Strona:Maria Rodziewiczówna - Róże panny Róży.djvu/149

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

się przytaił jakimś cudem — byłem posiekany, jak cielęcy kotlet. Wylizawszy się — zamiast wrócić do ołówka, uparłem się: do kraju. Ano — pięknie — zawieźli nas do Rosji i tu się jakoś dowlekłem. Jestem tedy polskim obywatelem, obszarnikiem na Daremnem, a co najważniejsze — najmocniej stojącym finansowo, bo — nic nie mam — i nic mi nie zabiorą.
— Popędzaj! — zwrócił się do brata — bo mi nogi ścierpły, ile że przywykły do ruchu, a nie do ekwipaży.
— Że też pana nie ciągnie zpowrotem do Paryża?
— Ciągnie, bardzo ciągnie. Zarysowałem już wszystkie ściany wewnątrz i zewnątrz swego pałacu, ale do Paryża na piechotę za daleko, a na inną peregrynację nie mam gotówki. Zresztą moi bracia bezemnie do reszty by skapcanieli. Noblesse oblige — trzeba zginąć z honorem i z humorem!
— A oto i parafja Niedobitowskich.
Wskazał na grupkę domostw drewnianych, osadę, na wstępie której przy trakcie wznosił się kościół murowany w bardzo niezwykłym stanie.
Do połowy mury ze śladami pożaru i ospowate od kul, były pokryte dachem słomianym, resztę murów zdobiły liczne gniazda bocianie, z których najokazalsze stanowiło pokrycie dzwonnicy. Resztki muru ogrodzenia nie broniły wejścia krowom i nierogaciźnie, odwiedzającym pilnie szeregi grobów niemieckich żołnierzy, zapełniających w regularnych linjach cmentarz.