Strona:Maria Rodziewiczówna - Róże panny Róży.djvu/145

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.



— Komu kolej na Mszę? — spytał Niedobitowski przy sobotniej kolacji.
— Ja, tatusiu! — zawołała Maniusia.
— A możebyś i ty pojechał? — zaproponował Niedobitowski doktorowi Kuleszy. — Wprawdzie ekwipaż, to wóz, a konie bez owsa, ale to niedaleko, mała milka i droga sucha. Spotkałbyś po kościele znajomych dawnych.
— Jadę! — zawołał doktór z zapałem.
Nazajutrz zajechał tedy przed oficynkę mieszkalną wóz, mający na sobie ślady niedawnego transportu nawozu, zaprzężony w parę ostrokościstych koni, którym z pyska sterczały jeszcze resztki siana i których uprząż była zbieraniną sznurków i surowca mało co z szerści ogolonego.
Na słomę, stanowiącą siedzenie, Maniusia rozpostarła samodziałową derę, służącą któremuś z chłopców za kołdrę, doktór wgramolił się niezdarnie po kole, przez drabinę, miejscowi dużo zwinniej wskutek wprawy, i zaprząg ruszył wśród pożegnalnego szczekania psów.
Powożący Niedobitowski odświętnie był przeobrażony, bo i ogolony i ubrany w palto, z niegdyś aksamitnym kołnierzem, i kapelusz niegdyś czarny; Maniusia też paradowała w prawie