Lili (Reymont)/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Stanisław Reymont
Tytuł Lili
Data wydania 1899
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Ilustrator Tadeusz Jaroszyński
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
przed=15px
IV.

Zakrzewski za resztę pieniędzy, jakie posiadał, zakupił u kupca różnych świątecznych wiktuałów i kazał odesłać do Lili, odebrał następnie z poczty pudełko z kwiatami, sprowadzonymi z Warszawy, i poszedł z nimi do ukochanej.
Lili była sama.
— Mama poszła do Korczewskich, a ja czekam na pana, pójdziemy tam razem.
— A jak zupełnie nie pójdziemy, to co?
— A to nie, to będziemy siedzieć w domu, podzielimy się opłatkiem, już wszystko naszykowałam.
Wskazała na stoliczek pod oknem, nakryty obrusem, na którym stała wódka, kilka śledzi i talerz z opłatkami.
— Dobrze, podzielmy się. A za wszystkie życzenia niech pani przyjmie chociaż te kwiatki.
Otworzył pudło i wyjął cały pęk bzów blado-fijoletowych, storczyków o złoto-rdzawych płatkach, konwalii zielonawych, róż czerwonych i różnokolorowych gwoździków.
— To dla mnie! to wszystko dla mnie! Jakie śliczne, jakie cudowne! — wykrzykiwała, cisnąc kwiaty do piersi i dotykając ustami każdego z lubością.
Cieszyła się jak dziecko, położyła je na stole i zaczęła układać w bukiet, ale po chwili kwiaty odsunęła, i, podnosząc na niego swoje cudowne oczy, szepnęła jakimś stłumionym, pełnym wdzięczności i lęku głosem:
— Jak ja panu podziękuję! Ja panu nie mam co dać, a tak chciałam, tak myślałam, tak marzyłam o tem, i nie mogłam, bo... bo... — i nie dokończyła, łzy zapełniły jej oczy, a Zakrzewski porwał ją w ramiona, otoczył sobą, przycisnął do piersi i z całą namiętnością, długo skrywaną, zaczął całować jej włosy, twarz zarumienioną i te cudne drżące od łkania usta, i te oczy, pełne łez, miłości i uśmiechów.
— Nie można, panie Leonie, nie można! — szeptała przez łzy, napół przytomna, i odwracała głowę, a bezwiednie cisnęła się do niego i oddawała pocałunki, i czuła, że jej jest tak dobrze, tak strasznie dobrze, jak nigdy w życiu nie było.
— Kocham cię, Lili! kocham cię! kocham... Spojrzyj na mnie! Jedyna!
Klęknął przed nią, objął jej nogi i całował kolana, małe stopy, suknie — waryował zupełnie.
Ktoś zastukał w drzwi, Lili wyrwała mu się z objęć i uciekła za parawanik, wszedł chłopak od kupca z pakietami.
Gdy znowu zostali sami, Leon poszedł za parawan, stała przy łóżku, zapatrzona z przysłoniętemi oczami w jakąś dal nieznaną; łzy płynęły jej po twarzy, ale słodki, dziwny uśmiech wił się po jej rozpalonych ustach.
— Lili! Lili! — szeptał cicho i szedł ku niej, wyciągając ręce; skoczyła ku niemu, objęła go rękami za szyję i zawisła mu na ustach w długim pocałunku; wreszcie odbiegła i aby ukryć wzruszenie, choć drżąca cała, rozpakowała paczki, porozkładała wino, bakalie i wędliny, i strucle na stole, i stając przed nim, zawołała grubym, basowym głosem, naśladując Korniszona i gładząc się jego zwyczajem po głowie:
— Zakrzewski! to jest szlachecka rozpusta! Przez to wszystko dyabli wzięli!
— Lili jest bachor, cicho! — odpowiedział Leon, pociągając się za nos; naśladował głos i ruch Felusia.
Rozśmiali się bardzo swobodnie, i śmiali się bardzo długo, potem patrzeli na siebie i tak uważnie, jakby się widzieli poraz pierwszy.
Lili zaczęła szykować do śniadania, Zakrzewski pomagał jej bardzo gorliwie; zapominali gdzie są i co się z nimi dzieje, a pomimo to — trzymali się już od siebie zdaleka.
Przy śniadaniu siedzieli przy sobie, usługując sobie wzajemnie.
— Co jabym robiła, gdyby pana z nami nie było? — zapytała jakby zdumiona.
— Usługiwałby pani Jańcio! — odparł przekornie i na przeproszenie zaczął całować jej ręce.
— Jańcio! a to zabawne! Jańcio! Gałkowska ról i peruki mniej pilnuje, niż jego!
— Kiedy panie wyjeżdżacie na wigilię?
— O szóstej mają przyjść konie po nas.
— A powrót?
— Jutro rano. Wie pan, przyszła mi jedna myśl w tej chwili, że przecież prędzej czy później, to pan wyjedzie z teatru i powróci do domu...
— Tak, powrócę, nawet prędzej, niż pani przypuszcza.
— Prędzej? — zapytała cicho i, podwinąwszy rękę na stole, położyła na niej głowę i patrzyła w niego z niepokojem.
— Niezadługo, bo zaraz po benefisie.
— Nie żal panu będzie teatru? — pytała cicho.
— Nie, bez żalu odjadę, ale i bez goryczy.
— I nikogo panu nie będzie żal? nikogo? — dodała ciszej i zaczęła bić powiekami i przysłaniać łzawe oczy.
— Prawie nikogo, bo przecież ci, których kocham, pojadą ze mną!
— Pewnie pan zabierze z sobą Olkowskiego, on taki biedny, taki nieszczęśliwy.
— Nie, nie Olkowskiego, ale narzeczoną.
— Pan ma narzeczoną tutaj?... narzeczoną?
Pobladła nagle, usta zaczęły jej drgać, wcisnęła się głęboko w kanapkę i patrzyła na niego zdumionym wzrokiem, a po twarzy jej, po ustach, po oczach zaczęły przebiegać jakieś drgania, podobne do cieniów; była tak piękna, tak porywająco piękna z tem zdziwieniem, pełnem wielkiej trwogi i bólu powstrzymywanego, z temi ustami rozchylonemi, jakby do krzyku lub do płaczu, że miał szaloną ochotę wziąć ją w ramiona, ale się powstrzymał, ujął ją za rękę i powiedział poważnie:
— Wierzę, iż narzeczoną mieć będę, bo Lili zechce zostać moją żoną, prawda?
— Jakto! ja pańską żoną!
Zerwała się cała w płomieniach.
— Panno Lili, kocha mnie pani troszkę? Prawda, że kocha! więc bardzo seryo proszę, abyś zechciała być moją żoną. Wyjedziemy z teatru, zabierzemy mamę i pojedziemy na wieś, do nas. Tak dawno miałem to powiedzieć, tak dawno chciałem, tylko nie byłem pewny, czy mnie pani kocha... Ale dzisiaj już wiem, że mnie kochasz. Lili! Lili moja jedyna, mój ptaku złoty, nic nie mówisz! Powiedz słówko, jedyna! W twoje ręce składam całe życie... Lili, no... przemów!
Ale Lili nie odpowiadała, patrzyła w niego z przerażeniem; potem twarz zaczęła jej gorzeć, pierś podnosiła się coraz szybciej, twarz się mieniła wszystkimi tonami uniesienia, miłości, szczęścia; w końcu oczy promieniejące zaczęły mętnieć i szklić się, aż wreszcie łzy, jak brylanty, zaczęły toczyć się z pod czarnych rzęs i sypały się coraz gęściej. Pochwyciła z kanapy poduszkę, zakryła nią twarz i wybuchnęła płaczem.
— Lili! dziecko moje drogie, dlaczego płaczesz? Boisz się, mnie, nie kochasz?... przecież wiedziałaś, że dawno cię kocham, że tylko dla ciebie jestem w teatrze. Mówię ci dzisiaj o wszystkiem, bo czas już skończyć. Lili, powiedz, kochasz mnie? Kochasz mnie ty, płaczko boska, kochasz? — pytał.
Objął ją ramieniem i całował po włosach i twarzy; oderwała się od poduszki, zarzuciła mu ręce na szyję i okrywała twarz namiętnymi pocałunkami, a potem się odsunęła nieco i zapadła w głębokie zamyślenie. Spoglądała na niego z czułością i głębokiem rozradowaniem, a łzy radości i szczęścia napełniały jej oczy i niby wielkie jasne perły staczały się po twarzy.
Zaczął nową seryę pocałunków, wyznań i pytań, ale nie odzywała się prawie, czuła się onieśmielona. Nie mogła się oswoić z tem, co słyszała, bo nigdy nie myślała o czemś podobnem. Wiedziała, że ją kochał, kochała go również całą wielką, pierwszą miłością!... Ale zostać jego żoną, rzucić teatr, jechać z nim, nie, tego nie mogła sobie pomieścić w głowie, nie mogła w to uwierzyć!
Chwilami się jej wydawało, że to tylko sen taki cudny, którego bała się spłoszyć najmniejszym ruchem, powstrzymywała oddech, siedziała z przymkniętemi oczyma długą chwilę, to rozglądała się dokoła i spostrzegała, że jest w mieszkaniu, i że Leon siedzi przy niej, patrzy i mówi o miłości, przytomniała wtedy, rzucała mu się na szyję i wołała:
— Jakiś ty dobry! Jak ja cię strasznie kocham! strasznie! strasznie! I ty naprawdę chcesz się ze mną ożenić? naprawdę?...
— Naprawdę, Lili! — odpowiadał poważnie.
— Przecież ja taka głupia! Nie, to nie może być, abyś mnie kochał, nie... — wołała ze zdumieniem.
— Kocham cię, Lili.
— Jak to ma być! Ja pojadę z tobą do twoich rodziców! My weźmiemy ślub naprawdę? Ubiorą mnie w białą suknię z welonem — mam ślubną suknię z »Życia paryskiego«, tylko trochę trzeba przerobić — w mirtowy wieniec, będzie wesele, pojedziemy do kościoła, organy będą grały! I to wesele będzie naprawdę? i ja naprawdę będę twoją żoną, naprawdę będzie ksiądz, naprawdę będzie wesele, i my naprawdę będziemy potem z sobą, naprawdę?
— Kocham cię, Lili! — odpowiadał niezmiennie, poruszony do głębi jej szczerą naiwnością.
— A potem będzie wielki bal, będziemy tańczyli! I nie będzie potrzeba rozbierać się prędko, pakować garderoby, iść do dyrekcyi po pieniądze! Więc to wszystko będzie naprawdę! Mój Boże! mój Boże, już nie rozumiem! Ty chcesz zostać moim mężem, ja mam być twoją żoną, i to wszystko prawda?
Mówiła jakby w gorączce, nie mogąc uwierzyć, że to nie będzie przedstawienie.
— Prawda! Będziesz moją żoną, rzucimy teatr i zapomnimy o nim prędko.
— Nie będziemy w teatrze, a co ja robić będę?
— Będziesz moją żoną.
— Korczewska ma męża, Szalkowska też, a są w teatrze... Jak to, więc jabym nie grała, nie chodziła na próby, nie uczyła się ról? Ale cóż jabym robiła?
Pytała zdumiona i przestraszona tą pustką, jaką nagle zobaczyła dokoła siebie, odrywając się od teatru, nie znała bowiem innego życia.
— Dzieciaku mój, dzieciaku! — zawołał, uśmiechając się.
— No, dobrze — rzekła, ściągając brwi i myśląc coś głęboko — no, dobrze, a czem jabym była?
— Żoną moją, panią moją kochaną! — odpowiedział trochę już zniecierpliwiony.
— Masz siostry i pewnie bardzo wykształcone?
— Mam.
— Twoi rodzice to wielcy państwo. Pamiętam ten wasz pałac; byłam tam u was z benefisem, z Korczewskim.
— Ależ to nie pałac, zwykły dwór, a moi rodzice bardzo dobrzy ludzie.
— Ty jesteś także wielki pan, nieprawdaż?
— Nie mów tak, jestem przedewszystkiem twój.
— I bardzo mi dziwno, że kochasz mnie, że nie wstydzisz się kochać jakąś biedną, nieznaną dziewczynę.
— Lili jest bęben, cicho! — zawołał, chcąc jej przerwać.
Ale ona nie roześmiała się, tylko snuła dalej nieubłaganie jakąś myśl, którą poraz pierwszy odczuła.
— Kochasz mnie bardzo? — zapytała, biorąc go za ręce.
— Nad życie.
— A długo będziesz kochał?
— Lili, na Boga, poco te pytania? — zawołał rozdrażniony i coraz bardziej niespokojny.
— I długo będziesz kochać, odpowiedz? — pytała nieubłaganie.
— Do śmierci, dziecko moje, całe życie!
— Jak Dżalma w »Tułaczu«? Jak Zbigniew Amelię w »Mazepie«? Jak »Książę Precyozę«?
— Nie, nie tak jedyna, bo tysiąc razy silniej i wierniej.
— Dobrze, dobrze! Ale, pamiętasz, jak jeździliśmy w Wieluniu z benefisem?
— Pamiętam, ale cóż to ma do naszej miłości?
— Zaczekaj. Pamiętasz ten dwór, gdzie nas zaproszono na obiad? Nie umiałam chodzić po posadzce, zaplątałam się w dywan, jadłam ryby łyżką — śmiałeś się potem ze mnie. A jak oni patrzyli na mnie, pamiętasz? Jaśnie pani posadziła przy mnie guwernantkę, bo się wstydziła siedzieć przy aktorce. Córki nie jadły obiadu razem z nami, chociaż były w drugim pokoju, pamiętasz? A jak patrzyli na mnie, w jaki sposób mówiła ze mną ta pani! Ja to pamiętam.
— Zdaje ci się, Lili, tak znowu nie było! — tłómaczył jej zmieszany.
— Pamiętam dobrze, odczułam to głęboko, płakałam później, pamiętasz? Nie chciałam ci powiedzieć dlaczego, bo bałam się twojego śmiechu, bo zresztą wstydziłam się ciebie, bo przecież ty nie nasz, nie taki jak Feluś, Korczewski, albo nawet Olkowski, a tyś taki sam pan, jak i ci obywatele, co przyjeżdżają na przedstawienie, jak ci, co nas wtedy przyjmowali, a twoja mama musi tak samo traktować aktorki jak tamta pani. Pokazywałeś mi list od matki, latem. Bawiliśmy się wtedy tem, co ona wypisywała na nas, pamiętasz?
Mówiła niepowstrzymanie i żal do tego świata, gniew i obawa drgały coraz silniej w namiętnych akcentach jej głosu.
Leon próbował tłómaczyć i bronić, ale mu nie pozwoliła dojść do słowa; wypowiedziała wszystko co czuła, aż w końcu zmęczona, usiadła obok niego.
— Panie Leonie! — szepnęła po chwili, ale tak cichutko i prosząco, a błagalnie, że drgnął niespokojnie.
— Co! Kochasz mnie, Lili? Powiedz i nie myślmy już o czem innem, nie zatruwajmy sobie tych cudnych chwil. Kochasz mnie?
— Kocham cię! kocham! — Przytuliła się do niego z serdecznością, położyła mu głowę na piersiach i patrzyła w niego oczami pełnemi ognia i łez.
— Kocham cię! — szeptała, dotykając z pieszczotą końcami palców jego twarzy, oczu, czoła, gładząc mu włosy — kocham cię, mój Lwie, mój mądry, mój dobry, mój jedyny, mój serdeczny, mój chłopaku złoty! Ja nie wiem, za co mnie kochasz, ja nie wiem dobrze, czego chcesz ode mnie. A jeśli mnie chcesz, to weź mnie sobie, zabij, zrób swoją służącą, bylem tylko była przy tobie, byleś mnie tylko kochał. Ja jestem głupia dziewczyna, ja jestem krowienta, ale tak kocham mojego pana, tak kocham bezmiernie, tak kocham! — szeptała upojona, oplotła go ramionami, całowała gorączkowo i wybuchnęła znowu takim spazmatycznym płaczem, że uciekła za parawan.
Nie poszedł za nią, bo nie śmiał i coraz mniej rozumiał co się z nią dzieje, poco mówiła mu o domu, co znaczyły te akcenty bólu w jej głosie i te łzy, które nie były łzami szczęścia, lecz jakby płaczem rozpaczy. Nie miał czasu rozmyślać, bo weszła matka i już od progu mówiła:
— Czekaliśmy u Korczewskich na was, a z tego powodu Gajkowska robiła tak złośliwe domyślniki, że chociaż jestem spokojna kobieta, nawymyślałam jej.
Zakrzewski się podniósł zmieszany, bo domyślniki musiały dotyczyć jego i Lili
— Nie poszliśmy, bo.. bo... ja się właśnie dzisiaj oświadczyłem pannie Lili... i jeżeli pani nic nie ma przeciwko temu, to proszę najuroczyściej o rękę córki. Sądzę, że już mnie pani poznała trochę, że moje zamiary były...
— Historye! Dalibóg, że tylko napisać i przedstawiać! Historya, czysta historya! Gdzieś ja to czytałam, tylko nie pamiętam tytułu, że jakiś lord poszedł do cyrku, bo się zakochał w woltyżerce, ożenił się z nią potem, ale ona umarła. Bardzo tkliwa, rozrzewniająca historya, płakałyśmy z Lili nad nią całą noc.
Zakrzewski przerwał jej trochę niecierpliwie i zaczął gorąco opisywać swoją miłość.
— Wierzę panu i, jeśli Lili chce, to się pobierzcie, tylko dobrze się namyślcie, bo to sztuka nowa, niegrana, a role trudne!
Rozebrała się z salopy, zamieniła pocichu kilka słów z córką i usiadła na zwykłem miejscu, rozkładając książkę na parapecie, ale nie czytała; błądziła oczami po podwórzu pełnem drobiu rozgrzebującego śnieg i nierogacizny tłoczącej się przy korycie, a myślami błądziła gdzieś daleko, może w przeszłości, bo na jej bladych ustach wykwitł dziwnie smutny uśmiech, jakby wspominała umarłych. Jej suchy profil miał ślady wielkiej piękności, a cały wyraz twarzy i przedwczesna siwizna [świadczyły][1] , że wiele cierpiała w życiu.
Zrobiła się przykra cisza, bo Lili wciąż szlochała za parawanem, a Zakrzewski nie wiedział co robić ze sobą; przysiadał, to chodził, zaglądał za parawan, to znowu mówił o swoich planach, o przyszłem życiu z żoną, o swoich stosunkach domowych, o przyszłem szczęściu, o niezmienności uczuć swoich. Ale nikt nie odpowiadał, Lili płakała, a matka patrzyła w okno i, potakując jego słowom, uśmiechała się smutnie. Nie mógł już znieść tego i wziął kapelusz.
— Panno Lilio, może się pani ze mną pożegna, bo już wyjść muszę.
Podniosła, rozczerwieniona, zapłakaną twarz z poduszki.
— Do widzenia, wesołej kolacyi życzę pani, przyjdę jutro, można?
Podał jej rękę przez wierzch parawanu, ujęła ją śpiesznie i bardzo mocno przycisnęła do ust; odsunął śpiesznie parawan i pocałował ją w czoło.
— Kochasz mnie? — zapytał cicho.
— Kocham cię, mój Lwie, mój panie jedyny, kocham! — Chwyciła jego głowę w dłonie i ucałowała gorączkowo.
Powiódł pieszczotliwie ręką po jej włosach, pocałował ją w rękę i wyszedł.

Władysław Stanisław Reymont - Lili str 127.png




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Stanisław Reymont.
  1. Przypis własny Wikiźródeł  Błąd w druku; brak słowa świadczyły. Uzupełnienie na podstawie innego wydania.