Pan i szewc/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Pan i szewc
Data wydania 1850
Drukarz Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron



Tymczasem szewc Maciéj wszystkie wolne od pracy chwile poświęcał dotąd próżnemu badaniu bliższych sąsiadów o nieznajoméj kobiecie, po któréj w spadku otrzymał sierotę. Czuł on, że późniéj dziecięciu winien będzie dać wiadomość o matce i klucz do tajemniczéj przeszłości. Zrazu szły badania tępo i trudno; lecz silna wola czegoż nie dokaże? Powoli odrobiny wiadomostek poczęły się sklejać w jakąś porządniejszą całość.
Dowiedział się szewc, że kobiéta nieznajoma przed rokiem przybyła ze wsi z dziećmi obojgiem; i choć od razu zdała się ubogą, przecież nie tak w początku nędzne, jak potém wiodła życie. Nająwszy mieszkanie na Starém mieście, w téj izdebce, w któréj życie skończyła; przyjęła staruszkę do pilnowania dzieci i mieszkania, a sama często się oddalała zdając szukać czegoś; napróżno zapewne, bo codzień powracając gorzko płakała. Szewc Maciéj znał dobrze wszystkich swojéj ulicy mieszkańców, począł domyślać się, ktoby mógł być piastunką sierót, i doszedł, że stara Dorota, którą nazywano Pielgrzymką, bo zwiedziła z kolei wszystkie prawie miejsca święte w Polsce, Litwie i na Rusi, a nawet w Węgrzech i Szlązku. Ona to w istocie czas jakiś między jedną a drugą pielgrzymką służyła u zmarłéj. Odszukać Doroty nie było łatwo: bo chociaż kiedy niekiedy powracała do Warszawy i ukazywała się na Starém mieście, to tylko chwilowo; wkrótce potém wziąwszy kij i torby na siebie, puszczała się znowu do którego ze wsławionych miejsc świętych. Za powrótem znużona i osłabła, zaprzysięgała się, że to była jéj ostatnia podróż, mówiła o spoczynku, wybiérała się do szpitala; ale zaledwie sił jéj trochę wróciło, ktoś jéj powiedział o cudownym obrazie, i Dorota znowu w drogę. Maciéj więcéj trafem niż przemysłem znalazł Dorotę pod kościołem i zaprowadził do siebie, usiłując wybadać o nieznajoméj kobiécie. On i żona, napoiwszy (czego nie odmówiła) i nakarmiwszy pielgrzymkę, zaczęli ją wypytywać na wszelkie sposoby.
— Już to prawda, odezwała się wreszcie zażywając tabaki Dorota, że byłam u niéj, ale żebym ja ją znać miała, nie powiém tego. Takie to było skryte, smutne, a harde! Mówię harde, bo choć z człowiekiem mówiła zdaje się od serca i poczciwie, a taki zawsze nie to co myślała. Co ja jéj napytałam o nią, o dzieci, zkąd ona, kto? co? jak? Bywało jak się już rozpłacze, to pocznie niby cóś, i jak utnie, ani już słowa nie dopytasz więcéj.
— Jakżeście uważali, co to mogła być za kobiéta?
— Któż to wié? Zdaje się nie prosta, taki zapewne ślachcianka. I musiała być piękna, bo i była jeszcze niczego i nie stara wcale, ale to potém przynędzniało. Mówiła czysto, a trzymała się z waszecia. Pracować to jéj nie bardzo smakowało, chyba już z konieczności największéj, a dnie i noce wypłakiwała na czém świat stoi. Pójdzie bywało na cały Boży dzień w miasto, powróci, siądzie, przytuli dzieci do siebie, i płacze ta i płacze, że słowa nie dopytasz; a powtarza nad głową niebożątek: — sieroty wy — sieroty!
Raz się jakoś wygadała, że miała siostrę w Warszawie w dobrym bycie, ale dla czego do niéj udać się nie chciała, nie wiém; nie mogłam tego zrozumiéć. Mówiła często: poszłabym do niéj, gdyby była uboga jak ja! Miała w początku cóś trochę pieniędzy, ale to prędko wyszło; miała różne kosztowniejsze sprzęciki, to się posprzedawało. Już jak do téj nędzy przyszła, o któréj mówicie, tego ja nie widziałam; ale to się domyśléć łatwo. Chodziłam wówczas do Myślenic. Ot i po wszystkiém.
— Ale z których-że stron była, jak miarkujecie? spytała szewcowa.
— Któż ją wié? Zdaje się z mowy, że może od Krakowa. Ja z początku wzięłam ją za Podlasiankę, bo mi się wydało, jakbym ją kiedyś widziała wstępując po domach po drodze do Kodnia do N. Panny; ale widzi mi się, że taki od Krakowa, bo często co o tamtejszéj stronie bąknęła.
— Nikt-że do niéj nie przychodził?
— Żywéj duszy. Ale mnie w drogę czas, dodała Dorota zażywając tabaki, jaż taki dziś zaraz po mszy świętéj miałam ruszyć do Kalwarji, dokądem się ofiarowała za dusze zmarłe; a oteście mnie zatrzymali. Bądźcież państwo zdrowi i siérota także, a niech wam Bóg Chrystus Jezus błogosławi i najczystsza Matka Jego.
To mówiąc Dorota wychodzić chciała, gdy szewcowa podała jéj jałmużnę, wpuściła do torby bułkę i kawał séra, zapraszając, aby z powrótem od Kalwarji, zaszła ich odwiedzić.
Bóg-że wam zapłać; a komu w drogę, temu czas. — I wysunęła się żywym posuwistym krokiem w ulicę.
Trudno opisać, jak czułą i prawdziwie macierzyńską opiekę miała pani Maciejowa nad siérotą, która wkrótce po dziecinnemu, zapomniawszy matki, przyjęła ją za własną. Serce jéj otwarło się raz piérwszy nieznanemu uczuciu, gdy usłyszała słodkim dziecięcym głoskiem wyrzeczone te urocze wyrazy: Matko! Matuniu!
Przytuliła siérotę ze łzami, z wdzięcznością do bijącego serca; bo gdyby nie ona, nie posłyszałaby w życiu tych słów tak wzruszających, nie poczułaby słodkiéj macierzyńskiéj miłości, która ze wszystkich na ziemi najczystszą jest i najświętszą. Majster Maciéj od czasu jak mu do domu przybył nowy mieszkaniec, nigdy już nawet z najserdeczniejszemi przyjacioły nie oddalał się na Marcowe piwo; wieczory całe spędzał z panią Maciejową przy łóżeczku w takim humorze wyśmienitym, jakiego nikt nie pamiętał. Oboje układali wesoło, jaką to przyszłość mieli obmyśléć sierocie, i nie godząc się na jedno, zgadzali się przecie w życzeniach i gotowości na ofiary z siebie.
Poczęli nawet zbiérać skwapliwiéj grosz, rachując, że go na wychowanie Marka potrzebować będą.
Pani Maciejowa, niegdyś służąca w uczciwym domu, z którego obyczajów wyniosła nadzwyczajną pobożność, tém się odznaczała od innych swojego stanu kobiét, że nie będąc wcale przesądną i przywiązaną zbytnie do drobnostkowych form religijnych; pochwyciła sercem wiarę, zrozumiawszy całe jéj znaczenie w życiu praktyczném. Dla niéj nabożeństwo było szczególnie w uczynkach; najlepszą modlitwą spełnienie obowiązków, których naucza wiara. Prosta, łagodna, dobra, stawała się surową, stawała mądrą, gdy chodziło o naprowadzenie bliźniego na drogę zbawienia; o nawrócenie obojętnego, o poprawę zepsutych. Jéj sprawą mąż, w początku lekkomyślny i obojętny, począł życie pojmować lepiéj i spełniać ochotnie surowsze jego powinności. Czeladź majstra obawiała się pani Madejowéj, ale ją szanowała, i po krótkim czasie pobytu dziwnie się tu prawie zawsze na korzyść swą odmieniała, lub wynosiła skoro od majstra Macieja. Słowem wszystko, co ją otaczało, co jéj dotykało, ulegało wpływowi dobremu, jaki wywiérała, nie chlubiąc się nim, nie przywiązując do niego innéj wagi nad tę, jaką dla niéj miała sprawa wiary. O siebie i o panowanie swoje nie szło wcale pani Maciejowéj; ale chodziło jéj o to bardzo, żeby nikt z bliżéj jéj dotykających nie zwał się chrześcianiném napróżno. Czysty zdrowy rozsądek i dobre serce wcześnie jéj objawiły tę wielką prawdę, że religja przede wszystkiém winna się okazać w uczynkach, które są najlepszém jéj świadectwem. Umiała o tém, nie przekonywając słowy, bo tegoby nie potrafiła, przekonać przykładem swoim, i głębokiém, jakie miała, przejęciem się widném z każdego jéj kroku.
W takie to ręce dostało się biédne chłopię, a w lepsze wpaść nie mogło. Nigdzie troskliwości więcéj, nigdzie zbawienniejszych nie potrafiłoby zyskać zasad nad te, jakie mimowolnie, codziennie żywiły je tutaj. Dziécię téż zdawało się zasługiwać na przywiązanie przybranéj matki, i odżywszy z nędzy, zapomniawszy boleści, rozwinęło się jak kwiatek od słońca.
Na bladą jego twarzyczkę wystąpił rumieniec zdrowia, zaświéciły mu oczki, zaśmiały się usteczka, zabiło weseléj serce; złote włoski, obmyte z prochu, utrefione, same się zwijając w pukle, stroiły piękną jego główkę. Maciejowa, nie chcąc je uczyć próżności, nie stroiła, choćby to jéj sercu dogodziło; ale ubiérała czysto, schludnie i po prostu, a więc wdzięcznie. Kiedy siérotka stanęła trzymając się jéj sukni w progu kamienicy, nie jeden przechodzień zatrzymał się, by spójrzeć na piękne dziécię i uśmiéchał się do niego. Maciejowa naówczas czuła w sercu radość nieopisaną. Często godziny długie spędzała z wychowańcem w bocznéj izdebce swéj na rozmowie dziecinnéj; ucząc go tych nąjpiérwszych wielkich zasad naszéj wiary, które cudem niepojętym mieszczą się w głowie dziecka zarówno i zapełniają ogromem posiwiałą czaszkę starca. Piérwsze chwyta je jak pokarm pożądany i pożywa z roskoszą, nie czując wielkości tego, co mu dają; może bliższe drugiego świata czystszą jeszcze duszą, nie przeczuwa, że w starości, nad grobem, też same prawdy, też same myśli, które młodość karmiły, wystarczą przestraszając ogromem swym i potęgą, nadgrobnym dumanióm. Tu Marek posłyszał wielkie a tak proste zasady wiary: wszyscyśmy braćmi, wszystkich bez wyjątku ukochać potrzeba, wszystkim i wszystko przebaczać; świat przejść jak ciemne wschody, wiodące do jasnego przybytku, nie przywiązując się do ułudnych jego przyjemnostek, które piętnuje cecha wszystkiego ziemskiego: — znikomość. W górze zobaczył po raz piérwszy w światłościach Boga światów, Boga ludzi, do którego łona ojcowskiego dusza, po pielgrzymce bolesnéj, poleci spocząć na wieki. Maciejowa językiem dziecinnym, który odgadła, opowiedziała siérocie, że aby się tam dostać, gdzie wedle staréj naszéj pieśni
Królują Anieli,
potrzeba być czystym jak Anioł.
I dodała jeszcze co zbrukać może na ziemi — wszelkie uczucie nienawiści, wszelkie ukochanie siebie. A dziécię choć nie pojęło w początku; to powtarzało i usiłowało zrozumiéć, że życie winno być poświęceniem.
— Dla czego mówicie poświęceniem? pytał chłopak. — Jakże to człowiek święcić się może, to jest zostać świętym?
— Właśnie przez ten uczynek, który się zowie poświęceniem, moje dziécię, odpowiadała mu przybrana matka. Człowiek przezeń świętym się staje. — A poświęcać się znaczy, cierpiéć dla ludzi, życie dać dla nich, jak je dał Chrystus dla świata...
Stary Maciéj często, porzuciwszy kopyto i dratwę, które, choć majster, dla przykładu codzień brał w ręce; szedł przysłuchiwać się żonie i wielbić jéj wymowę natchnioną. Ruszał naówczas ramionami i powtarzał:
— Mówi jak xiądz! a tak jéj to idzie jak chléb z masłem zjeść. Jać przecie toż samo myślę, a żeby mi przyszło powiedziéć, tobym się od piérwszego słowa poplątał. Już co kobiéta, to kobiéta!
I przysłuchiwał się i dziwił.
Gdy przyszedł czas oddawać do szkółki Marka, zgodzili się na to oboje, że mu nauki skąpić nie trzeba. Niech się uczy, mówiła pani Maciejowa, rzemiosło mu się przyda, ale i nauka przy niém nie zawadzi.
Jakoż oddano go do najbliższéj szkółki, ale nie puszczając samopas, Maciéj sam odprowadzał i przyprowadzał do domu swego wychowańca; a do zabawy, pani Maciejowa obawiając się uliczników, sama dobiérała towarzyszów.
Dziécię w ten sposób troskliwie pielęgnowane, dziwnie odpowiedziało oczekiwanióm rodziców. Jak twarzyczka jego piękna, tak dusza była anielska. Powtarzane nauki Maciejowéj tkwiły w dziecku silnie, rozwijały się nagradzając w dziesięcioro pracę podjętą; a majster i majstrowa tak się czuli szczęśliwi ze swego dobrego uczynku, że jednéj tylko rzeczy obawiali się, to żeby ich jaki traf, odkrycie, jaki wypadek niespodziewany, tego kradzionego, jak je nazywali, szczęścia, nie pozbawił.
— Uważasz Jejmość, rzekł jednego wieczora pan majster do żony, siadając na skrzyni przeciw niéj — i poglądając we drzwi (bo w pierwszéj izbie bawił się w piłkę Marek z rówieśnikami sąsiadami) — uważasz Jejmość, że to od tego czasu, jak my tę siérotkę wzięliśma do siebie, nie mówię, że nam jakoś na sercu lekko i ochoczo żyć, ale nawet dalipan nie wiém jak, choć wydatek większy, grosz płynie lepiéj. Tać to u mnie, dodał ciszéj, sto talarów we skrzyni — czego nigdy przenigdy nie bywało. Jak to tak pójdzie daléj, no no! kto wié! to się i fundusina dla chłopca uzbiéra.
Pani Maciejowa uśmiéchnęła się i zapytała:
— A co myślicie robić z temi stu talarami?
— Niechaj sobie leżą, rzekł szewc, nie zgniją, choćby zapleśniały; a jak człowiek widzi, że jest do czego przyrzucać, to raźniéj mu zbiérać. Juściż na procent nie oddam, bo to najczęściéj przepada.
— Tylko no uważajcie, żebyście się zbytnie do swoich talarów nie przywiązywali — dodała jejmość — boć chłopiec, aby zdrowe ręce, zdrowe serce i trochę opieki Boskiéj, da sobie radę na świecie.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.