Strona:Maria Rodziewiczówna - Róże panny Róży.djvu/150

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Przy gościńcu i murze stały ekwipaże parafjan. Były to przeważnie wozy i dryndulki, koślawe, stare, zużyte, ze słomianem siedzeniem, z uprzężą parcianą i końmi dobranemi starannie pod względem chudości i wszelakich defektów.
Ludzie zebrani w gromadkę, lub rozproszeni po cmentarzu, gawędząc, czekali na dzwon.
Powitano nowoprzybyłych i otoczono wnet doktora Kuleszę. Ledwie poznawał dawnych przyjaciół. Byli zestarzeni, zaniedbani w ubiorze, z twarzami o jakiejś tępej bierności. Młodzież nawet była cicha i zgaszona. Pan Erazm wnet ogarnął rozmową.
— Byłem we czwartek w Sejmiku, — rzekł, — i dowiedziałem się, że pan Pyffke wymyślił nowy podatek.
Ożywiły się twarze przerażeniem.
— Znowu, to już szósty od nowego roku.
— Podatek od narzędzi rozkoszy.
— Cooo? Bajesz! — burknął któryś z braci, ale żaden się nie uśmiechnął, z wyjątkiem doktora.
— Wcale nie baję. Do narzędzi rozkoszy pan Pyffke zalicza między innemi: fortepjan, powóz i wszelkie ekwipaże na resorach, rower, gramofon.
— Powinien dodać pierzynę, poduszkę, buty i metalową łyżkę, bo tamtych w całym powiecie nie znajdzie.
— Jakto nie, Józef zapłaci za to siedzenie — i wskazał na stojący obok ekwipaż, w którym na drabinach było przytwierdzone siedzenie na sprężynach, pozostałości po bryczce.