Strona:Pisma VI (Aleksander Świętochowski).djvu/099

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Kazimiera. Posiadam je jako kobieta przeniesiona i przyjęta do sfery, w której niewola jest zbrodnią.
Andrzej. Przeniesiona — prawda, ale nie przyjęta. Wojewodzina cię nie wyzwoliła, a ja dopiero to zrobię, jeżeli...
Kazimiera. Bądź pan, o ile możesz, ludzkim!
Andrzej. Dobrze — ale w zamian nie bądź panienka upartą.
Kazimiera. Czego więc pan chcesz ode mnie?
Andrzej (zbliżając się z uśmiechem). Czego?... czego?... Alboż ja panience wyraźnie mówić potrzebuję...
Kazimiera (tłumiąc wzburzenie). Czy pan się wstydzisz swoich ust, czy moich uszu?
Andrzej. Mam głęboki żal do wojewodziny, że ci, moja panno, pozwoliła wyuczyć się tak dumnego tonu i wysoko nastrojonej deklamacyi.
Kazimiera. Ja mam do niej żal inny, wołający o pomstę do ziemi i niebios za to, że mnie dla rozrywki w swych półtrupich nudach wyrwała z tego świata, któryby mnie był przyzwyczaił do poddańczego jarzma i przerzuciła w inny po to tylko, ażebym wysłużywszy się starannie wychowana kaprysom jej znudzenia, silniej potem odczuwała kaprysy bezprawia. Nie człowiekiem, nie przybraną córką byłam dla niej, ale tresowaną papugą, którą ona wyuczywszy ludzkiej mowy, nie nagrodziła przy śmierci za piętnastoletnią zabawkę nawet wypuszczeniem na wolność. To jest wasza wdzięczność. Wy umiecie na sejmach wyzna-