Strona:Maria Rodziewiczówna - Róże panny Róży.djvu/155

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Jest ślad naszych podatków, nieprawdaż? Poubieraliśmy ich wedle ostatniej mody.
— Jedno pewne, że bucików i przyodziewku nam już nie mogą pozazdrościć. Ale te tysiące naszych dziesięcin nie dają im spokoju! Jakże im serdecznie życzę, by każdy miał na własność takie moje Daremne! Doktorze, wstąpcie, proszę.
Doktór obejrzał się na Niedobitowskiego, a ten ramionami ruszył.
— A można tam przez twą grobelkę przejechać?
— Grobelką nie, ale brodami już wóz zgruntuje.
— Stryj może co nowego narysował? — zawołała Maniusia.
— Są portrety panów Pyffke i Pudelkiewicza na ścianie od wjazdu.
— Ach, tatusiu, jedźmy!
Niedobitowki skręcił z gościńca w ledwie widoczny ślad drogi w zbitej gęstwie łozy, a pan Erazm tłumaczył:
— Tu były niegdyś łąki, ale dziesięć lat nie były koszone, i teraz mogą dostarczyć faszyny do stu wodnych młynów i łyka na łapcie dla miljona chłopów. Posiadam tego 700 dziesięcin i mam płacić jako za łąki wszystkie podatki państwowe i samorządowe.
Wóz wydostał się z łóz i wygramolił na ogromną przestrzeń żółtych piasków, porosłych zrzadka krzakami jałowca i karłowatą, pełzającą po ziemi sośniną. Droga się wiła wyszukując mniej głębokie piaski — zresztą były to tylko ślady przejazdu bardzo nielicznych wozów.