Kwiat lotosu (Rodziewiczówna, 1928)/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Rodziewiczówna
Tytuł Kwiat lotosu
Wydawca Wydawnictwo Polskie
Data wydania 1928
Druk P. Mitręga
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
III.

Jeden pociąg uwiózł Rahozów i Rafała z Lachnickim. Stary nie dał synowi oprzytomnieć; musiało być krucho koło Feliksa, niepewnie w duszy ojca, porwał biednego studenta, wydarł z pośrodka pokus i stosunków i zabierał go z sobą co rychlej.
Na dworcu kolei spotkali się niespodzianie.
Adam, na widok chlebodawcy ojca, poczerwieniał i, nawyknieniem rodowem, pochylił się pokornie do ręki jego. Rafał ukłonił się ledwie i zaszył w tłum.
Jeżeli się bał żartów współlokatora, to się na teraz omylił; zbiedzona, pobladła i zafrasowana twarz młodego Rahozy dowodziła jasno, że był tylko sobą zajęty i mocno wystrofowanz.
Oglądał się za miastem, jak rekrut, i stracił zupełnie złoty humor, tak zachwalany przez panią Brzezową.
— A, to ty! — pozdrowił Lachnickiego Rahoza. — Gdzież to pan Bóg prowadzi?
— Do ojca na wakacje! — odparł student nieśmiało.
— A prawda! Słyszę, na wielkiego człowieka się kierujesz. Stary mój Lachnicki sfiksował pod koniec. Nauki, nauki! No, niechby jeszcze! Ale tutaj, to ładne, panie, nauki! Tu nie nauki, ale nadzieje. Moje uszanowanie, panie!
Koniec zamruczał do siebie i pożegnał młodego łaskawem skinieniem. Wtem coś sobie przypomniał.
— Hę, Adam, poczekaj! To Rafał Radwan szedł z tobą? Znacie się?
— Koledzy jesteśmy!
— Aha! — nie pytał dalej, przynaglony głosem dzwonka.
Nie zobaczyli się więcej. Rozdzieliło ich długim szeregiem wagonów bogactwo i bieda.
Rahozowie spoczęli na aksamitach, tamci dwaj na twardych deskach, w wagonie, pełnym zgiełku, różnej hałastry i zaduchu tytoniu.
Usiedli u okna. Rafał zagłębił się w czytaniu. Lachnicki w migające krajobrazy wzrok utkwił i rozmyślał, uśmiechając się jasno.
— Czy oddałeś moje ukłony pannie Leonji? — zagadnął kolegę.
— Chora leży — odmruknął Rafał, nie przestając czytać.
— Chora? Co jej takiego?
— Zapalenie mózgu.
— Co ty mówisz! Skąd? Wczoraj zdrowa była.
— Każdy w przeddzień choroby jest zdrów.
— I zostawiłeś ją tak bez opieki, Rafale?
— Co? — Student oczy podniósł na głośniejszy ton towarzysza. — Czego chcesz?
— Pytam, jak mogłeś zostawić biedne dziecko i słabą kobietę w takiem nieszczęściu?
— A mnie co do tego? Czym ja ich ojciec, czy kochanek?
— Nie, ale winowajca moralnie! Wywiodłeś dziecko na swoje tory i doprowadziłeś do choroby. Co będzie, jak umrze?
— Klecha zamamrocze i pochowają!
— A ty wobec Boga i swego sumienia będziesz mordercą!
— Zaczyna się! Zastrzegłem sobie, że mi bredni prawić nie będziesz. Możemy się pożegnać na pierwszej stacji. Tymczasem chcę czytać.
Adam spuścił głowę zgnębiony. Nie odzywali się więcej do siebie i jechali tak długie godziny.
Pod wieczór, gdy ściemniało zupełnie, Rafał książkę rzucił, zapalił cygaro, ziewnął i raczył przemówić:
— Daleko jeszcze?
— O, daleko! Całą noc, dzień i drugą noc! Staniemy u kresu około południa.
— Winszuję. Ładny kurs!
Znowu zapanowało milczenie. Możnaby ich było wziąć za dwóch przypadkowych sąsiadów, gdyby nie wzrok serdeczny i smutny, który niekiedy dzikiemu koledze rzucał Adam.
A świat widziany z okien wagonów coraz był inny, coraz barwniejszy; na południe niosła ich para ku nieznanym Rafałowi stronom.
Nareszcie wzeszło słońce nad krajem płaskim i pustym, czarnym od sośniny, żółtym od piasku; osady były rzadkie i mizerne, miast prawie żadnych.
Lachnicki przez okno się wychylił i wciągał z rozkoszą powietrze w płuca, promieniała mu twarz.
— Rafale, spójrzno na nasze strony! — zawołał.
Radwan obojętnie wyjrzał.
— Obrzydliwość! — zawyrokował lakonicznie.
— Niepozorne, prawda, ale jakie miłe. Smołkę czuć i macierzankę, jak w naszym borze, w Rahoźnej! Zobaczysz, jak tam ślicznie. Panna Kazimiera zna Włochy i Szwajcarję, a twierdzi, że nad nasze lasy i pola nic niema piękniejszego.
— Głupia ta twoja panna Kazimiera.
— Rafale!
— No i cóż? Czy to jakaś wasza święta?
Zapał Adama ustał. Przestał dzielić się wrażeniami. U okienka wsparty, liczył wiorsty mijane. Ogarniało go nadzwyczajne drżenie i niepokój.
Nareszcie zagwizdał pociąg i zabudowania stacji zarysowały się tuż. Chłopak wychylił się do pół ciała i wypatrywał czegoś. Nagle się cofnął.
— Dojeżdżamy nareszcie! — rzekł Rafał.
— Tak widać powóz z Rahoźnej.
— Prawdopodobnie nie po nas.
— Ej, nie. Do ojca nie pisałem nawet, chcę mu zrobić niespodziankę. To Rahozów zaprzęgi.
Pociąg stanął. Z przedziału pierwszej klasy wysiadł ojciec z synem, a naprzeciw nich wyszła z powitaniem panienka, elegancko ubrana, ładna, z poważną, marzącą twarzyczką i bardzo wdzięcznem obejściem. Za nią lokaj szedł, a zewsząd uchylały się czapki z uszanowaniem przed starym Rahozą. W okolicy swej królikiem był.
Z przedziału trzeciej klasy wysiadło też dwóch ludzi, ale ich nikt nie spotykał i nie czapkował. Wydostali się niepostrzeżeni za budynek stacyjny w chwili właśnie, gdy siwosze Rahozów ruszały z miejsca.
Koła powozu otarły się o nich prawie i spostrzegła stojących panienka tylko.
Spostrzegła i przechyliła się radosnym ruchem poza powóz, z uśmiechem na ustach.
Adam zdjął czapkę i także się uśmiechnął, zaczerwieniony, drżący, zapominając o ukłonie. Siwosze zwróciły i pomknęły, jak wiatr. Student jeszcze stał, z odkrytą głową, zapatrzony w kłąb kurzu.
— Godzinki odprawiasz? Czego stoimy? — ocucił go Rafał.
— Daruj, kolego... Zamyśliłem się.
— Czas właśnie po temu. Cóż dalej robimy? Jedziemy, idziemy, czy pozostajemy w miejscu?
— Chodźmy piechotą. Poprowadzę cię ścieżkami przez pola. Drogą dalej, a tak będziemy za godzinę u siebie. Dobrze?
— I owszem.
Poszli tedy miedzami, wśród łanów zbóż. Dzień był upalny i cichy, tylko szemrało żyto swą kołysankę, zawodziły skowronki i muszki niewidzialne napełniały powietrze cichutkim szmerem skrzydełek.
— A co? Dobrze ci, Rafale?
— Dobrze... — zaburczał raz pierwszy bez krytyki.
Z pól wyszli na jałowy, piaszczysty wzgórek, gęsto krzyżami pokryty. Adam stanął.
— Cmentarz wioskowy — rzekł. — Spójrzno, Rafale. Przed nami, to dwór Rahoźna i wieś. Ładna sadyba.
— Byle tam nie iść... Niech sobie będzie ładna.
— Nie pójdziemy. Nasza droga na prawo, przez rzeczkę. Ot... jak te bory bezbrzeżne czernieją, to ojca mego zarząd, a tam koło drogi, w kącie, nasza leśniczówka. Widzisz? Pójdziemy zygzakiem, na kładki. Gołębnik ojciec nowy zbudował dla swych faworytów... i psy nasze szczekają. Chodźmy.
Ruszyli raźnym krokiem. Rzeczułka mała była zupełnie i na wiosnę tylko chyba straszna, teraz przechodziło się ją z łatwością po niedbale rzuconych bierwionach. Za nią las stał nietknięty, stuletni, a dotykała drogi piaszczystej sadyba porządna, zakrawająca na dworek szlachecki.
Adam, nie szukając bramy, niski płotek przesadził i przez podwórze niewielkie ruszył ku domkowi, który, fasolą i powojami obrosły, świątecznie wyglądał.
Pod gankiem psów gończych sfora i jamnik podżary porwały się na jego widok ze szczekaniem, a strzelec, wypoczywający na ławce w cieniu, podniósł się także i wyjrzał, przysłaniając dłonią oczy od słonecznego blasku.
— Adaś! — wykrzyknął z wybuchem radosnego zdziwienia, otwierając do syna ramiona.
Z uścisku i czułości, z jaką patrzeli na siebie, znać było przywiązanie wielkie i szczęście; wszystkiem musieli być dla siebie.
— A toś mi, synku, niespodziankę sprawił. Czekałem listu pierwej i nie spodziewałem się ciebie prędzej, jak za parę tygodni. Wczoraj panienka przejeżdżała tędy do Sarnowa i, spotkawszy mię, pytała o ciebie. I pana nie widać z powrotem... Nie słyszałeś? Może nasz młody niezdrów?
— Zdrów, dzisiaj przyjechali. I ja nie sam, tatku: z kolegą przyjechaliśmy na wakacje. To mój ojciec, Rafale.
Stary spojrzał w twarz gościa i bez wahania podał muskularną dłoń. Nie pytał nawet, jak się zwał ten kolega, którego syn pod dach mu przywoził.
— Dziękuję panu za odwiedziny — rzekł z prostotą.
Rafał się skłonił w milczeniu i zaraz zawrócił na podwórze, oglądając obojętnie okolicę. Z pod oka widział, jak ojciec z synem usiedli blisko siebie na ławce i rozmawiali wesoło a serdecznie.
Czuł się zbytecznym; a nie chcąc przeszkadzać, oddalił się jeszcze bardziej, do pierwszych drzew boru, rozciągnął się niedbale pod świerkiem, ręce pod głowę założył, przez siatkę gałęzi zapatrzył się w niebo i, gwiżdżąc przez zęby, odpoczywał.
Drzewa boru, przez trzy pokolenia Lachnickich strzeżone, miały dla niego zwykłe swe, poważne szumy. Nie ostrzegły starca, swego opiekuna, że szatan wstępował pod dach jego poczciwej chaty, i na głowę tego demona nie szły z ich wierzchołków gromy. A on szydersko się uśmiechał chwilami, w skraj nieba zapatrzony, przypominając widziane przed chwilą powitanie. Nie miał on nigdzie na świecie takiego miejsca niewoli, coby się zwało domem rodzinnym; nie było takiego człowieka, coby miał prawo głupie do serca go przytulić i dzieckiem swem nazwać. Wolnym był! A tamci, na ganku leśniczówki, nie czuli swej niewoli. Złotowłosa głowa chłopaka-idealisty pochylała się często do twardej dłoni ojcowskiej, a siwe oczy starca patrzały nań ze łzami rozczulenia i dumy. Nie spytał syna nawet o rezultat egzaminów: był pewnym jego pracy i wytrwania i słuchał, promieniejąc, świetnych projektów młodzieńca.
— Sto razy na dzień dziękuję wam, tatusiu, żeście mi nie bronili tej karjery, nawet wbrew życzeniu pana Rahozy. Nie przez głupią próżność wymówiłem się od spadku pracy po was. Wyście mi przykład dawali świętej służby i nie wstyd być najemnikiem! Alem ja tak pragnął innej drogi, tak pragnął! I pozwoliliście! Teraz za lat dwa skończę zupełnie i będziecie mieli pociechę ze mnie. Duszę dam za chorych i cierpiących!
— Adaś, pamiętasz, coś mi obiecał? Chwały ni świetności szukać nie będziesz? — przerwał stary niespokojnie. — Nauki skończywszy, tu wrócisz do naszej Rahoźny i w miasteczku osiędziesz. Nie będę ja ci ciężarem i tylko czasem z leśniczówki do pana doktora przyjdę, a potem mi oczy zamkniesz. Tej zimy zaniemogłem trochę, i wiesz, daj mu Boże z dzieci pociechę... przyjechał odwiedzić mnie sam nasz pan i powiada, gdym mu się na starość skarżył: — „Nie turbuj się... póki żyjesz, nie będzie w leśniczówce Lachnickich innych panów. Mnie dobrze, gdy ty sobie siedzisz za piecem — byleś żył. Żyj sto lat spokojnie.“ — „Panie mój, dobrodzieju! — powiadam. — Byle Adaś na doktora zdał, to mi chleba kawałka na starość nie pożałuje, a panu sługi trzeba, a nie inwalidy na straży lasu“. — Rozgniewał się pan. — „Za cóż ty mnie krzywdzisz, Lachnicki? — powiada. — Synaś nie miał, a u mnie byłeś i pomimo syna zostaniesz. Postarzeliśmy razem, pochowają nas razem.“ I słusznie. Ale jak ty w miasteczku osiędziesz, to zajdę często tobą się nacieszyć. Toć ja przez całe życie nigdy tobie się nie przypatrzył dowoli, a zawsze przez te nauki. Wpadniesz, odetchniesz i znowu ciebie niema. A ze mną potem na długą zimę tylko żal i tęsknota zostają!
Stary westchnął, pogładził głowę syna i, zapatrzony z łagodnym uśmiechem na szary gościniec za wrotami, mówił dalej, rad, że po długich miesiącach tę tęsknotę swoją może z serca w słowach zrzucić:
— Tak mi zawsze w życiu prędko wszystko mijało! Matkę mi starą ojciec zostawił, taką świętą! Ledwiem straż objął, dla niej i przy niej pracować zaczął, aż pierwszej jesieni zostawiła mię sierotą. Potem matka twoja do pustki tej przyszła po latach. Zaśpiewała mi, zaludniła chatę, świeciło przy niej słońce dniem i nocą, latem i zimą. Dwa lata wszystkiego! Nie nacieszył się ja i nie napatrzył i już jej nie stało. Ot i została znowu pustka, i gorsza, bo dwie sieroty, ty i ja!... A potem tyś podrósł i także poszedł mi z oczu. Nauka ciebie wzięła; ile to już lat?
— Dziesięć, tatusiu, i jeszcze dwa trzymać będzie.
— Dwanaście lat... Nietylko przeżyć, ale i wypowiedzieć ciężko. Tak i tej chacie sądzono pustką stać wieczystą. Żeby nie ten bór kochany i praca, toby człowiek nie wytrzymał. Ale bór, wierny przyjaciel, a praca troskę goi; tak i zeszło życie pomaleńku! Byle się jeszcze ciebie przed śmiercią doczekać i nie chorować długo, to i do swoich się pójdzie z radością!
— Tatusiu, a mnie zaco sierotą rzucić! — szepnął chłopak żałośnie.
— Tobie, dziecko, słonko wzejdzie, a memu zachodzić pora. Tobie gniazdko słać, a mnie odlatywać, jak żórawiom na jesień. Tobie żonę brać i pracować, a mnie w mogile spać i odpocząć. Tak to, dziecko, Bóg kazał!
— Tatusiu! — szepnął Adam, z oczyma pełnemi łez.
— Ot tobie masz! Tak to ciebie przyjąłem. Czego płaczesz? Daj spokój! Głupi ze mnie stary! Ot, powiedz lepiej o sobie: nie chorowałeś? A może ci pieniędzy było za mało?
— Za wiele, tatusiu, a zdrowie mam żelazne! Nie gniewacie się wy, żem wam gościa bez pytania przywiózł?
— Uchowaj Boże! Kolega to twój, pewnie dobry i poczciwy.
— Kolega. Biedny on bardzo i nikogo swego nie ma na świecie. Kocham go bardzo, biedaka.
— To i dobrze, żeś go zaprosił. A młodego naszego pana widywałeś kiedy?
— Widywałem u Rafała, ojcze, bo oni razem mieszkali.
— Uczy się on dobrze?
— Nie wiem, tatusiu. Rysuje cięgle. A u nas we dworze co słychać nowego?
— At, wszystko po staremu.
— Panna Kazimiera zdrowa?
— Zdrowa; kochane dzieciątko! Jakem chorował, codzień przyjeżdżała. Doktora przysłała, nosiła mi takie specjały, jakich i z nazwy nie znałem, i siadywała w chacie, jak u siebie, jakby nie z pałacu wyszła.
— A zamąż nie idzie?
— Czego jej się śpieszyć? Na jej skarby i piękność nie zabraknie kawalerów. Już nawet jeden był jesienią, książę pono, ze stolicy samej.
— Widział go ojciec?
— Widziałem, bo polowanie na łosie dla niego urządzali. Świetny pan i bardzo bogaty. Pięćdziesiąt rubli mi ofiarował po łowach.
— I wzięliście, tatusiu? — zagadnął chłopak niespokojnie.
— Tobie posłałem na święta.
Lice chłopca zbielało i zadrżał cały, ale milczał.
— Trzy razy przyjeżdżał. Ciekawy byłem, jak się to skończy; więc kiedyś, gdy panienka siedziała nade mną chorym, wziąłem na odwagę i pytam: „Może ten cudzy pan zabierze nam panienkę?“ — Nie rozgniewała się wcale, nawet się uśmiechnęła: — „Nie zabierze mnie żaden cudzy pan, panie Lachnicki, zostaniemy razem w Rahoźnej!“ — Wiem ja, że tak nie będzie, że znajdzie się inny, co serduszko jej weźmie, i ją nam weźmie, ale ucieszyła mnie ta mowa. Chciałbym ja szczęścia dla niej, ale żal pomyśleć, że jej kiedyś we dworze naszym nie stanie. Taka dusza anielska, taka nad wiek powaga i pamięć o wszystkiem. Gdzie biedny, a chory, a smutny, tam i ona.
Chłopak słuchał, promienny, z uśmiechem na ustach.
Gdy stary urwał, oczy podniósł i zapytać o coś chciał, ale się powstrzymał, czy nie odważył, a leśniczy, wpadłszy na ulubiony temat, prawił dalej:
— Sługi my, a ona pani, a jednak pamięta, i nie wstydzi się wspominać tych czasów, kiedy ciebie dzieckiem do dworu wzięli, żebyś z łaski pańskiej razem z paniczem przy Niemcu się uczył. „Co słychać o panu Adamie?“ — pyta, ile razy mnie spotka, a onegdaj przejeżdżała tędy do Sarnowa i zobaczyła mnie na skraju lasu. — „Czy pan Adam jeszcze nie przyjechał? — pyta. — „I nie przyjeżdża, i nie pisze, niecnota!“ — odpowiadam. — „Zupełnie, jak nasz Feliś; ojciec pojechał po niego“ — mówi wesoło. Adaś, trzeba nam jutro pójść z powitaniem do pałacu, bo i pan pytał się o ciebie kiedyś.
— Pójdziem, ojcze! — odparł chłopak cicho.
— Ale ja tu gadam i gadam i nie pamiętam, że wy głodni. A tu i stara Katarzyna, jak na złość, dzisiaj się uwolniła na jarmark. Czemże ja was przyjmę?
— Mniejsza, tatusiu. Byle czem. Rafał mało co je, a mnie mleka się chce bardzo. Ale gdzież on?
— Może pod jodłami odpoczywa. Poproś go na wieczerzę, a ja się sam zakrzątnę. Patrz, już jamniki gotowe za tobą iść. Poznały psiska poczciwe ciebie po roku!
Adam łaszące się psy gładził i pieścił i tak w kompanji ruszyli w stronę jodeł.
Przy wieczerzy leśniczy zagaił rozmowę z przyjacielem syna. Jedli w dużej izbie, służącej jednocześnie za kuchnię, mleko świeże w glinianych misach i chleb czarny. Trudno było o prostszy posiłek, ale Rafał nie dziwił się, ani krzywił. Dopiero na tłumaczenie i przeprosiny gospodarza, zajrzał do swojej misy uważniej i ramionami ruszył.
— Nawet nie wiedziałem, co do ust niosę — odparł krótko.
— Pan pewnie po drodze zmęczony?
— Nie.
— A podobała się panu nasza okolica?
— Widziałem piękniejsze.
— No, zapewne! Pan pewnie wiele podróżował?
— Nie tyle, ilebym pragnął.
— Chciałbyś podróżować? — wmieszał się żywo Adam, widocznie uradowany z nowego odkrycia.
— Cóż cię tak cieszy?
— Bo odkryłem w tobie choć jedną chęć, mnie wspólną. Pożarłem, w szkołach będąc, tysiące opisów podróży i o niczem innem nie marzyłem, tylko, by te miejsca zwiedzić, poznać, a wreszcie gdzieś w jakiej głuszy osiąść, założyć fermę i... — Nagle chłopiec się zająknął, poczerwieniał i dodał po przerwie: — i... pracować!
Rafał spojrzał przelotnie na niego i pogardliwie się uśmiechnął.
— No i te wszystkie plany bujne, jak zwykle, nie wyszły z zakresu marzeń.
— Jakżebym mógł je wprowadzić w czyn! Nie mogłem przecie uciec ze szkół, a na wakacjach już o podróżach nie myślałem.
— A ja, co wakacje, jeszcze w Monachjum, brałem torbę na plecy, kij w rękę i szedłem w drogę przed siebie. Nie sam; z kolegą, z Bertem.
— Z jakim Bertem?
— Profesora Andenberga synowcem. Stryj z moim ojcem kolegował; mnie ojciec Bertowi oddawał pod opiekę. Starszy był o lat dziesięć ode mnie. Poznałem wtedy całą środkową Europę. Po śmierci ojca co rok to samo robiłem, do ostatnich lat.
— To z pana piechur znakomity! — rzekł wesoło Lachnicki.
— Na przyszłe wakacje powędruję znowu.
— I znowu z Bertem! — westchnął Adam.
— Bert daleko teraz, a mnie już opieki nie trzeba. Sam pójdę.
Przez otwarte okno chłodny powiew wieczora wchodził do wnętrza domostwa, rzeźwiąc po skwarze dziennym.
Rafał podał leśniczemu cygaro, sam zapalił drugie i wyjrzał na podwórze. Adam oparł się też o futrynę i rozglądał się po znanej okolicy.
— Ta droga, co idzie od dworu i miasteczka, do Sarnowa. Chcesz — przejdziemy się trochę. Pokażę ci całą Rahoźnę.
Wyszli; za wrotami leśniczówki, w prawo, gościniec biegł i ginął w borze, w lewo, spadał nieznacznie ku rzeczułce. Zwrócili się w tę stronę i, minąwszy zawrót, przystanęli na chwilę.
Szeroki krajobraz mieli przed sobą, oświetlony z boku złotym zachodem. Gościniec, minąwszy bór, roił się uprawnemi polami do rzeczki i mostu. Dalej, rozrzucone bezładnie, wtulone między sady, rozścielało się miasteczko, ukoronowane krzyżem cerkwi i kościoła, czerwone od dachówek. Długa aleja włoskich topoli łączyła je z dworem, co stał odosobniony, trochę wyżej, i świecił białemi murami, przebłyskującemi tu i tam z pośród niebotycznych drzew. Wyglądał na magnacką rezydencję. Adam ręką zakreślił krąg od brzegu do brzegu horyzontu.
— Wszystko to pana Rahozy! — rzekł. — Ten folwark i ten drugi i te lasy i pola: wszystko! Ach, jaki on bogaty!
— I głupi! — dodał lakonicznie Rafał.
— Nie. Mylisz się! Rubasznie wygląda i dobrodusznie. Szczęśliwy, kto go w gniewie nie widział jednak. Widziałeś go w obcem mieście, nie widziałeś w Rahoźnej. Tu on dopiero król i pan! Wszystko się przed nim chyli, jak kłosy pod wiatrem.
— Nieszczególny patent rozumu tych wszystkich.
— Szczęśliwyś, że nie możesz być w potrzebie stawiania mu czoła.
— A może on powinien się dlatego czuć szczęśliwym!
Adam tylko głową potrząsnął niedowierzająco.
Szli jakiś czas w milczeniu drogą wśród łanów płowiejącego już żyta. Zapach zboża, ziemi zoranej i żywicy ogarniał ich kłębami. Cisza wieczora zstępowała na ziemię, tylko od miasteczka i wiosek dalszych biegło z wiatrem skrzypienie studziennych żórawi, porykiwanie bydła i dźwięki wierzbowych ligawek.
— Co też tam w mieście dusznem porabia biedna mała Leonka Brzezówna? — ozwał się Adam. — Jej to potrzeba takiego powietrza, ciszy i długiego wypoczynku. Chciałbym wiedzieć, co się z nią dzieje?
— Umarła pewnie — odparł obojętnie Rafał. — Pan Feliks będzie osierocony po wakacjach. Ani mnie, ani jej! Na tobie będzie ostrzył swój dowcip!
— Biedne dziecko! Naco jej się zdała taka męka?
— W rezultacie każdemu na nic się lepszego nie zda. To też głupi każdy, co się męczy.
— A ty czy używasz spokoju?
— Ja robię, co mi się podoba.
— Mniej więcej, każdy tak robi, bo każdy grzeszny. Czy jednak, gdy pragniemy czegoś, co po ludzku głupie lub zuchwałe, a według sumienia godziwe, a mękę stąd mamy, czyliż wypada rzucić i poświęcić niedokonane dlatego, że ciężkie?
— Kto nie osiągnie swego pragnienia, ten nędzny i lichy.
— A jeśli padnie wpół drogi?
— To osiągnie nicość. I będzie po nim, jak po zgaszonej łojówce: trochę swędu, dymu i ciemność.
— Jakie to szczęście, że to fałsz! — rzekł spokojnie Adam.
— Daj pewnik na poparcie twego zdania! — zawołał Rafał, zapalając się do dysputy.
— Równie, jak ty na swoje, nie mogę go dać. Ale czy ty wierzysz w widzenia? — dodał, stając nagle.
— Jakto? W pukające stoliki, w białe damy, w cuchnących djabłów i upiory?
— Nie. Ale w takie porozumienie, łącznik pozagrobowy z ukochanym po śmierci. Czy nie przypuszczasz, że są sny prorocze, myśli nadzwyczajne, niewytłumaczone przeczucia.
— No, więc cóż! Ty się tem zajmujesz? Dajesz wiarę podobnym bajkom nianiek? Ładny z ciebie będzie doktór!
— A cóż to ma do medycyny? Ja pod skalpelem duszy nie szukam, ale organów, nie filozofuję z trupem lub chorym, ale cierpienie badam i środka na nie szukam. Wierzę przytem, że gdy umrę, wrócić tu mogę. Więc ponieważ pewny jestem, że umrę przed tobą, zobaczysz mię lub poczujesz w jakiejś chwili ważnej. Zapamiętaj; obiecuję ci to najsolenniej.
Stali na moście już i słońce zupełnie się skryło.
Rzeczka, ledwie widoczna, płynęła wąską niteczką wśród żwiru, na szczytach drzew dworu i krzyżach kościoła został ostatni blask zachodu. Oczy Adama, utkwione nieruchomo przed siebie, wpół przymknięte i zmienione, czytały, zda się, coś w chmurach białych, na skłonie horyzontu. Słowa mu padały z ust dziwnie uroczyste i drżały długo w czystem a cichem powietrzu.
Rafał, oparty o parapet, ćmiąc cygaro, słuchał obojętnie zpoczątku, nareszcie się wyprostował i spojrzał na towarzysza.
— Cha, cha, cha! — wybuchnął śmiechem. — Człowieku, marnujesz się! Karjera twoja gotowa, jako medjum dla sławnego szarlatana. Będziesz przepowiadał przyszłość, odgadywał sekrety, rozmawiał z Homerem, Cezarem, z kim ci się zamarzy! Zrobisz furorę i będziesz sławny na świat cały, póki stanie głupców, a to gatunek płodny jak króliki i niewyczerpany!
Adam zdawał się tych słów nie słyszeć.
— Nie zobaczysz mnie, ale poczujesz i przypomnę ci tę chwilę dzisiejszą i powiem wtedy napewno, że człowiek nie łojówka, filozofja wasza nie prawda, swoboda grzechu najgorsza niewola. I wtedy uwierzysz.
— Adam! — krzyknął Rafał zaniepokojony.
Lachnicki ocknął się, jak ze snu, oczyma przeszedł po borze, po ziemi, po rzece, westchnął, ręką przetarł czoło i spojrzał na niego.
— Mówiłem przytomnie — ozwał się zwykłym tonem. — Zapamiętaj moją obietnicę!
— Sfiksujesz prędko zupełnie! — odparł Rafał, ruszając ramionami i zawracając ku leśniczówce.
— Od małej Leonki odbiegliśmy daleko! — zaczął Adam. — Czy sądzisz, że nie wyjdzie z tej choroby?
— Ty sam wiesz, co znaczy zapalenie mózgu. Może wyjść z niego... obłąkaną.
— Okropne! Wiesz, zatelegrafuję jutro z zapytaniem.
— Czyście aż tak zakochani?
— Zakochani! Ja nie, a ona kocha ciebie.
— Spostrzeżenie, godne ciebie. To dziecko nie ma dotąd pojęcia o żadnej namiętności. Jej krew i nerwy śpią!
— Pojęcia nie ma, ale kocha.
— Absurdum. I ty masz być doktorem! Fizjolog będzie z ciebie znakomity.
— Przekonasz się, że mam słuszność.
— Nie przekonam się i ciebie nie przekonam, bo jej nigdy więcej nie zobaczę.
— Kto wie, gdzie ją losy zaniosą i co życie da. Daj Boże, by ciebie już nigdy na drodze swej nie spotkała.
— Tylko ciebie! — rzucił Rafał szyderczo.
Dochodzili do leśniczówki, a naprzeciw nich wyszedł stary Lachnicki, rozmawiając z człowiekiem olbrzymiego wzrostu, w odzieży leśnej straży. Adam przyjaźnie wyciągnął do niego rękę.
— Dobry wieczór, Gryszan! Co słychać u was?
— Po staremu, panie Adamie. Pracujemy i starzejem! Niech też pan nie zapomni nas odwiedzić. Kobieta mi chora, a doktór, ten, miasteczkowy, to mu tylko koniom krew puszczać, a nie z ludźmi się zadawać. Żeby nie panienka, bababy dawno ziemię gryzła. Teraz pan jej co poradzi.
— Przyjdę, choć jutro. A ot i kolegę, doktora, przyprowadzę. We dwóch, może damy radę tej chorobie.
— Dziękuję panu i dobranoc.
Człek minął ich szybko.
— Źle z Gryszanem! — rzekł leśniczy. — Pije, żonę bije, na awanturnika się wykierował. Milczę i pilnuję go, jak ognia, bo żeby pan jego sprawki znał, nie ostałby i doby na straży. A tam żona i siedmioro dzieci!... No, panowie, czas wam spocząć po drodze. Alkierzyk dla was już uprzątnęła Katarzyna. Dobranoc wam.
— A ojciec spać nie idzie? — zagadnął Adam.
— Pacierze odmówię i wracam do chaty.
— Czy jutro rano pójdziemy do dworu?
— Naprzód do kościoła wstąpimy, a potem do pana. Obudzę ciebie.
— I poco ta czołobitność u pana? — zagadnął Rafał, gdy się znaleźli sami w małej, schludnej izdebce, przeznaczonej dla nich na mieszkanie. — Czy, żeby podziękować za to, że twój ojciec morduje się pracą dla chleba, podczas gdy pan Feliks bąki zbija w stolicy, stary brzuch pasie, a panna szydełkiem dłubie i na fortepianie brząka. Tyś im nie brat, ale rzecz przynależna do leśniczówki! Siedź w niej cicho!
— Taki porządek świata, że jeden służy drugiemu. My nie socjaliści i wiemy, że tak było, jest i, pomimo nowych prądów, będzie na ziemi!
— Niezawodnie, jeśli wszyscy uciemiężeni będą kochać jarzmo, jak twój ojciec i ty, jak widzę. Jeszcze jeden przymiot odkryłem: serwilizm!...
Adam otworzył okno i chwilę jeszcze dumał, rozmarzony ciszą natury; potem z westchnieniem legł na posłaniu.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Rodziewiczówna.