Strona:Pisma VI (Aleksander Świętochowski).djvu/100

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    czać surowe kary za niszczenie łabędzich i sokolich gniazd, lub zapewniać bezpieczeństwo bobrom i niedźwiedziom, a jednocześnie skazywać ludzi na ofiarę samolubstwu i swawoli. Przeklęte niech będą prochy wszystkich przeszłych pokoleń, które dały panu nade mną prawo tyrana!
    Andrzej. Tyranem dla ciebie, moje dziecko, zostać nie myślę, czego najlepszym dowodem, że pozwalam ci nawet być wymowną. Ale ustępstwa moje zależą od twoich ustępstw. Albo wreszcie — żadnych nie żądam. Zostań tu sobie jak dawniej: tylko rozumie się nie z wojewodziną, bo jej nie ma, lecz ze mną.
    Kazimiera. Po co?
    Andrzej. Ja także potrzebuję opieki, a jeśli nie odmówiłaś jej ciotce, nie powinnaś odmawiać siostrzeńcowi. Za to niedługo, bardzo niedługo wyzwolę... Po co te swary? Bóg na to cię stworzył, żebyś się śmiała, a ty się smucisz. Przecież upokorzeniem nie grożę, dobroci nie nadużyję i niezawodnie wyzwolę, tylko proszę śmiać się i nie bronić...
    Kazimiera (odtrącając go). Strzeż pan swego bezwstydnego czoła, póki mam ręce nieokute.
    Andrzej (w gniewie). Ty śmiesz...
    Kazimiera. Ja śmiem bronić mojej godności.
    Andrzej. Poczekaj! zaraz cię z niej rozbiorą. (klaszcze) Onufry!
    Onufry. Jestem.