Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/68

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Przy wieczerzy leśniczy zagaił rozmowę z przyjacielem syna. Jedli w dużej izbie, służącej jednocześnie za kuchnię, mleko świeże w glinianych misach i chleb czarny. Trudno było o prostszy posiłek, ale Rafał nie dziwił się, ani krzywił. Dopiero na tłumaczenie i przeprosiny gospodarza, zajrzał do swojej misy uważniej i ramionami ruszył.
— Nawet nie wiedziałem, co do ust niosę — odparł krótko.
— Pan pewnie po drodze zmęczony?
— Nie.
— A podobała się panu nasza okolica?
— Widziałem piękniejsze.
— No, zapewne! Pan pewnie wiele podróżował?
— Nie tyle, ilebym pragnął.
— Chciałbyś podróżować? — wmieszał się żywo Adam, widocznie uradowany z nowego odkrycia.
— Cóż cię tak cieszy?
— Bo odkryłem w tobie choć jedną chęć, mnie wspólną. Pożarłem, w szkołach będąc, tysiące opisów podróży i o niczem innem nie marzyłem, tylko, by te miejsca zwiedzić, poznać, a wreszcie gdzieś w jakiej głuszy osiąść, założyć fermę i... — Nagle chłopiec się zająknął, poczerwieniał i dodał po przerwie: — i... pracować!
Rafał spojrzał przelotnie na niego i pogardliwie się uśmiechnął.
— No i te wszystkie plany bujne, jak zwykle, nie wyszły z zakresu marzeń.
— Jakżebym mógł je wprowadzić w czyn! Nie mogłem przecie uciec ze szkół, a na wakacjach już o podróżach nie myślałem.