Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/61

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zwróciły i pomknęły, jak wiatr. Student jeszcze stał, z odkrytą głową, zapatrzony w kłąb kurzu.
— Godzinki odprawiasz? Czego stoimy? — ocucił go Rafał.
— Daruj, kolego... Zamyśliłem się.
— Czas właśnie po temu. Cóż dalej robimy? Jedziemy, idziemy, czy pozostajemy w miejscu?
— Chodźmy piechotą. Poprowadzę cię ścieżkami przez pola. Drogą dalej, a tak będziemy za godzinę u siebie. Dobrze?
— I owszem.
Poszli tedy miedzami, wśród łanów zbóż. Dzień był upalny i cichy, tylko szemrało żyto swą kołysankę, zawodziły skowronki i muszki niewidzialne napełniały powietrze cichutkim szmerem skrzydełek.
— A co? Dobrze ci, Rafale?
— Dobrze... — zaburczał raz pierwszy bez krytyki.
Z pól wyszli na jałowy, piaszczysty wzgórek, gęsto krzyżami pokryty. Adam stanął.
— Cmentarz wioskowy — rzekł. — Spójrzno, Rafale. Przed nami, to dwór Rahoźna i wieś. Ładna sadyba.
— Byle tam nie iść... Niech sobie będzie ładna.
— Nie pójdziemy. Nasza droga na prawo, przez rzeczkę. Ot... jak te bory bezbrzeżne czernieją, to ojca mego zarząd, a tam koło drogi, w kącie, nasza leśniczówka. Widzisz? Pójdziemy zygzakiem, na kładki. Gołębnik ojciec nowy zbudował dla swych faworytów... i psy nasze szczekają. Chodźmy.
Ruszyli raźnym krokiem. Rzeczułka mała była zupełnie i na wiosnę tylko chyba straszna, teraz przechodziło się ją z łatwością po niedbale rzuconych bierwionach. Za nią las stał nietknięty, stuletni, a doty-