Strona:Maria Rodziewiczówna - Róże panny Róży.djvu/153

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

— Narzędzie rozkoszy! — zaśmiał się pan Erazm. — Ba, toć panowie Pyffke i Pudelkiewicz we własnych wielmożnych osobach.
Stanął przy drodze i gdy bryczka go mijała, zdjął czapkę i potrząsnął ją w powietrzu.
— Morituri te salutant, Caesar! — krzyknął.
Dwóch eleganckich panów sięgnęło do kapelusza i zapewne nie zrozumiawszy okrzyku, ukłoniło się uprzejmie.
Z gromadki pogonił za bryczką śmiech.
— Oszalałeś! — burknął Marjan Niedobitowski do brata. — Oni będą się mścić!
— Aha! A ty się boisz, bo ci dwór stoi i w nim stare mahonie, a w oborach bydło! Mają co u ciebie brać, burżuju! Bądź spokojny, jeszcze parę lat, a zostaniesz, jak ja, i staniesz się odważny.
— Panie doktorze, — rzekł Marjan Niedobitowski, — niech mu pan co zapisze na żółć.
— Mnie? A tobie to się nie zda?
— Ja cierpię i milczę. Przetrwaliśmy Moskali, Niemców, może i to przetrwamy. My z twardego drzewa jesteśmy.
— A komuż to potrzebne, żebyście przetrwali? Komu o to chodzi, kto ci to zaleca i pochwala? Spytaj się doktora, czy ta Warszawa — Macierz, co nas krzepiła i uczyła w dniach niewoli, wie co o nas teraz, myśli i pamięta, żeśmy tu dotrwali, na jej naukę i przykład! Czy doktór miał pojęcie, co się u nas dzieje i w jakim jesteśmy stanie?
— Nie, nie miałem pojęcia! — rzekł doktór, obejmując wzrokiem kościół i ludzi.