Strona:Maria Rodziewiczówna - Róże panny Róży.djvu/156

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— To też moje złotodajne obszary i jest tego 500 dziesięcin, — zaśmiał się pan Erazm. — W tabelach podatkowych figurują jako zagajniki, ale drzewa, pomimo tego rozkazu władzy rosnąć nie chcą. Odwiedzają to drozdy jesienią, a jemiołuszki zimą, bo jedyne owoce tej chananejskiej ziemi, to jałowcowe jagody.
— Ciekawa figuracja tego kraju. Bagna i piaszczyste góry! — rzekł doktór.
— Musiały tu być za czasu mamutów morza czy jeziora olbrzymie, których fale wyrzucały te piaski. Potem torfowy mech pożarł jeziora, a jakieś warjaty osiadły na wydmach!
— Mój drogi, — poprawił brata Niedobitowski — to byli, przeciwnie, bardzo mądrzy ludzie. Schowali się za te bagna i w swych niedostępnych komyszach przetrwali wszystkie wędrówki narodów. Nie zdołali ich wyniszczyć ni Mongoły, ni Tatary — ni żadne hordy.
— Tej sztuki dokona Pyffke i Pudelkiewicz na wieczną swą chwałę i triumf, — zaśmiał się pan Erazm.
— Więksi od nich dadzą imię tej epoce i swej idei. Co mówić o naszej zgubie. To drobiazg, atom. Przecie giną tablice Dziesięciorga Przykazań i katechizm, prawa stare, jak ludzkość. Przeżywamy nowy zmierzch bogów — tylko bardzo sami mali — wielkości katechizmu nie ogarniamy.
Zamilkli, zamyśleni. Aż Maniusia zaszczebiotała jak skowronek.