Strona:Maria Rodziewiczówna - Róże panny Róży.djvu/157

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Jak tu pachnie miodem, co tu pszczół na kotkach łozowych. U stryja ślicznie jest i teraz i całe lato i jesienią, jak wrzosy kwitną. Pamięta stryj te grzyby w zeszłym roku?
— Oto i odpowiedź na nasze biadania. Zostaną przecie na ziemi istoty mądre i szczęśliwe, co będą pomimo wszystko żyć wedle zawsze niezmiennego prawa. Będą umierać bez trwogi i buntu, by zmartwychwstać ze słońcem. Będą wonieć i czary miodu podawać innym, co zgodne z prawem znosić będą ten miód do swego roju i dziupli — szczęśliwe pracą, której termin reguluje słońce, i będzie ziemia rodzić dla wszystkich tych, co się nigdy nie buntują. I oto jesteśmy w moim dworze!
Wóz stanął na wzgórku. Były ślady ludzkiego osiedla. Jakiś stary wał, na nim jakieś krzaki i szkielety topoli — za tem przestrzeń trawiasta, niegdyś sad, bo sterczało jeszcze kilkanaście starych grusz — kilka rumowisk po budynkach i wreszcie z boku w kącie chałupa w ziemię wrośnięta z dachem połatanym starą blachą.
Wysiedli. Niedobitowski wyprzągł konie i puścił je na trawę. Doktór się rozglądał, głową trzęsąc, Maniusia przypadła do fjołków na wale, a pan Erazm — szerokim rzutem ręki wskazał cały horyzont wkoło.
— Jestem burżuj, obszarnik na tem wszystkiem — dobra Daremne: 1547 dziesięcin ziemi. Przed wojną dzierżawił to odemnie brat Marjan — i trzymał tu stadninę. Były wtedy łąki, wypasy