Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/60

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i Szwajcarję, a twierdzi, że nad nasze lasy i pola nic niema piękniejszego.
— Głupia ta twoja panna Kazimiera.
— Rafale!
— No i cóż? Czy to jakaś wasza święta?
Zapał Adama ustał. Przestał dzielić się wrażeniami. U okienka wsparty, liczył wiorsty mijane. Ogarniało go nadzwyczajne drżenie i niepokój.
Nareszcie zagwizdał pociąg i zabudowania stacji zarysowały się tuż. Chłopak wychylił się do pół ciała i wypatrywał czegoś. Nagle się cofnął.
— Dojeżdżamy nareszcie! — rzekł Rafał.
— Tak widać powóz z Rahoźnej.
— Prawdopodobnie nie po nas.
— Ej, nie. Do ojca nie pisałem nawet, chcę mu zrobić niespodziankę. To Rahozów zaprzęgi.
Pociąg stanął. Z przedziału pierwszej klasy wysiadł ojciec z synem, a naprzeciw nich wyszła z powitaniem panienka, elegancko ubrana, ładna, z poważną, marzącą twarzyczką i bardzo wdzięcznem obejściem. Za nią lokaj szedł, a zewsząd uchylały się czapki z uszanowaniem przed starym Rahozą. W okolicy swej królikiem był.
Z przedziału trzeciej klasy wysiadło też dwóch ludzi, ale ich nikt nie spotykał i nie czapkował. Wydostali się niepostrzeżeni za budynek stacyjny w chwili właśnie, gdy siwosze Rahozów ruszały z miejsca.
Koła powozu otarły się o nich prawie i spostrzegła stojących panienka tylko.
Spostrzegła i przechyliła się radosnym ruchem poza powóz, z uśmiechem na ustach.
Adam zdjął czapkę i także się uśmiechnął, zaczerwieniony, drżący, zapominając o ukłonie. Siwosze