Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/66

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Widywałem u Rafała, ojcze, bo oni razem mieszkali.
— Uczy się on dobrze?
— Nie wiem, tatusiu. Rysuje cięgle. A u nas we dworze co słychać nowego?
— At, wszystko po staremu.
— Panna Kazimiera zdrowa?
— Zdrowa; kochane dzieciątko! Jakem chorował, codzień przyjeżdżała. Doktora przysłała, nosiła mi takie specjały, jakich i z nazwy nie znałem, i siadywała w chacie, jak u siebie, jakby nie z pałacu wyszła.
— A zamąż nie idzie?
— Czego jej się śpieszyć? Na jej skarby i piękność nie zabraknie kawalerów. Już nawet jeden był jesienią, książę pono, ze stolicy samej.
— Widział go ojciec?
— Widziałem, bo polowanie na łosie dla niego urządzali. Świetny pan i bardzo bogaty. Pięćdziesiąt rubli mi ofiarował po łowach.
— I wzięliście, tatusiu? — zagadnął chłopak niespokojnie.
— Tobie posłałem na święta.
Lice chłopca zbielało i zadrżał cały, ale milczał.
— Trzy razy przyjeżdżał. Ciekawy byłem, jak się to skończy; więc kiedyś, gdy panienka siedziała nade mną chorym, wziąłem na odwagę i pytam: „Może ten cudzy pan zabierze nam panienkę?“ — Nie rozgniewała się wcale, nawet się uśmiechnęła: — „Nie zabierze mnie żaden cudzy pan, panie Lachnicki, zostaniemy razem w Rahoźnej!“ — Wiem ja, że tak nie będzie, że znajdzie się inny, co serduszko jej weźmie, i ją nam weźmie, ale ucieszyła mnie ta mowa. Chciałbym ja szczęścia dla niej, ale żal pomyśleć, że jej kiedyś