Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/72

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— A cóż to ma do medycyny? Ja pod skalpelem duszy nie szukam, ale organów, nie filozofuję z trupem lub chorym, ale cierpienie badam i środka na nie szukam. Wierzę przytem, że gdy umrę, wrócić tu mogę. Więc ponieważ pewny jestem, że umrę przed tobą, zobaczysz mię lub poczujesz w jakiejś chwili ważnej. Zapamiętaj; obiecuję ci to najsolenniej.
Stali na moście już i słońce zupełnie się skryło.
Rzeczka, ledwie widoczna, płynęła wąską niteczką wśród żwiru, na szczytach drzew dworu i krzyżach kościoła został ostatni blask zachodu. Oczy Adama, utkwione nieruchomo przed siebie, wpół przymknięte i zmienione, czytały, zda się, coś w chmurach białych, na skłonie horyzontu. Słowa mu padały z ust dziwnie uroczyste i drżały długo w czystem a cichem powietrzu.
Rafał, oparty o parapet, ćmiąc cygaro, słuchał obojętnie zpoczątku, nareszcie się wyprostował i spojrzał na towarzysza.
— Cha, cha, cha! — wybuchnął śmiechem. — Człowieku, marnujesz się! Karjera twoja gotowa, jako medjum dla sławnego szarlatana. Będziesz przepowiadał przyszłość, odgadywał sekrety, rozmawiał z Homerem, Cezarem, z kim ci się zamarzy! Zrobisz furorę i będziesz sławny na świat cały, póki stanie głupców, a to gatunek płodny jak króliki i niewyczerpany!
Adam zdawał się tych słów nie słyszeć.
— Nie zobaczysz mnie, ale poczujesz i przypomnę ci tę chwilę dzisiejszą i powiem wtedy napewno, że człowiek nie łojówka, filozofja wasza nie prawda, swoboda grzechu najgorsza niewola. I wtedy uwierzysz.
— Adam! — krzyknął Rafał zaniepokojony.