Strona:Maria Rodziewiczówna - Róże panny Róży.djvu/151

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

— To dlaczegóż sejmik kupił dla siebie niedawno resorową bryczkę? — ktoś warknął.
— Chcesz, żeby ich ekscelencje Pyffke i Pudelkiewicz jeździli wozem, jak ty, przeklęty obszarniku. Pozatem pan Pyffke pracuje nad statutem. Wiślicki, Litewski itp., to przeżytki. Pan Pyffke wyda lada dzień statut — o podatku od psów. Zapłacicie, burżuje, za wasze skowyrki, co przeszkadzają pracowitemu ludowi skosztować waszych gruszek po sadach.
W tej chwili dzwon się rozkołysał i zabrzmiał.
Bocian rozłożył skrzydła, ale się rozmyślił i pozostał za przykładem innych, garnirujących mury kościelne. Parafjanie ruszyli na mszę.
— Dlaczego nie wziąłem aparatu fotograficznego — stęknął doktór Kulesza. — Ten kościół przechodzi wszystko, co można sobie wyobrazić. Przecie jest Odbudowa Kraju!
— Jest, ale ma robotę z odbudową wsi. Złożyliśmy wiele podań i swojemi siłami pokryliśmy dach nad ołtarzem. W tym roku już nie mamy środków — odparł apatycznie Niedobitowski.
W kościele jako tako sklecony był ołtarz i połatana podłoga. Nieobecne organy zastępował klekot bocianów, a w końcu nabożeństwa chropowate głosy, śpiewające: Święty Boże, Święty Mocny, święty a Nieśmiertelny — zmiłuj się nad nami. Było coś wstrząsającego w tym głosie garstki pozostałych Polaków, co doczekali się na tych rubieżach wskrzeszenia Ojczyzny.