Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/73

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Lachnicki ocknął się, jak ze snu, oczyma przeszedł po borze, po ziemi, po rzece, westchnął, ręką przetarł czoło i spojrzał na niego.
— Mówiłem przytomnie — ozwał się zwykłym tonem. — Zapamiętaj moją obietnicę!
— Sfiksujesz prędko zupełnie! — odparł Rafał, ruszając ramionami i zawracając ku leśniczówce.
— Od małej Leonki odbiegliśmy daleko! — zaczął Adam. — Czy sądzisz, że nie wyjdzie z tej choroby?
— Ty sam wiesz, co znaczy zapalenie mózgu. Może wyjść z niego... obłąkaną.
— Okropne! Wiesz, zatelegrafuję jutro z zapytaniem.
— Czyście aż tak zakochani?
— Zakochani! Ja nie, a ona kocha ciebie.
— Spostrzeżenie, godne ciebie. To dziecko nie ma dotąd pojęcia o żadnej namiętności. Jej krew i nerwy śpią!
— Pojęcia nie ma, ale kocha.
— Absurdum. I ty masz być doktorem! Fizjolog będzie z ciebie znakomity.
— Przekonasz się, że mam słuszność.
— Nie przekonam się i ciebie nie przekonam, bo jej nigdy więcej nie zobaczę.
— Kto wie, gdzie ją losy zaniosą i co życie da. Daj Boże, by ciebie już nigdy na drodze swej nie spotkała.
— Tylko ciebie! — rzucił Rafał szyderczo.
Dochodzili do leśniczówki, a naprzeciw nich wyszedł stary Lachnicki, rozmawiając z człowiekiem olbrzymiego wzrostu, w odzieży leśnej straży. Adam przyjaźnie wyciągnął do niego rękę.