Tydzień u Niedobitowskich

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Rodziewiczówna
Tytuł Tydzień u Niedobitowskich
Pochodzenie Róże panny Róży
Wydawca Wydawnictwo Polskie R. Wegner
Data wydania 1938
Druk Drukarnia Concordia
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


TYDZIEŃ U NIEDOBITOWSKICH


Doktór Kulesza zaczął tyć. Kupił tedy wyżła, dubeltówkę, nabojów na kaczki i postanowił spędzić tydzień na Polesiu u swych starych znajomych Niedobitowskich.
Przed wojną bywał u nich co roku, albo wiosną na toki, albo jesienią na młode cietrzewie, i wywdzięczał się gościną w Warszawie, gdy Niedobitowski zjeżdżał z żoną na parę tygodni zimowych wywczasów.
Potem wojna przerwała stosunki. Doktór tłukł się po różnych frontach, Niemcy zarekwirowali mu mieszkanie, a gdy się ich pozbył i stosunki wróciły do jakiejkolwiek równowagi, kilka lat minęło i byłby zupełnie zapomniał Niedobitowskich, gdyby nie owo złowieszcze tycie.
Przypomniał sobie wielkie zielone płaszczyzny Polesia, sosnowe lasy, wrzosowiska, zalewy, błota i wysłał list z prośbą o gościnę, otrzymał odpowiedź uprzejmą, zastrzegającą tylko, że wygód przedwojennych nie może się spodziewać — i oto jechał odmłodzony nadzieją swobody, ruchu i myśliwskich sukcesów. Stanął mu w pamięci stary, saski dwór z gankiem o pękatych kolumnach, piękne cieniste szpalery, sad odwieczny, trzciną kryty folwark, stawy, słowiki, stada bydła i serdeczna gościnność pracowitych gospodarzy. Dzieci musiały prawie dorosnąć — dwóch chłopców i dziewczynka, sąsiedztwo było dość liczne, kuchnia prosta, gospodarska, smaczna. Pokój gościnny słoneczny, humory wesołe i zgoda rodzinna bez chmur i burz. Uśmiechnął się na wspomnienie Niedobitowskiej. Była przystojna, zdrowa, z ustami jak maliny, zębami jak młody psiak. Entuzjastka, patrjotka, wiecznie zajęta tajnem nauczaniem, opieką nad kościołami, skarbnica narodowych pieśni, opiekunka wszystkich cierpiących za wiarę i ojczyznę.
Doktór Kulesza lubił się z nią droczyć, żeby wywołać skry, a czasem łzy z oczu, a mąż flegmatyczny, trzeźwy Poleszuk, mawiał, że największym dowodem niedołęstwa rosyjskiej administracji było to, że jego żona chodziła wolna po świecie, zamiast siedzieć pod kluczem w „ostrogu“. Jaka musi być szczęśliwa i triumfująca teraz, w wolnej, wskrzeszonej Ojczyźnie — uśmiechnął się na tę myśl Kulesza.
Droga była dość daleka — całe dwanaście godzin i zaraz za Bugiem uderzyła doktora różnica krajobrazu, pustka i ruina.
Stacje kolejowe były to budy, sklecone przez okupantów, wśród gruzów dawnych budynków, pola porosłe brzozowym lub olchowym zagajnikiem, wsie, które pozostały bez okien w chałupach, z dziurami w strzechach — a miejscami w pustkach kwitnące sady — znaczyły miejsca dawnych siedzib. Na stacjach mało było ludzi — trochę czerni żydowskiej i chłopów w bolszewickich łachmanach — po wygonach gdzieniegdzie kilka sztuk bydła, na drogach zrzadka wóz ze szkapą wychudłą. Wojenne rany zabliźnione już w Kongresówce, tu widniały jeszcze otwarte, krwawe i nieopatrzone.
Współtowarzysze podróży, bardzo zresztą nieliczni, byli, jak wywnioskował z rozmowy, urzędnicy, nauczyciele i wojskowi osadnicy. Mówili o klasach służbowych, o drożyźnianych dodatkach, o posadach i kolonjach. Narzekali i klęli los, który ich w tę dzicz zagnał.
Na zadowolenie z wycieczki zaczynały nadciągać chmury i z uczuciem ulgi wyszedł doktór na stacyjce, pustej i odrapanej jak inne. Biały Orzeł jaśniał nad nazwą — a na platformie przechadzał się policjant z karabinem, który go natychmiast zaczepił o legitymację. Zdziwił się doktór Kulesza.
— Przecie jesteśmy w granicach Rzeczypospolitej.
— Proszę o przedstawienie legitymacji! — powtórzył ostro policjant.
Tu spojrzał na bagaż i dodał:
— Co to? Strzelba! Proszę o przedstawienie biletu i karty łowieckiej. Dokąd się pan udaje?
— Do państwa Niedobitowskich w Zalesiu.
Wydobył doktór swe dokumenty, które policjant długo wertował, wreszcie orzekł:
— Proszę za mną, na posterunek.
— Dlaczego? Przecie mam papiery w porządku i czekają tu na mnie konie z Zalesia. Pan Niedobitowski jest chyba panu znany?
— Nie znam wszystkich tutejszych burżujów. Komendant to załatwi.
— Zawołam tedy furmana z Zalesia, żeby bagaż zabrał.
— Bagaż ma być także na posterunku. Niech go pan ze sobą zabiera.
Doktór stracił cierpliwość.
— I ja i bagaż pojedziemy na posterunek. Może pan eskortować.
Wyszedł za budę stacyjną i obejrzał się, szukając bryczki i furmana. Ale stał tam tylko wóz kilimkiem przykryty i chłop ćmiący fajkę.
— Czy niema koni z Zalesia?
— A ot — ja — odparł chłop, zabierając koniowi siano z przed pyska i pakując je do wozu.
— Zabierzcie moje rzeczy i jedźcie na posterunek policji. Daleko to?
— A ońdzie! — wskazał chłop jeden z domków za stacją.
Zajechał tedy doktór Kulesza, eskortowany przez policjanta, i znalazł się w izbie niechlujnej przed obliczem komendanta.
Zaczęło się znowu przeglądanie dokumentów, tak podejrzliwe i szczegółowe, jakby każdy mógł być falsyfikatem, potem rewizja strzelby, sprawdzanie firmy i numerów — potem przetrząsanie kuferka. Rzucili się jak na łup na lornetkę polową, żądając kwitu, gdzie i kiedy była kupiona.
Doktór ruszył ramionami.
— Mam ją od dwudziestu lat, a gdym kupował, nikt nie brał ani dawał kwitu.
— To podpada pod kategorję łupów wojennych — i mamy rozporządzenie przedmioty takie konfiskować. Może pan wnieść podanie, przedstawić kwit i wtedy zostanie panu zwróconą.
— Proszę tedy przedewszystkiem o kwit, że mi ją pan zabrał przemocą swej władzy.
— Pan używa wyrażeń karanych dyscyplinarnie. Będę zmuszony zestawić protokół.
— Proszę bardzo. Będę miał dowód czynu samowoli i potrafię z tego zrobić użytek.
Komendant zaczął szukać papieru, ale nieskoro mu to szło. Wreszcie rzekł:
— Pan jedzie do Zalesia? Zgłoszę się tam pojutrze, aby to załatwić. Może pan tymczasem lornetkę zatrzymać. Sprzedać jej nie ma pan prawa.
— Nie mam też zamiaru. Czy już koniec?
— Może pan jechać.
Chłop z Zalesia włożył rzeczy na wóz i zaciął szkapę. Gdy odjechali kawał, obejrzał się na stację i szyderczo się uśmiechnął.
— Ot i nie udało się. Myśleli, że pan da na parę butelek wódki, a trafili na zębatą sztukę.
Doktór wybuchnął.
— Co śmiesz gadać! Prawa są teraz takie ostre. Mało to było wojennych drabów, co kradli rządowe rzeczy!
— Jak kradli — to i mają do tej pory. Żydzi mi chałupę rozebrali i postawili w miasteczku, a jak chciałem odebrać, to mnie policja zbiła. Pan to widać z innego kraju przyjechał.
— Toście także do Rosji uciekli?
— Jak i wszyscy.
— A teraz służycie w Zalesiu?
— Nie, pan mnie najął, żebym pana z kolei przywiózł.
— Konie bardzo zajęte?
— Nie, koni to tak jak niema. Sprzedał pan po Wielkiejnocy. Zostało tylko dwie pary, a teby na stację nie zaszły.
Zamyślił się doktór Kulesza, obejrzał wkoło.
Jechali to piaszczystą wydmą, to grobelkami — objeżdżali bagna, grząskie wypasy. Mało co było uprawnych pól, dużo haszczów, łozy, całe łany niekoszonych traw zeszłorocznych — pustka, ruina.
W jednem miejscu chłop biczem wskazał na łan, poznaczony kopczykami.
— A to folwark od Zalesia, co na kaznę zabrali.
— Dla żołnierzy?
— Nie wiem, czy to żołnierze. Byli jacyś panowie — pochodzili, popatrzyli i pojechali. Dwa lata tak stoi. Gmina chciała na trzeciak siać, ale nie pozwolono.
— Macie wójtów teraz i radę gminną. Sami się rządzicie.
— Za carskich czasów to samo było — tylko teraz dwory do gminy należą. Ja w radzie też jestem.
— To dobrze się czujecie pod polskim Rządem?
— A, kto dolary ma, temu dobrze, a kto kradnie, to temu też dobrze. Niema nijakiej różnicy, tylko wódka podrożała i zarobków niema.
— A dzieci do szkół posyłacie? Polak nauczyciel?
— Nauczyciel uczy po polsku, ale on tutejszy, syn psałomszczyka. Dzieci chodzą zimą — teraz już nie, bo pasą bydło. Ot i Zalesie widno.
Wjechali w olszowe zagaje — na horyzoncie czerniała gęstwa starych drzew dworu. Nowy krzyż przydrożny stał u zawrotu, chłop konie popędził.
I oto znalazł się doktór Kulesza przed dworem, a raczej na dawnem podwórzu, bo domu już nie było. Stały tylko jako pamiątka, pękate słupy ganku, a za niemi, na pogorzelisku, gąszcz młodych brzózek, chwastów i chmielu. Wózek zajechał i stanął przed oficynką — wrośniętą w ziemię, z połataną strzechą i ganeczkiem na dwóch słupkach.
Na progu ukazał się Niedobitowski w surducie z szarego samodziału i butach zabłoconych. Uśmiechnął się do gościa i opędzając parę ujadających psów, pomógł mieszczuchowi wygramolić się z wozu.
— Jezu Marja, co się u was porobiło. Dom spalony! — zawołał doktór ze współczuciem.
— Spalili Moskale, ustępując — jeszcze w 15 roku — folwarku też niema.
— Aleście żywi zostali. Rodzice, żona, dzieci!
— Rodzice pomarli przy końcu niemieckiej okupacji. Żona i dzieci wytrzymały. Chodźże, chodź, a wybacz lokal, ale czem chata bogata — tem rada!
Przez sień z powybijaną ceglaną podłogą, zaprowadził gościa do malutkiej izdebki, gdzie było tylko łóżko na drewnianych krzyżakach, stolik u okna, stołek i prymitywna umywalnia w kącie.
Okienko tuż przy ziemi — wyglądało na sad w kwietnej bieli.
— Spocznij — za godzinę obiad.
— Ładne tu u was porządki! — zaczął doktór opowiadać awanturę z policją. Ale Niedobitowski nie okazał ani oburzenia, ani zdziwienia.
— A tak. Rewidują i konfiskują. My już koleją jeździć nie możemy, bo dotąd nie możemy otrzymać „przynależności państwowej“ — koniecznej do paszportu, a naszemu Kazikowi, jak wracał ze służby ochotniczej, odebrali żandarmi w wagonie mundur i lornetkę, choć miał własne i kwity w porządku. Ale to głupstwo jeszcze. Dobrze, że mu zostawili koszulę i spodnie!
— Ależ to skandaliczne nadużycia. Trzeba protestować, skarżyć, pisać do wyższych władz.
Niedobitowski popatrzał na gościa z uśmiechem pobłażliwego szyderstwa.
— A czy ty znasz wszystkie uchwały sejmowe?
— No, nie! Któżby z ludzi pracy mógł to spamiętać.
— Ja też nie! Ale kto tylko się skarżył, ten się dowiedział, że pod taką datą i numerem jest uchwała — wedle której władza postąpiła słusznie, a że uchwały codzień są wydawane, więc pomyśl, ile tego przybywa i rośnie. Szkoda twej fatygi. Zaraz ci wyjaśnię. Pierwszy policjant, to syn diaka z Krasnej — nie umie ani słowa po polsku, więc musiał twoje dokumenty przedstawić komendantowi, a ten jest tak straszny pijak, że nie bywa nigdy zupełnie przytomny. Jak się prześpi, to zapomni i nie będzie cię dalej niepokoić. To jeszcze głupstwo.
Doktór umył się i przebrał, nie przestając indagować gospodarza.
— Jakże polowanie? Masz zawsze tyle cietrzewi i kaczek?
— Cietrzewie były — wyginęły po pożarze lasu.
— Co? Las się spalił!
— Palił się dwukrotnie. Raz przy Niemcach, potem przy bolszewikach. Mój młodszy, Wacek, dowodzi, że już znowu trochę cietrzewi się odhodowało, ale my nie polujemy, bo nam strzelbę policja skonfiskowała, a karty łowieckie takie drogie! Wacek, który lasu pilnuje, będzie ci służył za przewodnika.
— To chłopcy w domu? — zdziwił się doktór.
— Tymczasem w domu. Kazik do nowego roku był na uniwersytecie, Wacek w gimnazjum — ale nie starczyło przy teraźniejszych ciężarach — więc uczą się w domu, będą zdawać — jeden maturę, drugi swoje semestry — uczą się i pomagają. Co robić! Zresztą i to głupstwo!
— Cóż u licha u ciebie nie będzie głupstwem?
— Powiem ci na końcu, na odjezdnem! Zresztą i sam to odczujesz! Chodźmy!
Wyprowadził gościa na drugą stronę sieni, do izby trochę większej — gdzie stał pośrodku stół z sosnowych tarcic — i wkoło stołki do siedzenia. Znać było rękę kobiecą, po kwiatach w garnku na stole, po festonach z barwnych liści i widłaków, które stroiły nagie ściany. Na stole, pokrytym wytartą ceratą, leżał bochen chleba czarnego, dzban z mlekiem i nakrycia z rozmaitych fajansowych talerzy. Pod oknem drugi stół zarzucony był książkami; służył widocznie do nauki chłopców. Za ścianą mieściła się kuchnia i wielki chlebowy piec zajmował cały kąt izby.
— Ciasno macie i niewygodnie, — rzekł doktór.
— Nam się wydaje rozkosznie i dostatnio. Poprzednio mieszkaliśmy wszyscy w jednej izbie przyrobionej do stodoły, która cudem ocalała przy pożarze folwarku.
— Czemuż tu nie mieszkaliście?
— Gdy nam dom zapalili kozacy nad głową, musieliśmy się skryć do lasu. Chcieli nas gnać do Rosji, ale Niemcy nas ocalili — tak prędko przyszli. Ale przez ten czas tę oficynę zajęli jacyś uchodźcy z Kongresówki, i nie było sposobu ich się pozbyć. Zrazu ich Niemcy nie puszczali — a potem przyszła ochrona lokatorów i zaledwie rok temu się wynieśli — otrzymawszy posady rządowe. Na pożegnanie dali donos do „Denatu“, że mam niemieckie maszyny. Zabrano mi kierat od młocarni, wialnię do zboża, bronę łąkową i siewnik.
— Jakto zabrano? Twoje narzędzia!
— Ano — jak twoją lornetkę! Nie miałem dokumentów kupna, więc była to zdobycz wojenna, dobro należne państwu. Jest na to uchwała sejmowa a donosiciele dostają procent.
— Czy i to głupstwo?
— Tak — i to głupstwo.
— Ale jakim cudem ocalało to biurko? — spytał doktór, wskazując na stary kantorek czeczotkowy, stojący w kącie.
— Wypadkowo stał w tej oficynie i został, — odparł Niedobitowski, przesuwając pieszczotliwie dłonią po tym pradziadowskim sprzęcie. — Nawet chłopcy poreperowali zamki i oczyścili po rabunku lokatorów. Jedyny zamczysty mebel, ale niema czego zamykać — uśmiechnął się.
W tej chwili drzwi w głębi się otworzyły i weszła kobieta z dziewczynką.
Doktór spojrzał i chwilę stał jak ogłuszony niespodziewanym ciosem. Czy to mogła być Niedobitowska, czy może jej matka? Ta kobieta z twarzą pooraną zmarszczkami, z włosami zupełnie siwemi, z wyrazem zgaszonych oczu, z ustami blademi, na których wymuszony uśmiech był raczej spazmem.
W wielkim roboczym fartuchu, z rękawami zawiniętemi poza łokcie — niosła garnek parujący, a za nią dziewczynka — salaterkę kartofli.
— Pani Zofjo! — zawołał wreszcie, wyciągając do niej obie ręce.
Postawiła garnek na stole i podała mu dłoń twardą, namuloną, ciemną.
— Nie poznał mnie pan narazie — próbowała dalej się uśmiechać. — Nic dziwnego — ja sama siebie nie poznaję. Proszę, siadajcie panowie, chłopcy zaraz przyjdą. Maniusiu, nie pamiętasz pana doktora Kuleszy? Wyrosła? Prawda?
Dziewczynka, równie jak matka w fartuchu i z zapracowanemi rękami, dygnęła i co rychło cofnęła się do kuchni.
— Przeżyliście tutaj straszne lata. Cofanie Rosjan, okupację Niemców — ciągły rabunek i naprężenie nerwów. Wycierpieliście nad miarę.
Niedobitowska rozlała zupę do talerzy — gospodarz ukroił chleba — zasiedli.
— Cofanie Rosjan trwało tydzień — i pomimo spalenia dworu, przymusowej ucieczki, powrotu do zgliszcz — były to wielkie i raczej radosne dni. Wiekowy wróg ustąpił — czuliśmy, że się spełniają nasze nadzieje, że się iszczą proroctwa, że przychodzi kres niewoli. Nie liczyło się zapłaty za taki skarb, nie czuło ruiny, głodu, nędzy, poniewierki. Byliśmy szczęśliwi. Niemcy nie mieli już co nam zabierać, ani co grabić. Byliśmy silni swą biedą. Owszem dali nam pomoc, pomogli obsiać, zostawili parę sztuk inwentarza. Przez trzy lata okupacji żyliśmy jako tako, pracowali, raczej dźwigaliśmy się — no i ciągle czuliśmy, że to chwilowe, że Polska idzie! Wszystko wydawało się lekkie wobec tego.
Drzwi kuchni otworzyły się znowu — weszli chłopcy. Jeden osiemnastoletni, drugi o parę lat młodszy. Obadwa w kurtach z szarego samodziału i mocno sfatygowanych butach.
Ukłonili się w milczeniu, zajęli swe miejsca i zaczęli jeść prędko i chciwie.
— Skończyliście? — spytał ojciec.
— Nie skończyłem, ale konie ustały — nie wiem, czy zabronujemy do wieczora! — odparł starszy tępym, apatycznym tonem.
— Na jutro gmina żąda koni dla dostawy drzewa do starostwa! — rzucił młodszy z dzikim błyskiem buntu w oczach.
— Przecie już trzy razy posyłaliśmy! — stęknął Niedobitowski.
— Gmina już dała 1500 podwód, ale zawsze mało. Żądają teraz dwustu.
— Żebyż choć posiać dali!
Starszy ruszył ramionami.
— Nasze konie trzy dni stracą z tem drzewem.
— Mało macie koni? — spytał doktór.
— Sześć już tylko zostało. Trzeba było sprzedać cztery najlepsze na podatki.
— Ale przez to gospodarstwo cierpi.
Młodszy zaśmiał się z goryczą starości.
— Nasze gospodarstwo już zaraz przestanie cierpieć, bo go wcale nie będzie.
Niedobitowski spojrzał znacząco na syna, a ten schylił głowę i umilkł.
Dziewczynka sprzątnęła i zmieniła talerze i podała na stół misę klusek z serem.
— Panna Maniusia wyrosła na pilną gospodynię! — rzekł uprzejmie doktór.
— Pracujemy wszyscy! — odparła poważnie.
— Wacku, — zwrócił się Niedobitowski do młodszego — zaprowadź pana doktora na kaczki.
— Służę wieczorem na ciąg.
— Na cietrzewie już za późno?
— Małe toki. Mnóstwo cietrzewi przepadło w pożarach lasów.
— To się las kilkakrotnie palił?
— Pierwsi palili Moskale i uchodźcy — potem Niemcy, gdy palili łąki — wreszcie bolszewicy w dwudziestym roku. Nie las to, a czarne szkielety, tak zniszczony, że nawet pomimo najlepszej chęci i starań rząd polski nic nie znalazł dla chłopów na odbudowę. Cztery razy sprowadzał różne komisje i polskie misje Metodystów — i nic wziąć nie mogli.
— Ale zagajniki puściły się bujnie i już tak strasznie nie wygląda! — rzucił Niedobitowski.
— A susz można wyprzedać! — pocieszał doktór.
— Kupców na drwa niema, a chłopi wolą kraść, niż kupować — wtrącił apatycznie starszy.
Obiad był skończony, gdy psy podniosły larum i przed ganeczek zajechała furka, a na niej jakiś jegomość w czapce z orzełkiem i skórzaną teczką pod pachą.
— Urzędnik! — szepnęła Niedobitowska, blednąc.
Gospodarz wyszedł naprzeciw, chłopcy zniknęli w kuchni — pani domu spiesznie sprzątała.
Urzędnik wszedł — elegancki, młody człowiek, ubrany jak z igły.
— Ja tu do pana o drobną sumkę zaległych podatków! — rzekł, rozkładając papiery.
— Co znowu! — zaprzeczył Niedobitowski — mam kwity w porządku — mogę przedstawić. O co chodzi?
— O stokrotną podwyżkę gruntowego; sto pięćdziesiąt miljonów — bagatela.
— Powiedziano mi, że mamy ulgę do września.
— Tylko gospodarstwa do 45 ha — a nie większe obszary!
— Ach, tak — jak zwykle. Ale zapłacić nie mogę — nie mam gotówki.
— Będę zmuszony zająć. Termin minął.
Niedobitowski potarł czoło.
— Ano, trudno. Tylko nie rozumiem, co pan tu u nas zabrać i sprzedać może. Mamy pięć krów, sześć koni...
— Ach, na tak małą sumę wystarczą te sprzęty. To tylko forma. Jestem pewien, że pan gotówkę do tygodnia, t. j. do licytacji, zdobędzie.
Niedobitowski milczał. Urzędnik rozłożył papiery, wprawnem okiem obejrzał pokój i zaczął pisać.
— Chodźmy! — rzekła Niedobitowska do doktora.
Przeszli około ruin domu, zagłębili się w sad kwitnący i usiedli na głazie w starej, grabowej altanie. Wokoło była orgja życia i odrodzenia: w śnieżnej masie kwiecia, w śpiewie radosnym ptaków, w błękicie nieba, w powietrzu, przesiąkłem wonią pąków.
— Cudna wiosna! — bąknął doktór, mając gardło ściśnięte i jakiś ucisk w piersiach.
Ale Niedobitowska patrzała przed siebie oczami, w których malowała się jakby zgroza.
— Za co i dla czego myśmy skazani na zgubę? — zawołała wreszcie.
— Jakto? Kto? Państwo?
— My tu wszyscy — Polacy — tu od wieków osiedli. Całą moskiewską niewolę przetrwaliśmy. Dwa powstania, rewolucję w 1905, wielką wojnę, bolszewików — wszystko! Żeby się tego doczekać!
— Czasy są trudne, ale nie trzeba tracić nadziei. Przeżywamy kryzys materjalny bardzo ciężki — ale...
Niedobitowska zwróciła swe zgaszone oczy na doktora.
— Nie o tem mowa, nie to nas gnębi. Przywykliśmy do nędzy i niedostatku. Dzieci niema za co uczyć — żyjemy w tej jamie, nie mamy na gazetę, na książkę, na lekarstwo, nie mamy służby osobistej, żadnej rozrywki, wytchnienia, święta. Ale to wszystko głupstwo. Może nawet lepiej zapracować się fizycznie do stanu roboczego bydlęcia — żeby nie myśleć o tej nienawiści, która nas otacza.
— Chłopów?
— Nie — polskiej administracji! — szepnęła.
— Co pani mówi! To być nie może!
Obejrzała się na kroki.
— Pojechał już? — spytała męża.
Skinął głową.
— Ciekawam, kto się zjawi jutro!
— Znajdzie się! — odparł filozoficznie Niedobitowski.
— Pójdę do kuchni i zwolnię Maniusię! — rzekła Niedobitowska, powstając.
Przyjaciele zostali. Poczęstował doktór cygarem gospodarza i ze współczuciem nań spojrzał.
— Nie miałem pojęcia, co się tu u was i z wami dzieje!
— Tak. Podobno w Warszawie są jakieś Towarzystwa Opieki nad Kresami, jacyś Przyjaciele Polesia itp. Podobno, że nawet bywają jakieś delegacje, odwiedziny, zjazdy — ale zwykle w starostwie, w mieście powiatowem. Bywają dla nich rauty, przyjęcia, uczty, mowy i widzą i słyszą to tylko, co im przedstawią urzędy. A naprawdę nikt w Warszawie nie wie, co się u nas dzieje i nas, Polaków tutejszych nikt nie zna. Kiedyś, gdy tu przyjdzie kataklizm — bardzo się zdziwią owi opiekunowie i przyjaciele. Wybory ostatnie mogły wstrząsnąć opinją i dać do myślenia tamtejszym wpływowym ludziom — ale myślą o czem innem widocznie — i nic się nie zmieniło. Aleś ty pewnie zmęczony podróżą? Możebyś się przespał?
Zgodził się doktór, czując, że go ogarnia jakieś bardziej moralne, niż fizyczne zmęczenie, ale gdy się znalazł w swej izdebce, długo zasnąć nie mógł, ani pozbyć z pamięci zgaszonych oczu Niedobitowskiej.
Zbudziło go wreszcie dyskretne pukanie do drzwi i głos Wacka.
— Pora na ciąg, proszę pana.
Zerwał się, wypakował strzelbę i po chwili wyszli za dwór na łąki; po dłuższem brodzeniu zajęli obrane przez chłopaka stanowisko i znieruchomieli w oczekiwaniu.
W powietrzu wrzało od głosów różnych, i wreszcie Wacek szepnął:
— Krzyżówki!
Strzał padł i padły w wodę dwa ptaki.
Znowu cisza, znowu świst, kwakanie, znowu strzał, pluśnięcie. Aż ściemniało zupełnie i Wacek rzekł:
— Udało się — siedem sztuk. Zaraz je pozbieram. Świetną ma pan doktór dubeltówkę.
Odrobina życia i wesołości zagrała na twarzy chłopaka, a gdy wracali, opowiadał:
— Ja z Maniusią umiemy sidła stawiać. Nauczyłem się — w braku strzelby. Tej zimy złowiłem kunę w żelazo — i trzy lisy na trutki. Mogłem kupić okazyjnie fuzję u chłopa, ale ojciec nie pozwolił, bo, powiada: chłop ci sprzeda, a potem do policji doniesie, i doczekamy się rewizji. Dosyć i tak triumfu chłopskiego nad nami. Teraz myślę zrobić łuk. Przecie dzicy ludzie z tem polują. I cicha broń — to grunt.
Wrócili na kolację, przy której cała rodzina ledwie miała siłę na parę słów rozmowy, — tak byli zmęczeni pracowitym dniem.
— Jednakże nie dorównamy nigdy chłopom, — rzekł Niedobitowski, odprowadzając doktora na spoczynek, — oni jeszcze mają siłę całą noc paść konie po szkodach, albo jechać kraść drzewo z lasu — a my padamy i zasypiamy jak drewna. Lękam się, że nie sprostamy nowym życia warunkom.
I śmiał się, odchodząc.
Nazajutrz spożył doktór samotnie śniadanie, bo wszyscy byli przy pracy. Niedobitowska gotowała obiad dla rodziny i czeladzi, Maniusia z dziewką obrabiały zagony na warzywa, chłopcy byli w polu, Niedobitowski z chłopem najętym przenosili kartofle z kopca do piwnicy. Gość miał do wyboru, albo im przeszkadzać, albo iść ze strzelbą w pole. Wymknął się tedy doktór na przechadzkę, ale nie mógł się nawet w położeniu pól rozeznać, tak były zarosłe brzeźniakiem, wśród którego małe szmatki tylko były uprawne. Cztery chude szkapy bronowały, ledwie się wlokąc po roli, a przy nich na miedzy siedział Kazik, ciskając kamieniami na gawrony.
— Czekaj, zaraz ich nie będzie! — rzekł doktór, podnosząc strzelbę do twarzy.
Gdy czarne ptactwo zerwało się z wrzaskiem i odleciało, doktór rzekł z uśmiechem:
— Tak wasze strapienia odlecą, zobaczysz!
Młody popatrzał na czarną chmarę, krążącą po niebie, i odparł:
— Zaraz wrócą. Jest tego parę miljonów, a żeru mało tu na kresach. Prędzej się nasze siewne ziarno wyczerpie. A zresztą tych, coby mieli broń, wśród nas niema.
— Ależ, Kaziu, byłeś ochotnikiem, odparłeś bolszewików — i nie masz wiary w Polskę!
— Ci bolszewicy, cośmy odparli, mniej straszni niż ci, co zostali i zostaną. Ci zniszczą Polskę.
— Chłopcze, nie godzi się mówić tak wam, młodym.
— To też milczę. Milczymy wszyscy, nawet matka. Czy pan widzi, co się z niej zrobiło?
Tu spojrzał na drogę ze wsi, opodal leżącej, i rzekł:
— Sołtys już idzie do dworu z papierkiem. Jakiś znowu nakaz płatniczy, lub cyrkularz. A gawrony już znowu wracają na żer.
Palnął jeszcze parę razy doktór, a wreszcie ręką machnął i poszedł ku lasom, czerniejącym na horyzoncie.
Wrócił dopiero na obiad i spotkał Niedobitowskiego z żydem nad kopcami kartoflanemi.
— No, zbogaciejesz! — rzekł, gdy szli ku domowi.
— To nasienne. Chciałem więcej zasadzić w tym roku. Wydarłem szmat nowin. Ale na podatki muszę połowę sprzedać — i chyba może żytem nowiny zasieję — jesienią.
— A czegóż sołtys chciał?
— Przyniósł nakaz płatniczy na zasadniczy podatek.
— Co to takiego?
— Podatek od inwentarzy, co w sumie z wczorajszym, stokrotnym gruntownym — połknie kartofle. Niema sposobu się dźwignąć.
Przy obiedzie Niedobitowska siliła się na rozmowę, a doktór czuł, jak daleka była od tematu teatru, książek i życia stolicy.
Widok spalonego lasu, który pamiętał w całej krasie i bujności zgnębił go też, i pomyślał, że wikt tego domu może go wprawdzie schudzić o parę funtów, ale nastrój domowy może mu stanowczo zaszkodzić na wątrobę.
Nazajutrz na spacerze w stronę wsi spotkał znowu sołtysa i poznał nawet chłopa, który przed wojną często z nim chodził na cietrzewie. Chłop go też poznał i przywitał.
— Pan doktór moją żonę wyleczył z gorączki — pamięta pan doktór?
— Pamiętam — i te cietrzewie cośmy strzelali.
— Niema cietrzewi i żonki niema. Pomarła w Rosji.
— A jakże wam teraz?
— At — odbudowalim się już — trochę bydła już jest. — Czuł doktór, że chłop mu nie powie, co myśli.
— Do dworu idziecie?
— A tak — prawie codzień gonią z gminy. Teraz dwory z gminą jedno — równość.
— Znowu podatek?
— Nie, to o zboże na stójkę. Na dwór wypadło sto ośmdziesiąt pudów.
— Jakto? Za te sześć koni?
— Nie, rada gminna naznaczyła zsypkę od dziesięciny.
Twarz chłopa — Rusina, gdy to mówił, była niezbadana w swej masce głupowato chytrej, ale doktór w tonie odczuł jakby triumf. Pożegnał chłopa i wałęsał się dalej po zamokłych łąkach, na których pamiętał stada bydła, a teraz spotkał tylko kilkanaście sztuk różnomestnych cieląt i kilka krów — a gdy wreszcie zmęczony ku dworowi zawrócił — wydało mu się to stare polskie osiedle straconą placówką, ruiną bastjonu kresowego, grobem tradycji i kultury wielowiekowej i odczuł wielki żal i złość dla tych ostatnich strażników, a zarazem bezsilność — by w nich wlać otuchę — wobec nowych prądów, praw i uchwał. Jednakże, gdy się znalazł sam na sam z Niedobitowskim po obiedzie na głazie w grabowej altanie, rzekł:
— Słuchaj, stary druhu. Mam mieszkanie czteropokojowe i praktykę solidną. Jestem zakamieniały stary kawaler i sybaryta. Ale czasami nudzi mi się w pustych ścianach. Daj mi którego z chłopców. Niech Kazio idzie na medycynę. Nie wolno ci przyszłości dzieci narażać, ani ich tu trzymać.
— Na tej dziurawej szkucie, która tonie!
— Nie. Kto tak, jak wy żyje i pracuje, ten przetrwa najgorsze. Wam tu zostać można i trzeba, ale dzieciom musicie dać wychowanie.
— To jest: twoją łaską i ofiarą.
— Mój drogi, są skrupuły, których trzeba się wyzbyć. Rozumiem, że dla was to będzie stokroć cięższe przyjąć, niż mnie ofiarować. Ale jesteśmy w walce o tak potężne i wielkie rzeczy, że musimy się skupić, by się utrzymać. Musisz mi Kazia dać.
— Spytam jego i żony, — szepnął Niedobitowski.
— Spytaj. O ile znam twą żonę — zrozumie. Zabawię jeszcze parę dni i chcę wrócić z chłopcem.
Niedobitowski przeszedł ręką po czole.
— Ciężko! — stęknął.
— Nie dać się! Toć wasze hasło.
— Tutejszych Niedobitowskich.
Obejrzał się na nadchodzącą żonę.
— Zosiu — rzekł — Kulesza chce zabrać do siebie Kazika na mieszkanie i wikt, żeby chodził na uniwersytet.
Spojrzała na doktora, krew jej zabarwiła twarz chwilę, jakby ją zdławiło wrażenie.
Wreszcie wyciągnęła do doktora ręce.
— Za życie i duszę chłopca dziękuję! — wyjąkała. — Młodym tu nie bytować — jeśli mają życie przeżyć. My starzy wytrzymamy — oni byliby straceni. Niech choć jeden się uratuje.
— Nie damy i tamtych! — zawołał uradowany doktór.
Pozostali, gwarząc poufnie, szczerze, a cicho, żeby nikt obcy nie podsłuchał tego, co było bólem i wstydem, aż się wreszcie Niedobitowska zerwała przerażona.
— Tyle czasu zeszło, a chleb dziś piekę i buraki trzeba sadzić.
I poszła do swego przyziemnego, czarnego trudu.
Mężczyźni gwarzyli dalej, aż usłyszeli z za altany dwa głosy, rozmawiające po rusińsku i umilkli, słuchając.
— Iwanie, — mówił głos żydowski, — na jutro mi trzeba trzydzieści furmanek do kartofli.
— Toście kupili u pana! A nie chciał sprzedać, chował na nasienie.
— Chował! — zaśmiał się żyd, — on do jesieni jeszcze i krowy sprzeda.
— I żyta nie posieje! Sto osiemdziesiąt pudów, musi dać na stójkę. Co mu się zostanie! Mniej, jak u mnie.
— Na przyszły rok odda Zalesie mnie w posesję.
— To wtedy warujcie sobie paszę w lesie — chłopi dobrze zapłacą, bo po młodniskach dobre trawy. A toć i w domu sprzęty mu opisali.
— Taki dwór, taki pan — i zszedł na kapcana.
— Ano — zaśmiał się chłop. — Polski rząd! Toć tej Polszy tak czekali, wyglądali, miatieże przeciw caru robili — na Sybir szli. Najgorsze buntowszczyki byli — nu doczekali się swojej Polszy. Niechże ich teraz rżnie!
— Za dziesięć lat i jeden z nich nie ostanie.
— Będzie ziemi dla nas dosyć!
— A dla nas lasu! Polaki sami się zjedzą.
Przeszli. Niedobitowski położył rękę na ramieniu doktora.
— Pytałeś mnie, co nie jest głupstwem — wśród tych utrapień i biedy! Ot — to — wstyd — wobec pogardy i triumfu — tych tam!



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Rodziewiczówna.