Strona:Maria Rodziewiczówna - Róże panny Róży.djvu/147

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


grząskie łąki — góry piaszczyste — resztą mało amatorów się obdzieli. W masie, przy naszem skromnem życiu i małych potrzebach, to jakoś się trzymało, ale jak się rozdrobi, będzie nędza i nie wiem, jak wydrą podatki. Boć jak nie stanie obszarników, trzeba będzie ulgi dla małorolnych skasować i opodatkować osadników. Zresztą, co się mamy tem kłopotać. Nas już wtedy tu nie będzie!
Wyjechali na szeroki stary trakt pocztowy, sadzony niegdyś w cztery rzędy brzóz, z których niektóre dotąd dogorywały, i nagle Maniusia roześmiała się radośnie, wskazując na postać ciemniejącą na ścieżce.
— Tatusiu, stryj Erazm idzie na Mszę!
Zamruczał coś Niedobitowski, patrząc w przeciwną stronę, na jakieś błotniste haszcze, ale doktór się zaciekawił.
— Co? Wrócił pan Erazm z Francji?
— O już dawno i objął swoje Daremne. Spalili mu folwark kozacy przy cofaniu Rosjan, a uchodźcy pokradli inwentarz. Niema nic!
— A humor, ten nieoceniony jego humor?
— Humor został, tylko się zmienił na niedający się spolszczyć: Galgenhumor.
Popędził szkapy i dopędzili pieszego wędrowca.
— Stryju, proszę siadać! — wołała Maniusia.
— Kiedy mi się spieszy! — odparł, ale spojrzał na wóz i roześmiał się.
— Dalibóg, doktór Kulesza. Nie wiedziałem, że doktór urządza wyprawy w dzikie kraje. Czy to badania antropologiczne, czy zoologiczne?