Niedobitowski z Granicznego Bastjonu

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Rodziewiczówna
Tytuł Niedobitowski z Granicznego Bastjonu
Pochodzenie Róże panny Róży
Wydawca Wydawnictwo Polskie R. Wegner
Data wydania 1938
Druk Drukarnia Concordia
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


NIEDOBITOWSKI Z GRANICZNEGO BASTJONU


Była bezgwiezdna, chmurna, wietrzna i dżdżysta noc marcowa, gdy Sewer Niedobitowski i Jan Olesza wybrnęli z grząskiej leśnej grobli na polanę, na której przed Wielką Wojną stało rodzinne Niedobitowskiego Horodyszcze. Od dalekiej stacji kolei szli pieszo, bo fury nie dostali, ale to był drobiazg dla ludzi, co przez siedem lat zdeptali Rosję, Sybir, Mongolję, Chiny i wiele innych dzikich zakątków. Jako dobytek z tej siedmioletniej wędrówki — mieli plecaki, „amerykańską“ przyodziewę i dobre rewolwery w zanadrzu. Ale zato Niedobitowski zostawił pod Odessą oko lewe, a Olesza w tajdze odmrożone palce lewej nogi. Zresztą były to chwaty trzydziestoletnie, suche, twarde i czarne jak stara dębina.
— Sewer! Widzisz ty co? — spytał Olesza, ocierając mokrym rękawem mokrą twarz i odsapując.
— Nie! Musiał się cały dwór spalić. Ale ze starych dziuplastych wierzb — musiało się coś zostać, to się przed flagą schowamy do rana.
— A potem co?
— Odbudujem Horodyszcze! Nie?
— Juści odbudujem. Mojej Medwidły nie odbuduję, bo za granicą została.
— Głupstwo! Podzielimy się Horodyszczem!
— Jak sobie chcesz. Byle już nie wędrować.
— Słyszysz — gęsi ciągną! Wiosna.
— I już u siebie! — odetchnął z głębi piersi.
Ruszyli dalej i Niedobitowski odnajdywał:
— Był krzyż przy zawrocie. Dalibóg stoi! Potem droga z topoli — droga jest — topoli niema — potem już opłotki i lamus przy bramie. Rozumie się, płotów niema, ale krzaki są — no i lamusa niema. A ot z domu coś sterczy — murowany był — ostał. Aha i psy są! No to i jakieś ludzie żyją. Nie będziem w wierzbie nocować! Dobra nasza, Jasiek!
— Da Bóg i ojciec żyje i pan Saturnin Kałaur myśli owies siać. Nu, sobaki — my swoje pany! Nie obrywać amerykańskiej garderoby, choć wam cudzo cuchnie!
Ale psy obstąpiły ich z jazgotliwem ujadaniem, więc Niedobitowski jął wołać znajome nazwy:
— Hałas, Lutnia, Kaktus, Chryja!
I oto jeden z psów ucichł, obwąchał go, skoczył na piersi skomląc, reszta ucichła.
— Dalibóg to Kaktus, kolega na kłapaki. Poznał, psia dusza, po siedmiu latach. Poznał.
Głos Niedobitowskiego się załamał — objął psa za szyję — odchrząknął.
— No, prowadź, sobako. Ale śpią twardo.
Podeszli pod sam dom. Stał, ale wygląd zmienił. Ganek środkowy i drzwi wchodowe zamurowane były cegłami — większość okien podobnież. Na końcu parę okien miało okiennice z grubych bali, a w nich otwory.
— Strzelnice! — rzekł Olesza, uderzając w nie pięścią.
W domu panowało głuche milczenie i ciemność. Obeszli tedy do drzwi szczytowych, gdzie był niegdyś kryty ganek na ogród. Ganku nie było śladu, a drzwi zrobione były z grubych bali i miały ślady spalenizny.
— I tu strzelnica. Horodyszcze, jak się patrzy — rzekł Olesza.
Niedobitowski począł pukać, stukać, wreszcie kijem tłuc z całej mocy. Kaktus też do drzwi skrobał. Wewnątrz rozległ się szmer, szepty, i powolny głos ozwał się po poleszucku:
— Ne czepy dwerej — budu strelaty! (nie rusz drzwi, będę strzelać).
— Otwierać — to ja, Sewer Niedobitowski!
— Poszli won, brodiahy. Ja was nauczu pana predstawlaty!
— Pal, Korniło! — zaszeptał głos kobiecy.
— Naj imość pożde (niech imość czeka) — może tak pójdut’. Szkoda naboja! Sobaki ne breszut’.
— Nie breszą, bo mądrzejsze od was. Otwierajcie, tchórze. Powiedzcie panu, że Sewer wraca z kolegą Janem Oleszą. A to durnie!
— Aha, ot i wasza prawda, bandyty! U nas pana niema, a panicz Sewer wrócić nie może.
— Jakto nie może, kiedy stoję przed drzwiami — i jakoś mi się zdaje, że to pani Honorata Kałaurowa tej fortecy broni. Kaktus mnie poznał — a ludzie zapomnieli.
— Czekaj, Korniło. Wyjrzę, ilu ich.
— Poświecę! — zaśmiał się Olesza, krzesząc płomyk zapalniczki.
W szparze ukazało się oko, i wnet wybuch głosu:
— Jezus, Marja! Panicz. Korniło odsuwaj belkę!
— A szczo! Kazau ne strelaty na marne! — odparł flegmatyczny głos — i wnet ciężki trud z odsuwaniem belki obronnej.
Gdy się drzwi rozwarły, w sieni świeciła już lampka, i jakaś postać kobieca wielka i koścista porwała w objęcia Sewera.
— Paniczu! Paniczu! Paniczu! — łkała.
— Ojciec? — spytał.
— Świeć Panie jego duszy! Umarł zeszłego roku, przed samem najściem bolszewickiem.
— A brat?
— Z tyfusu umarł — zaraz jak Niemcy przyszli. Saturnina bolszewicy zabili, jak dworu nie dawał palić! Zabili — i dwór spalili!
— To któż tu ostał?
— Ano, ja i Korniło — i mała moja, Sabina, i dwie baby i głuchy Juchim. Siedzim i bronim. Mało której nocy nie napadają — granica tuż — za Stybłem — ot! Ach, paniczu!
Objęła go znowu za ramiona, patrzała przez łzy, które dziwnie wyglądały na jej ostrej, surowej twarzy.
Wędrowcy poczuli zmęczenie — kres swej wytrzymałości.
— Dajcie spocząć! — szepnął Sewer.
Kałaurowa oprzytomniała, otwarła drzwi na prawo — zaczęła komenderować:
— Sabina! Świeć. Korniło — siana na posłanie. Paniczom zaraz podam jeść i pić. U nas wszystko jest. Coby panicze chcieli?
— Herbaty! — rzekł Olesza, siadając na ławie w izbie wielkiej, ciepłej, przerobionej na kuchnię.
— Herbaty! — powtórzyła Kałaurowa ze zgrozą. — Skądże u nas ma być herbata.
— Przecie pani powiedziała, że wszystko jest.
— Wszystko, co w Horodyszczu rośnie. Jest chleb, kartofle, kasza, okrasa, mleko, miód — wszystko!
— To i bydło jest? Zostały jakie budynki? — spytał Sewer, zdejmując plecak i przemokły płaszcz.
— Budynków nic nie zostało, a krowy są dwie. Chowamy je w domu — w salonie. Stary pan się tak rozporządził. A wie panicz, i kobyłkę po Karabeli uchowaliśmy!
Sewer patrzał na nią, a wtem poczuł, że ktoś rozplątuje delikatnie sznurki jego żołnierskich trzewików, i odwrócił się zdumiony. Na ziemi przy nim klęczała dziewczynka, Sabina Kałaurów, którą pamiętał pięcioletnią, gdy odchodził.
— Rozzuję panicza! — rzekła, podnosząc ku niemu szare oczy i twarz smagłą i brzydką podlotka.
— Dajże spokój! — bronił się.
— Niech rozzuje, niech wymyje. Zaznały też, zaznały, te biedne wędrowne nogi! — zawołała Kałaurowa. — Ale teraz już będzie dobrze. Jest mleko gorące i świeży chleb — i kiełbasa, bośmy wieprzka zakłuli pod Wielkanoc. Niechże panicze zrzucą mokre szmaty — i cudzą odzież. Jest swoja — jest. Uchowało się! — dodała z nawyknienia szeptem i z uśmiechem triumfu.
Tedy Sewer się poddał posłudze, a Olesza rozebrał się i przeciągnął w swej podartej koszuli.
— Już nas wszy żreć nie będą, — zaśmiał się, kręcąc papierosa.
Potem już mało co pamiętali z tego pierwszego wieczora. Obudzili się zaś po dwóch dobach, wypoczęci, głodni i aż zdumieni — że nic ich nie gna, nie dręczy.
Wtedy Sewer obejrzał swoje dziedziczne gniazdo. Dwór pozostał, krzepko przed wieki z kamienia i cegły postawiony, starą karpiówką kryty, zniekształcony zamurowaniem prawie wszystkich okien i drzwi.
Jak do blokhauzu amerykańskiego trapera przez sień było jedyne wejście dla ludzi i dobytku, gdyż w najbardziej pustej stronie trzymano dwie ukochane krowy-żywicielki, klacz i kilka owiec, i chowano zboże, chroniąc przed pożarem. Z folwarku zostały opalone, murowane słupy stodoły i stajni i drewniane obór. Zostało też parę starych wierzb, owocowy sad bez płotu i olbrzymi topól z bocianiem gniazdem. Folwark stał na wzgórzu, odległy od wsi i gościńców; na zachodzie miał las, na wschodzie bagniste Stybełko i granicę bolszewicką. Ostatni bastjon Polski. Gdy się rozejrzeli, zatrzymali się na wzgórku, gdzie przed wojną stał wiatrak.
Olesza rzekł:
— Od czego zaczynasz?
— Od siania owsa. Bocian już wrócił.
— I my jak żórawie. Ja zacznę od łaźni, nożyczek i brzytwy — i jadłbym pięć razy na dzień.
— Ja też. Tylko mnie roznosi ochota do pracy, tej prawdziwej, naszej, przy ziemi, z ziemią, dla ziemi.
Podczas ich snu Kałaurowa urządziła im dawną sypialnię ojca. Znalazły się jakieś stare graty, dwa łóżka i stół. Mieli czystą bieliznę, ubranie, nawet gdy przyszli na obiad, ujrzeli ze zdumieniem dawną porcelanę przy drewnianych łyżkach. Nalewając im barszcz, szepnęła do Sewera:
— I srebro jest, paniczu, i miedź i kryształy i bronzy. Wszystko się uchowało, chociaż kto wpadł, to rewidował, kopał, rył, najmniejszej szpary nie minął. Nic nie znaleźli, takeśmy ze starym panem ukryli.
— Ze wszystkich stworzeń najbardziej jest wytrzymałym człowiek, ale z ludzi najwytrzymalszą jest baba! — rzekł Olesza.
— Wiadomo: chrzanu nie przetrzesz, baby nie przeprzesz, — potwierdziła z przekonaniem Kałaurowa.
Sewer powitał garstkę domowników — i chciał im dziękować, ale i głuchy Juchim i dwie baby kuchenne i nawet Korniło nie uważali wcale swego postępowania za coś osobliwego, i nawet byli jego słowami jakby zgorszeni.
— Naród oduraczył sia! (Naród zgłupiał). — odparł Korniło. — Rzucili wszystko swe dobro, i poszli. Kozaki popalili wsie, spalili i straż w lesie. Więc ja się do dworu przebrał, bo pan tak kazał. Germańca nie było co się bać. Srogie ale porządne ludzie byli. Pytkami siekli jak było za co, ale porządek był. Potem to dopiero nastały hołodrańce! Żeby pałac był drewniany, toby my nie dali rady — ani ja, ani nawet imość, choć sokół-baba! Kamienia nie ugryźli. A co teraz panicz myśli robić? Bo to już Zwiastowanie jutro — toby po górkach można owsa rzucić i grochu. Krowy nauczylim orać, a młoda Karabelka już w bronie chodzi.
— To mi ją okulbacz.
Gdy wsiadał na klacz, ukazała się Kałaurowa.
— Ma panicz broń?
— Mam.
— A dokąd panicz jedzie? Do lasu?
— Nie. Do starostwa.
— O Jezu, Marjo! Niechby o nas zapomnieli. Jak panicz się pokaże, to jakieś urzędniki zaraz pocoś zjadą!
— A może właśnie z czemś wrócę i coś dostanę.
— Paniczu, paniczu! Toć panicz nie chłop, żeby coś dostał od rządu. Niechby panicz się lepiej nie pokazywał.
— Nie bajcie, pani Honorato! Trzeba się zameldować, pozwolenie na broń dostać, o nasiona i narzędzia się postarać. No, bywajcie zdrowi. Wrócę pojutrze.
Ale nie wrócił pojutrze, ale za pięć dni, i nic nie mówił, zabierając się do obiadu.
Olesza, który go znał, zauważył zacięty błysk oka, i zacięcie szczęk — i o nic nie pytał.
Kałaurowa z córką obrabiały zagony na warzywa, więc dom był pusty.
Wyszli potem w pole, daleko, pod las i Sewer spytał:
— Byłeś na tokach?
— Co nocy. Zabiłem głuszca i trzy cietrzewie.
— Musisz się także meldować w starostwie, i przygotuj się, że cię zamkną do paki.
— W tylu już siedziałem. Zobaczę jak wygląda polska! — odparł, niczem już niewzruszony Olesza. — A długoś ty siedział?
— Cały dzień. Dowodzili, że czegoś nie staje w naszych papierach. A co do broni, to mi mój rewolwer skonfiskowali, a na inną trzeba przedstawić akt kupna. Ta, co jest w domu, musiałaby być złożona już dawno do urzędu, a że się tego nie zrobiło, grozi rewizja, konfiskata i kara. Zapewne policja lada dzień rewizję zrobi.
— Ogromnie to dopomaga w obronie od bandytów, — rzekł spokojnie Olesza. — Jednakże Kałaurowa miała racją — i odtąd słucham jej jak wyroczni. A dlaczegoż cię wypuścili z paki? Przecie brakującego papieru nie stworzyłeś? Chyba marki.
Sewer tylko ramionami ruszył — i obadwa splunęli jak na komendę.
— Ziarno siewne, narzędzia, żywność, amerykańska nawet odzież — jest — ale tylko dla wracających z Rosji chłopów. Regestracja strat wojennych już skończona. Termin minął.
— To najmniejsze, bo nikomu nie zwrócą. Oszczędziło się pisaniny. Widziałeś kogo znajomego?
— Ani żywej duszy. Urzędy zapchane, i jest tych referatów bez liku, ale wszyscy obcy — z końca świata. Od żydów dowiedziałem się o sąsiadach. Obrębskich wyrżnęli bolszewicy, Horainy siedzą w ziemlance, Sielużycki sam tutaj — rodzinę trzyma w Warszawie, Horeszków Prochod zabrano na osadnictwo wojskowe, Ordowie są i silnie stoją, Warzyńscy, Turscy, Jazwigłowie uciekli, zostawiwszy ekonomów — dojeżdżają latem.
— Bardzo ciekawy nastrój. O, cara patria! Jak serdeczny twój uścisk powitalny! — ironizował po swojemu Olesza. — Muszę i ja to osobiście obejrzeć. Stoję lepiej niż ty, bo nic nie mam. Ciekawym co mi zechcą i potrafią zabrać. Bo nawet żadnych złudzeń nie uchowałem. Ruszam zaraz.
— Dobrze. Bierz klacz i jedź!
— Niema głupich. Wędruję piechotą. Bo jak mnie zamkną do paki, kobyła będzie głodować, a tu do brony potrzebna. Ja się po swojemu urządzę.
Jakoż przebrał się w garderobę amerykańską, wziął kij i poszedł. Nie było go tydzień i już Niedobitowski chciał ruszyć na poszukiwanie, gdy wrócił. Znalazł w Horodyszczu policję, która długo i bezskutecznie poszukiwała broni. Asystowała temu pani Honorata, uprzejmie otwierając wszystkie drzwi, szafy i schówki.
Gdy stróże bezpieczeństwa odeszli, zbadawszy podejrzliwie i dokuczliwie dokumenty Oleszy, spytał:
— Sewer w kozie?
— Nie — sieje owies z Korniłą. No — to trzydziesta siódma rewizja od początku wojny! — dodała, triumfując. — Najporządniej robili Szwaby!
Olesza zastał kolegę opasanego płachtą siewną. Siał złote ziarno z odkrytą głową i rozpromienieniem w oczach, zapatrzonych w rolę.
Korniło włóczył, dając rady Karabeli, trochę obrażonej na tę robotę „chamską“.
— Panna, hulałaby za zającami, alboby się czwaniła w miasteczku. Ucz się na chleb pracować!
— No, jesteś nareszcie! Siedziałeś w kozie?
— Co zaś. Dostałem pozwolenie na broń i chcieli mi dać majątek.
— Bajesz!
— Jestem inwalida wojenny i kandydat na osadnika. Poszedłem do swej władzy i opieki, do komisji osadnictwa i do komisarza rolnego. Ty jesteś wstrętny burżuj i obszarnik — ja pan! Teraz moje przywileje, panowanie i władza!
Niedobitowski popatrzał na niego i splunął.
— Psie krwie, chamstwo, hołodrańce, dzicz! Chcecie panować! A ja wam pokażę, że się wam nie dam — i z Horodyszcza mnie nie ruszycie!
I zaśmiali się obadwa.
Dokończył Sewer poletka i odpasawszy płachtę, legł obok przyjaciela, który siedząc na skłonie rowu, ćmił papierosa, patrząc na skowronki.
— Ty tak, a ja tak! Ty masz co bronić, to się broń i nie daj. Ja nie mam nic, mogę się zabawić. Toć jak na komedji! A wiesz, co mi proponowali? Osadę z majątku Horeszków.
— Twoich krewnych!
— Skąd mają wiedzieć. Toć te urzędniki z całego świata. Jest Moskal, jest Żyd — jest kilku z pod Karpat. Co im mówi: Olesza czy Horeszka. Nie słyszeli nawet w życiu o naszych stronach. Ale — i znajomego spotkałem! Pamiętasz Pistora?
— Tego kapitana z Tuły; specjalistę od cukru?
— Tego. Dostał się do Denikina — i teraz tutaj jest na czele kooperatywy!
— No, a coś rzekł na tę osadę u Horeszków?
— Spytałem po czemu dziesięcina. Powiedzieli, że żołnierzom i inwalidom państwo daje ziemię darmo. Wtedy zacząłem dłubać w nosie i po długim namyśle poprosiłem o niewielką kamieniczkę w Warszawie, a gdy rzekli, że jeszcze niema na to uchwały sejmowej, powiedziałem, że poczekam, bo pewnie ktoś taki wniosek przedłoży Sejmowi.
— Tymczasem zajmij się tu obroną od wszelkich napaści — bo ja ruszam w świat, po inwentarze, narzędzia i nasiona. Czem ja tej Kałaurowej odpłacę za to wszystko, co ona tu uchowała!
— Ożeń się z nią.
— Boję się, bo prała nieboszczyka Saturnina siedem razy na tydzień.
Pojechał tedy Niedobitowski w daleki świat i wrócił aż po dwóch tygodniach z całą karawaną. Przyprowadził trzy pary koni z wozami naładowanemi pługami, bronami i ziarnem. Już w lesie spotkał Juchima z krowami, który go przywitał, wołając:
— Paniczu, byli bolszewicy. Całą noc strzelali.
— No i co?
— Panicz z Medwidły powiedział, że my kamieniami odpędzili. My przysięgali!
Ruszył ramionami i dalej pojechał. Juchim był to pół-idjota — jak wszystkie pastuchy. Ale w Horodyszczu, gdy minął zgiełk i troska z rozmieszczeniem tylu dostatków i zasiedli do wieczerzy, spytał:
— Mieliście napad bolszewicki?
— Dlaczego jeden? Dwa! — odpowiedział Olesza. — Jednej nocy przyszli w kilku na rekonesans. Udawałem płacz kobiety i pisk dziecka. Obeszli tę fortecę i poszli. Na trzeci dzień przyszli w kilkunastu. Wtedy daliśmy im bobu. Wyobraź sobie, że pani Honorata ma nawet grzeczny zapas ręcznych granatów.
— Wcale nie wiedziałam co to takiego, ale że to Niemcy nie bardzo pod koniec pilnowali, to sobie przechowałam. Myślę: może się zda.
— I zdało się. Jakem z dziesiątek cisnął z góry, a z dołu Korniło prał z karabinu, poszli. Najgorsze było potem. Trzy trupy przezornie zaraz w nocy wrzuciliśmy do Stybełka, z kamieniem u szyi i nie dawaliśmy znaku życia. Ale chłopi donieśli policji, że „pany“ w nocy strzelali. Szczęściem, że Korniło przewąchał donos i mnie uprzedził. Gdy się policja zjawiła, jużeśmy byli zgrani. Zaczęło się dochodzenie, śledztwo, protokół. Wszystkie kobiety zeznały, że siedziały w piwnicy i modliły się. Juchim, że spał przy krowach, a rano powiedziano mu, że bolszewików pobito kamieniami. To samo twierdziłem ja i Korniło — nawet pokazaliśmy na strychu spory zapas tej broni, która jest nieobjęta żadnym zakazem. A strzelali bolszewicy. Pisanina i grad krzyżowych pytań trwały dobrych kilka godzin. Wreszcie spytałem komendanta, czy właściwie popełniliśmy coś karygodnego, nie dawszy się porżnąć, ani spalić, na co mi odpowiedział, że włościanie narzekają, że we dworze jest broń, kiedy im broni posiadać nie wolno, a że Konstytucja zrównała wszystkich obywateli — jedne są prawa dla wszystkich i przywileje przestały istnieć. Naturalnie odbyła się rewizja.
— Trzydziesta ósma! — dodała Kałaurowa. — Ale teraz niech panicz rozpowie, co myśli robić z tą całą masą koni, i gdzie to schowamy, bo w domu się nie zmieści.
— Jutro dostanę parobków i zaczniemy odłogi karczować. Konie spędzą lato pod niebem, a do zimy odbuduję stajnię i stodołę.
— Będą mieli bolszewicy co palić.
— Jak spalą, to znowu odbuduję, ale nie będzie powiedziane, że Niedobitowski zaniedbał swe Horodyszcze.
Stanęły pługi na porosłych zagajami łanach, stanął osobiście Sewer z siekierą i motyką — i pracował z wielkiem dusznem weselem i zaciekłością. Chłopi, patrząc na to, spluwali, niechętnie warcząc: — Czart Lacha nie weźmie! — ale najmowali się do pomocy, bo płacił sumiennie i żywił tę głodną, powracającą z Rosji tłuszczę. Olesza pilnował lasu i szykował materjał na budynki.
Jesienią na karczunkach zazieleniała obfita ruń — a we dworze bielały ściany dwóch dźwigniętych budynków.
Administracja rządowa, o ile stanowczo odmówiła pomocy przy odbudowie obszarnika, o tyle skwapliwie okazała swą troskliwość co do ściągania podatków. Grad „nakazów płatniczych“ tłukł Horodyszcze. Sewer, jakby oszalały w swej pracy, czytał te różnokolorowe papierki z jakąś tępą rezygnacją. Były jakieś kary i opłaty za czas okupacji — były podatki dochodowe i gruntowe za rok bolszewickiej inwazji, były jakieś fantastyczne opłaty od przedmiotów zbytku — cała masa napaści — od których trzeba się było bronić, tłumaczyć, wyjaśniać, protestować.
Że zaś Niedobitowski nie miał na to czasu i środków, sekwestrator zjeżdżał co parę tygodni ku radości i triumfowi chłopstwa, że „pana“ licytują.
Co prawda nie było co spisywać i sprzedawać i Olesza z całą powagą ofiarowywał „amerykańską“ garderobę, cnotę pani Honoraty, swoją zdrową nogę i oko Sewera.
Jednakże zabrano jedną z dwóch krów i parę koni, bo wedle prawa na gospodarstwo wystarczała para koni i krowa.
Gdy zima nastała, nie było odpoczynku. Co nocy jeden z kolegów — przyjaciół wartował przy budynkach i stogach siana, drugi czynił wycieczki do lasu, broniąc od bezustannej kradzieży chłopskiej. Było to pogotowie ciągłe, męczące, dokuczliwe, ale zamiast wyczerpania, budziło zaciekłość.
— Nie ustąpię i nie dam się, pomimo wszystko i wszystkich, — warczał czasami Sewer.
Z wiosną rozpoczął się dalszy karczunek. Nowiny dały stokrotny plon, ale ledwie zwieziono zboże do stodoły — zostało zajęte za podatki.
— Żebyż choć za bieżące — ale za zaległe! — biadała Kałaurowa.
— I żebyż zabrali zaraz, ale na dobitkę trzeba wartować, bo młocarnia nie gotowa, — ziewał Olesza. — Nie wiem, kto chleb z tego zboża jeść będzie, ale mu chyba na zdrowie nie pójdzie.
— Żydzi kupią i do Bolszewji przeszwarcują, — mruknął Sewer, zajęty tylko nowemi siewy.
Wielka była radość, gdy pierwszy raz zawarczała młocarnia, i pierwsze krwawą pracą i potem zdobyte ziarno Sewer osobiście siać zaczął. Był piękny, wrześniowy dzień, tak cichy, że szelest ziarn padających grał, jak srebrne dzwoneczki. I grała dusza tego kresowego Polaka i padały z niej myśli dobre i mocne.
— Ano — nic darmo — a tembardziej za wskrzeszoną ojczyznę trzeba płacić. Niech biorą! Ale ziemia wytrzyma i ja z nią. Życie całe w trudzie, i owszem, ale swoje Horodyszcze tak postawię, tak uprawię, tak obuduję, że kto z tamtej strony spojrzy — to powie: to tak Polska błyszczy — to takie polskie łany złota. — I siał, siał, coraz silniejszy i twardszy.
Na zimę zostali z trochę zboża i kartofli, cały dochód zabrały podatki, a gdy zgodnie z tem złożono sprawozdanie kasowe do Izby Skarbowej dla podatku dochodowego — otrzymano papier, że rachunki nie są prawdziwe i że z obszaru ziemi Horodyszcza wedle najniższej normy powinno być dochodu tyle to — ergo należy podatku dochodowego tyle to.
— Pytanie — poco w takim razie każą składać rachunki, jeśli mają normy! — rzekł Sewer.
— Żeby czternastu urzędników w Izbie Skarbowej miało papierki do pisania i pobory do brania, — odparł Olesza. — Ilość podatków zaczyna brać wyścig z rewizjami. Zakładam się z panią Honoratą, że podatki wezmą rekord.
— Trzeba będzie chyba jałówkę cielną sprzedać — mruknął Sewer.
— Po moim trupie! — wrzasnęła Kałaurowa. — Mam zegarek po Saturninie — niech pan bierze i sprzeda — jałówki nie dam!
Sprzedano tedy konia i nędza wlokła się dalej. Po lodzie zmarzłego Stybełka zjawili się w lutym bolszewicy. W czarną noc to było. Dom się obronił, ale podpalili stodołę. Olesza, który tej nocy był na warcie, postrzelił jednego, co chciał i stajnię podpalić, dopędził rannego i obezwładnił. Poznano chłopa ze wsi. Miał przy sobie karabin i rewolwer.
— Ten zacny „polski obywatel“, który nie posiada broni — więc donosi, że dwór takową ma — szydził Olesza, gdy na drugi dzień zjawiła się policja i zasiadła do pisania protokółu. I począł jak nakręcona katarynka recytować:
— Olesza, Jan, rzymski katolik, kawaler do wzięcia — urodzony w Medwidle — z ojca Jana i matki Zofji, dnia 15. czerwca 1890 — na nowiu, w piątek, ospa szczepiona — znaki szczególne, brak palców u lewej nogi — zajęcie: oczekuje na drugą wojnę.
— Trochę wolniej, panie, trochę wolniej! — rzekł policjant, posiadający sztukę pisania w bardzo małym stopniu.
— Nie mogę, panie komendancie! Mam taką wprawę w zeznaniach do protokółów, że bylem ujrzał władzę, wpadam w trans. To chorobliwe.
Po długiej pisaninie, zabrano chłopa do szpitala, a karabin Oleszy do policji.
Po paru tygodniach chłop wrócił, ale o zwrocie karabinu nie było mowy. Należało złożyć podanie — jechać do odległego starostwa — Olesza machnął ręką.
— Spudłowałem — rzekł — mierzyłem w nogę — trzeba było wyżej — i wrzucić w przerębel. Teraz chłop drwi w żywe oczy! Na drugi raz się poprawię.
— Trzeba odbudować stodołę! — zdecydował spokojnie Niedobitowski. — Szczęście, że wszystko było omłócone.
— Niema co narzekać; mamy polskie szczęście. Bo czy nie szczęście, że bydło poszło na podatki, więc nie szkoda paszy, co się spaliła w stodole. A czy nie szczęście, że tym razem nie było rewizji. Dobra nasza, Sewer!
Latem raz pierwszy mieli gości. Zjechała Horeszkowa, ciotka Oleszy, która po długich staraniach odwojowała część swego Prochodu i zjechała na pustkę i ruinę, z jedynem dobrem, które jej zostało w postaci pięciu córek. Oddała siebie i swą biedę w opiekę kolegów.
— Niema co się wahać! — rzekł Niedobitowski. — Pasuję cię, Jasiek, na wojskiego. Musisz te baby wziąć w opiekę.
— Pod warunkiem, że choć z jedną się ożenisz.
— Jak mi oko odrośnie!
Ubył tedy Olesza, choć wpadał często, opowiadając po swojemu niesłychane wydarzenia i drocząc się z Kałaurową, która w jego zastępstwie pilnowała lasu, zdawszy domowe gospodarstwo i kuchnię na podrastającą Sabinę.
Niedobitowski, jeśli możliwe, jeszcze więcej sczerniał, schudł — ale stodołę do jesieni postawił, i już większą część pól wydarł i obsiał. Wtedy zjawił się oficer od wojskowego osadnictwa. Chciał części Horodyszcza dla żołnierskich osad, specjalnie dla Ślązaków, którzy wnieśliby tam żywioł przemyślny, stworzyliby polskie sklepy, współdzielnie i rzemiosła. Mówił z zapałem, jakiś arkadyjski obraz roztaczając przed słuchającymi, bo i Olesza był właśnie u kolegi.
— Czy on kpi, czy istotnie tak głupi! — myślał Niedobitowski, a Olesza wysłuchawszy, odparł:
— Ja jestem siostrzeńcem pani Horeszkowej z Prochodu. Z tego majątku zabrano większą część na osadnictwo. Osad na planie jest dwadzieścia pięć, a de facto osadników trzynastu. Zresztą pan porucznik tę sprawę dobrze zna.
— Ano tak, istotnie! W Prochodzie dobór ludzi był niefortunny! — odparł mętnie oficer. — Co prawda ci ludzie walczą z olbrzymiemi trudnościami, a przedewszystkiem z brakiem gotówki. Kredyty państwo wydziela skąpo. Ale w każdym razie to żywioł gruntujący polskość na kresach — to nasze przedmurze i straż graniczna.
— Tak — ciężko im. Ziemię zabrać za darmo można było. Obszarnicy to mają — ale, niestety, nie można było zabrać pani Horeszkowej inwentarzy, narzędzi i kontrybucji dla osadników, bo tego nie ma i sama mieszka w izbie przerobionej ze spichrza. A jednakże to, co jej pozostało, już jest obsiane, kiedy większa część osad leży odłogiem. Ma wprawdzie pięć córek, a kawalerów nie brak wśród osadników, tylko wolą krasawice wiejskie. Trzech ożeniło się z dziewuchami z sąsiedztwa i wsiąkają w Ruś prawosławną. Ci najpraktyczniej się urządzili, bo w razie ruchawki — ich może lud nie wyrżnie, co z pewnością uczyni z innymi.
— A pan porucznik, dlaczego chce mi zabierać ziemię pod osadnictwo — mając jeszcze tyle osad leżących odłogiem, a resztę w stanie tworzenia, bez budynków i inwentarzy. Ja ze swej ziemi płacę państwu podatki, a chyba, gdy mi ją zabiorą za darmo — nie każą potem od tych gruntów — bym ja podatki płacił? A może?
— Pan wyraża się nieodpowiednio względem urzędnika polskiego. Mógłbym pana pociągnąć do odpowiedzialności. Reformę rolną uchwalił Sejm ustawodawczy Rzeczypospolitej.
— Od odpowiedzialności się nie cofam. Może pan postąpić wedle ustaw. Pan tworzy tu nowy porządek — ja pilnuję dawnego. Niedobitowscy w Horodyszczu trwają od paru wieków — i będą trwać dopóki Bóg zechce. Żegnam pana!
Gdy porucznik siadał na stójkowy wóz, Olesza go uprzejmie przeprowadzał i rzekł:
— To, panie, burżuj, żubr! Warto go nauczyć, a raczej oduczyć, że szlachetczyzna skasowana uchwałą sejmową. Teraz Polska nie potrzebuje panów! Obroni kresy lud, urzędnik polski i osadnik, byle mu dać inwentarze, narzędzia i pokrzepić ducha zapomogami! Ja dopiero czuję się dobrze, odkąd majątek został zagranicą, a tutaj jestem kandydat do dostania ziemi. Żeby się tylko to chłopstwo tutejsze tak nie mnożyło — a to gotowo połknąć wszystko!
— Starczy tych latyfundjów dla wszystkich! A pan Niedobitowski, żeby dobrowolnie coś ze swych obszarów zaofiarował, uchroniłby się od przymusowego przejęcia części majątku na Państwo.
Olesza wsiadł na swego podjezdka i człapał przy wozie.
— Mnie ktoś mówił, że osadnictwo na razie wstrzymane, aż się uporządkuje dotychczas wzięty kontyngent — ale to widocznie bajki! — bąknął.
— O tak — to bajki! — potwierdził skwapliwie porucznik.
— Niechże pan zabiera conajwięcej! — zaśmiał się Olesza i skręcił na boczną miedzę, ale jeszcze rzucił:
— Ale co do tych podatków od ziemi zabranej pod osadnictwo, to Niedobitowski miał rację. Pani Horeszkowa dwa lata z niej nie korzysta, ale płaci.
— Procedura powolna, ale to z czasem się uporządkuje! — pocieszył łaskawie oficer.
— Powtórzę to pani Horeszkowej, na pociechę, za zlicytowane onegdaj zboże! — zaśmiał się Olesza i zniknął w haszczach.
A w Horodyszczu Sewer patrzał za odjeżdżającym oficerem i jakby nie słyszał głosu Kałaurowej:
— Co ten chciał zabrać, paniczu?
Wreszcie trąciła go w łokieć.
— Co panicz taki zatroskany?
Ocknął się i opowiedział.
Nie wybuchnęła złością i łajaniem, jako miała zwyczaj. Milczała długą chwilę.
— Za co oni nas tak nienawidzą, paniczu! Dlaczego chcą nas ztąd wydusić, wymęczyć, wygnać! Dręczył Moskal wróg — dręczył Niemiec pijawka, dręczył bolszewik szatan — ale dlaczego dręczy każdy z tych nowych Polaków. Co my Polsce zawinili! Myż się o nią modlili, my jej jak zbawienia wyglądali!
Załamał się jej głos i raz pierwszy może w życiu po bruzdach surowej twarzy stoczyła się łza.
A Sewer jakby się obudził ze zmory, otrząsnął z napadu rozpaczy.
— Gdzie płachta siewna? Trzeba w pole iść. Wołajcie na Korniła, niech z bronami rusza, — rzekł twardo.
A potem się sprężył i dodał, kładąc jej przyjaźnie rękę na ramieniu:
— Polska to ja — to wy! A tamto szum po wielkiej burzy, fala, co słabe, podłe i głupie zniesie — ale nas nie. Żywi stąd się nie damy wykorzenić, ani ustąpimy przed szumowinami.
W szarej mgle jesiennego dnia tego Niedobitowski, jak co roku o tej porze, zasiewał swoją ziemię. Leżała przed nim ukochana, siwa, uboga, poleska, a on szedł bruzdą zagonu i ciskał miarowo srebrzyste żyto. Od boru miodowo woniały wrzosy po późnych kwiatach świerzopu bursztynowego gwarzyły pszczoły — w chmurach żegnały swe letnie wyraje sznury żórawi. Gdy siewca zawrócił ku wschodowi, widział myślą szatańskie oczy bolszewika, czyhającego na tę jego pracę — gdy zawrócił ku zachodowi, widział dymy chatnie wsi zawistnej, rozagitowanej — gotowej do grabieży cudzego dobra. Nad nim wisiało posępne niebo, grożąc słotą, śniegiem, gradem, i długą, bezsłoneczną zimą w pustce i samotności. Był taki drobny, mały, taki sam na tej swej wschodniej strażnicy Rzeczypospolitej. A on siał, siał — w swej zawziętości kamienny, w swem postanowieniu trwania żelazny. Wszystkie moce przodków, co przetrwali Katarzynę Carycę, Wieszatiela Murawjewa i tylu innych — skupiły się w tym nędzarzu, który skazany przez nowe prawa i czasy na wygnanie i konfiskatę, ziarno w ziemię rzucał — wierząc, że wytrwa.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Rodziewiczówna.