Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/71

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Umarła pewnie — odparł obojętnie Rafał. — Pan Feliks będzie osierocony po wakacjach. Ani mnie, ani jej! Na tobie będzie ostrzył swój dowcip!
— Biedne dziecko! Naco jej się zdała taka męka?
— W rezultacie każdemu na nic się lepszego nie zda. To też głupi każdy, co się męczy.
— A ty czy używasz spokoju?
— Ja robię, co mi się podoba.
— Mniej więcej, każdy tak robi, bo każdy grzeszny. Czy jednak, gdy pragniemy czegoś, co po ludzku głupie lub zuchwałe, a według sumienia godziwe, a mękę stąd mamy, czyliż wypada rzucić i poświęcić niedokonane dlatego, że ciężkie?
— Kto nie osiągnie swego pragnienia, ten nędzny i lichy.
— A jeśli padnie wpół drogi?
— To osiągnie nicość. I będzie po nim, jak po zgaszonej łojówce: trochę swędu, dymu i ciemność.
— Jakie to szczęście, że to fałsz! — rzekł spokojnie Adam.
— Daj pewnik na poparcie twego zdania! — zawołał Rafał, zapalając się do dysputy.
— Równie, jak ty na swoje, nie mogę go dać. Ale czy ty wierzysz w widzenia? — dodał, stając nagle.
— Jakto? W pukające stoliki, w białe damy, w cuchnących djabłów i upiory?
— Nie. Ale w takie porozumienie, łącznik pozagrobowy z ukochanym po śmierci. Czy nie przypuszczasz, że są sny prorocze, myśli nadzwyczajne, niewytłumaczone przeczucia.
— No, więc cóż! Ty się tem zajmujesz? Dajesz wiarę podobnym bajkom nianiek? Ładny z ciebie będzie doktór!