innych owocem? Nie nazywaj tego ślepym, kto przed niespodziewaną błyskawicą zmrużył zlęknione oko. Jeszcze dotąd myśl w chmurach mi tonie, dotąd nie widzę jasnego jej światła, ale nigdy niegasnącą gwiazdą w tej burzy jest dla mnie miłość, która przed niebezpieczeństwem w obronie twojej nie zadrży. Pod klątwą wiecznej na moją cześć hańby, daj mi prawo upomnieć się za twoją krzywdę.
    Kazimiera. Prawa żadnego dać nie mogę, bo żadnego nie mam.
    Tadeusz. Jakto — więc ulegniesz samowoli rozboju?
    Kazimiera. Poddaństwa.
    Tadeusz. Na litość, co ty myślisz robić?
    Kazimiera. Kazano mi czyścić, więc czyszczę i ostrzę te noże.
    Tadeusz. Szaleństwo!
    Kazimiera (z gorzkim uśmiechem). W potrzebie bywa rozumem. Noc już zapada, w jej ciemnościach sumienia dobre zasypiają, złe się budzą. Wtedy do obrony przed złem ostry nóż lepszy od tępego krzyża.
    Tadeusz. Kazimiero, ty coś strasznego zamyślasz. Szlachetniejszy otwarty miecz od skrytego noża.