Strona:Maria Rodziewiczówna - Róże panny Róży.djvu/146

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nowym płaszczyku i kapeluszu płóciennym — domowej fabrykacji.
— Panna Maniusia bardzo elegancka! — pochwalił doktór.
— Dostałam od cioci Kaduni, a kapelusz mamusia sama zrobiła!
— Pamiętasz mego brata Marjana, co się nie ożenił i gospodarzy z siostrą Leokadją? Tym się lepiej udało, bo dwór nie spalony! — objaśnił Niedobitowski.
— A reszta twego rodzeństwa?
— Jana i Marjana zobaczysz w kościele, i siostry, co za dwoma Twardowskimi — no i bratanek po stryju, Józef, co się ożenił ze Skołobjanką. Cała parafja Niedobitowskich! — zaśmiał się.
— Ocaleli wszyscy?
— Ano, dotychczas jeszcze trwają po swych gniazdach. Ale to do czasu. Karczują nas, jak ot ten las. — Wskazał batem szmat pni i zarośli, który mijali, utykając po korzeniach.
— To Polanów — Moskala. Sprzedał — parcelują. Kiedyś Polanowscy zapuścili na las, bo piachy i bagna. Skonfiskowano w 63 — dostał generał Sołodurow. Żył z tego lasu do wojny, a teraz chłopi na futory rozebrali.
— Egiptu z tego nie uczynią — rzekł doktór.
— Mniej więcej będzie to samo z naszemi obszarami. Bywa tego po parę, lub kilka tysięcy dziesięcin — powód zawiści i żądzy parcelacyjnych. Ale to tylko pozór magnackich latyfundjów. Jak się potrąci — bagna, lasy po piaskach, błotne,