Strona:Maria Rodziewiczówna - Róże panny Róży.djvu/159

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


aby pokochali Polskę i przez wdzięczność stali się przedmurzem Rzeczypospolitej przed groźbą najścia czerwonej Rosji. Tak doktorze, to Iwan z Mikitą ma nas zastąpić i piersiami swemi bronić kraju, stojąc przy sztandarze z białym orłem i Częstochowską Królową. Ano — niech i tak będzie! Zostałem tedy z dziesięciu palcami i nadwyrężoną głową — na tej pustce. Połatałem starą blachą dach i osiadłem. Marjan chciał mi pomagać. Ofiarowywał sprzęty, narzędzia, konia, krowę — podziękowałem, tylkom prosił o ciepły kąt na zimę, bo na bytowanie tu od listopada do marca nie miałem zdrowia. Byli tu zrazu urzędnicy z komisji osadniczej, chcieli zabrać dwieście dziesięcin — ofiarowałem im pięćset — ale dotąd amatora, coby tu osiadł niema. Byli inni, szukając zdobyczy wojennych, zadeklarowałem blachę na dachu; zapisali i dotąd jest pod sekwestrem. Byli opiekunowie przed księgosuszem, ale nie mogłem im służyć do obserwacji ani jednem bydlęciem. Byli komisarze od lasów, szukający, czy nie znajdą daniny leśnej do wydobycia. Zlekceważyli mój jałowiec. Najczęściej bywają sekwestratorzy! Otóż w zeszłym roku trafiła mi się cudowna okazja. Jakiś żyd wynajął pastwiska na sto wołów. Ale zaledwie je przygnał, spadło na to stado trzech sekwestratorów. Żyd z wołami uciekł w nocy, omal nie zamknięto mnie do kozy — i moje finansowe projekta zrobiły klapę — jakbym był ministrem skarbu.