Niedobitowscy płacą

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Rodziewiczówna
Tytuł Niedobitowscy płacą
Pochodzenie Róże panny Róży
Wydawca Wydawnictwo Polskie R. Wegner
Data wydania 1938
Druk Drukarnia Concordia
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


NIEDOBITOWSCY PŁACĄ


— Komu kolej na Mszę? — spytał Niedobitowski przy sobotniej kolacji.
— Ja, tatusiu! — zawołała Maniusia.
— A możebyś i ty pojechał? — zaproponował Niedobitowski doktorowi Kuleszy. — Wprawdzie ekwipaż, to wóz, a konie bez owsa, ale to niedaleko, mała milka i droga sucha. Spotkałbyś po kościele znajomych dawnych.
— Jadę! — zawołał doktór z zapałem.
Nazajutrz zajechał tedy przed oficynkę mieszkalną wóz, mający na sobie ślady niedawnego transportu nawozu, zaprzężony w parę ostrokościstych koni, którym z pyska sterczały jeszcze resztki siana i których uprząż była zbieraniną sznurków i surowca mało co z szerści ogolonego.
Na słomę, stanowiącą siedzenie, Maniusia rozpostarła samodziałową derę, służącą któremuś z chłopców za kołdrę, doktór wgramolił się niezdarnie po kole, przez drabinę, miejscowi dużo zwinniej wskutek wprawy, i zaprząg ruszył wśród pożegnalnego szczekania psów.
Powożący Niedobitowski odświętnie był przeobrażony, bo i ogolony i ubrany w palto, z niegdyś aksamitnym kołnierzem, i kapelusz niegdyś czarny; Maniusia też paradowała w prawie nowym płaszczyku i kapeluszu płóciennym — domowej fabrykacji.
— Panna Maniusia bardzo elegancka! — pochwalił doktór.
— Dostałam od cioci Kaduni, a kapelusz mamusia sama zrobiła!
— Pamiętasz mego brata Marjana, co się nie ożenił i gospodarzy z siostrą Leokadją? Tym się lepiej udało, bo dwór nie spalony! — objaśnił Niedobitowski.
— A reszta twego rodzeństwa?
— Jana i Marjana zobaczysz w kościele, i siostry, co za dwoma Twardowskimi — no i bratanek po stryju, Józef, co się ożenił ze Skołobjanką. Cała parafja Niedobitowskich! — zaśmiał się.
— Ocaleli wszyscy?
— Ano, dotychczas jeszcze trwają po swych gniazdach. Ale to do czasu. Karczują nas, jak ot ten las. — Wskazał batem szmat pni i zarośli, który mijali, utykając po korzeniach.
— To Polanów — Moskala. Sprzedał — parcelują. Kiedyś Polanowscy zapuścili na las, bo piachy i bagna. Skonfiskowano w 63 — dostał generał Sołodurow. Żył z tego lasu do wojny, a teraz chłopi na futory rozebrali.
— Egiptu z tego nie uczynią — rzekł doktór.
— Mniej więcej będzie to samo z naszemi obszarami. Bywa tego po parę, lub kilka tysięcy dziesięcin — powód zawiści i żądzy parcelacyjnych. Ale to tylko pozór magnackich latyfundjów. Jak się potrąci — bagna, lasy po piaskach, błotne, grząskie łąki — góry piaszczyste — resztą mało amatorów się obdzieli. W masie, przy naszem skromnem życiu i małych potrzebach, to jakoś się trzymało, ale jak się rozdrobi, będzie nędza i nie wiem, jak wydrą podatki. Boć jak nie stanie obszarników, trzeba będzie ulgi dla małorolnych skasować i opodatkować osadników. Zresztą, co się mamy tem kłopotać. Nas już wtedy tu nie będzie!
Wyjechali na szeroki stary trakt pocztowy, sadzony niegdyś w cztery rzędy brzóz, z których niektóre dotąd dogorywały, i nagle Maniusia roześmiała się radośnie, wskazując na postać ciemniejącą na ścieżce.
— Tatusiu, stryj Erazm idzie na Mszę!
Zamruczał coś Niedobitowski, patrząc w przeciwną stronę, na jakieś błotniste haszcze, ale doktór się zaciekawił.
— Co? Wrócił pan Erazm z Francji?
— O już dawno i objął swoje Daremne. Spalili mu folwark kozacy przy cofaniu Rosjan, a uchodźcy pokradli inwentarz. Niema nic!
— A humor, ten nieoceniony jego humor?
— Humor został, tylko się zmienił na niedający się spolszczyć: Galgenhumor.
Popędził szkapy i dopędzili pieszego wędrowca.
— Stryju, proszę siadać! — wołała Maniusia.
— Kiedy mi się spieszy! — odparł, ale spojrzał na wóz i roześmiał się.
— Dalibóg, doktór Kulesza. Nie wiedziałem, że doktór urządza wyprawy w dzikie kraje. Czy to badania antropologiczne, czy zoologiczne?
— Łowieckie tylko! — odparł, śmiejąc się doktór.
Pan Erazm przysiadł na drabinie.
— Tedy proszę do siebie. Wspaniałe mam okazy szczurów i myszy, a tak głodne i osłabione, że wyglądają nagłej śmierci, jak wyzwolenia. Inną zwierzynę wyniszczyli dawno Niemcy i chłopi.
Tu się zwrócił do brata i spytał:
— Miałeś sekwestratora?
— Miałem, a ty?
— Miałem. Traktowałem go poduszką, kołdrą, nawet cegłą z pieca, który latem niepotrzebny. Obrażony wyjechał, grożąc, że wystawią całe Daremne na sprzedaż. Powiedziałem, jak ogromnie się cieszę, że mnie z tej służby uwolnią i prosiłem o posadę woźnego w Sejmiku. A u ciebie co zabrał?
— Sprzedałem połowę nasiennych kartofli i zapłacę.
— Jan sprzedał trzy krowy. Kobiety po nich tak płaczą, że aż u mnie słychać.
Na twarzy jego ostrej i chudej pogłębił się jeszcze grymas szyderstwa i pociemniała blizna, idąca od brwi do ucha.
— Ale widzę, że pan też wojny kosztował? — rzekł doktór.
— A jakże. Gdzieżby się podziały szlacheckie tradycje. Siedziałem spokojnie w Paryżu, w gazecie. Miałem z ilustracji chleb, mięso i absynt, gdy wojna wybuchła, no i poszedłem z drugimi do Bajonny. Zmasakrowali nas, jak wiecie, duch się przytaił jakimś cudem — byłem posiekany, jak cielęcy kotlet. Wylizawszy się — zamiast wrócić do ołówka, uparłem się: do kraju. Ano — pięknie — zawieźli nas do Rosji i tu się jakoś dowlekłem. Jestem tedy polskim obywatelem, obszarnikiem na Daremnem, a co najważniejsze — najmocniej stojącym finansowo, bo — nic nie mam — i nic mi nie zabiorą.
— Popędzaj! — zwrócił się do brata — bo mi nogi ścierpły, ile że przywykły do ruchu, a nie do ekwipaży.
— Że też pana nie ciągnie zpowrotem do Paryża?
— Ciągnie, bardzo ciągnie. Zarysowałem już wszystkie ściany wewnątrz i zewnątrz swego pałacu, ale do Paryża na piechotę za daleko, a na inną peregrynację nie mam gotówki. Zresztą moi bracia bezemnie do reszty by skapcanieli. Noblesse oblige — trzeba zginąć z honorem i z humorem!
— A oto i parafja Niedobitowskich.
Wskazał na grupkę domostw drewnianych, osadę, na wstępie której przy trakcie wznosił się kościół murowany w bardzo niezwykłym stanie.
Do połowy mury ze śladami pożaru i ospowate od kul, były pokryte dachem słomianym, resztę murów zdobiły liczne gniazda bocianie, z których najokazalsze stanowiło pokrycie dzwonnicy. Resztki muru ogrodzenia nie broniły wejścia krowom i nierogaciźnie, odwiedzającym pilnie szeregi grobów niemieckich żołnierzy, zapełniających w regularnych linjach cmentarz.
Przy gościńcu i murze stały ekwipaże parafjan. Były to przeważnie wozy i dryndulki, koślawe, stare, zużyte, ze słomianem siedzeniem, z uprzężą parcianą i końmi dobranemi starannie pod względem chudości i wszelakich defektów.
Ludzie zebrani w gromadkę, lub rozproszeni po cmentarzu, gawędząc, czekali na dzwon.
Powitano nowoprzybyłych i otoczono wnet doktora Kuleszę. Ledwie poznawał dawnych przyjaciół. Byli zestarzeni, zaniedbani w ubiorze, z twarzami o jakiejś tępej bierności. Młodzież nawet była cicha i zgaszona. Pan Erazm wnet ogarnął rozmową.
— Byłem we czwartek w Sejmiku, — rzekł, — i dowiedziałem się, że pan Pyffke wymyślił nowy podatek.
Ożywiły się twarze przerażeniem.
— Znowu, to już szósty od nowego roku.
— Podatek od narzędzi rozkoszy.
— Cooo? Bajesz! — burknął któryś z braci, ale żaden się nie uśmiechnął, z wyjątkiem doktora.
— Wcale nie baję. Do narzędzi rozkoszy pan Pyffke zalicza między innemi: fortepjan, powóz i wszelkie ekwipaże na resorach, rower, gramofon.
— Powinien dodać pierzynę, poduszkę, buty i metalową łyżkę, bo tamtych w całym powiecie nie znajdzie.
— Jakto nie, Józef zapłaci za to siedzenie — i wskazał na stojący obok ekwipaż, w którym na drabinach było przytwierdzone siedzenie na sprężynach, pozostałości po bryczce.
— To dlaczegóż sejmik kupił dla siebie niedawno resorową bryczkę? — ktoś warknął.
— Chcesz, żeby ich ekscelencje Pyffke i Pudelkiewicz jeździli wozem, jak ty, przeklęty obszarniku. Pozatem pan Pyffke pracuje nad statutem. Wiślicki, Litewski itp., to przeżytki. Pan Pyffke wyda lada dzień statut — o podatku od psów. Zapłacicie, burżuje, za wasze skowyrki, co przeszkadzają pracowitemu ludowi skosztować waszych gruszek po sadach.
W tej chwili dzwon się rozkołysał i zabrzmiał.
Bocian rozłożył skrzydła, ale się rozmyślił i pozostał za przykładem innych, garnirujących mury kościelne. Parafjanie ruszyli na mszę.
— Dlaczego nie wziąłem aparatu fotograficznego — stęknął doktór Kulesza. — Ten kościół przechodzi wszystko, co można sobie wyobrazić. Przecie jest Odbudowa Kraju!
— Jest, ale ma robotę z odbudową wsi. Złożyliśmy wiele podań i swojemi siłami pokryliśmy dach nad ołtarzem. W tym roku już nie mamy środków — odparł apatycznie Niedobitowski.
W kościele jako tako sklecony był ołtarz i połatana podłoga. Nieobecne organy zastępował klekot bocianów, a w końcu nabożeństwa chropowate głosy, śpiewające: Święty Boże, Święty Mocny, święty a Nieśmiertelny — zmiłuj się nad nami. Było coś wstrząsającego w tym głosie garstki pozostałych Polaków, co doczekali się na tych rubieżach wskrzeszenia Ojczyzny.
— Teraz kolej na wymyślanie! — szepnął pan Erazm, gdy ksiądz, zdjąwszy ornat, wrócił do ołtarza. Jakoż na głowy zbiedzonych parafjan spadły gromy za nieogrodzony cmentarz, za niepokryty kościół, za spaloną księżą stodołę, za brak drew i żerdzi, wapna i cegły.
Słuchali wszyscy cierpliwie i z rezygnacją bezradności i wyszli, złożywszy do skarbony garście pomiętych asygnat, a za drzwiami każdy ciężko dźwignął ramiona.
Skupili się znowu przy swych zaprzęgach i gwarzyli jeszcze, radzi porozumieć się w gromadzie, zanim się rozpierzchną na cały tydzień do swych ciężkich robót.
— Zapłaciłeś? — rozległo się prawie ze wszystkich ust.
Odpowiedzi były zato rozmaite.
— Połowę dałem! Sprzedałem dwa woły! Wziąłem zadatek na paszę! Trzeba będzie zasiać mniej owsa — nasienie sprzedać! Może dostanę pożyczkę! Icek żąda 10 proc. miesięcznie. Dają mi dziesięć miljonów za sad, ale to zarżnięcie. A co masz na majątkowy? Ile ci naznaczyli dochodowego? Wczoraj przynieśli nakaz płatniczy na podatek zasadniczy. Co to znowu? To za bydło. A stójka? U nas po 7 funtów od dziesięciny! Jezus, Marja, toć ja tyle nie mam w spichrzu!
A wtem na gościńcu ukazała się nowa, żółta bryczka resorowa, zaprzężona w parę tłustych koni.
— Narzędzie rozkoszy! — zaśmiał się pan Erazm. — Ba, toć panowie Pyffke i Pudelkiewicz we własnych wielmożnych osobach.
Stanął przy drodze i gdy bryczka go mijała, zdjął czapkę i potrząsnął ją w powietrzu.
— Morituri te salutant, Caesar! — krzyknął.
Dwóch eleganckich panów sięgnęło do kapelusza i zapewne nie zrozumiawszy okrzyku, ukłoniło się uprzejmie.
Z gromadki pogonił za bryczką śmiech.
— Oszalałeś! — burknął Marjan Niedobitowski do brata. — Oni będą się mścić!
— Aha! A ty się boisz, bo ci dwór stoi i w nim stare mahonie, a w oborach bydło! Mają co u ciebie brać, burżuju! Bądź spokojny, jeszcze parę lat, a zostaniesz, jak ja, i staniesz się odważny.
— Panie doktorze, — rzekł Marjan Niedobitowski, — niech mu pan co zapisze na żółć.
— Mnie? A tobie to się nie zda?
— Ja cierpię i milczę. Przetrwaliśmy Moskali, Niemców, może i to przetrwamy. My z twardego drzewa jesteśmy.
— A komuż to potrzebne, żebyście przetrwali? Komu o to chodzi, kto ci to zaleca i pochwala? Spytaj się doktora, czy ta Warszawa — Macierz, co nas krzepiła i uczyła w dniach niewoli, wie co o nas teraz, myśli i pamięta, żeśmy tu dotrwali, na jej naukę i przykład! Czy doktór miał pojęcie, co się u nas dzieje i w jakim jesteśmy stanie?
— Nie, nie miałem pojęcia! — rzekł doktór, obejmując wzrokiem kościół i ludzi.
— My sami ani się opamiętać, ani zrozumieć nie możemy zaco i dlaczego strącono nas w tę ruinę moralną i materjalną, nas, od wieków tu osiadłych Polaków. Przed wojną były tu trzy narodowości: my, chłop Rusin i urzędnik Rosjanin. Znaliśmy się wszyscy ze sobą, znaliśmy się z chłopem, nie znaliśmy się z Rosjaninem. Dziś powstała Polska nowa. Dziś jest urzędnik Polak, nauczyciel Polak, poseł z polskiego Sejmu, policjant Polak, żołnierz Polak — i my. Wszyscy przyszli i trwają względem nas z nienawiścią, o jakiej pojęcia dotychczas nie mieliśmy.
— Mój drogi, — przerwał p. Erazm, — więc myślisz, że tamci ze sobą się kochają! Przecie cały świat jest jedną orgją nienawiści. Trzeba się nauczyć w tem żyć i pogrzebać stare ideały. Polska nowa nas nie potrzebuje.
— Ale bez nas — nie ostaną te strony przy Rzeczypospolitej.
— Co tam! Zostanie Warszawa i Saska Kępa — to grunt. No — jazda. Nabiadaliście dosyć na ten tydzień. Do jarzma, woły robocze, i do podatków, obywatele!
Zaczęto się żegnać, rozchodzić do wozów — i po chwili ekwipaż z Zalesia znalazł się na trakcie. Mijali różne furki lub pieszych, ale nikt się nie pozdrawiał.
— To nowa Polska! — prawił pan Erazm. — Nauczyciel z miasteczka, kierownik poczty z małżonką, to trzech osadników z Rudni, to sekretarz z gminy, to weterynarz rządowy.
— Bardzo elegancko wszystko wygląda.
— Jest ślad naszych podatków, nieprawdaż? Poubieraliśmy ich wedle ostatniej mody.
— Jedno pewne, że bucików i przyodziewku nam już nie mogą pozazdrościć. Ale te tysiące naszych dziesięcin nie dają im spokoju! Jakże im serdecznie życzę, by każdy miał na własność takie moje Daremne! Doktorze, wstąpcie, proszę.
Doktór obejrzał się na Niedobitowskiego, a ten ramionami ruszył.
— A można tam przez twą grobelkę przejechać?
— Grobelką nie, ale brodami już wóz zgruntuje.
— Stryj może co nowego narysował? — zawołała Maniusia.
— Są portrety panów Pyffke i Pudelkiewicza na ścianie od wjazdu.
— Ach, tatusiu, jedźmy!
Niedobitowski skręcił z gościńca w ledwie widoczny ślad drogi w zbitej gęstwie łozy, a pan Erazm tłumaczył:
— Tu były niegdyś łąki, ale dziesięć lat nie były koszone, i teraz mogą dostarczyć faszyny do stu wodnych młynów i łyka na łapcie dla miljona chłopów. Posiadam tego 700 dziesięcin i mam płacić jako za łąki wszystkie podatki państwowe i samorządowe.
Wóz wydostał się z łóz i wygramolił na ogromną przestrzeń żółtych piasków, porosłych zrzadka krzakami jałowca i karłowatą, pełzającą po ziemi sośniną. Droga się wiła wyszukując mniej głębokie piaski — zresztą były to tylko ślady przejazdu bardzo nielicznych wozów.
— To też moje złotodajne obszary i jest tego 500 dziesięcin, — zaśmiał się pan Erazm. — W tabelach podatkowych figurują jako zagajniki, ale drzewa, pomimo tego rozkazu władzy rosnąć nie chcą. Odwiedzają to drozdy jesienią, a jemiołuszki zimą, bo jedyne owoce tej chananejskiej ziemi, to jałowcowe jagody.
— Ciekawa figuracja tego kraju. Bagna i piaszczyste góry! — rzekł doktór.
— Musiały tu być za czasu mamutów morza czy jeziora olbrzymie, których fale wyrzucały te piaski. Potem torfowy mech pożarł jeziora, a jakieś warjaty osiadły na wydmach!
— Mój drogi, — poprawił brata Niedobitowski — to byli, przeciwnie, bardzo mądrzy ludzie. Schowali się za te bagna i w swych niedostępnych komyszach przetrwali wszystkie wędrówki narodów. Nie zdołali ich wyniszczyć ni Mongoły, ni Tatary — ni żadne hordy.
— Tej sztuki dokona Pyffke i Pudelkiewicz na wieczną swą chwałę i triumf, — zaśmiał się pan Erazm.
— Więksi od nich dadzą imię tej epoce i swej idei. Co mówić o naszej zgubie. To drobiazg, atom. Przecie giną tablice Dziesięciorga Przykazań i katechizm, prawa stare, jak ludzkość. Przeżywamy nowy zmierzch bogów — tylko bardzo sami mali — wielkości katechizmu nie ogarniamy.
Zamilkli, zamyśleni. Aż Maniusia zaszczebiotała jak skowronek.
— Jak tu pachnie miodem, co tu pszczół na kotkach łozowych. U stryja ślicznie jest i teraz i całe lato i jesienią, jak wrzosy kwitną. Pamięta stryj te grzyby w zeszłym roku?
— Oto i odpowiedź na nasze biadania. Zostaną przecie na ziemi istoty mądre i szczęśliwe, co będą pomimo wszystko żyć wedle zawsze niezmiennego prawa. Będą umierać bez trwogi i buntu, by zmartwychwstać ze słońcem. Będą wonieć i czary miodu podawać innym, co zgodne z prawem znosić będą ten miód do swego roju i dziupli — szczęśliwe pracą, której termin reguluje słońce, i będzie ziemia rodzić dla wszystkich tych, co się nigdy nie buntują. I oto jesteśmy w moim dworze!
Wóz stanął na wzgórku. Były ślady ludzkiego osiedla. Jakiś stary wał, na nim jakieś krzaki i szkielety topoli — za tem przestrzeń trawiasta, niegdyś sad, bo sterczało jeszcze kilkanaście starych grusz — kilka rumowisk po budynkach i wreszcie z boku w kącie chałupa w ziemię wrośnięta z dachem połatanym starą blachą.
Wysiedli. Niedobitowski wyprzągł konie i puścił je na trawę. Doktór się rozglądał, głową trzęsąc, Maniusia przypadła do fjołków na wale, a pan Erazm — szerokim rzutem ręki wskazał cały horyzont wkoło.
— Jestem burżuj, obszarnik na tem wszystkiem — dobra Daremne: 1547 dziesięcin ziemi. Przed wojną dzierżawił to odemnie brat Marjan — i trzymał tu stadninę. Były wtedy łąki, wypasy — siedem gospodarskich budynków, dom mieszkalny i wiatrak. Stadninę rozkradli uchodźcy — dwór i wiatrak spalili kozacy — jakim cudem została ta chałupa, nikt nie rozumie. Marjan rzetelny, urzędowo dopilnował szacunku strat w komisji powiatowej, i kiedym wrócił, wręczył mi dokument na 30 tysięcy rubli. Więc pełen dobrej myśli i zapału do wskrzeszonej ojczyzny, zacząłem odwiedzać polskie instytucje, pewien będąc pomocy. Aliści suma wojennych odszkodowań, przeszedłszy przez parę jeszcze komisyj, została zredukowana do 13 tysięcy, a wreszcie została tylko pamiątką, ile że w pokoju ryskim Polska wspaniałomyślnie darowała biednej Bolszewji straty swych obywateli.
— Ano — trudno — gesty podobne znane są w polskiej historji — postąpiono w tym razie wedle tradycji szlacheckiej co zawsze jest bardzo ciekawe jako charakter narodowy, rządzących obecnie sfer.
— Zwróciłem się tedy do instytucji odbudowy kraju. Boże — ile było pisaniny, podań, protokółów, zeznań świadków — tego nikt nie zliczy — ale wreszcie szczęśliwie dobrnąłem do rezultatu — że odbudowa kraju służy tylko dla chłopów Rusinów, którzy wyemigrowali w 15-ym roku za wojskiem do Rosji — przebyli tam epokę, gdy było co grabić, a wreszcie wrócili stęsknieni za ojczyzną. Ich tedy popalone przez kozaków wsie — trzeba corychlej odbudować, opatrzyć ich w inwentarze, narzędzia, nasiona, odzież i żywność, aby pokochali Polskę i przez wdzięczność stali się przedmurzem Rzeczypospolitej przed groźbą najścia czerwonej Rosji. Tak doktorze, to Iwan z Mikitą ma nas zastąpić i piersiami swemi bronić kraju, stojąc przy sztandarze z białym orłem i Częstochowską Królową. Ano — niech i tak będzie! Zostałem tedy z dziesięciu palcami i nadwyrężoną głową — na tej pustce. Połatałem starą blachą dach i osiadłem. Marjan chciał mi pomagać. Ofiarowywał sprzęty, narzędzia, konia, krowę — podziękowałem, tylkom prosił o ciepły kąt na zimę, bo na bytowanie tu od listopada do marca nie miałem zdrowia. Byli tu zrazu urzędnicy z komisji osadniczej, chcieli zabrać dwieście dziesięcin — ofiarowałem im pięćset — ale dotąd amatora, coby tu osiadł niema. Byli inni, szukając zdobyczy wojennych, zadeklarowałem blachę na dachu; zapisali i dotąd jest pod sekwestrem. Byli opiekunowie przed księgosuszem, ale nie mogłem im służyć do obserwacji ani jednem bydlęciem. Byli komisarze od lasów, szukający, czy nie znajdą daniny leśnej do wydobycia. Zlekceważyli mój jałowiec. Najczęściej bywają sekwestratorzy! Otóż w zeszłym roku trafiła mi się cudowna okazja. Jakiś żyd wynajął pastwiska na sto wołów. Ale zaledwie je przygnał, spadło na to stado trzech sekwestratorów. Żyd z wołami uciekł w nocy, omal nie zamknięto mnie do kozy — i moje finansowe projekta zrobiły klapę — jakbym był ministrem skarbu.
— Słuchajno! — zawołał Niedobitowski, — bajesz i bajesz — ale byłoby lepiej, żebyś nam dał co jeść.
— Ano, służę. Biesiada gotowa.
Maniusia już ich była poprzedziła do chaty i komin dymił. Na drzwiach ujrzał doktór pierwszy obraz — nasmarowany kredą na sczerniałych deskach.
Było to Oko Opatrzności jakby ze starego ryngrafu. Promienne oko w trójkącie i dwie dłonie sypiące ziarna.
— Gdy nie otrzymałem znikąd pomocy, oddałem Daremne w to ubezpieczenie! — rzekł gospodarz.
Chata składała się tylko z wielkiej sieni i jednej izby.
W sieni leżały drwa, kupa kartofli — jakieś narzędzia, kosze na rybę — w izbie najwięcej miejsca zajmował niezdarny, a olbrzymi piec chlebowy i komin — oraz leżak, sięgający do połowy stancji.
W kącie było posłanie, tj. rama płócienna, rozpięta na czterech słupkach, wbitych w tok stanowiący podłogę. Takiż stół i ława zajmowały ścianę pod okienkami, pozatem była półka, a na niej tualetowe drobiazgi, wiadro z wodą, miednica i ręcznik na kołku, pod posłaniem skrzynka, na posłaniu wielka poduszka i samodziałowa dera, a nad tem przypięta do białej ściany Legja Honorowa. Ściany pokrywała istna orgja rysunków kredą i węglem kreślonych z wielkim talentem i rozmachem.
Doktór je oglądał, głową trząsł, zachwycał się, śmiał się z konceptów i karykatur, a Niedobitowski stanął nad dekoracją widocznie ostatnią. Były to jakby tablice przykazań, które miast Mojżesza trzymały dwie postacie nowożytne.
— Pyffke i Pudelkiewicz — jak żywi zaśmiał się Niedobitowski.
Na tablicach było napisane: 1. Podatek majątkowy. 2. Podatek dochodowy. 3. Podatek gruntowy. 4. Podatek komunalny. 5. Podatek progresyjny. 6. Podatek zasadniczy. 7. Podatek samoistny. 8. Podatek mieszkaniowy. 9. Podatek obrotowy. 10. Podatek drogowy.
— Toć jeszcze nie koniec, — poprawił Niedobitowski.
— Nie starczyło miejsca na ścianie! Proszę do stołu.
Maniusia już zarządziła posiłek. Była wędlina, herbata i kartofle pieczone, i bukiecik fjołków na środku stołu, a najlepszy głód po tylogodzinnej wędrówce.
— Jestem na utrzymaniu siostry Leokadji. Z początku chciałem sam trochę orać i siać, ale bez budynków było to niemożliwe, a kapitał mój składał się z zegarka i rodowego sygnetu. Najgorsze, żem tu wrócił, a raczej najgorsze, żem nie zginął z innymi Bajończykami.
— Ale wreszcie co dalej będzie? — stęknął doktór.
Zapanowało długie milczenie.
— Nie wiecie? — spytał doktór.
— Nie chce się patrzeć śmierci w oczy! — odparł swym głuchym głosem Niedobitowski. — Chcą, żebyśmy tylko płacili — więc płacimy. Ale poza fortuną i ziemią, którą trzeba będzie dać — zostanie jeszcze życie i byt Państwa tutaj. I straszno rzec — o tę śmierć chodzi i nawyknieniem tylu pokoleń w krwi mamy przywiązanie do tych stron — a nie wierzymy już, by mogły ostać przy Macierzy.
— A bez tej wiary — co warta nasza praca i tak gorzki trud!
— Przeżywamy Zmierzch Bogów! — mruknął pan Erazm. — Nie pierwszy i nie ostatni.
— Ale my tu — już ostatni. Dzieci już się męczyć nie będą — jak tyle pokoleń, co tu były.... glebae adscriptae.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Rodziewiczówna.