Strona:Pisma VI (Aleksander Świętochowski).djvu/096

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ka — sierota — owoc nawet swojego pnia niemający — do mnie bezwarunkowo należy?...
Onufry. Jak każda śliwka, którą w pańskim ogrodzie wiatr z drzewa strącił...
Andrzej. No, no, nie wiedziałem, jaki spadek dostał mi się po wojewodzinie. Troskliwa ciotka, nawet o zadowoleniu mojej słabostki nie zapomniała. Czy tu wszystko tak piękne, jak ta panna?
Onufry. Pszenica — złoto, inwentarz...
Andrzej. Dziwnie czasem ta chłopska krew przez pańską opiekę dystylować się umie. Ktoby ją w tych delikatnych żyłkach poznał? Szkoda, że dużo się powiedziało angielskich grzeczności z australskim przywilejem. Oko zawiodło — wygląda jak królowa... (po chwili myślenia). Masz waszeć syna?
Onufry. Żony mi Bóg nie nastręczył.
Andrzej. Fi! Gdyby się jednak jaka warta długiego czekania znalazła...
Onufry. Święty patronie, z piątym krzyżykiem na plecach w takie cuda wierzyć! Trochę rozumu dla strzeżenia się waryactwa Bóg mi jeszcze zostawił. Nie długo ptaki będą ode mnie uciekały przestraszone, a cóż dopiero płochliwsza od nich kobieta!...
Andrzej. Tak źle nie będzie, jeśli jej waszeć dasz dobre imię, a ja dodam porządną wyprawę...
Onufry. Dziękuję łasce pańskiej, musiałbym jednak prosić Boga, żeby umyślnie dla mnie żonę stworzył.