Pan i szewc/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Pan i szewc
Data wydania 1850
Drukarz Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


Gdy się to dzieje w Żalicach, a Janek nie ma czasu dowiadywać się o matkę, choć toby mu łatwo przyszło, bo Lutyńskich Wólka tuż pod Żalicami; Marek powędrował do Krakowa o ubogim chlébie, i oświadczywszy się starszym Cechowym, wpisawszy w Cech jako wędrowny Czeladnik, począł pracować w staréj stolicy. Łatwo znalazł sobie Majstra, bo pokazawszy próbę, nie obawiał się by kto co zarzucił jego robocie. Spokojny i pracowity, choć to praca ciężka, siedząca, nudna, umiał się godzić z losem i wiele od niego nie żądać. Stara Maciejowa nauczyła go wcześnie, że nie w groszu i bogactwie, ale w samym człowieku jest szczęście jego lub nieszczęście przyszłe. Marek téż nie sięgał myślą wysoko, a w marzeniach daléj nie wzlatywał nad uczciwą izbę, młodą i dobrą żonę, piękny szyld czérwony i spokojne pod nim życie. Chrześciańskie wychowanie dawało mu ten spokój duszy, tę pewność szczęścia w każdym stanie, którego nic w braku jego dać nie może. Zrana pomodliwszy się wesoło siadał do roboty, wyśpiewując pobożne pieśni lub raźnego Krakowiaka, jadł zapracowany chléb smaczno, wstawał od roboty rad z siebie, a pochodziwszy po mieście, pogadawszy z braćmi i towarzyszami o starych dziejach, zasypiał do ranka snem pracowitych i poczciwych. Nazajutrz rano dzwonek Bernardyński budził go do stołka, do bani i do dratwy a szydeł znowu. Tylko niedziele a święta były wypoczynkiem roskosznym, któregoby wartości nie znał Marek, gdyby przez cały tydzień nie pracował tak pilnie. W niedzielę wydobywało się najświeższe odzienie, czeladnicy szli do Cechowéj kaplicy do swego ołtarza na nabożeństwo. A jaka to była pociecha nieść chorągiew swoją za processją! jak ochoczo młody chłopak brał udział w uroczystościach religijnych kościoła i miasta. Jakie to niezamącone niczém i poczciwe wesele towarzyszyło obchodom świąt Bożego Narodzenia, Jasełkom, Gwiazdzie, Zwierzynieckiemu konikowi, Rozwickiéj, Rękawce i strzelaniu do kurka.
Ile to potém było do mówienia siadłszy przy warstacie, jak głośne rozlegały się śmiéchy, jak szczéra pracy towarzyszyła ochota i radość. Choć dojadło nieraz siedzenie na nizkim i twardym stołku cały dzień Boży, ledwie przerwane wybiegiem na miasto z bótami lub za posyłką pani majstrowéj; — pocieszał się Marek temi słowy Maciejowéj, że człowiek stworzony do pracy, że praca jest rodzajem modlitwy Bogu miłéj.
Skutkiem przywyknienia od dzieciństwa, nie pomyślał nigdy nawet, żeby żyć można leżąc brzuchem do góry i nic nie robiąc. W niedzielę nawet czasem, gdy nabożeństwa, zabawy i przechadzki się przebrały, tęsknił za robotą. Czasem w wolnych chwilach wpadła mu xiążka do ręki; o z jakże naiwném uszczęśliwieniem w niéj czytał! Zdawało się, że umyślnie czynił to powoli, aby się lepiéj nasycić! Życie Chrystusa było jego ulubioną xiążką; Maciejowa mu ją odchodzącemu na wędrówkę ze Złotym Ołtarzykiem i Katechizmem darowała.
— Życie Chrystusa, powiedziała mu oddając te swoje skarby — powinno być dla nas ciągłą nauką; dla nas zwłaszcza ubogich ludzi. Jak my był On ubogim, jak my cierpiał, On pierwszy powiedział, żeśmy braćmi wszyscy; On nauczył, że jedni dla drugich poświęcać się powinni, wszyscy się kochać, wszystko przebaczać. Możnaż się nazywać Chrześcianinem, a nie chcieć naśladować Mistrza Chrystusa? Czytaj Marku, mówiła, módl się i pamiętaj, a pamiętaj, że nie ten szczęśliwy kto bogaty, nie ten szczęśliwy kto wielki, kto sławny; ale ten, kto umiał kochać jak Chrystus, jak Chrystus przebaczyć, jak On cierpiéć. Spokojne sumienie to jedyne szczęście. W Złotym Ołtarzyku są stare modlitwy tak poczciwie napisane, że najzimniejsza dusza rozgrzać się niemi musi. W Kantyczkach są pieśni, których rzewności i piękności żadna nowa nie wyrówna. Pisali to insi ludzie, ludzie prawdziwie pobożni.
Takiemi to słowy stara szewcowa dawała nauki odchodzącemu Markowi, którego klęczącego pobłogosławiła płacząc. Kto wié, mówiła, czy ty mnie z powrótem zastaniesz! módl się za moją duszę, ja, jeśli Bóg pozwoli, choć z drugiego świata na ciebie poglądać będę. A bądź poczciwy moje dziécko, i nie strać wiary; wszystko odzyskać można, jedna to strata niepowetowana.
Marek od dzieciństwa kołysany temi prostemi naukami, przejął się niemi do gruntu duszy, i nic go już zepsuć nie mogło. Tak mu téż było dobrze na świecie z tą zbroją Chrześciańskiego człowieka! Nie przerażała go ani przyszłość, ani cierpienie, ani ubóstwo; bogactwa ani żądał, ani pojmował potrzeby, o przyszłość był spokojny, bo ją złożył w ręce Boże. Choć w Krakowie majster Florjan, u którego przyjął służbę na Stradomiu, nie zastąpił mu wcale poczciwego Macieja, bo był popędliwy, pijak i kostéra, przecięż i tu ze swoim losem pogodzić się umiał, i tu mimowolny zjednał szacunek u niego, tak, że Florjan, co czeladników bez ceremonji pociągaczem kropił byle za co, nigdy nie dotknął Marka. Marek nie dał do tego powodu, ale téż niesłusznego ukarania nie ścierpiałby, i majster to widział, a ceniąc go jako wybornego robotnika, zrazić się obawiał. Owszem radby go był zatrzymał, bo przy Marku i reszta czeladzi i chłopców jakoś lepiéj robili i sumienniéj. Nie potrzeba było pilnować nieustannie kradzionéj roboty na własny rachunek jak przedtém, bo Marek przekonać potrafił, że i podzelowanie tajemne na swoją korzyść jest kradzieżą, skoro się raz swoją pracę i czas sprzedało. W warstacie on réj prowadził, i spuścić się na niego było można wyśmienicie; nie tylko nie próżnował, ale próżnować nie dał, nie ukradł i ukraść nie dopuścił. Majster Florjan, porachowawszy wszystko, rad był poswatać mu Martę swoją donię, ale Marek w dziewczynie nie smakował. Byłać ona ładna i bardzo ładna, ale trzpiot, ale próżniaczka jakich mało; stać na progu, ząbki wyszczérzać, lub w alkierzu się muskać, tyle tylko umiała; roboty nie wzięła w rękę, a czeladzi swojemi śmieszkami w izbie przeszkadzała jeszcze. Nie był Marek obojętny pannie Florjanównie, ale on na nią ani patrzał; za to ile było czeladników, wszyscy się nawet z drugiéj ulicy w niéj kochali. Matka nie żyła, stara tylko sługa była towarzyszką Marty, a staréj jakoś nic do rzeczy z oczu patrzało; Florjan większą część czasu spędzał na poniedziałkowaniu, tak, że od niedzieli do niedzieli poniedziałki obchodził; dziewczę robiło co chciało.
— Co to za szkoda! mówił w duchu Marek, patrząc na nią ukradkiem, gdy szła strojna w ulicę, że to tak rośnie jak pokrzywa pod płotem! co to za szkoda!
Z końcem roku Marek począł się wybiérać od majstra Florjana, ale ten tyle na nim wymógł, wyprosił i wyrobił nieustannemi naleganiami, że Marek jeszcze pozostał u niego; wymówił sobie tylko kilka tygodni czasu, bo chciał pójść w okolicę, dla dowiedzenia się o Lutyńskich.
Jakoż, latem to jakoś było, wziąwszy woreczek na plecy, kij w rękę, przeżegnawszy się, pomodliwszy, pokłoniwszy towarzyszom, zapakowawszy papiery swoje, ruszył Marek ku Żalicom. Już był się trochę rozgadał, gdzie była Wola Lutyńskich, i tam prosto dążył: — ale z niewielką nadzieją. Dwadzieścia z górą lat upłynęły od czasu tych wypadków i ludzi, o których mu się dowiedziéć potrzeba było. Domek, w którym mieszkał stary Lutyński, zwany i znany w okolicy Szaloną pałką, zastąpił już nowy dworek nowego posiadacza Woli. Wola ta od bardzo dawnych czasów rozpadła się na części i cząsteczki, a tak zwana Wólka Lutyńskich, nie miała już wieśniaków osiadłych na gruntach, tylko szmat ziemi, trochę łąk i zarośli górzystych.
Uprawiał ją teraz niejaki Malinowski ślachcic, nabywszy od wierzycieli Lutyńskiego. Długi czas zostawała w tradycjach i różnych rękach, tradycji więc nawet o rodzinie Lutyńskich w saméj Wólce trudno było szukać; należało ich po sąsiedztwie żebrać.
Marek zajrzawszy tylko do Wólki, prędko uszedł ze smutkiem w duszy, a obiegłszy sąsiedztwo i zmordowawszy się napróżnemi po karczmach u starych ludzi pytaniami, nic się nie dowiedziawszy, lub tak jak nic, ku schyłkowi dnia, znalazł się przy maleńkiéj chatce, przypartéj do spadzistego wzgórza, obwisłemi krzaki pokrytéj. Słońce zachodzić miało, a podróżny był znużony i zrażony, usiadł więc na kamieniu i rzuciwszy tłómoczek i kij przy sobie, naprzeciw chatki spoczął. Malownicza to była, choć biédna, lepianka. Co za sztuka w téj niewytwornéj budowie! Jedną ścianę zastąpiła góra kamienista, drugą w części stanowił bok parowu, pozostałe dwie z niezmierną pracą związane z gałęzi, pniaków i kawałków drzewa, cudem dach na sobie trzymać się zdawały. Dach ten garbaty, porastał prześliczny mech zielonego axamitnego koloru, którym Bóg stroi stare dęby i ubogich strzechy upadłe. Po nad nim wyglądał troszeczkę stary także i szczerbaty wierzch komina. Brzozy i sosny na szczycie pagórka porosłe, tuliły chatkę zewsząd i osłaniały. Do jéj drzwiczek wypaczonych trzeba było wchodzić po kilku kamykach chwiejących, a okienko patrzące na południe tak było maleńkie, tak oszczędnie zaszklone, że ledwie światełko wpuszczać musiało. Z drugiéj strony chaciny, gdzie nie przypiérała do parowu, kawałeczek lichéj niwy, obrzucony kamieniem, obrosły tarnem, stanowił ogródek, z którego tylko wychyliła się dynia ze swemi liśćmi ogromnemi i żółtym brzuchem i żółtym kwiatem.
Takie to było ubogie, biédne, a tak piękne w swéj prostocie i ubóstwie, że Marek nawet, nie zwykły szukać piękności, gdzie ją niełatwo było znaleść, wpatrywał się z jakiémś zadumaniem w drzwi chałupki. Ostatnie słońca blaski padając na dach i główną ścianę lepianki, złociły ją zalotnie jakby na umyślnie.
Na ciemniejszych barwach parowu i szarych kamieni, gałązki brzóz i drobnych krzewów, odskakiwały ozłocone silnym światłem misternie i drżały w powietrzu migając. Stado szarych wróbli polatywało nad gałęźmi świergocząc.
Gdy Marek jeszcze poglądał na drzwi przymknięte ciekawie, ze skrzypem uchyliły się powoli i starzec z siwą długą brodą, w szaraczkowéj sukmanie, z kijem w ręku, wysunął naprzód głowę, potém bosą nogę żylastą, aż i cały stanął na kamieniu próg stanowiącym. Zdawał się chcieć przypatrzyć podróżnemu, i z daleka zgasłym głosem odezwał się do niego.
— Niech będzie pochwalony. — Może drogi szukacie?
— Nie, mój ojcze, odezwał się Marek zbliżając z kijem i tłómoczkiem, i pokłoniwszy się siadając znów na darni. — Siadłem odpocząć, bom się strudził — a i wodybym się napił, gdyby była!
— Źródełko ocembrowane ot tam! rzekł wskazując w lewo starzec, jest i czerpaczek przy nim, ja wam wody nie przyniosę, bo nie zdążam, ale to kilka kroków tylko.
— Dziękuję za pokazanie, pójdę i sam — mój ojcze. To mówiąc wstał Marek i kilkanaście kroków uszedłszy, znalazł w istocie pniak dębowy wbity w piasczyste źródlisko, z którego mrucząc sączył się rozpadliną maleńki ruczajek. Woda była czysta jak kryształ i chłodna, nie tylko więc napił się jéj, ale się nią obmył, bo mu twarz paliła, i powrócił ku chatce. Zastał już starca siedzącego na progu, opartego na ręku, z dłoniami skrzyżowanemi na kiju; wpatrywał się w zachodzące za góry słońce.
Marek usiadł na darni nie opodal, i naturalnie poczęła się rozmowa od podziękowania za wskazane źródło.
— A wy z daleka? spytał stary.
— I z daleka i nie z daleka, rzekł chłopak powoli. Jestem czeladnik wędrowny, a teraz z Warszawy wyszedłszy, terminuję w Krakowie znowu u majstra.
— Jakiegożeście rzemiosła?
— Szewc jestem. —
— Ciężki to chléb! rzekł stary.
— Co za ciężki? odparł Marek. —
— A juściż, w mieście się wędzić, Bożego świata nie widziéć i na drewnianym stołku od rana do wieczora przykutym siedziéć, to nie roskosz.
— Ale i nie biéda.
— Wolałbym cięższą pracę, pod gołém niebem i nie w mieście.
— Boście to znać przywykli do waszego życia, to wam się tak zdaje, że już inném nie wyżyć.
— Może to być, toż i więzień do kajdan przywyka!
I zamilkli oba.
— A cóż was w tę stronę zagnało? spytał stary po chwili.
— O! to długa historja, mój ojcze.
— Naprzykład jeśli zapytać się godzi?
— Ot, moja matka była tu z tych stron, chciałem się o niéj co tu i o rodzinie dowiedziéć, rzekł Marek.
— A zkądże była matka wasza?
— Z Wólki Lutyńskiéj?
Stary odwrócił głowę.
— I jakże się nazywała?
— Tekla Lutyńska.
— Tekla Lutyńska! Tekla, to młódsza była! rzekł starzec.
— Więceście ją znali, porwał się Marek i przybliżył do dziada.
— A jakże nie, u Szalonéj pałki, bo to tak ojca Elżbiéty i Tekli nazywali, służyłem za gumiennego.
— Mój Boże! mój Boże, ach! cóż to za traf szczęśliwy; więc mi powiécie co może o Tekli Lutyńskiéj, o mojéj matce, mój dobry ojcze.
— Co pamięć zasięgnie i owszem mój chłopcze — z serca. Siądźcie no tylko spokojnie i dajcie mi myśli pozbiérać, bo to się na starość jak przerwany różaniec porozlatywało; a słuchajcie uważnie co wam powiém. Może się wam to na co przyda. — Stary Lutyński, waszecin dziad, taką rzeczą mieszkał w Wólce, gdzie teraz Malinowski, ale w starym dworku, za wałami którego teraz ani śladu. Zwali go wszyscy Szaloną pałką, bo téż taki był: dobry człowieczysko, ale zawadyja jakich już teraz nie widać. Bywało, gdy śpi, to przez sen klnie. — Zje sto djabłów z ogonami, a szabla mu u wezgłowia leży. Rębacz był zawołany na całe Krakowskie, ba i na Sandomierskie, i taki więcéj z szabli niż z kawałka ziemi w Wólce się utrzymywał. A prowadził życie osobliwsze.
Znano go okolicznie na mil kilkadziesiąt, to bywało jak tylko taka sprawa, że w dłoń plunąwszy trzeba w szabelki zagrać, Lutyńskiego wzywają, a z nim jego ślachtę, co mu służyła na podziw choć w ogień, choć w wodę. Wszystkie partje sejmikowe starały się miéć z sobą Lutyńskiego, bo z kim on był — wygrał. Pokręciwszy wąsa i klnąwszy po swojemu, jak począł krzyżową sztukę, to i adwersarzy poprzepędzał, i łby popłatał, i na swojém postawił. Miał się téż z tego dobrze i wysoko podgoloną głowę nosił, a w kaszę mu nikt nie napluł. Bywało w domu choć gospodarstwo po djable idzie, dostatek zawsze i grosz w kieszeni. Tylko licho wié jak, co się przyzbiérało łatwo, jakoś wyciekało niewiedziéć jak i gdzie, choć był skąpy, że nigdy nic zebrać nie mógł. Owdowiał wcześnie i pozostały mu się dwie córki, Elżusia bardzo piękna dzieweczka, i Tekla, która także była niczego. Ale to się chowało same pod piecem, a bez matki, to téż i niewielki los zrobiły, zwłaszcza druga. W Elżusi pokochał się Jan Mylżyński z Żalic, ta i musiał się z nią ożenić, choć mu się nie bardzo chciało, i z tą nie wiém co się zrobiło; a Tekli to taka historja: — Ślachetka tu z okolicy, Adam Porębski, mówią niepewny ślachcic, zaraz po wyjściu Elżbiéty za Mylżyńskiego, rozkochał tak Teklę, że za nim z domu rodzicielskiego uciekła. Stary Lutyński w taką wpadł wściekłość, że zakląwszy się, iż córki więcéj nie zobaczy, a Porębskiemu w łeb strzeli, czyhał tylko na niego. Porębski musiał uciekać z żoną (bo mówią, że się pobrali) do Warszawy o ostatnim groszu, bo był ubogi. W drodze jakoś chwyciła go gorączka, i zostawiwszy Teklę na zlężeniu, w karczmie na gościńcu umarł. Ledwie go było za co pochować. Co się stało z Teklą, waszą matką potém, Bóg wié, a ludzie różnie pletli; mówią, że powrócić chciała do ojca, ale jéj nie przyjął, i tak gdzieś zmarła nieszczęśliwa takoż. Ot i wszystko. To mówiąc stary westchnął, a widząc, że chciwie słuchający go Marek, milczy, dodał:
— Dawne to czasy, a jam już i wówczas, kiedy się to działo, nie był młody; pamięć pogubiła wiele, tyle tylko przypomniéć mogę. Stary Lutyński na Sejmiku przez łeb cięty, długo z rany żartując i chlébem tylko a pajęczyną ją zakładając, zawsze do ostatka po swojemu żył, i jakoś mu się przyrzuciła gangrena i umarł.
Marek milczał, dwie łzy spływały mu po policzkach, nareszcie spytał dziada:
— A gdzieżby Tekla z Porębskim, ojcem moim, ślub wziąść mogli.
— Nie gdzieindziéj jeno w parafji tu któréj, albo do Wólki, albo do Stojewa, gdzie mieszkał Porębski. Chcielibyście pewnie metryki ślubnéj poszukać?
— Nie mam jéj właśnie.
— Pójdźcie po Xiężach, a kto wié, jak Pan Bóg pomoże, to się może i znajdzie, bo taki pamiętam, że ludzie mówili, jakoby ślub wzięli.
— Niechże wam Bóg płaci, zawołał Marek, przynajmniéj od was cokolwiek się dowiedziałem. Radbym więcéj słuchać, ale noc nadchodzi, noclegu gdzieś szukać potrzeba.
— Noclegu? rzekł stary — ha! gdybyście chcieli, tobyście i tu u mnie przespać się mogli w alkierzyku. Ja i moja Anusia mamy dwie ciupki osobno, a tam tylko trochę siana dla kóz leży, toby i na posłanie stało.
— Ale ja wam zawadzę!
— I, dajcież pokój! Prawda, że stare dziadzisko nie przyjmie was wyśmienicie, bo niéma czém, ale z dobrego serca. Kawałek chleba, choć czarnego, jeszcze się trzyma, kawałek koziego séra się znajdzie, woda kryniczna i trochę kaszy, to i po wieczerzy.
— Im mniéj macie, tém mi ciężéj będzie was objadać, rzekł Marek.
— A dajcie pokój! dajcie pokój! Ubogi się chętnie dzieli, bo jutro ma u P. Boga w kieszeni. Prawdzieć mało mam i to z łaski Bożéj tylko, ale jaka to radość podzielić się ostatkiem.
— Z czegoż wy tu żyjecie w tym kątku? spytał Marek.
— Z łaski Bożéj, wylepiłem sobie chacinę, temu lat będzie kilkanaście, i nikt mnie jéj nie broni; wydarłem trochę ziemi na ogródek, to się tam czasem co posieje. Mam kóz kilka, a póki sił stało, to się będnarką bawiłem, a i Anusia nie próżnuje. Cały mój kłopot co to się z tą niebogą wnuczką moją stanie, jak ja oczy zamknę. Nie już jéj tu saméj jednéj zostać w chałupie takiéj młodéj i sierocie. Toby to piérwszy wilk zadławił! i zmarnowałoby się Boże broń. Oj! gdyby nie to mnie na świecie trzymało, dawnoby już starym oczom należało się zamknąć do spoczynku. Bo i czas! Mam bez mała sto lat, bo małym chłopięciem pamiętam Króla Jego Mości Jana III. jak jechał na Turka pod Wiedeń.
— Nie macież krewnych?
— Krewnych! Żywéj duszy! Ja chłopięciem małym sprowadzony zostałem tutaj z Mazowsza od Płocka i cały wiek tu spędziłem. Jedną miałem córkę, a po téj mi się tylko Anusia pozostała, i nas tak dwoje tylko na szérokim świecie — ale Pan Bóg łaskaw, nie da zginąć sierotom.
— Dobrze robicie, że Jemu ufacie, nikogo On nie zawiódł!
— Wiém ci ja to przez długie życie, lepiéj od was. Toć i to opatrzność Boża, że żyjemy, bo nas żywi gdyby ptaszęta łaską swoją niewidomie. Alboż i to nie łaska Jego, że mi daje życie póki o siérotę moją nie będę spokojny? Teraz już i pracować nie zdążam, a przecie chleb jest. Świat już mnie obrzydł! tęskni dusza do Boga, a umiérać nie czas. To tylko łaska jeszcze, że mnie Bóg dał w téj chacinie zamieszkać; już gdzieindziéj zdaje się bym nie wytrzymał! Tu cicho, że nie słychać jak sobie życie płynie. A nawykły od młodu do pól, do gór i gołego nieba, patrzę się przynajmniéj na nie i przypominam sobie stare moje lata, lepsze lata! oj! lepsze!
Marek zamyślony nie przerywał opowiadania dziadowi, który tak gwarzył po cichu, to gładząc siwą brodę, to spoglądając w stronę, z któréj się wnuczki Anusi spodziewał.
Słońce już było zaszło a niebo czyste poczynało przybiérać ciemniejsze barwy wieczorne, zdala słychać było beczenie trzód i śpiewki pastusze rozlegające się po górach. Nagle szybkim krokiem idąca ku chacie z kilkorgiem kóz bieżących wesoło przed nią, pokazała się dziewczynka z wiązką chrustu na głowie.
Bosa, w spódniczce i gorseciku, w białéj koszulce, z długiemi kosami jasnych włosów, spuszczonemi na plecy, biegła Anusia jak kózka za kozami, poskakując a niespokojnie oglądając się za siebie. Była młodziuchna jeszcze, i nie wiém czy poczęła rok piętnasty, tak szczupłą i tak nierozwiniętą się pokazywała.
Twarzyczkę miała dziecięcą, nóżkę dziecka i wejrzenie niewinnego niemówlęcia, łzawe, wesołe razem i nieświadome życia. W téj chwili przestrach malował się na zarumienionéj twarzy, a uczucie to zdawały się podzielać kozy, które biegły przed nią: gubiła po drodze chróst, który uzbiérała na ogień wieczorny, i oglądała się trwożliwie.
Postrzegłszy dziada, zwolniła kroku, a widząc kogoś nieznajomego, instynktowie poprawiła włosów, wstrzymała się, potém obejrzawszy śpieszniéj jeszcze zbliżyła się do chatki. Marek poglądał na nią z ciekawością i jakiémś politowania razem i radości uczuciem. Pomimo opalonéj twarzy i ubogiego stroju, była piękna, jak mało dziewcząt, a miała w sobie cóś tak łagodnego i miłego, że nawet podróżni, co ją spotykali, musieli mimowolnie odwrócić się, by ją jeszcze raz zobaczyć, jak się odwraca ku jakiemu osobliwszemu zjawisku.
— To cóś szczególnego, rzekł stary, że powraca bez piosenki, i leci tak żywo. Nigdym ją taką nie widział.
Ledwie tych wyrazów domówił starzec, gdy z za urwiska wychylił się jeździec na koniu porządnie ubrany z myśliwska, młody jeszcze, blady, z uśmiechem złowrogim na ustach i rozognioną twarzą.
Marek mimo zmroku poznał w nim zaraz podróżnego, którego spotkał w Wygodzie, był to bowiem Janek.
— A! takim przydybał aż na miejsce, moja Malinko! wołał Janek, i wiém teraz gdzie się kryjesz! To mówiąc zobaczył i poznał Marka, spójrzał na starca. Dziad, pomimo wieku, porwał się z kamienia, na którym siedział, i potrzęsając kijem, zabiérał się cóś powiedziéć; ale mu gniéw i oburzenie nie dały z początku wyrzec słowa.
— Po co ganiacie się za dziewczyną, zawołał wreszcie. — A macie to Boga w sercu, nieboże to straszyć!
— Albo co? spytał Janek, wstrzymując konia — cóż to myślicie mi zabronić?
— A któż, jeśli nie ja? odparł stary, moje to dziécko.
— I cóż z tego! Dobrze, że wiém, iż wasze — będę wiedział gdzie go szukać.
Starzec trząsł się z gniewu.
— Bez Boga w sercu! bez Boga! rzekł ze złością, kijem potrząsając — o gdyby mi młode moje lata, nauczyłbym cię; paniczu!
— Ty! ty! Jankowi zaiskrzyły się oczy, podpędził konia i poskoczył do starca podnosząc batóg, który trzymał w ręku, Anusia krzyknęła straszliwie, obejmując dziada rękami; ale Marek, chwyciwszy podróżny kij, już zasłaniał dziada, i srogim wzrokiem zmierzywszy Janka, krzyknął:
— Ani kroku daléj, lub łeb ci rozbiję!
— Ty mnie! włóczęgo! zawołał Janek i zmierzył się na niego; ale nim spuścił rękę, już z konia zrzucony leżał na ziemi.
Marek piérwszy mu wstać pomógł, nie chcąc ze zwycięztwa korzystać. — Wstawaj, rzekł, paniczu, siadaj i ruszaj z Bogiem, a nie pokazuj się tu więcéj.
Szybko pochwycił się na konia Janek, ściągnął ze złością i iskrzącemi oczyma cugle koniowi, odstąpił i grożąc ręką zawołał:
— Czekajcie, to nie koniec. Żalice niedaleko od Wólki, a Rządzca Żalicki da się wam we znaki, popamiętacie dzień dzisiejszy!
— Pamiętajcież także, odparł mu Marek śmiało, że ja tu na was czekać będę!
Janek w czwał zaciąwszy konia ujechał.
Bóg zapłać, rzekł stary, padając raczéj niż siadając na kamieniu i łyse czoło obejmując rękami. — Bóg zapłać — więcéj powiedziéć nie mógł. Anusia już się była schroniła do lepianki.
— To Rządca Żalicki! rzekł po chwili dziad. — Kaduk nadał mu zobaczyć Anusię, teraz dnia i nocy nie będzie spokojnéj! Słyszałem ja o jego sprawkach! Niéma co podobno popasać mnie w téj staréj chacie, gdzie myślałem, że życia dokończę; nie ostoję się tu z Anusią! Żalice o staje, nie da nam pokoju, a i na mnie się pomści i na swojém postawi. Srogi dla ludzi i gwałtownik!
— Nie bójcież się, rzekł Marek szybko, ja tu jeszcze kilka dni w okolicy włóczyć się muszę, to na chatę wieczorami najrzę.
— Dziękuję ci mój synu, ale w dzień, ale co godziny lękać się teraz będę o moje wnuczę. Ona w chacie nie wysiedzi; młodemu to potrzeba i słoneczka, i powietrza, i swobody, trudno ją trzymać; a któżby nam kozy popasł i o chleb we wsi się postarał? A tu teraz straszno ją będzie puścić krokiem.
— E! nie bójcie się dziaduniu, odezwał się w téj chwili głosek już uspokojonéj dziewczyny z za drzwi lepianki. — Znam ja ścieżki, gdzie konno nie przejedzie, a dogonić nie dogoni, a zresztą choćby mnie i dopędził, to cóż on mnie zrobi? Zwyczajnie chciałby się pośmiać, ale ja go zbędę, że pójdzie jak zmyty. To już trzeci dzień tak się za mną pędza; a dopiéro dziś, że mi się kozy rozbiegły, musiałam wracać taką ścieżką, że mnie aż tu ścigał.
Stary milczał zamyślony, Marek wpatrywał się w piękną główkę dziewczęcia, wychyloną z zadrzwi chaty i ożywioną teraz oczyma takiego wyrazu pełnemi, że czeladnikowi zdawało się, jakby słyszał je mówiące mu cóś, czego tylko zrozumiéć nie mógł: ale co słuchać było mu tak miło, że byłby wiek przetrwał na milczącéj rozmowie. Poczynało ciemniéć na dworze, i dziad wprowadził chłopaka do swojéj lepianki. Porządniejsza ona była wewnątrz niż powierzchowność jéj obiecywała.
Stroiły ją szczątki lepszego bytu i dostatniejszéj przeszłości. Do koła biegły pod ścianami ławy czyste, podłoga posypana była piaskiem z ruczaju szorstkim i błyszczącym, piec i komin wybielone były schludnie. Łóżko starego stało w kącie przystojnie pokryte, a nad nim torba myśliwska, obrazek N. Panny z Krużganków niezgrabnie na drzewie przez artystę z Bobrka wycięty, gromnica i wianek i palma. Maleńki czysty stół chwiał się trochę, ale podłożony kamyk utrzymywał go od zbytniego przechylenia. Strzelba staroświecka wisiała także na kołku, obok pleciony bizun, czapka barankowa, kij osmalony. Przy łóżku stała skrzynka okuta, pokryła starą kapotą. Przez drzwi do alkierzyka widać było izdebkę Anusi szczupłą, z okienkiem na parowu ścianę wychodzącym, ale równie czystą jak piérwsza. Okienko to otwiérało się, i w téj chwili nawet było otwarte, a woń brzóz i macierzanki porastającéj boki urwiska, rozlewała się po izbach.
Starzec zafrasowany i zamyślony siadł na łóżku, Marek na ławie, Anusia zapasawszy fartuszek, jak myszka zwinna, poczęła się krzątać około wieczerzy. Niekiedy wesołém dziecinném odzywała się słówkiem i uśmiéchem, to spójrzała na Marka, który z niéj oczu nie spuszczał, a ile razy spotkał jéj wzrok, niedoznane dotąd uczucie jakiegoś nieopisanego szczęścia i pokoju rozlewało się w jego duszy.
Dziewczę było dzikie, proste, ale śmiałe jak dziecko. Widocznie chciała rozweselić pochmurnego starca, opowiadając to to, to owo, czego się dowiedziała po drodze i w blizkiéj wiosce. Różne wiejskie nowiny dobywała z pamięci, napróżno niemi chcąc dziada rozbawić. Mówiła mu o Wólce, o urodzajach na łanach, które znał stary tak dobrze, o zbożu, którego los zawsze gumiennego obchodził, o spodziewanéj burzy, bo rosy nie było, o tém, że widziała Proboszcza, który o starego pytał, o swoich kozach, o sąsiadach; ale nic na ten raz nie zajęło zamyślonego gumiennego. Powiesił głowę, nasępił brwi, czoło zmarszczył, i siedział nieporuszony. Nareszcie Anna przyszła aż do niego i całując go w rękę, poczęła mu cóś szeptać na ucho, poklękła przed nim, żeby mu w oczy zajrzéć, i wymogła, że ją choć milcząc do serca przycisnął, ale się stary rozpłakał.
Marek patrzący na to rozumiał dobrze i myśli starca i strachy. Zgrzybiały dziad obawiał się śmierci i sieroctwa dla dziewczęcia, które bez opieki zginąć mogło.
— Napróżno sobie głowę łamię, rzekł w końcu gumienny, tu niéma co innego radzić, jak tylko temu wisusowi z oczu zejść na czas, póki nas nie zapomni. Mnie staremu, chyba Bóg nie łaskaw, nic zrobić nie może, a ty Anusiu na jaki tydzień pójdź lepiéj prząść do Jeremjaszowéj do Wólki. Przesiedzisz tam jaki czas, a jak on tu raz drugi zobaczy, że ciebie niéma, da pokój i zapomni.
— Albo to ja tak mogę was opuścić? spytała Anusia uśmiéchając się — a co wy poczniecie beze mnie.
— O! o! bo już myślisz, że sobie rady nie dam bez ciebie. Co mi za wielka sztuka! A dużoż to koło mnie chodzenia, pewnie koło twoich kóz więcéj! Nie jem wiele, ognia sobie i sam rozpalę, krupniku upryszczę; a tylko mi trochę tęskno będzie — ale cóż robić!
— I dalibyście pokój bać się tego panicza! a co on mnie zrobi? Ot pożartował i po wszystkiém.
Stary spójrzał na Marka, jakby mu co chciał powiedzieć, czego przy Anusi nie śmiał, i poruszył ramionami.
— Już kiedy mówię, to mnie słuchać potrzeba — odezwał się, jutro przed świtem pójdziesz do Jeremjaszowéj i do Wniebowstąpienia tam posiedzisz.
— A jak mi Bóg miły, nie wytrzymam nie widząc was!
— No! to tam kiedy w słotę i plochę, ukradkiem zejdziesz do mnie. — A jutro ot, ten dobry podróżny, z daleka cię przeprowadzi.
— Wy bo mnie dziaduniu, macie koniecznie za dziecko! Albo to ja sobie rady nie dam? O! ho! naprzód tylko ja i moje kozy znają jak ja wszystkie ścieżki i ścieżynki, powtóre wiatr mnie chyba dogoni.
— A koń? spytał stary.
— Koń tam nie przejdzie, gdzie ja.
— Koń przejdzie wszędzie, gdzie człowiek przejść może — dodał stary wzdychając.
Teraz Anusia spójrzała na Marka, jakby mu powiedziéć chciała, że stary sam nie wié czego się boi.
— Po co ja mam tam siedziéć u Jeremjaszowéj? dodała, albo to mnie myślicie nie tęskno za moją chałupką, za wami, a nawet za kozami memi? Ja tu tak przywykłam od dzieciństwa, tak znam każdy kamyk i krzaczek, każde drzewko, każdą trawki kupkę, że mi tu tylko jak w domu, a już w Wólce to obczyzna.
— Przecież zawsze tu siedziéć nie będziesz, rzekł stary.
— A czemu? spytało dziewczę.
— Jużciż mnie tu wieki nie żyć! a potém tobie tu saméj nie zostać, jak się znajdzie człowiek co ci rękę poda, będziesz musiała pójść za nim.
— O! nie! odpowiedziała Anusia — o! nie! ztąd się nie ruszę. Mnie w tym kątku tak dobrze, w téj chacinie tak wesoło, tak miło, żebym ją za pałac nie pomieniała. Mnie tu nawet wróble znają. — A kto mnie ztąd może wypędzić.
— Bieda cię wypędzi! westchnął stary.
— Jaka biéda? albo to człowiekowi wiele potrzeba? — Chleb, woda, dach, a za chatą znajomy świat, na który wyjrzéć wesoło, ot i dosyć.
— Dzisiaj! rzekł gumienny, i pokiwał głową.
Gdy tych słów domawiali, a wieczerza była gotowa, Marek pomógł ją Anusi przynieść na stół; dawnym obyczajem dobył on swoją łyżkę z za pasa i przeżegnawszy się siadł pożywać z gospodarzem i jego wnuczką. Anusia usiadła przeciwko niego na zydelku, i więcéj podobno patrzał na śliczne dziewczę, niżeli jadł Marek; piérwszy raz na widok jéj przyszło mu w życiu na myśl, że mógłby się ożenić.
Po wieczerzy starzec z sieni na prawo pokazał Markowi komórkę, gdzie trochę siana leżało; czeladnik pożegnawszy starca i Anusię, która mu się uśmiéchnęła białe pokazując ząbki, zabrawszy tłómoczek i kij, poszedł smaczno zasnąć na siano.
Nazajutrz rano, gdy się gumienny upiérał, żeby Anusia szła do Jeremjaszowéj, Marek, który ufność jego wzbudził, uproszony o odprowadzenie dziewczyny, podjął się ochoczo tego obowiązku. Szedł nawet w tę stronę do Proboszcza, więc mu nic nie było z drogi. Anusia próżno się opiérała, prosiła płaczem i śmiéchem, starała się dziada przełamać, uparł się stary i iść jéj kazał koniecznie.
Przygotowawszy więc wszystko w lepiance, co mogło staremu być potrzebne, rada nie rada, wybrała się Anusia, zapowiadając, że nie za tydzień, ale za trzy dni powróci, choćby tylko dowiedziéć się o dziada. Kozy przywykłe do wypędzania w téj godzinie, beczały napróżno, Anna ich wypędzić nie mogła, boby za nią były pobiegły; i dopiéro gdy znikła z oczu starego, gumienny zagródkę im otworzył. Nie turbował się o ich powrót wieczorny, bo nie raz powracały same. Marek żegnając go, szepnął, że się dowié do niego, błąkać zmuszony od kościołka do kościołka w téj stronie.
Słońce wschodziło, gdy on i Anusia trochę smutna, wyszli z lepianki, na któréj progu modlił się gumienny. Chwilę szli nic nie mówiąc; nareszcie dziewczę spójrzało na Marka i odezwało się do niego:
— A to wy z Krakowa?
— Teraz tylko do czasu w Krakowie terminuję — odrzekł czeladnik.
— Mój Boże, jak to wy w mieście wytrwać możecie? — Ja raz tylko byłam w Krakowie dwa lata temu, a to mi się aż w głowie zawracało. Ludzie tam żyją jak w ukropie, gwar, ścisk, zgiełk i ciasnota, a za murami świata nie widać. Juściż to lepiéj na wsi u nas, poczęła szczebiotać weseléj — jest czém odetchnąć, jest na co popatrzéć. Jabym w mieście tygodnia z nudy nie wybyła.
— Do wszystkiego nawyknąć można, rzekł na to Marek, a że ja z dziecka żyłem w mieście, to mnie się zdaje nie tak źle i w tych murach. A i miasto ma swoje piękności. Na wsi nie widzicie takich wspaniałych kościołów i pałaców, co to je przecie na chwałę Bożą i podziw ludzki, ludzie zbudowali. A jakie nabożeństwo!
— Cóż kiedyby mnie w waszém mieście głowa się kręciła, i zdałoby mi się, że mnie kto zamknął.
— I ja się wsią nie brzydzę, ale tak żyje człowiek jak może; nasz chléb w mieście.
— A macie wy ojca, matkę?
— Nikogo. — Tak, mylę się — matkę przybraną, co mnie wychowała.
— W Krakowie?
— W Warszawie!
— Aż w Warszawie! a jakże to ona was puściła tak samego jednego daleko od siebie?
— A cóż mi się stanie, moja panienko?
— Alboż ja wiém! Ale tak czegoś straszno bardzo, jéj za wami, a wam za nią tęskno być musi.
— Jakże nie! rzekł z westchnieniem Marek.
— Cóż wy tu w téj stronie robicie? spytała Anusia.
— Widzicie, moja matka z tych stron była, to przyszedłem dowiadywać się tu o nię, bom jéj nigdy nie znał, a mało co o niéj i wiém.
— A! i ja mojéj nie pamiętam! szepnęła Anusia — ani ojca. Stary mnie sam wykołysał: on mnie ojcem i matką! Mój Boże, to taki dobry poczciwy dziad! Ot i teraz trzeba mu było, nie wiedziéć dla czego, odprawić mnie do Jeremjaszowéj! A jak on tam sobie rady da, to nie wiém. Prawda, że chróst jest, że woda niedaleko, że jemu dziś w nocy wszystko a wszystko nagotowałam na cały tydzień i po xiężycu przeprałam drugą koszulę na niedzielę — ale wszystko taki jemu będzie i ciężko i nudno.
— Ja tu wstąpię do niego dzisiaj — a może — dodał, i jutro. W myśli zaś powiedział sobie, i przez cały tydzień. — Nie bójcie się.
— Jak to? bylibyście tak poczciwi? pochwyciła Anusia żywo — doprawdy?
— Szczérze — doprawdy — nie bójcie się, wcześnie powrócę i jeść mu zgotuję, i wody przyniosę, i drewek się postaram.
Anusia nie dowierzała, ale taka była rada, tak się jéj oczki zaświeciły, że Markowi aż serce zaskakało z radości. — Ale dla czegoż wy byście to zrobili? spytała po chwili smutniejąc.
— Dla czego? Ot tak! — wszak ci to mała rzecz bardzo. Ja siéróta, wy siéroty, co to za dziw, że jeden drugiemu pomoże!
— Pan Bóg wam to nagrodzi!
— O! niéma za co! A wreszcie nie myślcie żebym to ja robił wielką rzecz. Ja tu nie mam ani znajomego, ani kąta, muszę jeszcze się dni kilka włóczyć, dobrze mnie miéć kąt, gdzie głowę przytulić.
Anusia popatrzała na niego i weselsza rozśmiała się. — O to! chwała Boga, rzekła, o dziada będę spokojna. To mówiąc dochodzili do Wólki, i gdy już nie opodal chatę Jeremjaszowéj widać było na pagórku w gruszach; Marek pożegnał Anusię, która mu się uśmiéchnęła wesoło i poskoczyła ścieżką zarosłą, parę razy obracając główkę, żeby go jeszcze raz zobaczyć. Marek zdaleka stojąc, patrzał aż mu z oczu znikła.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.