Pan i szewc/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Pan i szewc
Data wydania 1850
Drukarz Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron



Zostawmy na chwilę Marka pod opieką Majstrowéj, a spójrzmy na los jego brata.
Starościna, jak wiémy, narzuciła siérotę murgrabiemu pałacu; zwał się on Paweł Kurek, i liczną był obarczony familją, bo siedmioro dziatek zwijały się w ciasnych dwóch izdebkach, które zajmował na tyle kamienicy. Był to człowiek już nie młody, od kilku dopiéro lat żonaty, którego żona piękna, zalotna i wyszczekana, trapiła niemiłosiernie, zarówno powiększaniem niespodzianém familji, kłótliwością i rozrzutnością.
Paweł Kurek, który za grzechy swoje ożenił się ze służącą Starościnéj, skąpy był niesłychanie; nowe więc jego życie po ożenieniu stało się przy zwiększających wydatkach, nieopisaną męczarnią, a dom zawrzał nieustanną kłótnią i swarem nieznośnym. Panna Róża, dopóki starała się o Pana Pawła, udawała tak ciche, potulne i skromne a oszczędne stworzenie, że podżyły już murgrabia ani się domyślał, co go w przyszłém pożyciu z tym aniołkiem czekało. Złakomił się na kilkaset talarów posagu panienki, a może i podkochał trochę; dopiéro po ślubie postrzegł, że przedał swoją spokojność i kupił domowego prześladowcę. Pani Pawłowa bowiem dawszy mu siedmioro potomstwa, stała się stopniowo wprawdzie, ale niemniéj niespodzianie, z aniołka szatanem wcielonym. Całe dnie kłócili się o każdy grosz, bo Kurek był niesłychanie skąpy. Pani Kurkowa niewypowiedzianie przywykła do szastania groszem. A tu w dodatku, żeby odziać tylko jako tako i nakarmić siedmioro piskląt w mieście, już niemało kosztowało. Wyłysiał Pan Kurek, a z ciągłéj kłótni i niepokoju poburzona żółć zalała mu oczy i poczerwieniła koniec nosa.
Pani Róża zaś jakby w swoim żywiole była, wypiękniała tylko, wybielała i zdawała się odmładzać. Koło niéj nieustannie kręcili się gachowie, co wieczora tańce, codzień czegoś potrzeba, to do stroju, to do gęby, to dla dziecka, to dla oka ludzkiego. Kurek się wściekał, ale wykłóciwszy przepotężnie, wytargowawszy jak żyd, gdy mu oka zmrużyć i odetchnąć nie dawała żona, wchodził w kompromis i padał najczęściéj zwyciężony. Naówczas pogłaskała go pod brodę pani żona i do jutra dawała pokój. Nazajutrz powtarzały się sceny podobne do nieskończoności. Pan Paweł zaczynał wyrzucać na oczy Róży jéj zalotność, ona mu jego zazdrość i skąpstwo; on ją nazywał gadziną, ona jego szatanem i piekielnikiem; a tak nakląwszy się, na łajawszy, naszturchawszy czasem nawet, rozchodzili się na chwilę, by ku wieczorowi rozpocząć drugi akt dramatu, który się kończył późno w noc łataną zgodą do ranka.
Dzieci mając tak piękny przykład przed oczyma, wyrastały na wisielców.
Trzema synami i cztérma córkami cieszył się już pan Kurek; ale że matka i ojciec nie mieli czasu zajmować się niemi; niańka, kucharka i ulica ich wychowywała. Wypędzano tę trzódkę jak skoro kto z gości przyszedł, pozbywano się jéj dozwalając kręcić kark na wschodach i wałęsać po mieście, pani Róża bawiła się, pan Paweł grosz zamykał chowając klucz starannie, co nie zawsze pomagało. Dziatwa szalała gdzie chciała i jak się jéj podobało.
W takie to ręce powierzyła Pani Starościna sierotę, którą tylko kiedy niekiedy pokazywać sobie polecając, całkiem zdała na dawną sługę Różę. Pani Kurkowa przyrzekła, że siéroty pilnować będzie jak własnego dziecka, co téż sumiennie spełniła, bo je puściła, jak własne dzieci, na opatrzność Bożą. Ubiérano tylko schludniéj Jasia, gdy go do Starościnéj prowadzić miano, co rzadko się trafiało; zresztą wolała murgrabina przeznaczone siérocie suknie i wygódki własnym dziecióm oddać.
— Dobrze temu znajdzie i tak, mówiła; — niechaj Panu Bogu dziękuje, że ma chleba kawałek.
Mały Janek służył dziecióm pani Pawłowéj za pieska lub kotka, które nieopatrzni czasem rodzice dają do zabawy swoim ulubieńcom. Męczono go co wlazło; na jego głowie uczyli się sérów, na jego nosie pstryczków, na jego bokach szturchańców. Gdy spał puszczano mu dym w nos, gdy jadł rzucano popiół do miski, a pani Róża cieszyła się dowcipem miłych swych dziatek. Pan Paweł nigdy i nie spójrzał na siérotę, choć najregularniéj dopominał się co miesiąc o kilka talarów wyznaczonych na jego utrzymanie.
Przy najmniejszéj zręczności, jak naprzykład gdy Janek odważył się odepchnąć bijące go murgrabięta, ogromna rózga brzozowa wznosiła się nad nim z przerażającemi swemi kościstemi kształty. Czasem karano go głodem, czasem policzkowano dla prędszego wymiaru sprawiedliwości.
Biedne dziecko oswoiło się z tém życiem męczarni, ale kosztem uczucia i głowy. Przybite, znędzniałe, smutne, dzikie, tuliło się w kąt podwórza samo jedno, aby uniknąć razów i bolesnych napomnień, i zasiadłszy gdzie pod rynwą liczyło godzinami krople deszczu z dachu spadające. — Ale i tu wyszpiegowany Janek, chwycony za rękę, ciągniony jak winowajca do pani, obity bywał za to, że się z dziećmi bawić nie chciał. Musiał więc wracać do miłego ich towarzystwa.
Gdy przyszło Janka prowadzić do Starościnéj, co się trafiało mniéj więcéj raz lub dwa razy w roku, umyty, uczesany, i zagrożony siérota, przedstawiał się pani milczący, ogłupiony, ale przynajmniéj podobny do dziecka utrzymanego starannie. Pani Róża przysięgała się, że go sama czesze, myje, kocha niezmiernie, i swoim odejmuje dla niego, całowała go w przytomności Starościnéj, a chłopiec choć bał się jéj jak ognia, musiał przyjmować te kłamane uściski. Starościna zwykle dawała Róży podarek, a dziecku zabawkę lub co słodkiego, wnet na wschodach odebrane przez troskliwą piastunkę.
Powróciwszy do mieszkania Róża rozbiérała siérotę, chowała suknie, i wypychała ją za drzwi.
Teraz powiedzmy słówko o Starościnéj, którąśmy zaledwie postrzegli z daleka, a z którą bliżéj zapoznać się musiemy. Starościna Mylżyńska należała do liczby dość znacznéj osób, które na świecie żywym doznały tak dziwnych losów, iż w powieści wydają się one prawie niepodobnemi do wiary. Każdy z nas czytając lub słuchając opowiadania, podziwia się w niém temu, co w życiu spotykał nieraz, o co się otarł świéżo. Prawda najwięcéj bywa nieprawdopodobną; — dla czego? bośmy do zbyt pospolitej prawdy przywykli; a ona jest tak rozmaitą, tak dziwnie wielotwarzą, jak życie.
Starościna należała do tych, których losy zdają się bajką dla zabawki zmyśloną. Lecz nim poznamy ją bliżéj, musiemy powiedziéć cóś o Staroście Mylżyńskim. Jan Krzysztof Pobóg Mylżyński był potomkiem dobréj szlacheckiéj rodziny, pochodzącéj z Krakowskiego. Jak wiele innych, i ta pod koniec panowania Augusta III. zubożała była i zabiérała się zniknąć z Herbarza, bo ostatni jéj potomek Jan Krzysztof siéróta, w niemowlęctwie został pod opieką dwóch wujów, największych łotrów, jakich świat widział kiedy. Najbliżsi krewni z prawa natury zostali opiekunami Jana Krzysztofa, któremu ojciec umiérając zostawił majętność rozrzuconą, w processach, długach, sporach i kwestjach nierozwikłanych.
Wujowie, którzy się nienawidzili wzajemnie jak bracia, których całe życie było walką zajadłości pełną, nie chcieli dozwolić jeden drugiemu zostać opiekunem wyłącznym młodego chłopca, którego szczątki majątkowe łatwą były zdobyczą. Oba przeszkadzając sobie, tyle uczynili, że ich wyznaczono opiekunami; i Bóg chciał, by wzajemnie sobie na przekor robiąc, nic złego powierzonéj sierocie zrobić nie mogli; owszem, jak skoro jeden wyciągnął rękę po siéroce ostatki, drugi ją chwytał i wstrzymywał, tak, że co na zgubę służyć miało, ocaliło przynajmniéj resztę majętności Jana Krzysztofa.
Dwaj wujowie wzajemnie się nienawidząc, w opiece znaleźli powód dojadać sobie, czekając oba, by jednego z nich śmierć zabrała.
Ale śmierć ma to do siebie, że nigdy proszona nie przychodzi, najdłużéj żyć zwykli ci, których trują i zabijają. Tak się i tu stało, oba panowie wujowie upatrując na sobie znaki blizkiego zgonu, dożyli do pełnoletności siostrzeńca, i jeden drugiego pilnując, zdali rachunki ścisłe Mylżyńskiemu, któremu Bóg z dwojga złych ludzi, utworzył cudownie doskonałą opiekę.
Opieki téj jednak cała doskonałość ograniczyła się zabezpieczeniem od rozgrabienia fortunki sierocéj i postawienia jéj w daleko lepszym stanie, niż była za życia rodziców. Opiekunowie na wyścigi robiąc sobie psikusy, pokończyli processa, poopłacali długi i uporządkowali spadek, w nadziei, że gdy który z nich przeżyje brata, naówczas zagarnie sobie pozostałość z pod nosa siérocie. Pan Jan Krzysztof Mylżyński wielce opuszczony i zaniedbany pod względem moralnym, wychował się naprzód w domu własnym, gdzie mu dano nauczyciela; potém był niestrzeżony na łasce Bożéj w szkołach publicznych w Krakowie; nareszcie doszedłszy pełnoletności, z dobréj woli zapisał się do wojska. Młodość jego była, jak zwykle ludzi zostawionych sobie i swym instynktom, burzliwa, pełna dramatycznych wydarzeń, hulacka i wesoła. Nie wiém jak się to stało, że na Sejm został wybrany Posłem, i mandat swój spełniając pojechał do Warszawy. Tu znalazł dalekich krewnych ojca na wyższych szczeblach towarzystwa, między tak nazwanemi Panami. Zmuszony zbliżyć się do nich, w zetknięciu z niemi rozwinął w sobie panującą namiętność, która od téj chwili wzięła w nim górę nad innemi — tą była żądza wzniesienia się. Kupiono jego głosy i współuczęstnictwo Starostwem; zawróciła mu się głowa, i odtąd marząc tylko o Kasztellanji, o krześle, o dalszych a dalszych honorach, Mylżyński począł twardy żywot dumnego, który się musi płaszczyć z jednéj strony, by nadąć mógł potém z drugiéj. Małżeństwo było u nas zawsze jednym ze środków podniesienia się; ono wiązało solidarnie rodziny z rodzinami, zapewniało jednym sług, drugim protektorów.
Jan Krzysztof nadto znał świat i ludzi, żeby na nie wiele nie rachował; ale tu przeciwko jednéj panującéj namiętności, wystąpiła druga niemniéj silna i potężna. Jan Krzysztof słabym był dla kobiét i łatwo go było piękną twarzyczką poprowadzić daléj niż chciał i powinien był pójść. Pojechawszy w Krakowskie do rodziny matki i majątku, spotkał w ubogim domku ślachcica zagonowego, dziewczę śliczne, miłe, zalotne, żywe, które, wcale nie myśląc o ożenieniu, bałamucić począł. Było ich dwie córek u starego ojca bez matki; jedna piękna a figlarna Elżusia, druga smutna a piękna Tekla. Lutyński ślachcic wiódł życie czysto ślacheckie, od zagona i pługa przesiadając się na koń, z konia zsiadając do processu, process rzucając dla sejmików i spraw publicznych. Rębacz, zawadja, gaduła, niewiele patrzał na córki, raz im powiedziawszy, że broń Boże jakiéj swawoli, łby im poucina, resztę zostawiał własnemu ich kierunkowi. Zawsze zajęty, wiecznie potrzebny wszystkim, chwytany na wszystkie strony, stary Lutyński, którego konopiaty wąs ogromnych wymiarów, dwa razy koło ucha się zakręcał, w domu był rzadkim gościem. Dwie córki gospodarzyły jak mogły, bały się go niezmiernie, szanowały i wzdychając poglądały w świat, któryby smakował im, gdyby miały nadzieję kiedy wyleciéć nań swobodnie. Ale stary mawiał, że starszéj nie wyda rychło za mąż, bo mu dobrze gospodaruje, a młodszéj nie puści przed starszą wedle obyczaju; nie spodziewały się więc rychło skosztować świata. Starsza Elżusia była prawdziwie piękną: nieporównany wdzięk dawała jéj trzpiotowata żywość, dowcip, śmiałość, jakaś instynktowa ludzi znajomość, odwaga we wszystkich wypadkach i ufność w siły własne. Młódsza przeciwnie, nieśmiała, trwożna, smutna, w innym rodzaju była równie piękną, a może od piérwszéj piękniejszą.
Dla Jana Krzysztofa, którego folwark graniczył z ślachcica zagrodą, starsza musiała wziąść prym przed Teklą, zalotnością, śmiałością, wesołością i wyzywającą postawą, która się najlepiéj ludzióm namiętnym podobać umié.
Jan Krzysztof korzystając z częstych wycieczek Lutyńskiego, same zastając obie siostry, począł dojeżdżać wieczorami do Elżusi. W głowie mu nie postało, żeby on, Pan Starosta, jutro może choć drążkowy Kasztellan, mógł się z zagonowego ślachcica córką ożenić; bawił się i mówił sobie: — Co to komu szkodzi?
Ale zabawa z początku niewinna, stała się wkrótce niebezpieczną. Elżusia postanowiła schwytać Pana Starostę i umiała sobie radzić. Naprzód ośmieliła go, przyciągnęła, podnieciła, a uwinąwszy dobrze w sidła, gdy już miarkowała, że się cofnąć nie potrafi, dała umyślnie do uszu ojca dójść wieści o miłostkach z starostą.
Spodziewała się że ją ojciec wybije, ale była pewną, że ją téż za Starostę wyda. Tak się właśnie stało: w piérwszym gniewu zapędzie potężnie ją bizunem wykropiwszy, co ona zniosła stoicko, siadł na koń pokręciwszy wąsa Pan Lutyński i pojechał do Żalic. Tu stanąwszy przed Starostą powiedział mu z otwartością brata ślachcica, że jeśli się z córką jego, któréj sławę uszczerbił, nie ożeni, jak psu mu w łeb strzeli.
— I nie myślcie mi uciekać, dodał, znajdę waszmości, Panie Starosto, w Warszawie, w Wilnie, w Kijowie, i na drugim końcu świata, a jakem ślachcic, tak mi Boże dopomóż, w łeb strzelę jak wściekłéj sobace. A co myślicie? że to córkę ślachecką podwieść nic? że to się zapłaci, zatrze, nagrodzi? Zjesz waść sto djabłów z ogonami — musisz się ożenić.
Panu Staroście w głowie nie postało, żeby się mógł ożenić z Elżusią, kazał nazajutrz konie zaprządz i dmuchnął. Stary Lutyński wsiadł na siwosza i daléj za nim; dognał go na piérwszym noclegu, złajał okrutnie i tak nastraszył, że Jan Krzysztof dla kombinacji, jak mówił, zawrócił się. Ale kombinacja z upartym wąsaczem była trudna.
— Jechał cię sęk! wołał, ja twojego majątku nie chcę, mam kawał chleba i nie potrzebuję datku. Kiedyś się miłował, to żeńże się bestjo, a nie to ci w łeb strzelę, tak mi Boże dopomóż.
Starosta zobaczył dopiéro, że nie przeliwki, i począł brać do namysłu; dano mu trzy dni. Probował uciec, ale bracia ślachta Lutyńscy, których miał na zawołanie jako głowa domu Pan Łowczyc wąsaty, pilnowali go gdyby we łbie oko. Zgryziony, zły, wściekły, Jan Krzysztof rad nierad, musiał się zgodzić na ślub. Sądził że obiecawszy ożenienie, potrafi zwlec, załagodzić tę sprawę i potém się z niéj wyplątać. Ale Lutyński stary ani chciał słuchać o odkładaniu. Jan Krzysztof widząc skompromitowaną całą przyszłość swoją, aż się rozchorował śmiertelnie. Wąsacz przywiózł mu doktorów, sam u łóżka pilnował, i tak dobrze, że Starosta musiał wyzdrowieć.
— Zje sto djabłów z ogonami, mówił kręcąc wąsa — nie umrze bestja póki się nie ożeni, to darmo.
Starosta z łóżka poszedł do ślubu, tak zgryziony, że się dał złapać, iż żal było patrzéć na niego. Elżusia przeniosła się do Żalic, a małżonek rzuciwszy ją w samotnym, opuszczonym dworze, uciekał do Warszawy. Tam już się wieść rozchodziła o jego dziwném małżeństwie, i rodzina co go protegowała, osądziła go zgubionym, jeśli się nie rozwiedzie. Na rozwód wszakże zezwolenia żony potrzeba było, a Elżusia nadto była piękna, zalotna, przebiegła, żeby dozwolić miała na to wypędzenie z raju, do którego gwałtem weszła. Żył przytém stary Lutyński, i na piérwszą o rozwodzie wzmiankę, pojechał zapowiedziéć zięciowi znowu, że mu w łeb strzeli, i że zje sto djabłów z ogonami, jeśli potrafi dokazać, żeby się rozwiódł, póki on żyje.
Nie było sposobu; Starosta musiał się pogodzić ze swoim losem i cierpliwie czekać śmierci zawadjaki, na którą już jedynie rachował.
Tymczasem w ślad za nim przyjechała żona do Warszawy. Wielkie było podziwienie Starosty, gniew, skłopotanie, ale naszamotawszy się napróżno, gdy widział, że jéj nie wypędzi, uciekł w Krakowskie. Starościna została w Warszawie.
Mężczyzna z niższego stanu do lepszego bytu i towarzystwa podniósłszy się, rzadko potrafi zetrzéć z siebie cechy piérwszego życia; kobiéta, zwłaszcza kiedy ją Bóg obdarzy taką jak Elżusia zwrótnością, dowcipem, wdziękiem i chęcią zrównania się z nowém położeniem, zmienia się jak gąsienica w motyla. Nie wiém jak do tego przyszło, lecz gdy wynudziwszy się w Krakowskiém, Pan Jan Krzysztof przybył do Warszawy, nie poznał swojéj Elżusi.
Była ona już JW. Starościną Elżbiétą z Lutyńskich herbu Bróg, Mylżyńską; wszyscy ją przyjmowali, męzkie towarzystwo unosiło się nad jéj nieporównaną pięknością; wyuczyła się po francuzku, nabrała tonu wielkiego świata; słowem stała się inną kobiétą.
Zdziwiony, Pan Starosta powoli pogodził się z żoną, potém zazdrością podbudzony wrócił do piérwszych uczuć dla niéj, nareszcie w ostatku dał się jéj zawojować zupełnie. Dziwnym wypadkiem ta, która miała być przeszkodą do wzniesienia się dla Starosty, obiecywała stać się narzędziem wielce użyteczném. W owéj epoce w Warszawie, wszystko lub prawie wszystko robiło się przez kobiéty i pieniądze. Piękna twarzyczka jednała możnych przyjaciół, krzesła, ordery i honory; cóż gdy do bardzo pięknej twarzy przyłączył się dowcip cudnie rozwinięty, zalotność urocza i zawsze gotowa dla wszystkich, zimne serce, a gorąca główka? Starosta podziwiał się żonie i nie pojmował jakim sposobem, on teraz wychowaniem, tonem, obejściem, stał daleko niżéj od niéj; i gdzie ona grała piérwsze role, ten za gbura prawie uchodził? Tak było!
Stary Lutyński, który dożył téj zmiany i Elżusi rączki całował, unosząc się nad nią, był jedynym kłopotem Starosty. Odwiedziny jego przypominały mu jedną z najprzykrzejszych chwil w życiu i sprowadzały go do nizkiego stanu, z jakiego wziął żonę. Ale i tym mącącym pokój domowy ukazywanióm się ojca, Elżusia potrafiła zapobiedz, i tak starym władała, że się nie ukazywał w salonie, a ukazując niekiedy, przybiérał przyzwoitą postawę. Nareszcie Lutyński umarł; a z siostrą Teklą co się stało, Elżusia albo nie wiedziała, lub udawała, że nie wié: to pewna, że o niéj nie wspominała nigdy.
W chwili, gdy się nasza rozpoczyna powieść, Starościna władała już samowładnie mężem, który podstarzawszy stał się piérwszym poddanym pięknéj królowej, i resztę swéj niepodległości za rzadki umizg przedawał. Stérany, znużony Pan Jan Krzysztof, ostatnich życia roskoszy szukał na dnie opleśniałych butelek i w dymiących półmiskach, bawiąc się jak mamidełkiem; to nadzieją orderu, to obietnicą krzesła, które mu żona wyjednać miała. Elżusia panowała w domu i sławną była pięknością na dworze Stanisława Augusta. Należało do dobrego tonu kochać się w Starościnie, w któréj i sam Król jakiś czas kochał się po swojemu, to jest, chwilkę z ciekawości, drugą z nudy, trzecią z nałogu. Zastąpiła tę jednodniową królowę inna; ale Elżusi pozostało dosyć jeszcze poddanych i wielbicieli, a łaska królewska nie zupełnie usunęła się od niéj. Piękność pastelowa Elżusi, unieśmiertelniona minjaturą Lesseur’a i portretem Marteau, była naówczas w największym może blasku. Nie straciła była jeszcze świéżości dziewiczéj prawie i dziwnie naiwnego wdzięku twarzy, która zepsucie głębokie pokrywała maską niewinności młodzieńczéj, a sztuka, a wprawa, a próżność, nowych jéj dostarczały broni. Nikt nie ubiérał się tak jak Starościna, nikt tak spójrzéć nie umiał, żeby w jedném spójrzeniu całą zda się wyszafować duszę, nie dając jéj w istocie; nikt nad nią nie był weselszy, śmielszy, zalotniejszy i powszechniéj uwielbiany.
Kilka pojedynków nowym ją okryły blaskiem, a najświetniejsze towarzystwo Warszawy cisnęło się na jéj Niedzielne wieczory. Starosta grał na nich zwykłą rolę męża powolnego pięknéj kobiéty, kłaniali mu się wszyscy, sciskali go, całowali, kochali, zapraszali, obdarzali, pieścili; a ten słodki byt wkrótce tak mu przypadł do smaku, że się w nim rozparł, rozgościł i innego nie żądał. Zmuszony będąc zazdrościć nieustannie, i widząc, że na to sił mu nie wystarczy, przestał zupełnie uważać na zalotność żony. Wiek téż był po temu, i zazdrość zupełnie nie modna; śmiano się z mężów natrętnych, a śmieszność większa może przywiązywała się do zazdrośnych niż do zdradzonych. A Starościna? Starościna płynęła wielką rzeką życia na ustrojonym statku, wśród muzyki, wśród kadzideł strojna, piękna, wielbiona, królowa, zawsze równie dowcipna, coraz bardziéj zepsuta, i przebiegła, i zimna, zimna jak kamień. Płakała łatwo, gdy intryga tego potrzebowała, ale nigdy szczérze.
Serce jéj dla niéj saméj było nierozwiązaną zagadką. Była ona jak ślepy, który nie pojmuje czemu oczyma, któremi drudzy widzą, nic zobaczyć nie może; pytała się życie całe, czemu tém sercem, którém drudzy czują, ona uczuć nic nie potrafiła? Ztąd może te tysiączne próby w życiu, te miłostki coraz nowe, które poczynając się obiecywały cóś, a kończąc się zawodziły zawsze. Serce bić nie chciało. Biédna była Elżusia, to, co drudzy okazują, bo mają w sobie, wyuczona pokazywała tylko, choć nie miała. Tak właśnie kochała, jak mówią papugi, nauczywszy się formy kochania, nie znając co to było w istocie. Może wszystkich mniéj więcéj historja, ma źródło w temże, co Elżusi stanie duszy niezwyczajnym.
By ją głębiéj poznać, trzeba ją było widziéć, gdy po trzpiotowatéj rozmowie, po wesołych umizgach, po całym wieczorze, przez który odegrywała swoją biédną rolę, i wróciła do sypialni sama z sobą. Naówczas znikała wesołość, rozpływał się uśmiech, gasły oczy, a na miejscu żywéj, pięknéj i ognistéj Starościnéj (nosiła bowiem to nazwanie jakby na szyderstwo), pozostawał piękny jeszcze, ale posąg bez życia, bez uczucia, bez serca. Wyszedłszy z tego kręgu szałów i wiru salonu, padała jak automat, w którym pękły sprężyny. Nic jéj nie bawiło, nic nie cieszyło, nic nie porywało, nie była ciekawa niczego, więc pożądać nie mogła; świat dla zmęczonéj a nienasyconéj, był jeszcze tak nowy, jak w piérwszéj chwili życia; wszystko tajemnicą, zagadką, złudzeniem. O jak nieraz zazdrościła nawet cierpienia, którego doznać nie mogła, zarówno jak roskoszy! Dodajmy do tego, że w miarę niemożności nasycenia nieokreślonego pragnienia, pragnienie to powiększało się, potęgowało, wzrastało, podnosiło i z wiekiem czyniło coraz gwałtowniejszém.
— Jak to? wołała w rospaczy; miałażbym umrzéć nie doznawszy nic, nie skosztowawszy niczego, w oczach ludzi przesycona, w głębi siebie spragniona jak dziecię? Miałażbym umrzéć z tém pragnieniem palącém?
Nazajutrz Starościna rzucała się w zamęt życia, szukała człowieka, coby jéj dał poznać uczucie, plątała się w nowe miłostki, rozsnuwała nowe nadzieje, i doszedłszy do końca znajdowała ten sam zawód, którego doznała sto razy.
A świat miał ją za szczęśliwą!
Nieraz pragnęła być matką, żeby serce zabiło choć tém uczuciem, nowém dla niéj, jak inne; ale Bóg odmówił jéj i tego. Piękna Elżusia męczarnie piekielne znosiła, ubrana w róże, uśmiechając się i śpiewając; rospacz siły jéj dwoiła....
Starosta jadł, pił, spał i cieszył się przyszłą Kasztellanią. Takie było życie opiekunów Jana siéroty, gdy los rzucił go pod te drzwi złoconéj nędzy.
Długo Jan zostawał u Murgrabiego w poniewierce ciągłéj, gdy wypadek zwrócił na niego oczy Pani Starościnéj.
Raz około południa wyjeżdżając z pałacu swego na Mszą, postrzegła dziecię odarte, wychudłe, blade, do żebraczka podobne, siedzące na kamieniu pod ścianą i płaczące gorzkiemi łzami.
Była to dla Starościnéj jedna z tych chwil zmęczenia i nudy, które przychodziły często podwajając jéj męki. Machinalnie zatrzymać się kazała, poczęła rozpytywać dziecka, i dowiedziawszy się, że to jéj wychowaniec tak opuszczony i sponiewiérany walał się w ulicy, odebrała go od Murgrabiego, kazała przebrać nanowo i poczęła myśléć coby z nim zrobić.
Z wielkich nudów przyszło do tego, że sama zażądała doziérać dziecięcia, postawiła je w pustym dotąd pokoiku obok siebie i poleciła bliższy dozór jego, kamerdynerowi i pierwszéj swej służącéj.
Dziecko sądziło, że się dostało do raju. — Jak te trawy zżółkłe, które jeden uśmiech słońca i kropla rosy wyprowadza z ziemi zielonością strojne, tak Janek rozkwitł rumieńcem, weselem, pięknością, nagle i niespodzianie. Z chorowitego dziecka stał się aniołkiem wdzięcznym, i Starościna ubrawszy go za pazia, poczęła go puszczać do salonu, bawiąc się siérótą, jak się bawiła bonończykiem, angorą, papugą i sroczką.
Dziecię nagle rozpieszczone w najosobliwszy sposób, karmione cukierkami, pojone winem, rozweselone, raźne, szczebiotliwe, doskonale bawiło znudzoną Starościnę i jéj gości. Wczesna nędza, potém pieszczoty, uczyniły zeń dziwne w istocie stworzeńko: nie było to właściwie dziecko, ale twarz aniołka, a zepsucie szatanka; podszeptywano mu przekąsy, uczono go odegrywania małych scen, w których Janek przedstawiał wybornie postacie śmieszne dworu i stolicy, i sława Janka Starościnéj wzrosła do tego stopnia, że sam Król zażądał widzieć to małe cudo. Janek miał szczęście rozśmiészyć do łez Króla JMości, w chwilach, kiedy najtrudniéj było o uśmiéch na królewskiéj twarzy, dostał piękny podarek, i odtąd pozyskał stałą sławę dziecka cudownego w Warszawie. W istocie pociesznie było widziéć ośmioletniego chłopca, przybranego jak dorośli, a coraz w innym stroju, odegrywającego rolę codzień inną i codzień nabiérającego więcéj złośliwego dowcipu.
Nie było wieczora u Starościnéj bez Janka; Janek leżał u nóg jéj razem z bonończykiem, lub opychał się ciasteczkami w kącie, potém na zawołanie, pochwycony przez kobiéty, wyściskany i wycałowany; występował na środek sali i udawał nieprzytomnych gości. Stosowną do roli dawano mu suknię, których niezliczoną rozmaitość sprawiła Starościna, a malec dumny, wypieszczony, podniecany i nieszanowany wcale przez ludzi zepsutych, nad wiek i spodziewanie zepsuty przez nich, potworną sprzecznością twarzy z mową i ruchem, ubawiał trudnych do zabawienia ludzi. Reszta życia spływała mu wśród służących, którzy dla podobania się Pani, wyuczali go i piosneczek, i przekleństw, i konceptów, jakich może nigdy jeszcze usta dziecięce nie wyrzekły. Janek uczył się wszystkiego w lot, z niesłychaną do złego skłonnością, rzekłbyś, że przeczuwał to wszystko, i dość mu było napomknąć nieco, by reszty się domyślał, by ją dorobił i przyswoił sobie.
W istocie zdolności były nadzwyczajne, ależ w jaki je obrócono użytek!
Nikt z tych ludzi, co się śmieli z Janka, sciskając go i całując, nie pomyślał, że wszyscy potroszę kamień mu do szyi wiążą. Sama opiekunka nie troszczyła się wcale co z niego będzie, była pewną, że na świecie da sobie radę, i prorokowano mu nadzwyczajne losy.
Janek rósł szybko, kształcił się dziwnie, i doszedłszy dwónastego roku, przedwcześnie dojrzały, przekwitły, stérany, ale pojętny, przebiegły, sprytny niezwyczajnie, z dziecka cudownego, wyrósłszy na chłopaka, zapomniany przez tych, co zmarnowali jego dzieciństwo, wcisnął się, nie bez upokorzenia i przykrego uczucia, między sługi Starościnéj. Ładna twarz i wiele zdolności czyniły go już tylko potrzebnym i znośnym. Niekiedy Elżusia, zawsze piękna jeszcze, spoglądała na niego zamyślona, jakby dumała co z nim zrobi; ale to nigdy nie trwało długo, i chłopak walał się w przedpokoju po dawnemu.
Szczęściem czy nieszczęściem, początki, jakie mu dano, zaszczepiły w nim dumę, wysokie o sobie pojęcie i pragnienie wybicia się z tłumu. Miał wiele wolnego czasu, począł uczyć się czytać i pisać, a raz dorwawszy xiążek, na których czele stał Idzi Blas i Rinaldo, przewrócił sobie głowę do ostatka. Przypominając sobie dziecinne swe tryumfy, uściski możnych, ich dary, oklaski, pochwały; dziś upadły i zapomniany, postanowił czémś się koniecznie odznaczyć, dójść do czegoś. Starościna zajęta sobą, już o sierocie niewiele myślała, a w jéj przekonaniu, dając mu odzież, jadło i dostatek, obchodząc się z nim łagodnie, już była od wszelkich innych obowiązków dla niego swobodną. O nauce, o zapewnieniu mu losu nie myślała; ale on myślał za nią i za wszystkich o sobie. W piętnastym roku życia był to już prawie człowiek, dla którego świat nie miał tajemnic, bo sąż tajemnice dla wychowanych w przedpokoju zepsucia? Gorące żądze młodości zużył przedwcześnie; starość chłodną ręką już mu ścisnęła serce, gdy jeszcze puszek ledwie zarastał na twarzy. Kosztem serca i uczucia paliła się głowa.
Jako środki do dumnych swych celów, miał twarz piękną wcale, bystrość umysłu rzadką, śmiałość niepokonaną i gorącą żądzę zostania człowiekiem. Janek bowiem Panów tylko nazywał ludźmi. Los jego i pochodzenie zamiast go ochładzać, rozgrzewały go jeszcze; wiedział, że był siérotą, ale nie znając swéj matki, ani ojca, bo go inaczéj jak Jankiem nie nazywano, nadawał sobie pochodzenie wielkie (mając do wyboru jakie chciał), marzył o przyszłości bajecznéj, o przyznaniu się do niego Xiążąt i t. p. Od dawna postanowił wynijść z upadlającego przedpokoju i zrucić galonowane suknie, ale nawyknienie do dobrego bytu, nieumiejętność dania sobie rady, odwodziły go jeszcze od tego. Przypadek przyśpieszył (my to nazywamy zawsze przypadkiem co daleko rozumniejsze jest od nas), wyzwolenie Janka.
Po śmierci skąpego murgrabiego Pana Pawła Kurka, dla którego miał najżywszą nienawiść Janek; pozostały papiery, które przenosząc ze stoła na stół, przerzucając z kąta w kąt, złożono w izdebce, którą zajmował Janek. Nie mając co robić przerzucał je.
Tu natrafił na kopją swéj metryki i ślady swego pochodzenia, stwierdzone przez Ojca Serafina przy oddaniu w opiekę dziecięcia Pani Starościnéj. Głowa mu się zapaliła. Imie Tekli Lutyńskiéj, utkwiło w jego pamięci; a że Starościna była z domu Lutyńska, wpadł na myśl pokrewieństwa z nią, w któréj utwierdziło go przyjęcie do tego domu. Długo miotał się sam na sam z tą myślą, aż nareście jednego poranka, wszedł z papierami w ręku, do pokoju Starościnéj.
Elżunia jeszcze piękna, jeszcze zalotna, mimo zbliżania się do téj pory, w któréj kobiéty wszelkie prawa do zalotności tracą, spoczywała na berżerce wystrojona tém staranniéj im więcéj teraz strój dla niéj był potrzebny. W trochę umyślnie przyćmionym pokoju, nie powiedziałbyś że ma więcéj nad lat dwadzieścia kilka; tak jeszcze była świeża, tak zgrabna, tak pozornie młoda. Kobiéty bez serca mają zawsze ten przywiléj długiéj młodości.
— Co chcesz Janku? spytała niedbale rzucając xiążkę na krzesło blizko stojące. Janek trzymał papiery w ręku, milcząc podał je Starościnie, ona z podziwieniem mierząc go oczyma przejrzała je i nie pojąwszy o co chodziło zwróciła mu z nowém zapytaniem.
— Czego chcesz Janku?
— JW. Pani, to imie mojéj matki nosi Janek, wskazując metrykę.
Starościna spłonęła i porwała się z berżerki.
— Cóż z tego? spytała.
— Moja matka nazywała się Tekla Lutyńska, dodał Janek z wielkiém i widoczném wzruszeniem.
— Być może! odparła Starościna, ale cóż z tego?
— Nic, odparł młody chłopak przyklękając i całując w rękę opiekunkę — chciałem tylko zapytać Pani, kto była moja matka? i czy gdzie w świecie mam jakich krewnych?
Starościna która się nie spodziewała tego obrotu rozmowy, zmięszała się trochę, spójrzała w oczy Jankowi i zatrzymawszy się chwilę, odpowiedziała.
— Niewiem — niewiem! alboż ci tu źle u mnie alboż tyś chciał szukać gdzie nowéj familji.
— Nowéj! nie — ale Pani ja niemam żadnéj a niemieć żadnéj — o! ciężko!
— Janku! odważniéj poczęła piękna pani, bądź szczerszym, inną myśl miałeś przychodząc tutaj: nieprawdaż?
Janek z kolei się zmięszał.
— Ty wiesz, że i ja zwałam się dawniéj Lutyńską, nieprawdaż?
— Wiedziałem o tém, rzekł Janek z cicha.
— I myślałeś.
— Daruj JW. Pani, śmiałem pomyśleć, żeś mnie przytuliła sierotę, przez pamięć na jakie pokrewieństwo.
Starościna poprawiała sukni i włosów głęboko się zamyślając; ciężko jéj było wyrzec kłamstwo i poczynała rachować czy się ono przyda na co prócz chwilowego zaspokojenia jéj dumy, czy go co późniéj nie wyjawi.
— Słuchaj, odparła nareście poważnie. — Lat temu dziesięć będzie jeśli nie więcéj, ścisk ludu zatrzymał mnie w ulicy jadącą do kościoła, w tym ścisku ojciec Serafin kapucyn, znalazł się szczęściem. On mi wytłómaczył dla czego tyle ludu zebrało się pod biedną kamienicą starego Miasta. Uboga jakaś kobiéta umarła w tym domu, zostawując dwoje opuszczonych sierot, niewiedząc kto były te sieroty, wzięłam z nich jedną na wychowanie, ty jesteś tym sierotą. Z papierów dowiedziałam się żeś syn jakiejś Tekli Lutyńskiéj, nie wiem nic więcéj.
— Nie wiesz Pani kto była matka moja? spytał niedowierzając Janek.
— Wiem i niewiem; odparła odważnie i zniecierpliwiona Starościna. Powiem ci wszystko: miałam siostrę Teklę, która znikła nie wiem jak i gdzie.
— Więc moja matka mogła być siostrą Pani.
— Mogła, lecz na świecie wiele jest Lutyńskich a zwłaszcza w Krakowskiém, a nie pojmuję jakby siostra moja mogła umrzéć w takiéj nędzy, nie zgłosiwszy się do mnie. Wiedziała, że byłam w Warszawie, gdyby była tą siostrą moją, dla czegożby nie przyszła do mnie?
Janek uczuł się tą szczérością Starościnéj rozstrojony i zrozpaczony; mówiła z takim wyrazem prawdy, że musiał jéj wierzyć! Spuścił głowę i zamilkł.
— Powiem ci więcéj Janku, dodała Starościna — jakkolwiek nie mogę przypuścić żebyś był moim siestrzeńcem; samo nazwisko twojéj matki było jednym z powodów dla których zajęłam się tobą. Dla innéj opiekunki byłoby to może powodem odepchnienia ciebie. Gdybyś był najniewdzięczniejszym; niemożesz mi nie przyznać, żem cię wydźwignęła z nędzy i błota. Nie dość na tém, dawno myślałam, aby cię ze stanu, w którym jesteś wyprowadzić; ale ja tyle mam na głowie. Dobrze żeś mi to przypomniał; Starosta potrzebuje pisarza w swoim majątku, pojedziesz jutro w Krakowskie. To mówiąc zawróciła się skinęła główką i wyszła.
Co myślała? Bóg to wie jeden, a nawet czy myślała i to pytanie; odpowiedziała co jéj na myśl przyszło i sądziła, że się chłopca pozbędzie. O to jéj teraz chodziło. Wiedziała bardzo dobrze, że był synem jéj siostry, ale dla téj biednéj nie miała serca, dla sieroty nie czuła przywiązania, znudził ją wreście. Znalazła sposób pozbyć się go i jeszcze mogąc za to wymagać wdzięczności.
Tegoż wieczora Starosta Janka mianował pisarzem, dano mu konia, i instrukcją, do Rządzcy dóbr list, kilka talarów na drogę i nazajutrz rano Janek pożegnać musiał Warszawę. Za całą spuściznę z niéj wywiózł głębokie zepsucie, silne postanowienie wzniesienia się jakiemikolwiek sposoby, bo sumienie nie rozwinione w nim spało, i pół krzyżyka na piersiach z papierami, świadczącemi o pochodzeniu sierocém.
Choć mu towarzyszyła nadzieja, Janek jechał smutny; chęć wzniesienia się, na którą dobrego w języku wyrazu niemamy, którą ambicją u nas zwano z obcego języka, bo pierwiastkowy byt słowiański nie znał téj namiętności, a jego ustawy rozwinieniu jéj sprzeciwiały się. Ambicja gryzła Janka, każda namiętność jest męczarnią, ale żadna od téj sroższą! Nigdy téj żądzy zaspokoić, nigdy uśpić, nigdy kresu jéj położyć. U celu nadziei, jeśli wyższego nie dojrzy, przesycona, kona z przesytu i znużenia. Jak namiętna chciwość, jak miłość namiętna, ambicja trawi i niszczy człowieka.
Na twarzy dotkniętego tą plagą, wyczytasz wewnętrzne duszy męczarnie, niepokój, zazdrość, i piekielne ciągłe pragnienie. Janek wyjeżdżał za miasto, kierując się ku Krakowu na chudym koniku, o niczém nie myśląc, nic otaczającego świata nie czując i nie podziwiając, jedynie zajęty sobą i przyszłością swoją.
— Mam nogę na szczeblu, mówił do siebie, pójdę, pójść muszę, dójdę! — Iluż to mnie podobnych z pisarzy jakim ja jestem dzisiaj, siadło potém na krzesłach dygnitarskich, wzięło buławy i laski! Nasłuchał się o tém Janek w Warszawie, i przykłady ślachty drobnéj wzniesionéj talentem, intrygą, poplecznictwem na wysokie stopnie i urzęda, nie były rzadkie. Z ślachty dopełniała się co chwila klassa panów, któréj wielkie rodziny gasły daleko częściéj niż ślacheckie; bezpotomne i zapomniane. Tysiączne o podobnych wypadkowych wielkościach, powiastki krążyły u ludu.
Czuł w sobie siły, czemuż się nie miał spodziewać? Nieraz patrząc na ospałego Starostę pomyślał sobie młodzieniec: do czego się mi to stworzenie przydać może? Niepotrafiłżebym być równie tłustym i obżartym Starostą jak on? — Wyśmiewając od dzieciństwa, nawykły wszystkich widzieć ze strony ich szpetnéj, siebie miał za cóś wielkiego.
Wyjechawszy za miasto, ani spójrzał na wiosenne niebo, na ziemię w wiosennym wianku, serce mu nie zabiło, oczy się nie zwilżyły, krew płynęła zastygła; a nowość widoku nie wzbudziła w nim uczucia żadnego, pączka myśli, żadnéj myśli kwiata uczucia, którego owocem jest czyn. Jechał zimny, obojętny, ziéwający, i wciąż tylko powtarzał: pójdę i dójdę — dwa słowa na których teraz obracało się ubogie życie jego.
Modlić się nie umiał, śmiać się mu uprzykrzyło, płakać się wstydził, ciekawości nie miał. Patrzał po Bożym świecie ucząc się go tylko na użytek późniejszy i zimno rachując na co się mu nauka przyda. Napróżno szumiała blisko niebieska rzeka, mówiły gaje o wiośnie, śpiewali ptacy, błyskało jasne słoneczko, dla niego głosy i widoki były stracone, nudził się wszystkiém. Przeszły piękne dziewczęta wiejskie przypatrując mu się ciekawie, zaczepiając go naiwnie, odpowiedział im szyderstwem nie przystojném tylko. Zbliżył się stary żebrak o kiju z siwą brodą po pas prosząc o jałmużnę, Janek go minął dawszy koniowi ostrogę. — Miałbym rozum żebym, pierwszy grosz rozsypywał bez pożytku po drogach, rzekł w sobie.
Dziewczęta pokiwały głowami, starzec popatrzał i ruszył ramiony z pogardą: nie chodziło mu o jałmużnę tyle ile o dobre słowo, a i tego mu nawet nie rzucił, zwyczajnego — Niech Bóg wspomoże. Dojechawszy do lasu Janek nie zwykły do jazdy, uczuł się znużony i zwolniwszy koniowi biegu, zsiadł więcéj przywykły do chodu niż do jazdy, myśląc że mu lżéj będzie iść pieszo. Słońce poczynało dopiekać, gdy stanął przed gospodą w lesie, która jak tysiąc innych niewygodnych karczem, zwała się Wygodą.
Kilka wozów wieśniaczych stały przed karczmą a na kłodzie pod sośniną starą siedział młody chłopak pożywając chleb podróżny dobyty z sakiew skórzanych.
Postawiwszy konia u żłoba, napiwszy się wódki, która zepsutemu łakociami podniebieniu równie jak jadło karczmarki nie smakowała, Janek wyszedł na podwórze, szukać miejsca gdzieby się mógł położyć spać pókiby gorąco południowe przeszło.
Tu dopiero postrzegł siedzącego na kłodzie podróżnego zajadającego chleb z sérem, a postrzegłszy go cofnął się z podziwienia, podróżny także wlepił w niego oczy ciekawe i zdawał się równie zdziwiony jak on.
Powodem tych podziwień było najosobliwsze podobieństwo twarzy dwóch tak niespodzianie spotykających się ludzi. Zdawali się jednego wieku, a byli tak podobni jak rodzeni; nawet maleńkie znamie na skroni obudwu w jedném miejscu się ukazywało. Lecz choć wielkie było twarzy i rysów podobieństwo, choć prawie jedno oblicze, wyraz co je ożywiał różnił się wielce.
Janek zwiędły, z oczyma zgasłemi, znużony, blady, zestarzały był przedwcześnie; nieznajomy chłopak przeciwnie rumiany, z pełnemi blasku oczyma, uśmiéchem i weselem duszy poczciwéj i spokojnéj, ledwie zdawał się rozkwitać. Dla niego dopiéro otwierało się życie, rozpoczynał świat i wszystko było mu zdumieniem roskoszném, zdumieniem młodego Adama kiedy piérwszy raz piękny świat w promieniach złotego słońca zobaczył — Janek spójrzał i serce mu się ścisnęło z zazdrości, bo wcześniéj dojrzały poczuł ile wyższym od niego był ten chłopak rzeźwy, silny, spokojny i wesoły. On już nigdy niemógł doznać tego, czego się jeszcze tamten niedotknął. Przeciwnie na widok Janka, obcy chłopak uczuł niewytłómaczoną dla siebie litość, jakby zobaczył trupa.
Obadwa stali przez chwilę milczący, piorunem przebiegła przez głowę Janka myśl braterstwa. Postanowił dowiedzieć się od chłopca co było można, ale mu się nie przyznawać za brata i owszem odepchnąć, bo go uważał za przeszkodę.
O tyle tylko rad był spotkaniu, że się mógł może co o matce dowiedzieć, jeśliby się okazało, że byli braćmi. W sercu młodego chłopaka, Marka, bo któż go z was niedomyślił się, zabiło uczucie braterskie. Wiedział że miał brata, przeczuwał go i radował się.
— Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus? zaczął czeladnik szewca.
— Na wieki — odparł Janek przez zęby. — A dokąd to Pan Bóg prowadzi?
— W świat, na wędrówkę — rzeki Marek a was, Panie.
— Ja jadę do dóbr mojego Pana w Krakowskie.
— Nie uważacie Panie, jak dziwne jest między nami podobieństwo? rzekł szewc — a toć jakbym się po chorobie w zwierciedle matki Maciejowéj zobaczył.
— To prawda, rzekł Janek, żeśmy do siebie podobni, ale ja pewnie starszy, dodał umyślnie kłamiąc, mam już około dwudziestu lat, choć nie wydaję tyle.
— A ja dopiéro koło szesnastu.
— Wyście z Warszawy? spytał Janek.
— Tak panie, i sierota.
— A ja mam rodziców w Sandomierskim — rzekł ciągle kłamiąc Janek.
— Jakżeście szczęśliwi! odparł szewc. Mamci prawda matkę, która mnie jak rodzona wypielęgnowała, ale zawsze taki czuję żem sierotą.
— Ba! alboście to nie znali nawet swojéj rodzonéj, albo ojca?
— Nie! nikogo. — Z litości mnie wzięto na wychowanie, bo nas taki dwoje odumarła bliźniąt matka, to jednego słyszę podjęła się wychować jakaś wielka Pani, a mnie poczciwy szewc Maciéj, panie świeć nad jego duszą.
— A jakże się matka wasza nazywała? zapytał Janek.
— Mam ci papiery? rzekł Marek — moja matka była ślachcianka rodem z Krakowskiego Tekla Lutyńska.
Janek, który się tego spodziewał, ani poczerwieniał, ani się zmięszał, lecz przerwał tylko — a to osobliwsze podobieństwo.
— Patrzcie wszak to nawet czarne znamię na skroni jednakowe.
— To szczególna rzecz! wrzucił Janek siadając opodal na wyższéj trochę kłodzie i rozparłszy się z pańska. I mówicie, że macie brata, że was było bliźniąt dwoje; gdybym nie wiedział dobrze kto byli moi rodzice, myślałbym doprawdy żeśmy rodzeni, żeśmy bliźnięta.
— I ja bym to myślał i przyznam się myślałem, odpowiedział Marek ze smutkiem, a tak mi się serce z tego zaradowało. Co to sierocie brat, to nowy świat, jest się z kim podzielić.
— Właśnie tego się boję i nie chcę, sam w sobie rzekł Janek. — Dzielić się! gdy i samemu dójść do czegoś trudno.
— Jest komu poskarżyć, jest kogo poradzić, mówił czeladnik daléj, bracia to dwa palce dłoni. A jak w życiu ochoczo być musi kiedy się idzie we dwóch razem i wspiera. Prawdziwie wiedząc od Maciejowéj, że nas było dwóch, że mój brat miał imie Jana i wychowywał się u jakiejś pani w Warszawie, ledwie mi z ust nie wyszło — Bracie Janie! z przeproszeniem pańskiem, kiedym was zobaczył.
— E! małoż to ludzi podobnych do siebie na świecie! obojętnie zawołał Janek udając, że ziéwa. Nie możemy być bracia, bo ja mam rodziców i taki od was jestem starszy widocznie.
— Ale powiedzcie no mi, dodał, wasza matka jak się nazywała?
— Tekla Lutyńska.
— A ojciec?
— Nie wiem, ale z pomocą Bożą, może się tego kiedy dójdzie. Idę w Krakowskie, a ona była z Krakowskiego, będę się starał pytał i śledził.
— Musicie mieć z matki familją jaką?
— I tego nie wiem! smutnie rzekł szewc wznosząc oczy w górę. Sierocie Bóg ojcem, a familią wszyscy jak oni biedni.
— Idziecie na wędrówkę?
— Tak, majster myślał, że taki nie szkodzi wyterminowawszy świata zobaczyć i podług zwyczaju przypatrzyć się rzemiosłu w innych krajach. Mnie się zaś nie bardzo chce, daleko iść, pójdę tylko w Krakowskie, a potém powrócę do Warszawy do Majstrowéj.
Spójrzał na Janka i westchnął; a potém zamyślił się. Janek niespokojny jak każdy co zły popełnił uczynek, siedział obok na kłodzie niewiedząc już co mówić daléj. Instynkta lepsze wiodły w nim walkę z samolubstwem: chciał się rzucić w objęcia brata i wstrzymywał tą myślą podłą. — Będę się musiał z nim dzielić, będę musiał się nim opiekować, a potém, to rzemieślnik. Nie — nie — nie przyznam się do niego, na co? do czego? wziąłbym tylko próżny ciężar na siebie.
A jednak gryzło go to postanowienie, bo w młodości nikt nie jest tak zepsutym, żeby go już zło nic kosztować nie miało.
Pokłoniwszy się protekcjonalnie czeladnikowi, Janek unikając go wszedł do izby próżnéj w karczmie na przeciwku i tam się spać położył, ale oka zmrużyć niemogąc, tarzał się tylko niespokojny na słomie.
Tym czasem Marek pozostał smutnie zamyślony na kłodzie i słuchając szumu lasów, dumał spokojnie. Piérwsza to była jego podróż w życiu, piérwszy raz nieco daléj wymknął się z wielkiego miasta; i jak dziecię, które w niemowlęctwie zbójca uwiózł z rodzinnéj ziemi kątka, doznawał w śród wsi wrażenia niepojętego, jakby powracał w znajomą już i ukochaną stronę. Bośmy wszyscy sercem wieśniacy, a nałogiem chyba miast mieszkańcy i każdy z nas wychyliwszy się z téj atmosfery dymu, błota i wrzawy, czuje jakby z wygnania na lepszy świat powracał.
Dla Marka, który życie spędził między szaremi ciasnemi mury, na twardym stołku, w małéj izbie, wszystko było nowe i zachwycające, kiedy piérwszy raz oko jego nieprzywykłe do bujania, wzleciało po nad szeroki kraj przecięty niebieską wstęgą Wiślaną, zasiany wsiami, zasadzony lasy, uzieleniony łąkami, musiał się wstrzymać ze wzruszenia, bo mu się w głowie zakręciło.
— Jakże to piękny świat Boży! zawołał, jakże piękny! jak się to ludzie skazać mogą na wędzenie w murach ciasnych, w dymie szarym, gdy tuż tak szeroko, tak pięknie, tak swobodnie w zielonéj wsi; a tak ciasno i smutno w tym ulu, który się miastem nazywa.
A idąc daléj wszystkiém się cieszył jak dziecię, zbierał kwiaty dzikie, wpatrywał się w ich jaskrawe twarzyczki, wciągał w siebie woń powietrzną, poglądał na chmury co się wyścigać zdawały na lazurowych niebiosach. Lud, który spotykał wesół, przyjazny ubogiemu jak on, zaciekawiał go równie jak wszystko. Wypytywał, rozmawiał, i schodząc w głąb siebie, badał się czemu raz pierwszy w życiu czuł się tak szczęśliwy, tak odżywiony jakby się wedle wyrazu ludu, pierwszy raz na świat narodził.
Marek jednak nie mógł nie pożałować miasta, jak więzień żałuje swoich kajdan i ciasnego lochu w którym lata długie przecierpiał. Wspomnienie przybranych rodziców a zwłaszcza poczciwéj Maciejowéj, która go jak własne dziecię wypielęgnowała, łzy mu naprowadzało na oczy. Jakże było nie zawdzięczać tyle starań i tyle dobrych nasion, która pobożna kobiéta rzuciła w duszę dziecięcą jeszcze.
Po odejściu Janka począł się modlić Marek, wziął swój tłómoczek na plecy i przeszedłszy w tę stronę lasu, która cień rzucała, ze swoim kijem podróżnym powlókł się daléj drogą. Nie śpieszył się idąc, bo mu pilno nie było, grosz jaki taki w kaletce był jeszcze, a tak miło wyrwawszy się na swobodę upajać się nią i światem. Marek śpiewając pieśń jakąś z kantyczek, myśląc, przypatrując się, rozmawiając, z podróżnemi jak on, szedł sobie powoli; Janek nie mogąc oka zmrużyć, bo mu ciężył ten brat, którego się zaparł, rozpłaciwszy się rzucił na konia i dobrym kłusem pośpieszył tą samą drogą.
Kilka razy jadąc obejrzał się czy brata nie zobaczy, ale go już niepostrzegł i wolniéj oddychając, powtarzał sobie dla uspokojenia sumienia: Da sobie radę, ja muszę myśleć o sobie.
Marek nie całkiem myślał o sobie tylko; często w śród powolnéj wędrówki, przychodził mu na myśl, ten tak podobny do niego podróżny i wzdychał z żalu, że to nie był brat jego. — A! jakbym mu służył, jakbym mu pomagał, jakbym go kochał! jakby nam sparłszy się na sobie lekko było iść daléj — ale nie! nie! Bóg wie gdzie jest ten brat. Ojciec Serafin umarł i od nikogo dowiedzieć się o tém niemożna. A potém on ma rodziców! szkoda! szkoda!
Gdy Marek idzie powolnie, Janek choć zbity konną jazdą do któréj nie nawykł, śpieszy na miejsce przeznaczenia. Starościna wyprawując go w Krakowskie, gdyż gdzieindziéj nie mogła, zrobiła najnieopatrzniéj i nie zastanowiła się nad tém, że blisko dóbr męża, była płoza Lutyńskich, krewni Lutyńskich, żyło wspomnienie Elżusi i Tekli, że tam najłatwiéj o matce mógł się dowiedzieć Janek. W piérwszéj chwili byleby się go pozbyć, nie pomyślała, iż mu daje oręż przeciwko sobie. Janek teraz cały był zajęty swoją przyszłością i nie myślał o matce w piérwszych chwilach, ale niepodobieństwem było, żeby samo nazwisko Lutyńskich często powtarzane, nie miało go wprowadzić na domysły, badania i odkrycia prawdy.
W kilka dni podróży, zbity, zmęczony i prawie chory, pieszczony Janek dostał się nareście do Żalic dóbr Jana Krzysztofa Mylżyńskiego. Rządził Żalicami i całym majątkiem teraz znacznie powiększonym Starosty, daleki jego krewny, brat ślachcic, pan Ignacy Dracz. Był to człowiek już podżyły i na Rządzcę stworzony: drapieżny, złośliwy, bez litości, bez sumienia, bez serca, bez pojęcia co się ludziom od ludzi należało, chciwy, względem poddanych srogi, dla swego krewnego i pana płaszczący się a niewierny. Cały rozum i usiłowanie wkładał w to tylko, żeby sobie zapewnić kawałek chleba jak mówił z powodu, że łaska pańska na pstrym koniu jeździ — starał się Starostę okradać jak najzgrabniej, kieszeń ładować pośpiesznie i upatrywał już sobie wioski, które miał kupić.
Atletycznéj postawy, wąsaty, z czupryną rudą, podgoloną wysoko, zawsze z bizunem w szarawarach, zawsze z szablą u pasa, głośno krzyczący, rzadko przepuszczający chłopa żeby go przynajmniéj za uszy i czuprynę nie wytargał, pan Dracz pracował jak wół, ale najwięcéj dla siebie. O świtaniu przebudzony, już obchodził chlewy, obory, już budził ludzi, już głos się jego rozlegał na przygumieniu: — Z koszturkiem w ręku, z paciórkami na dłoni, poczynał co chwila nowy dziesiątek pacierzy, przerywanych przekleństwy i razami. Jak tam się jego gorliwość religijna godziła z resztą postępowania tego wytłómaczyć nie potrafię, to pewna, że nikt od niego ściśléj nie zachowywał postów, nie marmotał pacierzy, nie bił się w policzki podczas podniesienia, nikt żwawiéj nie śpieszył nieść baldachym w czasie processji. Xięży całował w rękę, ale ich oszukiwał w wytykaniu dziesięciny; kościoła nigdy nie opuścił w niedzielę i święta, ale jadąc i wracając nieobeszło się bez bizunowania chłopków po drodze.
O Bogu, o ludziach, o świecie, mówił jak z katechyzmu, ale gdy przyszło rozpatrzyć czynności, rzekłbyś: bisurman nie katolik, niczém się więcéj nie brzydził jak żydem i heretykiem, zwłaszcza ostatnim. Żyda nie miał za Boże stworzenie i gdyby go nawet zabił, nie czułby się wielce występnym, ale heretyka dotknąć nie śmiał tak się nim brzydził, a spalić go miałby sobie za zasługę i największe szczęście.
Trudna była sprawa z Draczem, bo dla wszystkich był gwałtownym niezmiernie, a passjonat zapamiętały. Przywiązany tylko do swéj dębowéj szkatuły, w któréj składał najpiękniejsze czerwone złote, i pewne obligi, nie miał też przywiązania u ludzi; natomiast bali się go wszyscy niezmiernie. Od lat dziesiątka już siwiejąc, ożenił się był uznawszy wolę Bożą, z młodą wcale ślachcianką, sierotą, po któréj wziął posag znaczny. Ożenienie to należało do walnych w życiu Dracza wypadków; nie przyszło mu bowiem bez wielkiego trudu i kłopotu. Sierota ze znacznym posażkiem, miała tylko opiekunów, zwijała się koło niéj młodzież, czyhali na nię bogatsi i znakomitsi od Dracza, bo była młoda, ładna wcale i jakem powiedział nie uboga na owe czasy, a posag miała w brzęczącéj gotówce. Przy tém rodziła ją familjantka, ojciec był dobry ślachcic. Nieszczęśliwemu dziecku przyszło paść na łup chciwego Dracza, opiekunowie ją sprzedali. Nie było to bez trudności, nie zjadł jak chleb z masłem swego ożenienia, pan Łowczyc Dracz; ale przecież dokazał nareście i postawił na swojém.
Ewa żona jego była w stosunku do niego prawie dzieckiem, obchodził się też z nią jakby z nierozumném stworzeniem. Obawiała się swego pana niesłychanie, a wiedząc, że po pijanu, zalawszy w pałkę, i plecuby białych nie pożałował, skakała przed nim na jednéj nodze. Żeby go kochać miała, wątpię i trudno, ale szanowała go i drżała przed nim, a tego mu było dosyć. Była to męczennica. — W domu pustym wszelka praca na nię włożona, za wszelki nieporządek odpowiadała, woli swojéj niemając na szpilkę; całą rozrywką modlitwa niedzielna w Kościele, lub tęskna śpiewka u kądzieli.
Dracz przejęty maxymami Salomona o kobiétach, pilnował jéj jak zrzenicy w oku, najgorszemi zawsze trapiąc posądzeniami, a za najmniejsze posądzenie nawet karząc nieludzko, przy ludziach czasem pocałował ją w czoło od czego zaczerwieniała się biedna, jakby ją gorącém upiekł żelazem; sam na sam rozkazywał krótko, despotycznie i niepojmował żeby najgłupszy rozkaz jego mógł pozostać nie spełnionym.
Ewa była piękna; ledwie miała lat dwadzieścia, Dracz piąty krzyżyk kończył, lecz na owe czasy było to małżeństwo dobrane; kiedy mężczyzna był w małżeństwie panem nie towarzyszem, kobiétę chętnie dobierano młódszą, bo młódsza wyuczyć się mogła łatwiéj niewoli i posłuszeństwa.
Takiego to Rządzcę w majątku Żalicach zastał Janek i oddawszy mu list pana Starosty, przyglądał się ciekawie jego marsowemu obliczu.
Pójdziesz waść na folwark, rzekł mu Dracz, jest tam izba podle piekarni dla waści; a od jutra co ranek o piątéj po dyspozycją do mnie, potém do roboty. Zapowiadam zaś waszeci, że w szarawarach bizun noszę, tu go wyciągnął z pluder i potrząsł nim, a gdy się niespełni co każę, zwykłem łupić nie patrząc gdzie padnie.
Janek osłupiał na takie dictum acerbum, ale nie znalazł w pierwszéj chwili wyrazu na odpowiedź, oburzył się, zawrzał, ale przecierpiał. Na pierwszy rzut oka poczuł niezwyciężony wstręt do swego pryncypała, a wstręt ten jak zwykle był wzajemnym, bo i pan Dracz już czuł w sobie chętkę wykropienia mu skóry, choć jeszcze najmniejszego do tego nie miał powodu.
Odwróciwszy się od Janka, począł chodząc po izbie cedzić do siebie przez zęby.
— Gacha mi jakiegoś przysłali dla Ewusi, niezagrzeje on tu miejsca, przepędzę go ja rychło. Albo to ja sam sobie pisarza bym nie znalazł. Po co mnie ta troskliwość pana Starosty! Jakiś gołowąs warszawiaczek, co tak się koło gospodarstwa rozumie, jak ja koło dworowania — Po co to tutaj! Kto wie, może szpieg! a może być! I Jejmość trzeba pilnować w dwójnasób, bo djabeł nie śpi, a kobiéta variabilis.
Ale ja go wykurzę pręciuteńko! jak go pocznę zażywać po swojemu, jak mu niedam tchnąć, zobaczemy czy długo w Żalicach wytrzyma! Starosta pisze, dodał odczytując list, aby się z nim jak najlepiéj obchodzić! Obejdę się jak najlepiéj! potrafię, potrafię.
W złym sosie Dracz poszedł do żony, wyłajał ją, że zamiast prząść, motać, siedziała w chacie z załamanemi rękami, potém pociągnął się do obór i gumien, a klepiąc zdrowaśki, powtarzał w duchu.
— Wykurzę paniczyka! wykurzę.
Jakoż zaraz nazajutrz wziął się do tego pan Dracz; i dni następnych nie dał tchnąć Jankowi. Ale ten w początku odurzony, opamiętawszy się trochę, i domyślając o co szło Rządzcy, na nic nie zważał i milczkiem począł chwytać końce, z którychby mógł upleść oskarżenie na niego. — Raz na tę myśl wpadłszy znosił wszystko cierpliwie, byleby swego dopiąć. Dracz tak był daleki od tego, żeby się domyślał i domniemywał denunciacji, tak zresztą był przywykły do swojego trybu postępowania, że mu w głowie niepostało, domyślać się jakiego niebezpieczeństwa.
Janek już motał od najmniejszych rzeczy począwszy, a mając klucz i regestra u siebie łatwo chwycił pierwsze nadużyć ślady. Odtąd wyrachowawszy sobie, że się Staroście a raczéj Starościnie zasłuży, że miejsce lepsze otrzyma, a na Draczu pomści się upokarzającego i tyrańskiego niekiedy obejścia, zajęty przyszłością, zniósł cierpliwie wszystko. Nie odpowiadał nigdy, słuchał przykładnie, łajany milczał i tak udał doskonale pół-gapia, pół niedbalca, że Rządzca po niejakim czasie nie tyle już myślał o pozbyciu się go z Żalic.
Przebiegły, zaraz w początku postrzegł, że pani Ewa, wzbudza zazdrość mężowską nie dając do niéj najmniejszych powodów, dowiedział się całéj ożenienia historji, a raz czy dwa ją zobaczywszy choć mu kobiéty obojętne były zupełnie, nie mógł się oprzeć myśli i rachubie jakiéjś, do któréj piękna twarzyczka i posag pani Draczowéj wchodziły. Tymczasem nie dając poznać po sobie, że go zajęła; że mu się podobać mogła, że należała do nadziei jego przyszłości, udawał że na nię niepatrzy nawet.
Dracz który się niezmiernie bał w domu gacha, i w początku wytrzeszczał oczy na niego, zobaczywszy że Janek ani spójrzy na Ewę, uspokoił się powoli, Janek zaś kuty i nie w ciemię bity, tak wypatrywał chwili, że zrobił znajomość z Ewą, bez wiedzy Rządzcy. Łatwo mu to przyszło zaskarbić sobie łaskę biednéj kobiéty, która dotąd bez żadnéj pociechy cierpiała. Łatwo mu było wywołać bicie jéj serca, bo to umiał jeszcze z przedpokojów Warszawskich. Wkrótce tajemne stosunki przyjacielskie zawiązały się między nim a prześladowaną.
— Kto wie na co się to przydać może? mówił sobie Janek — a zawsze taki choć nie tak się tu znudzę!
Gdy Dracz wymykał się jednemi drzwiami, sprytny Janek wciskał się drugiemi, by potém w chwilę dognać go w polu jakby już z pola powracał. Przywykłéj do srogiego męża, do niewoli i milczenia Ewie miło było spójrzeć w twarz przyjazną, pocichu kilka słówek przemówić do uśmiechającego się chłopaka, a choć truchlała na samą myśl, że ich kiedyś pan mąż zejść może na rozhoworze; bojaźń dodawała wartości kradzionym chwilkóm szczęścia.
Janek nie myślał wcale pokochać Ewy, bo kochać nie mógł nikogo, ale bawił się i radował. Ona zbyt była religijnie wychowana żeby zdradzić męża pozwoliła sobie, widziała w tém niewinną a miłą rozrywkę, która że ją trochę daleko zaprowadzić mogła, domyślała się czasem, ale prędko myśl tę odpychała.
Tak płynął czas w Żalicach i roczek za roczkiem ściślejsze stosunki wiązały Ewę z Jankiem, a tymczasem gromadziły się w papierach dowody grabieztwa i niewierności Rządzcy przeznaczone do rąk Starościnéj. Już chwila stanowcza posłania ich przychodziła, gdy nagle jednéj nocy Dracz apoplexją tknięty, spadłszy z łóżka — Jezus Marja tylko krzyknąwszy, ducha wyzionął.
Ewa opłakała go jak gdyby był dla niéj aniołem i po śmierci dopiero poczęła w nim wielkie odkrywać cnoty. Janek, który już miał wysłać swój raport do Warszawy, przekonawszy się, że grabieże pana Dracza, spadają na wdowę, a wdowa może spaść na niego; wstrzymał swoje doniesienie. Tymczasem zaś objął rządy majątku napisawszy tylko do Starościnéj błagalny list, aby mu choć na próbę mimo niedoświadczenia jego i młodości powierzono miejsce zmarłego.
Po śmierci męża Ewa stawszy się nagle panią wcale pięknego funduszu, otarłszy łzy, bo jak mówiono wówczas, było je czém otrzeć, poczęła myśleć o sobie. Wprawdzie podobał jéj się Janek, ale mogła znaleść sobie daleko pokorniejszego męża i wyjść za dzierżawcę najmniéj, albo i za dziedzica wioski. Piękna, młoda i nie uboga, czekała tylko by z niéj spadła nudna żałoba. Janek począł także myśleć głęboko, co począć; marzył on tak świetną dla siebie przyszłość, że Ewa w niéj już mu się zdawała zawadą. Z jednéj strony był to dobry szczebel do wyższych stopni, z drugiéj kto wie, może ciężar i przeszkoda?
Dodajmy, że się nie domyślał wcale, ile po sobie Dracz zostawił i połowę ledwie przypuszczał. Wahał się teraz czy się ożenić, co mu się zdawało najłatwiejszém, czy podać oskarżenie na Rządzcy i przyaresztować wdowę.
Ewa ani się mogła domyśleć co jéj groziło.
Ona także dorwawszy się swobody, rachowała i namyślała się, a choć ładny chłopak nie był jéj obojętny, postanowiła się nie śpieszyć, cóż kto wie, mógł się trafić i possessjonat i familjant i personat pokorniejszy od Janka? Póki była biedna i uciśniona, dobry jéj był i Janek, teraz zdawało się, że większych honorów i szczęścia dostąpić łatwo.
Na chwilę więc stosunki ich ostygły i przerwały się. Janek tylko starał się aby nie wyjechała z Żalic i nie wyniosła z sobą funduszów, które w razie gdyby w obce ręce wpaść miały, mógł dowodząc kradzieży Dracza, przytrzymać.
Po głębokich namysłach, w kilka tygodni po śmierci Dracza, gdy już tymczasowym Rządzcą majątku został, wyszperawszy lepiéj pozostałości nieboszczyka i wyrachowawszy, że ożenienie z jego wdową, młodą jeszcze acz znacznie od Janka starszą może być dobrym krokiem do przyszłości, przystąpił nasz chłopak do stanowczego oświadczenia.
Wdowa była sama jedna w swoim pokoju i siedziała na sepeciku gdańskim, nogi pod siebie wziąwszy jak miała we zwyczaju, gdy Janek o zmroku przyszedł do niéj z ukłonem.
— Dobry wieczór Jejmości.
— Dobry wieczór panie Janie.
Tak się poczęła rozmowa, Janek pochodził od drzwi do okna, potarł czoło raz i drugi i przysiadłszy się do wdowy, biorąc ją za rękę rzekł z cicha.
— A co Jejmościuniu będzie z nami? jak myślicie.
— Co mam myśleć, alboż co ma być?
— A jakbyśmy my po roku i sześciu niedzielach, poszli do Proboszcza po błogosławieństwo?
— A nam to do czego? odparła raźnie wdowa, albo to mnie nie dosyć małżeństwa! — Daj Boże nieboszczykowi wieczny pokój, ale cóś skosztowawszy godów tych, nie chce się drugi raz kłaść zdrowéj głowy pod Ewangelją.
— Takiż przecie po wiek wieków nie zostaniecie wdową?
— Kto to wie?
— Alboż to już każdy mąż ma być do nieboszczyka podobny?
— Wszyscy oni tacy, póki się stara to się kłania, a jak weźmie to bije.
— Ależ Jejmościuniu, ja bym kochał, toć kochając to się inaczéj żyje.
— A długoż się kocha? Porzuć Wasan — czy to my nie wiemy waszego kochania. Ja od waszeci starsza, choć tak nie przestarzałam, ale zawsze wam jeszcze o ożenieniu nie myśleć, ani mnie też.
— To taki ostatnie wasze słowo, Jejmościuniu?
— Ostatnie nie ostatnie, a po co mam się śpieszyć?
— Ej to to tak! zawołał Janek, pókim ja Jejmościuni narażając się służył, pókim za życia nieboszczyka wkręcał się by złodziéj, żeby Jejmość trochę pocieszyć; uśmiechała mi się i dziękowała; a teraz nowe sitko na kołku.
— Jakie nowe sitko? żadnego niema — Waspan daj mnie pokój!
— Czy to Jejmość niepamięta, cośmy nieraz mówili?
— A co mieliśmy mówić; ot poszedłbyś lepiéj do siebie, a mnie dał pokój. Z piekarni słyszą głos Waszeci, a ludzie aby co gadać mogą, już i tak to nie pięknie, że ja tu siedzę w jednym prawie domu z młokosem.
— Zaraz pójdę, rzekł wstając Janek, trochę zagniewany, ale jeszcze raz pytam się Jejmości, to taki mnie niechcecie.
— Albo to czas o tém mówić?
— Dla mnie to i bardzo czas, rzekł zmieniając głos i postawę chłopak. Ot dwa słowa i rzecz skończona. Powiem Jejmości prawdę. Nieboszczyk całe życie kradł, mam na to dowody, co jest po nim, to kradzione, na co tu obwijać, jak Jejmość nie pójdziesz za mnie, pokażę jego złodziejstwa, zaaresztuję co jest i zostaniesz się albo z małém albo z niczém.
Wdowa porwała się z sepeciku.
— To już tak! zawołała! to już tak!
— A tak, kiedy Jejmość mnie dobrego przyjaciela z kwitkiem odprawiasz, to pokażę co umiem. Bo ze mnie kiedy druh to od serca, a nieprzyjaciel to pilnuj się!
Ewa upadła znów na sepecik i poczęła płakać.
— A! ja nieszczęśliwa, zawołała — co tu począć, co tu począć!
— Poradź się Jejmość ludzi kiedy chcesz.
— Ale ja wam panie Janie nieodmawiałam, toć tylko proszę, dajcie mi na czas pokój!
— Tak póki się nie wywieziecie i nie pochowacie co gdzie jest. Ale nie głupim, chcesz Jejmość to masz i wóz i przewóz, co nieboszczyk Dracz zostawił wiém i grosza niedam urwać, a może jeszcze Jejmościnemu posagowi się dostanie. — Ot tak, słowo, ręka i będzie po wszystkiem.
Potém szepnął jéj cóś na ucho — wdowa go odepchnęła i płakała ciągle.
— Namyślcie się dodał.
— Słuchajcie no, po chwili śmielszym głosem zawołała Jejmość, nie myślcie żebym się bała, wdowa znajdzie opiekunów i obrońców, ale Bóg widzi, mam i miałam do was serce, pocóż mnie zmuszacie przed czasem?
— To dajcie mi słowo i —
Tu schylił się jéj do ucha; wdowa już go nie odepchnęła, siedli oboje na sepeciku; my wyjdźmy z izby.
Nazajutrz Janek przeniósł się do mieszkania pani Draczowéj i dla nikogo już tajemnicą nie było, że się z nią ożeni, bo żyli z sobą od tego czasu jak mąż z żoną.
Wszystko się więc kleiło i udawało Jankowi jak niemożna lepiéj. Czemuż nie był szczęśliwy? Nie wiem: ale niespokojne miał nocy, ale dnie pędził w kłopocie z tą przyszłością do któréj szedł, a do któréj jeszcze było daleko! Ewa do niego, on do niej nie miał przywiązania, oboje niedowierzali sobie, bali się siebie, kryli przed sobą i powoli skrycie nienawidzieć poczynali. Janek podejrzewał ją, że mu kryła nieboszczykowskie skrypta i dukaty, ona go nienawidziała, że ją do oddania się zmusił. Któż nie chce mieć woli własnéj? Przewidywała także wkrótce niewolę drugą, tylko innego rodzaju; a że serca nie miał Janek, odgadła dawno, powierzchownie żyli z sobą jak należy, ale wojna domowa jeszcze się przed ślubem poczynała. Ona przed nim się taiła, on ją szpiegował, ten chciał zagarnąć, ta dać nie chciała.
Że w piérwszym roku po śmierci Dracza, Janek pokazał i dał daleko znaczniejszą intratę z Żalic niżeli kiedykolwiek była, Starościna zawsze potrzebująca pieniędzy, wymogła na mężu, że ten, którego on młokosem nazywał, pozostał przy rządzie majątku.
Jak tylko upłynęła zwyczajna żałoba, trwająca rok i sześć niedziel, Janek pośpieszył związać się dożywotnim węzłem z wdową, która rada nierada, oddała mu rękę swoją. We trzy miesiące po ślubie już mieli synka, który jednak wkrótce umarł z kokluszu.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.