Strona:Maria Rodziewiczówna - Róże panny Róży.djvu/148

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Łowieckie tylko! — odparł, śmiejąc się doktór.
Pan Erazm przysiadł na drabinie.
— Tedy proszę do siebie. Wspaniałe mam okazy szczurów i myszy, a tak głodne i osłabione, że wyglądają nagłej śmierci, jak wyzwolenia. Inną zwierzynę wyniszczyli dawno Niemcy i chłopi.
Tu się zwrócił do brata i spytał:
— Miałeś sekwestratora?
— Miałem, a ty?
— Miałem. Traktowałem go poduszką, kołdrą, nawet cegłą z pieca, który latem niepotrzebny. Obrażony wyjechał, grożąc, że wystawią całe Daremne na sprzedaż. Powiedziałem, jak ogromnie się cieszę, że mnie z tej służby uwolnią i prosiłem o posadę woźnego w Sejmiku. A u ciebie co zabrał?
— Sprzedałem połowę nasiennych kartofli i zapłacę.
— Jan sprzedał trzy krowy. Kobiety po nich tak płaczą, że aż u mnie słychać.
Na twarzy jego ostrej i chudej pogłębił się jeszcze grymas szyderstwa i pociemniała blizna, idąca od brwi do ucha.
— Ale widzę, że pan też wojny kosztował? — rzekł doktór.
— A jakże. Gdzieżby się podziały szlacheckie tradycje. Siedziałem spokojnie w Paryżu, w gazecie. Miałem z ilustracji chleb, mięso i absynt, gdy wojna wybuchła, no i poszedłem z drugimi do Bajonny. Zmasakrowali nas, jak wiecie, duch