Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/59

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Klecha zamamrocze i pochowają!
— A ty wobec Boga i swego sumienia będziesz mordercą!
— Zaczyna się! Zastrzegłem sobie, że mi bredni prawić nie będziesz. Możemy się pożegnać na pierwszej stacji. Tymczasem chcę czytać.
Adam spuścił głowę zgnębiony. Nie odzywali się więcej do siebie i jechali tak długie godziny.
Pod wieczór, gdy ściemniało zupełnie, Rafał książkę rzucił, zapalił cygaro, ziewnął i raczył przemówić:
— Daleko jeszcze?
— O, daleko! Całą noc, dzień i drugą noc! Staniemy u kresu około południa.
— Winszuję. Ładny kurs!
Znowu zapanowało milczenie. Możnaby ich było wziąć za dwóch przypadkowych sąsiadów, gdyby nie wzrok serdeczny i smutny, który niekiedy dzikiemu koledze rzucał Adam.
A świat widziany z okien wagonów coraz był inny, coraz barwniejszy; na południe niosła ich para ku nieznanym Rafałowi stronom.
Nareszcie wzeszło słońce nad krajem płaskim i pustym, czarnym od sośniny, żółtym od piasku; osady były rzadkie i mizerne, miast prawie żadnych.
Lachnicki przez okno się wychylił i wciągał z rozkoszą powietrze w płuca, promieniała mu twarz.
— Rafale, spójrzno na nasze strony! — zawołał.
Radwan obojętnie wyjrzał.
— Obrzydliwość! — zawyrokował lakonicznie.
— Niepozorne, prawda, ale jakie miłe. Smołkę czuć i macierzankę, jak w naszym borze, w Rahoźnej! Zobaczysz, jak tam ślicznie. Panna Kazimiera zna Włochy