Strona:Maria Rodziewiczówna - Róże panny Róży.djvu/162

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Nie chce się patrzeć śmierci w oczy! — odparł swym głuchym głosem Niedobitowski. — Chcą, żebyśmy tylko płacili — więc płacimy. Ale poza fortuną i ziemią, którą trzeba będzie dać — zostanie jeszcze życie i byt Państwa tutaj. I straszno rzec — o tę śmierć chodzi i nawyknieniem tylu pokoleń w krwi mamy przywiązanie do tych stron — a nie wierzymy już, by mogły ostać przy Macierzy.
— A bez tej wiary — co warta nasza praca i tak gorzki trud!
— Przeżywamy Zmierzch Bogów! — mruknął pan Erazm. — Nie pierwszy i nie ostatni.
— Ale my tu — już ostatni. Dzieci już się męczyć nie będą — jak tyle pokoleń, co tu były.... glebae adscriptae.