Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/58

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Koniec zamruczał do siebie i pożegnał młodego łaskawem skinieniem. Wtem coś sobie przypomniał.
— Hę, Adam, poczekaj! To Rafał Radwan szedł z tobą? Znacie się?
— Koledzy jesteśmy!
— Aha! — nie pytał dalej, przynaglony głosem dzwonka.
Nie zobaczyli się więcej. Rozdzieliło ich długim szeregiem wagonów bogactwo i bieda.
Rahozowie spoczęli na aksamitach, tamci dwaj na twardych deskach, w wagonie, pełnym zgiełku, różnej hałastry i zaduchu tytoniu.
Usiedli u okna. Rafał zagłębił się w czytaniu. Lachnicki w migające krajobrazy wzrok utkwił i rozmyślał, uśmiechając się jasno.
— Czy oddałeś moje ukłony pannie Leonji? — zagadnął kolegę.
— Chora leży — odmruknął Rafał, nie przestając czytać.
— Chora? Co jej takiego?
— Zapalenie mózgu.
— Co ty mówisz! Skąd? Wczoraj zdrowa była.
— Każdy w przeddzień choroby jest zdrów.
— I zostawiłeś ją tak bez opieki, Rafale?
— Co? — Student oczy podniósł na głośniejszy ton towarzysza. — Czego chcesz?
— Pytam, jak mogłeś zostawić biedne dziecko i słabą kobietę w takiem nieszczęściu?
— A mnie co do tego? Czym ja ich ojciec, czy kochanek?
— Nie, ale winowajca moralnie! Wywiodłeś dziecko na swoje tory i doprowadziłeś do choroby. Co będzie, jak umrze?