Strona:Maria Rodziewiczówna - Róże panny Róży.djvu/154

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— My sami ani się opamiętać, ani zrozumieć nie możemy zaco i dlaczego strącono nas w tę ruinę moralną i materjalną, nas, od wieków tu osiadłych Polaków. Przed wojną były tu trzy narodowości: my, chłop Rusin i urzędnik Rosjanin. Znaliśmy się wszyscy ze sobą, znaliśmy się z chłopem, nie znaliśmy się z Rosjaninem. Dziś powstała Polska nowa. Dziś jest urzędnik Polak, nauczyciel Polak, poseł z polskiego Sejmu, policjant Polak, żołnierz Polak — i my. Wszyscy przyszli i trwają względem nas z nienawiścią, o jakiej pojęcia dotychczas nie mieliśmy.
— Mój drogi, — przerwał p. Erazm, — więc myślisz, że tamci ze sobą się kochają! Przecie cały świat jest jedną orgją nienawiści. Trzeba się nauczyć w tem żyć i pogrzebać stare ideały. Polska nowa nas nie potrzebuje.
— Ale bez nas — nie ostaną te strony przy Rzeczypospolitej.
— Co tam! Zostanie Warszawa i Saska Kępa — to grunt. No — jazda. Nabiadaliście dosyć na ten tydzień. Do jarzma, woły robocze, i do podatków, obywatele!
Zaczęto się żegnać, rozchodzić do wozów — i po chwili ekwipaż z Zalesia znalazł się na trakcie. Mijali różne furki lub pieszych, ale nikt się nie pozdrawiał.
— To nowa Polska! — prawił pan Erazm. — Nauczyciel z miasteczka, kierownik poczty z małżonką, to trzech osadników z Rudni, to sekretarz z gminy, to weterynarz rządowy.
— Bardzo elegancko wszystko wygląda.