Kościół a Rzeczpospolita/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Anatole France
Tytuł Kościół a Rzeczpospolita
Wydanie wznowione
Data powstania 1904
Data wydania cop. 1911
Wydawnictwo „Życie“
Druk Drukarnia Ludowa
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Aleksander Sulkiewicz
Tytuł orygin. L’Église et la République
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


ANATOL FRANCE

KOŚCIÓŁ
A RZECZPOSPOLITA
WYDANIE WZNOWIONE.
Wydawnictwo Życie Kraków - logo.png
NAKŁADEM WYDAWNICTWA „ŻYCIE“ W KRAKOWIE.
SKŁADY GŁÓWNE: H. ALTENBERG, LWÓW; THE POLISH BOOK IMPORTING Co,
NEW-YORK.
Z DRUKARNI LUDOWEJ W KRAKOWIE, UL. FILIPA L. 11.


COPYRIGHT BY ALEXANDER SULKIEWICZ 1911.






Rozstrzygajcie wasze spory według
rozumienia waszego (Act., XVIII, 15).
ROZDZIAŁ PIERWSZY.
O kościele rzymskim i jego stosunku do państw.

Kościół rzymski jest mocarstwem zarazem duchownym i świeckim. Opiera swe prawa do panowania nad światem na ewangieljach kanonicznych, na tradycji kościoła pierwotnego, na donacji Konstantyna, na świętych kanonach i świętych dekretaljach.
Bez względu na to, czy posiada terytorjum, czy też włada jednym tylko pałacem, kościół rzymski jest państwem. Jest to mocarstwo świeckie, różniące się od innych, z któremi znajduje się w stosunkach, tym, że te ostatnie zakreślają granice swemu władztwu, gdy kościół nie mógłby uznać żadnych dla swego, nie zadając kłamu swemu pochodzeniu, nie zmieniając swego charakteru, nie zdradzając i nie wyrzekając się siebie samego. Naprzekór innym mocarstwom, które, tkwiąc korzeniami w ludzkości, przyjmują warunki, do jakich je zmuszają człowiek i natura, i naginają swą wolę, odwagę i prawa do mocy rzeczy, kościół nie może uronić nic ze swej władzy, która, zgodnie z jego doktryną niezmienną, była mu powierzona, jako skarb święty, ani wyrzec się praw, które, jak twierdzi, nadało mu Niebo.
Instytucja jego, taka, jaką nam wykłada, nadaje mu władzę cywilną i polityczną nad całym światem. Jest potęgą świecką, albowiem jest potęgą duchowną. Żąda posłuszeństwa od ciał, aby istotnie były mu poddane dusze, i faktem jest, że nie da się pomyśleć panowanie nad duchem bez panowania nad ciałem. Prawdą jest, że wznosi się on ponad wszystkie rzeczy tego świata; prawdą jest również, że obejmuje je i przenika. Włada ziemią, lecz jest z tej ziemi. I gdy nasi mężowie stanu i nasi prawodawcy żądają od niego, by zamknął się w swej dziedzinie duchownej, i gdy nas zapewniają, że to niewątpliwie uczyni i że uzna to za dobre, jasnym jest, że kpią z nas lub z niego, o ile nie są istotnie zbyt naiwni. W epoce dekretów Artur Ranc, który nie uchodzi za naiwnego i nie kpi nigdy z Rzeczypospolitej, rozmawiał pewnego dnia przed wielkim kominkiem pałacu Luksemburskiego z jednym ze swych przyszłych kolegów, duszą najżarliwszą i twarzą najbardziej otwartą stronnictwa katolickiego, senatorem Chesnelong’iem.
— Zgódź się pan ze mną — powiedział mu Ranc — że religja jest sprawą prywatną, rzeczą sumienia indywidualnego, a porozumiemy się z łatwością co do reszty.
Na tę propozycję, senator katolicki wyprostował się i odparł gorąco:
— Nigdy! słyszy pan? nigdy! Religja katolicka — sprawą prywatną? Nie! Jest to sprawa społeczna, mój panie, sprawa społeczna i państwowa.
Stary Chesnelong pod wielkim kominem Luksemburgu mówił zgodnie z nauką rzymską. I gdy usłyszymy jakiegokolwiek ministra wyznań, oświadczającego, że biskupi winni są ograniczyć się do wykonywania swej świętej służby, pomyślimy sobie, że nie wie, co to jest biskup katolicki, lub, że udaje, iż tego nie wie.
Kościół ma pretensje do wskazywania ludzkości jej celów i do prowadzenia jej ku nim; powołaniem swym czyni zbawienie świata i w tym celu określił formuły i rytuał szczególny, ustanowił prawidła życiowe, dotyczące związku płci, używania pokarmów, dni wypoczynku, świąt, wychowania dzieci, prawa pisania, mówienia, myślenia. Aby zabezpieczyć wykonywanie takich prawideł, które bynajmniej nie wszystkie należą do rzędu duchowych, lecz odnoszą się przeważnie do policji państwowej, potrzeba mu prawa kontroli nad zarządem wszystkich krajów i miejsca w rządach wszystkich narodów.
Biskup z Séez w liście pasterskim w sierpniu roku 1904 doskonale określił to położenie kościoła, tak wysokie i szczególne:
„Kościół posiada prawa nigdy nie przedawnione do człowieka, a zarówno i do społeczności. Ma je od Boga i nikt nie może mu ich odebrać... Jest on władzą boską na ziemi, i władza ta powinna stosować się do dusz, które należą do jego państwa, do ciał — we wszystkich sprawach, dotyczących sumienia, do wszystkich rzeczy społecznych, które odnoszą się do dziedziny ducha“.
Każdemu obowiązkowi odpowiada pewne prawo. Posiadając jedynie prawdę, bierze na siebie obowiązek rozpowszechniania jej i zwalczania błędu przeciwnego. Jest to zadanie, którego nie mógłby spełniać, nie posiłkując się władzami świeckiemi i, że użyjemy jego sposobu wyrażania się, nie odwołując się do ramienia świeckiego.
Nie należy mówić, że niegdyś kościół nakazywał sprawiedliwości świeckiej spełnianie swych wyroków, lecz że wyrzekł się tego. Nie wyrzeka się nigdy i niczego. Nie należy mówić, że zmienił się. Nie zmienia się nigdy. Wszystko się porusza; kościół pozostaje niewzruszony, i gdy dziwią się temu, odpowiada, że jest cudem. Dziś, jak i ongi, przypisuje sobie władzę świecką bezpośrednią i pośrednią, to, co zwie właściwie prawem karania politycznym i cielesnym. Ciekawym jest poznać, za pomocą kilku tekstów nowszych, doktrynę jego pod tym względem. Roku 1864 jezuita Gerhard Schneemann dowodzi w Civilta Catolica, organie swego zakonu, że odpowiednim i koniecznym jest dla kościoła zmusić do posłuszeństwa niepokornych, za pomocą kar dotkliwych, takich, jak kary pieniężne, posty, więzienie prywatne, biczowanie. „Jeśli kościół, co jest prawdą, — mówi, — posiada jurysdykcję zewnętrzną, wolno mu jest skazywać na kary świeckie“. I zakonnik ten dowodzi, że kościół nie tylko może, lecz również powinien to czynić. „W istocie, miłość rzeczy ziemskich, która obraża ustanowiony przezeń porządek, nie może być skutecznie wstrzymana w rozwoju i zduszona przez kary czysto duchowe i przez pozbawienie dóbr duszy, albowiem właśnie kary tego rodzaju są najmniej skuteczne, gdy chodzi o winowajców największych, skąd wynika, że jest niezbędnym, aby oblubienica Jezusowa stosowała kary świeckie i dotkliwe, jeśli ma być przywrócony porządek wszędzie, gdzie był naruszony, i jeśli ten, który unurzał się w grzechu, ma odpokutować i cierpieć“.
Bez tej zewnętrznej władzy przymuszania, kościół, według mniemania O. Schneemanna, nie dotrwa nigdy do końca świata. Co dotyczy granic jego jurysdykcji, to on tylko ma prawo je określić, a ktokolwiek mu tego prawa zaprzecza, jest buntownikiem wobec Boga. Ojciec Schneemann stwierdza nie bez boleści, że świat współczesny nie posiada rozumienia dla tych prawd zbawiennych i że jest niepomiernie daleki od stosowania do nich swego trybu życia. „Widzimy, powiada, że państwo nie zawsze spełnia swój obowiązek względem kościoła zgodnie z myślą boską. Złość ludzi stoi mu na przeszkodzie. To też prawo kościoła do karania winnych i do posiłkowania się siłą materjalną zostało nędznie sprowadzone do zera. Zakonnik ten wiernie wyraża myśl przywódców katolicyzmu. Kościół jeszcze wciąż uważa, że ramię świeckie ma obowiązek palenia heretyków, i że złość ludzka jest jedynym powodem, iż ono tego więcej nie czyni. Papieże dzisiejsi myślą o Świętym Officjum zupełnie to samo, co myśleli o nim ich poprzednicy — Innocenty III i Paweł III. W połowie wieku XIX (r. 1853) ten sam Civilta Catolica, organ Bractwa Jezusowego, przedstawiał Inkwizycję, jako uwieńczenie wszelkiej doskonałości społecznej. I w tym samym czasie L’Univers Ludwika Veuillot’a podziwiał jej „wysoką sprawiedliwość“ i sławił ją, jako „cud istotny“. Wzywał wszystkiemi swemi pragnieniami szczęsnego jej wznowienia, stwierdzając w charakterze dobrego kanonisty prawo papieża do przywrócenia jej w łonie wszystkich narodów. Z prawa tego kurja rzymska korzystała w zupełności roku 1862. W konkordacie, zawartym w tym czasie między papieżem a Rzecząpospolitą Equador, postanowione zostało w ośmiu artykułach, że władze świeckie są obowiązane spełniać bez prawa odmowy wszelkie wyroki, wydane przez trybunały kościelne. Niema wątpliwości, że kościół byłby skłonny do wznowienia inkwizycji również w państwach europejskich. Lecz, jak powiada dziennik Veuillot’a, nie są one tego godne.
Temu lat dwadzieścia, znajdując się pewnego dnia w pałacu Burbońskim[1], usłyszałem przypadkiem, jak pewien deputowany z prawicy odsłaniał na trybunie skandal publiczny. Ujrzawszy na jakiejś budzie jarmarcznej napis głoszący Okropności Inkwizycji, zażądał od ministra, by surowo skarcił tak jawną obrazę religji katolickiej. Minister odparł, że wypisując na swym baraku słowa Okropności Inkwizycji, właściciel budy korzystał z wolności, zapewnionej przez prawo, i że wolno było innemu hecarzowi wypisać na innym baraku: Dobrodziejstwa Inkwizycji. Ministrem tym był Waldeck-Rousseau. Odpowiedział tonem poważnym, bezczelnym i lodowatym. Zgromadzenie wybuchło śmiechem. Gdyby nuncjusz był obecny na posiedzeniu, prawdopodobnie nie uznałby za śmieszne ani pytania, ani odpowiedzi.
Papież jest władcą; królowie, cesarzowie są jego wikarjuszami. Papież, zgodnie z orzeczeniem Innocentego, jest tym dla cesarza, czym słońce dla księżyca. Jak kościół myślał temu dziesięć wieków, tak samo myśli jeszcze dziś. Mówiąc wzorem swego dawnego poprzednika świętego Leona Wielkiego, Pius IX w encyklice Quanta Cura powiedział: „Władza została dana cesarstwom nie tylko dla rządzenia światem, lecz przedewszystkim dlatego, by niosła pomoc kościołowi. Podziwiać należy stałość, z jaką papieże zwalczają rządy, które nie okazują im zupełnego posłuszeństwa, i pozostawiają pewną wolność ludom. Innocenty III potępił wielką „Kartę“ angielską. Innocenty X odmówił sankcji pokojowi Westfalskiemu, który zapewniał protestantom wolne wyznawanie wiary. Grzegorz XVI powitał konstytucję belgijską r. 1832 encykliką, w której oświadczył, że absurdem jest wolność sumienia i zarazą wolność prasy. Rzym piorunował przeciwko prawom hiszpańskim o wolności wyznań i nawet przeciwko konstytucji katolickiej Austrji, którą nazwał obmierzłą — abominalis, albowiem pozwala protestantom i Izraelitom otwierać dla siebie uczelnie i zakłady wychowawcze. Rzym potępia wreszcie wszystkie państwa współczesne Europy — z wyjątkiem Rosji. Syllabus powiada w § 80: „Pogrążeni są w błędzie występnym ci, którzy twierdzą, że papież może i powinien pogodzić się i wchodzić w układy z postępem, liberalizmem i cywilizacją współczesną, cum progresso, cum liberalismo et cum recenti civilitate se reconciliare et componere“.
Wszelka władza, niezależna od papieża, jest władzą bezprawną, wszelka władza, która mu nie jest posłuszna, jest władzą zbrodniczą. W walce niedawnej mnichów przeciw Rzeczypospolitej francuskiej, gdy dominikanin Didon uprzedzał w imieniu kościoła jenerałów, że władze zbyt pobłażliwe powinny być złożone z urzędu, gdy groził upadkiem litościwemu Feliksowi Faure’owi i jego ministrom, winnym pobłażania w stosunku do ludzi nienawistnych, którzy propagowali ideę sprawiedliwości, mnich ten był w zgodzie z tradycją kościelną i trzymał się ściśle 23-go artykułu Syllabusa, który twierdzi, że papieże mogą dziś, jak niegdyś, dowolnie pozbawiać tronu królów i darować, komu im się podoba, narody i królestwa. Jak Grzegorz VII, Pius X może i powinien powiedzieć: „Chrystus dał koronę Piotrowi, a Piotr ją daje Rudolfowi“.
Ewangielja mówi o grzechu tajemniczym, który nigdy nie będzie odpuszczony, a teologowie uczą, że tą zbrodnią nieprzebaczalną jest rozpacz. Kościół strzeże się, by jej nie popełnić: nie rozpacza nigdy. Nie zmieniając się nigdy i widząc, jak wszystko zmienia się dokoła niego, czeka cierpliwie, aby dobro nastąpiło po złym, i by narody, zaćmione przez wiedzę i myśl, znowu zostały oświecone przez wiarę. Oto jak przemawia ustami Bractwa Jezusowego:
„Państwa chrześcijańskie przestały istnieć; społeczeństwo człowiecze powróciło do pogaństwa i podobne jest do bryły glinianej, która czeka na tchnienie boskie. Lecz z pomocą bożą niema nic niemożliwego. Dzięki widzeniu proroczemu Ezechjela wiemy, że ożywia ono zbielałe kości. Te kości zbielałe to władze polityczne, parlamenty, głosowanie powszechne, śluby cywilne, rady miejskie. Co się zaś tyczy uniwersytetów, to nie są to kości wyschłe; są są to kości gnijące, i wielką jest zaraza, którą dyszy ich nauczanie, znieprawiające i niosące tchnienie dżumy. Lecz kości te mogą być powołane do życia, gdy słuchać będą słowa bożego, czyli gdy poddadzą się prawu boskiemu, głoszonemu przez doktora najwyższego i nieomylnego, Papieża“[2].
Lecz dopóki narody nie poddadzą się, jakie będzie stanowisko kościoła w stosunku do nich? Jakie mogłoby nastąpić porozumienie między Rzymem katolickim a państwami współczesnemi? On jest dobro — one są zło. On jest życie i prawda — one są kłamstwo i śmierć. W jaki sposób prawda może wchodzić w układy z kłamstwem, życie podpisywać pakty ze śmiercią, Rzym układać się z Rzecząpospolitą francuską? Tu właśnie należy rozróżniać. Tu niezbędnemi nam są nauki kanonistów, by rozważać władzę cywilną w tym, co czyni, i w tym, czym jest. Władza cywilna, gdy ją sądzimy podług jej czynów, może być zła, nienawistna, obmierzła. Lecz gdy ją rozważamy samą w sobie, jest boska.
Jest ona z Boga i zawsze z Boga, albowiem wszelka władza od Boga pochodzi. I Papież Leon XIII w Encyklice swej roku 1892 uznał, że rząd p. Carnot’a jest pochodzenia boskiego. Źli książęta, zarówno jak dobrzy, są skutkiem prawa boskiego, i Rzym może dowolnie wchodzić w układy zarówno z pierwszemi, jak i z drugiemi. To też widzimy, że dyplomacja jego jest powszechna, jak on sam.
Jego doradcy i ministrowie są doświadczeni w sprawach publicznych, często niezmiernie zręczni i czasem niepozbawieni chytrości. Rzym nie zawsze im zaleca zupełne odsłanianie myśli, albowiem ludzki zarazem i boski, pochodzący z nieba i z ziemi, jeśli cele ma duchowe, posiłkuje się środkami naturalnemi. Kuszeniem Boga jest, powiadają jego teologje, działanie nieostrożne. Zgodnie ze zdaniem O.O. Jezuitów, których kilkakrotnie już przytaczałem, powinien on brać na uwagę fakty dokonane, mieć wzgląd na okoliczności, cierpieć zło, by uniknąć gorszego.
Powie nam to zaraz biskup z Séez: Władzy tej, otrzymanej od Boga, „gdy okoliczności szczególne (cytuję dosłownie) na to mu pozwalają, a nawet zobowiązują do ustąpienia pewnych cząstek dla większego dobra, uczyni to chętnie. Będąc autorytetem najwyższym w sprawach religijnych i w tych, które przez naturę swą zależą od porządku moralnego i materjalnego zarazem, wchodzi w układy z władzami ustanowionemi, jak równy z równym“.
Lecz nim postaramy się dociec, o ile ma pozostawać wiernym traktatom, musimy wprzódy rozważyć rodzaj tych traktatów i przekonać się, czy istotnie są one zawierane tak, jak mocarstwo zawiera je z mocarstwem, lub też, czy nie są to prędzej ustępstwa, dające się wciąż odwoływać, jakie władca absolutny czyni swemu ludowi. Będąc powszechnym, kościół nie może mieć właściwie stosunków zewnętrznych. Sprawy jego z państwami sprowadzają się do spraw prowincjonalnych.
Oczywiście układa się z władzami ustanowionemi, jak równy z równym. Lecz jest słaby i nagi, jest ubogi. Z pokorą wytrzymuje próby najokrutniejsze. Cierpliwie znosi poniżenia. Ustępuje przed gwałtem. Zawsze będzie miał prawo odwołać ustępstwa, wydarte jego słabości. Zawsze może powiedzieć, że podpisał pod gwałtem i przymusem. Wszelka władza, która wchodzi z nim w układy, zadaje mu gwałt i przymus już przez to samo, że układa się z nim, zamiast go słuchać, i spiera się ze swą ze wszystkiego odartą królową, gdy powinna byłaby całować proch jej stóp. Zawsze będzie miał on prawo wołać, że nie był wolny. Dopóty nie jest wolny, póki nie rozkazuje.
Twierdzić będzie, że ustąpił w tym, w czym nie wolno mu było ustępować, że nie miał prawa wyzbywać się najmniejszej cząstki swych posiadłości i swej władzy, że dobrze wiedziano o tym i że nie należało z nim układać się, — co jest prawdą.








ROZDZIAŁ DRUGI.
Rzut oka na stosunki państwa francuskiego
z kościołem za czasów trzeciej Rzeczypospolitej,
od jej założenia aż do roku 1897.

Gdy Republika po raz trzeci została ogłoszona we Francji, kościół gallikański już nie istniał; zatarła się nawet pamięć o nim. Kościół Gallów był tylko prowincją kościoła rzymskiego. Traktat zaś z roku 1801 uczynił zeń kościół państwowy. Biskupi, którym Konkordat dawał rangę i władzę wyższych urzędników, słuchali tylko Rzymu. Duchowni uznawali jedynie władzę papieską. Ten kościół cudzoziemski posiadał niezliczone bogactwa, olbrzymie terytorja i fundacje w wielkiej liczbie. Panował w najważniejszych urzędach państwowych: w ministerjum wyznań, jako religja większości Francuzów, w oświacie publicznej, gdzie zdobył na osłabionym uniwersytecie trzy stopnie nauczania, w zakładach dobroczynnych, obsługiwanych przez zakonnice, w wojsku, któremu dostarczał oficerów wychowanych w własnych szkołach. Wpływ jego na opinję publiczną był, być może, mniej silny i mniej rozległy. Chłop, który jego nie lubił nigdy i już się jego nie bał, nie patrzył nań życzliwie; i poza prowincjami, opanowanemi przez szuanerję, po stronie księdza stały tylko kobiety i dzieci. Robotnik nienawidził jego. Lecz młoda burżuazja, pochodząca od wolterjańczyków z r. 1830, wracała doń. Jej największy mąż stanu, Thiers, dał przykład, gdy, przerażony widokiem czerwonych na ulicy, szukał schronienia pod płaszczem biskupim Dupanloup’a. Dyrektorowie fabryk, kupcy, posiadacze, mali i wielcy rentjerzy, szukali w religji obrony przed rozwydrzonemi socjalistami. Kościół w roku 1871 odnalazł swego dawnego sprzymierzeńca — strach.
W łonie rządu znalazł innego sojusznika — filozofję spirytualistyczną. Ministrowie 4 września okazali się bardziej słabemi wobec kościoła, niż ministrowie Cesarstwa. Zachowali się tak, jak ci biskupi, o których mówi Saint-Simon, „którzy mieli wstręt do maksym kościoła francuskiego, albowiem wszelka starożytność była im nieznana“. Roku 1872 uczyniono to, czego nigdy jeszcze nie zrobiono we Francji, nawet za panowania Karola X. Poddano papieżowi wybór biskupów; zgodzono się, aby nuncjusz brał udział w nominacjach, które Konkordat pozostawiał samemu rządowi francuskiemu, i zdziwiono się następnie, gdy ujrzano w rzędzie biskupów samych zapalonych ultramontanów. Lecz należy powiedzieć wszystko: później, niektórzy ministrowie wyznań, mniej łatwi, niż Crémieux i Jules Simon, kładli nacisk na to, aby kurja rzymska zatwierdzała ich kandydatów. Wychodzili zawsze źle na tym, ilekroć na to zgadzała się. Biskupom tym, narzuconym przez władzę cywilną, leżało na sercu, aby uzyskać przebaczenie dla swego pochodzenia: zaledwie zostali zatwierdzeni, głośno dawali wyraz swemu ultramontanizmowi wojowniczemu i traktowali Rzeczpospolitą, jak nieprzyjaciela. Poprostu niewiadomo było, jak się wziąć do dzieła. Porozumienie uprzednie, jak to nazywano, i interwencja nuncjusza o wyborze biskupów stanowiły nie mniej przykre nadużycie i uświęcały prawo władcy cudzoziemskiego do mieszania się w sprawy rządu Rzeczypospolitej.
Należy oddać tę sprawiedliwość kościołowi rzymskiemu, że zachował całkowitą swą niezależność w stosunku do republikanów liberalnych, filozofów spirytualistycznych i Żydów łagodnych, którzy zrzekli się w ten sposób na jego korzyść praw państwa.
Nieprawdą jest, jak twierdzono, że potępia państwo republikańskie. Przeciwnie, uważa on, że władza w republice, zarówno jak w monarchji, pochodzi od Boga, który ją ustanowił dla dobra lub dla ukarania ludów i we wszystkich wypadkach dla jego zbawienia, zbawiennym jest bowiem, aby winni podlegli karze. Dobre władze wierne są swemu pochodzeniu boskiemu: są to teokracje. Złe władze zapominają o tym, lub temu przeczą. Ustępują one bądź na rzecz tyrana, bądź na rzecz ludów część praw, które należą do Boga. Ludy obowiązane są jednakim posłannictwem wszelkim władzom, zarówno najgorszym, jak i najlepszym. Sam tylko kościół ma prawo składania z tronu książąt złych i skazywania na śmierć tyranów. Taką jest czysta doktryna.
Kościół nie uważa, aby republika była sama przez się zła. Lecz uznaje ją za złą, gdy wprowadza wolność sumienia, wolność nauczania i wolność prasy. Czemuż więc dziwić się, że kościół starał się zrzucić tę Rzeczpospolitą, to najbardziej w jego oczach nienawistne ze wszystkich państw współczesnych, skoro była najbardziej świecka i miała zamiar oddać nauczanie, sprawiedliwość i dobroczynność publiczną w ręce osób świeckich. Cała jego nadzieja spoczywała w Frohsdorfie, gdzie śniło i polowało dziecko cudu, które temu lat sześćdziesiąt Bóg dał Francji, by ją zbawić. Smutne wybory w r. 1871. dokonane pod ogniem armat niemieckich, były pierwszym jego tryumfem. Chłopi pragnęli pokoju. Bojąc się republikanów, którzy, jak Wiktor Hugo, nosili ciągle na głowie kaszkiet obrony narodowej, wybrali przeważnie starych monarchistów, na których nie ciążyła żadna wina za błędy Cesarstwa i klęski Rzeczypospolitej. Z ich głosów pokojowych wyszło zgromadzenie, które poświęciło Francję Sercu Jezusowemu.
Biskupi, mnichy i księża w cieniu tego zgromadzenia pracowali nad odbudowaniem monarchji. Chłopi pozwalali im robić, przenosząc niebieskich nad czerwonych i mniej obawiając się powrotu dziesięciny, niż podziału dóbr. Gdy Komuna paryska została zgnieciona, a 80-tysięcy proletarjuszów wyrżniętych, Rzeczpospolita trzymała się tylko dzięki staruszkowi zręcznemu, egoistycznemu, okrutnemu, dzięki prezydentowi Thiersowi, który bronił jej bez szlachetności, bez honoru, lecz chciwie i subtelnie, jako swego dobra. Thiers upadł. W świecie duchownym zapowiadano blizkie wejście do Paryża Henryka V. Pokazywano karocę i rumaki króla. Klerycy studjowali ceremoniał koronacyjny, a damy w zamkach haftowały na białych szarfach złote lilje. Monarchja prawa boskiego była dokonana. Trzeba było, aby hrabia Chambord sam ją zburzył i uczynił niemożliwym jej wznowienie, odrzucając sztandar trójbarwny, przedmiot kultu narodowego. Kler zwrócił się wówczas do Orleanów, którzy, pomimo ciężkości niemieckiej wodza, byli pretendentami groźnemi, dzięki wielkiej klijenteli burżuazyjnej i miljardom. Ciemny żołdak, którym Zgromadzenie zastąpiło Thiersa, pokusił się na zamach 16 maja, cios brutalny i bojaźliwy, w którym czuć było dłoń księżą. Ludzie, których powołał do ministejum, byli to monarchiści, lecz zarazem członkowie parlamentu, którzy nie chcieli uciekać się do gwałtu, co wydało się niewiarogodnym wszystkim, a nawet ich własnym prefektom. Republikanie ówcześni — wierni, gdy byli w rządzie, okazali się doskonałemi w opozycji. Zwalczali monarchistów z dyscypliną ścisłą i z ogniem świetnym. Opinja była po ich stronie w miastach, wieś poczynała powracać na ich stronę. Wybory przywróciły im władzę.
Thiers umarł. Gambetta, który dzięki swej gorącej wymowie, utrwalił zwycięstwo wyborcze, stawał się przywódcą opinji i arbitrem Rzeczypospolitej. Od niego zwłaszcza zależała polityka nowego państwa w stosunku do starego kościoła. Czy zerwie Konkordat, czy wykaże konieczność zerwania więzów, łączących wzajemnie obydwuch wrogów? Nic nie było bardziej dalekie od jego myśli.
— Dlaczego nie chce Pan rozdziału kościoła od państwa? — zapytał go pewnego dnia Jacek Loyson, który sam pod deszczem piorunów odłączył się od kościoła.
— Byłby to koniec świata — odparł Gambetta. — Kler, grupuje dokoła siebie całą reakcję, byłby silniejszy od nas.
A wszak kler konkordatowy zgrupował już tę całą reakcję! I Gambetta wiedział o tem dobrze. Lecz wyczuwał trudności bezpośrednie. Stronnictwo jego bało się rozdziału kościoła od państwa; rząd zwycięzców miał na czele katolika, zwolennika konkordatu i wiernego obrządkom, starego Dufaure’a. Armja zasłaniała kościół. Tak blizko klęski i, tak przynajmniej sądzono, odwetu, któż śmiałby dotknąć armji? Gambetta, zresztą, pod rewolucyjnością pozorną był głęboko konserwatywny. Pragnął tylko ciągnąć dalej politykę religijną Napoleona I, rządu lipcowego i Napoleona III. Nie znał, nie rozumiał innej. Był to człowiek władzy. Gdy jego ogień szlachetny, dobroć szeroka niosły ku wszelkim sojuszom i wszelkim objęciom, instynkt panowania ostrzegał, by oszczędzać kościoła, tego sojusznika naturalnego wszelkiej władzy. Rzucił słowa grzmiące: „Klerykalizm — oto wróg! — nakształt głosu trąbki, która gra do ataku — przeciw próżni. Wskazując klerykalizm, jako wroga, odwracał od kościoła ciosy republikanów, by zwrócić je przeciw jakiejś istocie rozumnej, jakiemuś widmu państwowemu. Odtąd polityka kościelna trzeciej Rzeczypospolitej była już określona[3].
Roku 1880 Juljusz Ferry, minister oświaty publicznej, bronił wobec izb projektu prawa o nauczaniu wyższym, którego artykuł siódmy odmawiał wszelkiego prawa nauczania członkom kongregacji, nieuznanych przez państwo. Senat odrzucił ten artykuł. Izba deputowanych, zgodnie z polityką antiklerykalną Gambetty, zażądała drogą porządku dziennego rozpuszczenia kongregacji, które nie istniały prawnie. Wskutek tego prezydent Rzeczypospolitej, — był nim Grévy, — podpisał dekrety, nakazujące rozproszenie zakonników, przeciwko którym zwróciła się Izba.
Ci ostatni odmówili w większości wypadków posłuszeństwa, twierdząc, że nie mogą tego uczynić, że prawo jest niesprawiedliwe i że poddać się niesprawiedliwości, jest to uczynić się jej wspólnikiem. Dominikanie i kapucyni ustąpili tylko wobec siły, łub właściwie wobec symbolów siły.
Prefekt policji Andrieux przybył sam w szarych rękawiczkach wypędzać osobiście jezuitów z ich domu przy ulicy de Sevres. Nazajutrz — wszyscy wrócili z powrotem. Były to pierwsze prześladowania kościoła za czasów trzeciej Rzeczypospolitej. Trwały od czerwca do września.
Zgodnie z zamiarami Tuljusza Ferry i jego współpracowników, były to tylko pozory i zabawka. Juljusz Ferry bez wątpienia nie był jeszcze wówczas sformułował planów, które wykonał później. Lecz już z uporem trzymał się przy rządzie i władzy. Posiadał dwie wielkie cechy męża stanu: ogromną pracowitość i wytrwałość. Umiał prowadzić przedsięwzięcie, i jeśli jego akcja przeciwko mnichom była widomie słaba, to dlatego, że tego chciał i że szedł, oszczędzając kościoła, za przestrogami własnej ambicji. Gdy po śmierci Gambetty stanął na cze- le rządu, okazał się imperjalistą na sposób angielski i pchnął Francję do tych ekspedycji kolonjalnych i podbojów dalekich, które porywają za sobą armję, finanse, handel i misje katolickie w tym samym pędzie sławy i interesów. Odtąd schlebiał biskupom i nie zamykał już klasztorów. Biali ojcowie stali się jego współpracownikami. Dla niego, niebezpieczeństwo nie groziło już ze strony mnichów. Wstawało ono na lewicy, na ławach, zajętych przez radykałów. Był to czas, gdy Clémenceau zadawał raz za razem ciosy polityce oportunistycznej. Powiedziano mu później: „Zrzucał pan wszelkie ministerja“. Na co on odparł: „Nie zrzuciłem nigdy więcej niż jedno: było to zawsze to samo ministerjum“. Miał rację, zwłaszcza w kwestji kościelnej. Polityka religijna oportunistów polegała zawsze na układach tajnych z kongregacjami, które napozór jawnie gromiono. Głosili antiklerykalizm, i jeśli w słowie tym tkwił dla nich, jak się zdaje, obowiązek zapewnienia władzy naczelnej państwu świeckiemu, to czyż znali tak źle kościół rzymski, aby sądzić mogli, że potrafią zamknąć go bez wysiłku w dziedzinie duchownej, jak gdyby nie domagał się stale panowania nad obyczajami, czyli panowania świeckiego? Sądzili, że trzymają go w rękach przez układ z r. 1801, nie dostrzegając, że układ ten regulował jedynie stosunki papieża i państwa francuskiego z kościołem gallikańskim, i że kościół gallikański już nie istnieje. Zachowali wiarę niezłomną w dzieło prawodawcze konsula, które ich stale oszukiwało. Przykro było patrzeć na to, jak tłumaczą Konkordat w sposób ciasny, chwytają się czasem jego stron najniższych i wierzą, że środkami policyjnemi zwalczą instytucję, która w ciągu tylu wieków trzymała w rękach, ugniatała i łamała ciżbę ludzką i która zachowuje nawet w swym zniedołężnieniu resztki siły, zginającej ongi karki cesarzów. Cóż uczynili od czasu, gdy byli u władzy, na co zdobyli się, by zgnieść tego przeciwnika, którego ich przodkowie w r. 1826 nazywali stronnictwem księżowskim, a którego oni nie śmieli nazwać? Zmniejszyli pensje biskupom, znieśli stypendja w seminarjach, obcięli kilka wikarjatów i wyrzucili kilku jałmużników, wreszcie, z roku na rok, zmniejszyli budżet wyznań o 6 — 7 miljonów. Rozgniewali wroga, nie osłabiając go. Doprowadzili do tego, że ich nienawidzono, lecz nie umieli doprowadzić do tego, by ich się bano.
Podczas wyborów w r. 1885, jak i podczas poprzednich, kler jawnie popierał kandydatów monarchicznych, którzy tym razem wzrośli w liczbę i odwagę. Goblet umysł uczciwy, łatwo zapalający się gniewem i krótkowidzący, objął zarząd wyznań w ministerjum, w którym de Freycinet połączył radykałów i oportunistów. Goblet starał się zwalczyć zbuntowany kościół za pomocą oręża, który dawał mu w rękę Konkordat. Zniósł wikarjaty, i gdy biskupi nazwali go prześladowcą i zbrodniarzem, oddał dwu pod sąd Rady Państwa, która wydała wyrok przeciwko nim, co im nie sprawiło żadnej przykrości. Jednym słowem, radykał Goblet uczynił zupełnie to samo, co robili oportuniści. Czy mógł uczynić co innego wobec Konkordatu i przy współczesnym stanie umysłów? Nie!
Rząd Rzeczypospolitej nie trzymał w garści ani kościoła, ani sądownictwa, ani wojska. Bryznęły nań błotem skandale pałacu Elizejskiego podczas starości sennej prezydenta Grévy’ego. Największa siła rzeczypospolitych — lud, miękko podtrzymywał ustrój, który, zadowolony z tego, że dał wolność publiczną, nie dbał zupełnie o to, by utrwalić sprawiedliwość społeczną, i w sprawach robotniczych okazał się bardziej reakcyjnym, niż cesarstwo. Wystarczyło dla podniesienia entuzjazmu tłumów, aby pewien jenerał bardzo piękny, który zachował pod swym białym pióropuszem żywość podporucznika, zjawił się na swym karym koniu na ulicy. Pretendent skompromitował się bezwstydnie z Boulanger’em. W nędznym upadku jenerał pociągnął za sobą nadzieje rojalistów. Papież Leon XIII, który zachował aż do głębokiej starości spryt dyplomaty i rzut oka polityka, zrozumiał, że sprawa monarchji przepadła na zawsze. Postarał się odciągnąć od niej kler francuski. Opowiadają, że pewnego dnia rzekł, wskazując na krucyfiks: „Oto jedyny trup, do którego kościół jest przywiązany“. Zerwał stanowczo wszelki łącznik z monarchją umarłą. Wyłożył swe poglądy w encyklice z roku 1892:
„Uważamy za odpowiednie, nawet za konieczne podnieść głos, by wezwać z naciskiem nie tylko katolików, lecz wszystkich Francuzów uczciwych i rozumnych, by odepchnęli daleko od siebie wszelkie ziarno niezgody politycznej i poświęcili wyłącznie swe siły na uspokojenie ojczyzny. Władza cywilna, rozpatrywana jako taka, jest od Boga i zawsze od Boga!...
„Skutkiem tego, gdy rządy, reprezentujące tę niewzruszoną władzę cywilną, są ustanowione, poddawać się im jest nie tylko dozwolone, lecz pożądane, powiedzmy więcej, narzucone przez konieczność dobra społecznego... Prawodawstwo nie zależy do tego stopnia od władz publicznych lub od ich formy, że pod panowaniem ustroju, którego forma jest najdoskonalsza, prawodawstwo może być niegodziwe, gdy ustrój, którego forma jest najmniej doskonała, może stworzyć prawodawstwo wyborne... Oto wlaśnie teren, na którym, odrzucając na bok wszelką niezgodę polityczną, ludzie, miłujący dobro, mogą zjednoczyć się, jak jeden mąż, by zwalczać za pomocą środków legalnych i uczciwych kolejne nadużycia prawodawstwa... Szacunek, przynależny władzom ustanowionym, nie może tego zabronić“.
W ten sposób starzec namawiał katolików, by nie przypuszczali więcej do Rzeczypospolitej szturmów bezużytecznych, lecz by uznali jej prawomocność oraz wchodzili, o ile to jest możliwe, do rządu i tam zmieniali prawa i uzbrajali je na korzyść kościoła. Te rady nakazujące wywołały z początku wielkie zamieszanie wśród katolików. Tylko najinteligentniejsi z nich zrozumieli, o co chodzi. Wkrótce list papieża do kardynałów francuskich potwierdził encyklikę. De Mun i niektórzy z jego towarzyszy przyłączyli się do polityki papieskiej i na rozkaz stali się republikanami. W izbie pod kierownictwem deputowanego Piou utworzyła się prawica republikańska, która zgodziła się na konstytucję, zachowując swobodę zwalczania wszelkiego prawa, wrogiego kościołowi. Lecz wielu katolików prowincjonalnych i rojalistów, niezdolnych do zrozumienia tej polityki, potępiło ją w ten sposób, że swiętopietrze silnie na tym ucierpiało. Damy dewotki z Bretanji i z Anjou modliły się o nawrócenie papieża.
Ministrowie Rzeczypospolitej uwierzyli lub udali, że wierzą w liberalizm Leona XIII. Na to zdumiewające głupstwo nikt nie zwrócił uwagi, do tego stopnia mało wiadomym jest we Francji, co to jest papież. I ministrowie mogli sobie powinszować mądrości, która pozwoliła temu inteligientnemu arcykapłanowi zbliżyć się do Rzeczypospolitej. W istocie Rzeczpospospolita pod przewodnictwem bardzo godnego przedstawiciela wielkiej burżuazji Carnot’a wykazywała wielkie zadowolenie z siebie samej. Winszowała sobie zjednoczenia wszystkich sił zachowawczych społeczeństwa. Dumną była, widząc, jak przychodzą do niej księża i szlachta. Na wzór dawnych monarchji wyciągała do religji dłoń władczą i opiekuńczą.
Wydziałem wyznań zarządzał r. 1894 pewien minister, uczeń Gambetty, lecz zupełnie inny, niż Jules Ferry, bynajmniej nie imperjalista, człowiek cichy, prosty, bez wszelkiej ambicji, który chętnie zajmował się filozofją niemiecką, popijając piwo. Był bardzo inteligientny; nieprzenikliwa dobroduszność owijała ostrza jego ironicznego umysłu. Był bardziej oczytany, niż bywają zwykle politycy. Znał książki Lamennais’a i mowy Montalambert’a i interesował się sprawami kościelnemi. Jako minister, lubił rozmowy z biskupami, a że duszę miał miękką i dobrą, począł ich kochać. Uwierzył, że są, jak on, subtelni i umiarkowani; uwierzył, że jest teologiem, jak oni. Wreszcie, gdy zestarzał się, znużył i roztył, myślał tylko o tym, by żyć z Rzymem w ciszy i pokoju.
W ten sposób Spuller tchnął w biuro ministerjum wyznań ducha, który nazwał nowym, a który był przeważnie odwiecznym duchem spokoju i zadowolenia ministrów, którym schlebiają, i którzy pochlebiają sobie sami.
Podczas tego pokoju błogosławionego, w tej ciszy religijnej kościół rzymski przygotowywał potężny szturm do Rzeczypospolitej.








RODZIAŁ TRZECI.
O działalności kościoła we Francji
od roku 1897 do 1899.

Roku 1897 poruszyła kraj sprawa, która dotyczyła armji pod względem administracyjnym i sądowym. Z punktu widzenia namitności, które wzbudziła, porównać ją można jedynie z bullą Unigenitus, ogłoszoną sto siedemdziesiąt cztery lat wprzódy, a która była również, zaznaczam to z przyjemnością, wyrazem sporu Francuzów na temat sprawiedliwości i niesprawiedliwości. W sprawie Dreyfusa, wywołanej przez wyrok tajny, tkwiło to niebezpieczeństwo, że tajemnica, którą ją otoczono, sprzyjała kłamstwu. U jej źrodła znajdujemy antisemitów, obrabiających od pewnego czasu spokojną Francję. I byłoby to powodem zdziwienia, że w czasach spokojnych, w łonie narodu miłego i tolerancyjnego znaleźli się ludzie, budzący dawne nienawiści rasowe i wojny religijne, gdyby nie wiedziano, skąd pochodzą ci ludzie, i gdyby nie rozpoznano w nich wysłańców kościoła rzymskiego. Do antisemitów przyłączyło się wkrótce stronnictwo liczne, stronnictwo Czarne, które w salonach, na przedmieściach, po wsiach rozpowszechniało słuchy złowieszcze, naszeptywało wieści alarmujące, mówiło o spisku i o zdradzie, niepokoiło patryjotyzm i bezpieczeństwo narodowe, przepajało naród przez czas długi obawą i gniewem. Nie pokazywało się ono jeszcze na światło dzienne i tworzyło w cieniu masę ogromną i zmieszaną, w której domyślać się można było pewnego podobieństwa z habitami pancernemi mnichów Ligi. Lecz gdy zjednoczyło wszystkie siły kontrrewolucyjne, gdy przyciągnęło do siebie niezliczonych malkontentów Rzeczypospolitej, gdy podniosło wreszcie przed sobą wszystko, co tylko może porwać pyłu ludzkiego nagły podmuch opinji, wzniosła swe czoło pstre i olbrzymie i przyjęło błyszczącą nazwę Nacjonalizmu.
Łatwowierność tłumów jest nieskończona. Uwiedziony i wściekły lud ogromnemi masami rzucił się w pułapkę antisemitów. A przywódcy opinji republikańskiej w zbyt wielkiej liczbie poszli za nim, ze smutkiem w duszy. Okres prawodawczy kończył się w głuchym niepokoju, w milczeniu rządu, który padł ofiarą, lub stał się wspólnikiem stronnictwa Czarnego, i z pośród którego nacjonaliści wzięli zakładników. Wobec zbliżających się wyborów, mnichy odsłoniły przyłbicę. Nie dlatego, aby miały stracić cierpliwość. Cierpliwości nie brak nigdy duchownym. Lecz wyzbyto się wszelkiej ostrożności, jako bagażu kłopotliwego i rzucono się z wściekłością w wir walki politycznej. Cała milicja rzymska poszła do ataku. Kongregacje nieuprawomocnione, czując się bardziej swobodnemi, działały najśmielej. Akcja ich była przygotowana oddawna. We wszystkich sprawach kościelnych znajdujemy wytrwałość i konsekwencję. Aby zdobyć władzę świecką we Francji, kościół wolał od lat kilku posiłkować się organizacjami wolnemi, kongregacjami nieuznanemi. A liczba ich wzrastała bez przerwy w zalanej niemi Francji.
Przy tej sposobności, ujrzano znowu tych wrogów dawnych władz świeckich, tych Ojczulków zewsząd wyganianych i znajdujących się wszędzie: jezuitów, o których mówił adwokat Pasquier za czasów Henryka IV, że dążą tylko do zniszczenia państwa, jezuitów, tych „pierwszych podżegaczy“ W naszych zamieszkach. — Że oni to kierowali akcją antisemitów na początku sprawy Dreyfusa — nie ulega wątpliwości. Chwytamy ich później na gorącym uczynku intrygowania w biurach ministerjum wojny, by uratować nieszczęśliwców, którzy oblewali się krwawym potem, by zdusić prawdę. Ale też jezuici mieli w tym święty interes. Liczyli na sprawę, by zatrzeć przestępstwo Zgromadzenia Ustawodawczego, i mieli nadzieję, że zdrada Żyda zmusi Francję oburzoną i przestraszoną do odebrania Żydom i protestantom praw obywatelskich i do przywrócenia W ten sposób w swym prawodawstwie jedności na korzyść katolików rzymskich. Jak się zdaje, ukrywali zamiary swoje z mniejszą starannością, niż zwykle. Być może mniej okazał się zdolnym do udawania O. Du Lac, lub też byli zbyt pewni powodzenia, mając tym razem za spólników własnych swych wrogów, tłum cały wolnomyślicieli i republikanów.
Zakon św. Dominika, założony w celu zwalczania herezji, okazał się wiernym swej misji pierwotnej. Kaznodzieje jego ciskali gromy z ambon, wywołując wielkie wzburzenie i zachowując zarazem pewne środki ostrożności. Zaczęli od tego, że wyrazili swe zadowolenie z Rzeczypospolitej, oczekując wiele od ministerjum Meline'a. Pewien braciszek-kaznodzieja O. Maumus powiedział to wyraźnie w książce swej o „Katolikach i wolnościach politycznych”: „Polityka gabinetu, o ile zwycięży, będzie nieskończenie bardziej korzystna dla kościoła, niż powrót do ustroju dawnego”.
Wszakże, z wysiłkiem większym, niż bractwo Jezusowe i niż bracia każący, pracowali dla świętej rewolucji assompcjoniści. Był to zakon nowy, założony koło r. 1850. W zachowaniu się swym byli surowi i brutalni, o obyczajach chłopskich. Mówili o sobie, że są ubodzy, bardzo ubodzy i że, jak ptacy niebiescy, oczekują codzień ziarna. A posiadali czternaście domów z kapitałem obrotowym, wynoszącym miljon i więcej. Dane ścisłe o nich znaleźć można w sprawozdaniu z procesu, który został im wytoczony. Zbogacili się, sprzedając cuda św. Antoniego. Wiadomo, co nizka dewocja współczesna uczyniła z tego franciszkanina, pełnego odwagi i miłosierdzia, który w wieku surowym i ciemnym życie swe poświęcił obronie ubogich przed skąpstwem biskupów i okrutnością książąt. Dziś, za pośrednictwem assompcjonistów i za uczciwym wynagrodzeniem odszukuje zgubione przedmioty i nie tylko pieniądze, klejnoty i klucze. Znam w Bordeaux pewnego kamienicznika, któremu pomógł znaleźć lokatora, i pewną, damę, której pomógł znaleźć nową miłość. Aby wyzyskać sprawę Dreyfusa, założyli własny dziennik La Croix, redagowany w stylu O. Duchesne'a, i któremu za winietę, zamiast „handlarza pieców kuchennych” [4], służył Chrystus na krzyżu: symbol ten dla otumanienia prostych umysłów nadawał cech świątobliwości budującej i majestatu form liturgicznych brudnym wymysłom i oszczerstwom wstrętnym. Wkrótce takie Croix zaczęły wychodzić we wszystkich departamentach, rozpowszechniając po wsiach wraz z wizerunkiem Chrystusa kłamstwo i potwarz. Z drukarni ich, zwanej „Domem Dobrej Prasy”, wychodziła masa przeglądów, kalendarzy, broszur agitacyjnych, religijnych i politycznych. Założyli wiele instytucji, założyli bractwa dla popierania kupców katolickich i dla zmuszenia przez głód do pobożności drobnych sklepikarzy; założyli stowarzyszenia rycerskie, których członkowie składali w ich ręce przysięgę posłuszeństwa i otrzymywali dyplomy, podpisane na ołtarzu; założyli instytucję wyborczą katolicką, która następnie przyjęła nazwę „Komitetu sprawiedliwości i równości”, a która miała na celu branie bezpośredniego udziału we wszelkich wyborach miejskich, kantonalnych, parlamentarnych i na prezydenta Rzeczypospolitej oraz zwalczanie w ten sposób niewiernych, jako średniowieczni krzyżowcy zwalczali muzułmanów. „Mieli — powiada Waldeck-Rousseau — w każdej gminie agiencję swoją i agienta, by prowadzić rachunek bieżący z wyborów”. Zbierali „grosz mniszek dla wojny świętej”. Dziewięćdziesiąt sześć klubów katolickich, dzieło N. M. P. Wojskowej, które rozporządzało budżetem, dochodzącym do półtora miljona franków, przyłączyło się do tych mnichów.
Republikańscy członkowie parlamentu, nie umiejący stanąć w porę między swemi wyborcami a nacjonalistami i pozwalający antisemityzmowi zawładnąć opinją, publiczną za pomocą kłamstw, które bali się zwalczać, patrzyli ze zdziwieniem i niepokojem na rozpoczęcie walki przez armję Czarną. Leon Bourgeois w mowie, wypowiedzianej w Izbie dnia 16 listopada roku 1897, zwrócił uwagę na rosnącą śmiałość kongregacji, wskazał z przerażeniem wszechpotęgę wpływu katolickiego w armji, opowiedział, jak w miastach garnizonowych oficerowie zmuszeni są chodzić na msze, by nie stracić możności awansowania i posyłać swe dzieci na naukę do zakonników, którzy wychowują je w nienawiści i pogardzie dla władzy cywilnej. Izba uchwaliła rozklejenie afiszów z mową Bourgeois po całej Francji. Lecz jakim szaleństwem było sądzić, że można będzie dać sobie rady z mnichami, ukrytemi poza zbrodniami sztabu gieneralnego, nie wyrzuciwszy ich uprzednio z niezdobytych szańców kłamstwa! Chciano skończyć z kongregacjami uzbrojonemi, a nie śmiano nawet spojrzeć wprost na ich potężną maszynę wojenną — sprawę Dreyfusa! Śmiałość mnichów, która zdawała się być doprowadzona do krańców, wzrosła. Podburzali i ogłupiali nieokreślone masy obietnicami zwodnemi i grubym oszustwem. Brali udział w spiskach rojalistycznych, mniej dążąc do niemożliwego przywrócenia tronu pretendentowi, niż do wprowadzenia dyktatury wojskowej i zorganizowania siły materjalnej, której byliby duszą. Mieszali się do zaburzeń ulicznych, wynajmowali buntowników. Wieczór nie przechodził, by w Paryżu na bulwarach nie przeciągały bandy młodych kamelotów, krzyczących „Niech żyje armja!” — na korzyść kościoła rzymskiego.
Wybory odbyły się prawie wszędzie, mając za platformę sprawę Dreyfusa, przy niesłychanym tumulcie groźb i obelg, i jeśli nie popłynęła krew, to tylko dlatego, że w charakterze francuskim tkwi pewne umiarkowanie, które nie rychło wyczerpuje się. Republikanie z trudem odnieśli zwycięstwo po walce poniżającej pod gradem obelg i oszczerstw, utraciwszy kilku ze swych przywódców i pozostawiwszy w pewnych okręgach przewagę swym gwałtownym przeciwnikom.
Niebezpieczeństwo stało się jawnym. Republikanie w parlamencie widzieli je, lecz nie odkryli jeszcze, nie chcieli odkryć powodu bezpośredniego swej słabości i swego poniżenia. Nie czuli jeszcze prawdy, zawartej w słowach silnych, wypowiedzianych przez jednego z nich, gdy odmawiał przyjęcia kandydatury na posła, której warunkiem było milczenie w sprawie Dreyfusa: „Stronnictwo Wielkie, jakim jest partja republikańska — powiedział Maurice Leben — nie może pozwolić bezkarnie na gwałcenie wyższych zasad prawa i sprawiedliwości, nie tracąc zarazem w ten sposób wszelkiej racji bytu”. Pomimo wysiłków niektórych ludzi, jak Ranc, Jaurès, Clémenceau, Trarieux, Pressensé, partji Czarnej udało się utrzymać jedność republikanów i nacjonalistów w sprawie Dreyfusa. To było najważniejsze, albowiem, jak długo trwała ta zgoda, jasnym było, że republikanie, trzymający w rękach władzę, będą działali na korzyść swych wrogów i pomimowoli staną się sojusznikami mnichów. To też, gdy głowa rządu, który ich wiódł z wytrwałością niezwalczoną do ruiny politycznej i moralnej, i którego nie śmieli ani zwalczać ani podtrzymywać, padł, i gdy zarząd spraw publicznych przeszedł w ręce starego, pełnego godności republikanina Henryka Brissona, ten stały wróg kongregacji był zmuszony dzielić swą władzę z nacjonalistami i powierzyć ich człowiekowi Cavaignacowi tekę ministerjum wojny, w którym pracowali członkowie kongregacji. Mnisi pełni byli nadziei. Mieli Sprawę, tę szczęsną Sprawę, którą, jak myśleli, sam Bóg wywołał, by przywrócić Francję wierze katolickiej. Jeden z nich, O. Didon z zakonu św. Dominika, kierownik szkoły Alberta Wielkiego, podczas rozdawnictwa nagród, któremu przewodniczył wódz naczelny armji Jamont, wypowiedział mowę gwałtowna i scholastyczną, w której z ogniem św. Piotra Męczennika a filozofją św. Tomasza z Akwinu wzywał siły przeciw ludziom, winnym jedynie tego, że myślą w pewien sposób i mają, pewne poglądy, co, zgodnie z doktryną, katolicka, jest istotnie godne potępienia w rzeczach wiary. A cóż nie jest rzeczą wiary, odkąd papież nieomylny wypowiedział się w sprawie obyczajów, jak i w kwestji dogmatów? Uprzedzał rząd, że, tolerując ten nieład, czyni się jego spólnikiem, zapowiadał krwawe represje tym, którzy będą napadali na armję, przez co on sam rozumiał napaść słowem i piórem, i co było w istocie jedynie szlachetnym wykazywaniem omyłki sądowej. Wreszcie, głosił podporządkowanie władzy cywilnej władzy wojskowej, zmuszając w ten sposób ramię świeckie do bezpośredniego posłuszeństwa względem władzy duchownej.
„Czyż należy — wołał ten mnich wymowny — czyż należy pozostawić wolność czynu ludziom złym? Nie, zaiste! Gdy nie pomogła perswazja, gdy miłość okazała się bezsilną, należy uzbroić się w siłę karzacą, potrząsnąć mieczem, teroryzować, karać, uderzać; trzeba narzucić sprawiedliwość. Użycie siły w tym wypadku jest nie tylko dozwolone i uprawnione, lecz staje się obowiązkiem. A siła, użyta w ten sposób, przestaje być potęgą brutalną: staje się energją dobroczynną i świętą.
„Sztuka najwyższą rządu jest dokładne poznanie godziny, gdy tolerancja staje się spólnictwem występku. Biada tym, którzy na swą słabość zbrodniczą kładą maskę legalności niedostatecznej, tym, którzy pozwalają mieczowi stępić się, tym, których dobroć staje się dobrodusznością! Kraj, wydany na pastwę wszelkich niepokojów, odrzuci ich precz z pogardą, nie chcieli bowiem nawet za cenę krwi bronić go i zbawić.
„...To też, panowie, Francja zachowuje swą armję i dba o nią, jako o swój skarb święty: żywi kult jej, i gniew jej byłby straszny, a represalja krwawe przeciw świętokradcom, którzy byliby się ośmielili na tę armję napadać. Wbrew intelektualizmowi, który wyznaje pogardę siły, wbrew nadużyciom wolności szalonej, która niecierpliwi się i burzy przeciw sile, wbrew pretensjom cywilizmu, jeśli wolno mi użyć tego słowa barbarzyńskiego, który pragnie poddać pod swą władzę wojskowość, wbrew kosmopolityzmowi, który nie uznaje praw ludzkości, zgrupowanej wolą Opatrzności i naturą rzeczy w narody oddzielne, wbrew wszelkim sofizmatom, zboczeniom umysłów niezrównoważonych, wbrew wszelkim ofiarom, które pociąga za sobą utrzymanie każdego wojska narodowego, Francja chce swej armji, chce ją mieć potężną, niezwyciężoną i pokłada w niej swe najdroższe, najszczytniejsze nadzieje...”
Z wściekłością okrutną słowa te wyrażają całą doktrynę; potępiają wolności polityczne i wolność myślenia. Jest to proklamacja Syllabusa w wezwaniu do wojny domowej. Wódz naczelny wojsk francuzkich w milczeniu wysłuchał słów mnicha, wzywającego żołnierzy do buntu i rzezi. W ten sposób i tym razem jeszcze biała suknia Lacordaire’a okazała się symbolem wolności, wolności teokracji, zagwarantowanej przez szpadę Francji. Ministerjum Brisson’a trwało krótko. Tylko energji swego premjera miało do zawdzięczenia, że trwało dość długo, by móc spełnić swój obowiązek i rozpocząć rewizję procesu r. 1894, która okazała się konieczną po wyznaniach i samobójstwie pułkownika Henry’ego.
Słów brak, by opisać ministerjum Dupuy, które nastąpiło potym. Był to chaos, ruina, przepaść. Rzeczpospolita szła, kędy ją niosła Sprawa, którą wyciem budzili nacjonaliści, porwani przez bandy rzymskie. Rządziły wówczas w miastach pałki i sztylety, i laska arystokratyczna zgniotła kapelusz prezydenta Loubet’a.
Republikanie poczęli głęboko zastanawiać się i ujrzeli, że zło, które nagle przeszło w stan ostry, jest chorobą głuchą i głęboką, chorobą dawną, której początki znaleźli w prawie z d. 15 marca roku 1850. Jakkolwiek w znacznej części to ostatnie było już zniesione, skutki jego trwały i nie przestawały działać coraz szerzej. Istotnie, posiadało ono, to prawo Falloux cechę, którą rzadko miewają prawa do tego stopnia — skuteczność. Aby je ustanowić, potrzebne były ze strony ultramontanów ówczesnych: rzadka zdolność przewidywania i zręczność szczególna oraz to poczucie ciągłości i trwania, które bardziej niż gdzieindziej znaleźć można w polityce kościoła. Lecz nie byliby osiągnęli celu bez pomocy przeciwników; a pomocy tej nie zabrakło. Otrzymali ją ze strony liberałów, a nie miało to być po raz ostatni. Liberałowie, podobnie jak i inni ludzie, sa, skłonni do obaw. Rewolucja, która zniosła monarchję lipcową, grzmiała jeszcze, a mówcy w klubach wypowiadali przerażające słowa — komunizm i podział. Światła część mieszczaństwa, która niedawno spokojnie pod osłoną władzy wskazywała intrygi jezuitów, rzuciła się w objęcia ultramontanów ze strachu przed czerwonemi. Prawo Falloux jest dzieckiem gorliwości i obawy.
W komisji przygotowawczej ksiądz Dupanloup mówił:
— Sprawa kongregacji jest kwestją sprawiedliwości i cnoty.
Na co stary wolterjańczyk Thiers, zwracając się do kuma Cousin’a, rzekł:
— Cousin, Cousin, ma słuszność ksiądz, zwalczaliśmy sprawiedliwość, zwalczaliśmy cnotę, winniśmy im zadośćuczynienie.
A filozof Cousin zawołał:
— Biegnijmy paść do nóg biskupom!
Prawo to oddawało trzy stopnie nauczania w ręce kościoła i kładło na czole Francji znak obskurantyzmu. Nie tu miejsce przypominać ucisk okrutny, jakiemu podlegało nauczanie wyższe, gdy biskupi łamali łagodnych filozofów ze Szkoły Normalnej. Nie tu miejsce przypominać, że za słowo przeciwne prawomyślności katolickiej strącono Renan’a z katedry Kolegjum Francuskiego. Wystarczy, gdy wskażemy tylko jedno, a mianowicie los, jaki prawo Falloux zgotowało nauczaniu początkowemu i średniemu. W tysiącach gmin szkoły publiczne zostały oddane członkom kongregacji. Ślub posłuszeństwa odnosił zwycięstwo nad dyplomem uzdolnienia, i część ludu utrwalana była w ciemnocie i poddana. dyscyplinie błędu. Jezuici, marjaniści, zawładnąwszy klijentelą szlachecką, przyciągnęli do swych zakładów synów burżuazji bogatej i próżnej, która, pragnąc stać się podobną do szlachty, mogła przynajmniej naśladować ją w przesądach. Oddali się wyłącznie przygotowywaniu dobrych kandydatów do wielkich szkół lądowych i morskich. Uniwersytet jest dobrą matką, lecz gdy wychowankowie oderwali się od jego łona, nie zna ich więcej. Ojcowie natomiast nie opuszczają nigdy swych uczniów. Wielu powiedziało to już przede mną, a zwłaszcza doskonale to określił Józef Reinach [5]. Śledzę, ich w życiu, żenią ich. Pomagają im awansować w armji, w administracji, popierają ich w wielkim handlu, w przemyśle, adwokaturze, medycynie, w karjerze naukowej. Zapewniają sobie w ten sposób sojuszników we wszystkich sprawach społecznych i śród wszystkich organów państwowych. Stanowią olbrzymią agiencję społeczną. Gość pewien, wszedszy do celi o. Du Lac'a, ujrzał na jego stole do pracy jedną tylko książkę: był to „Rocznik Armji” (l'Annuaire de l'Armée).








ROZDZIAŁ CZWARTY.
Ministerjum Waldeck-Rousseuau’a
i ministerjum Combes’a.
Prawo o stowarzyszeniach.

Utworzono ministerjum obrony republikańskiej z Waldeck-Rousseau’em na czele. Nie tylko jego autorytet prawniczy, doświadczenie w sprawach publicznych, rzadka inteligiencja i wielki talent krasomówczy wskazywały go wszystkim, jako obrońcę praw społeczeństwa cywilnego i niezależności Rzeczypospolitej. Roku 1883 podczas dyskusji nad wnioskiem Dufaure’a o stowarzyszeniach, będąc podówczas ministrem spraw wewnętrznych w gabinecie Juljusza Ferry’ego, zwalczał już w senacie najście mnichów, a od nowego ministerjum żądano właśnie powrotu do zbyt szybko porzuconej polityki Julj. Ferry’ego. Nadto Waldeck-Rousseau’a uznawano powszechnie za liberała i umiarkowanego; wiedziano, ze pod jego kierunkiem obrona republikańska nic nie będzie kosztowała wolności. Wreszcie, jeśli większość składała się z radykałów i socjalistów, znaleźć również można było w jej łonie republikanów o odcieniach bladych lub, lepiej mówiąc, o odcieniach łagodnych, a w parlamencie łatwiej jest narzucić postępowcom przywódcę umiarkowanego, niż umiarkowanym — wodza mniej umiarkowanego, niż oni.
Gdy Waldeck-Rousseau stanął wobec Izby ze swemi kolegami, został przyjęty wyciem i obelgami nacjonalistów. A co dlań musiało być bardziej dotkliwe, to to, że jego przyjaciele najbliżsi, republikanie liberalni, odmówili snu poparcia. Przez liberalizm swój rozumieli obronę, wespół z nacjonalizmem, wolności przywileju i panowania; było to równoznaczne ze zbyt wielkim ustępstwem na rzecz zasad, lub prędzej jeszcze grą słów (liberalizm i wolność — po francusku „liberté“). Wiadomo, że doktrynerzy dość lubią tę grę. Większość republikańska, nadszarpnięta w ten sposób, nie była bardzo liczna, lecz nie zawiodła nigdy ministerjum Waldeck-Rousseau’a w ciągu tych trzech lat, gdy było ono u władzy.
Dziełem tego ministerjum było prawo o stowarzyszeniach z dnia 1 lipca roku 1901, na którego zasadzie żadna kongregacja nie może powstać bez upoważnienia. Kongregacje, istniejące w chwili wydania prawa, a które nie były upoważnione ani uznane, winny były prosić o upoważnienie. Te, które nie prosiły o nie w terminie prawem przepisanym, lub którym byłoby ono odmówione, byłyby uważane za prawnie rozwiązane. Likwidacja ich majątków odbyłaby się drogę sądową. Nadto prawo to zabraniało nauczania członkom kongregacji nieuznanych. Prawo tak tradycyjne i tak francuskie, że odnajdujemy jego ducha i formę w całym dawnym prawodawstwie naszym, i że prawnicy przeszłości, zarówno za porządku nowego jak i starego, mówili o nim słowami Waldeck-Rousseau’a. Artykuł 14 prawa z d. 1 lipca roku 1901 nie jest niczym innym, tylko artykułem 7 Juljusza Ferry’ego. Wykład motywów można, że tak powiem, znaleźć w nocie, zredagowanej za drugiego Cesarstwa przez ministra Rouland’a, a którą cytuje Combes w mowie swej, wypowiedzianej w senacie dnia 21 marca roku 1903. Roku 1847 minister Salvandy złożył projekt prawa, głoszącego, że „nikt nie może kierować zakładem prywatnym lub pełnić w nim jakiekolwiek funkcje, o ile należy do kongregacji nieupoważnionej“. A Odilon Barrot powiedział wówczas: „Nie będę bardziej liberalnym, niż Konstytuanta, nie dopuszczę, by kraj mój mógł pokryć się kongregacjami i klasztorami w obliczu prawa, które byłoby pozostawało milczące i bezsilne“. Za Restauracji, tak przychylnej dla mnichów, na mocy prawa z roku 1825 żaden zakład kongregacyjny nie mógł powstać bez upoważnienia prawa, a tym, które już istniały, potrzeba było dekretu dla zakładania nowych klasztorów. Co zaś dotyczy dawnego ustroju, to prawdą jest, że tłuste opactwa, które król dawał swoim ministrom, bękartom, faworytom i kochankom, stały ponad prawem. Ale i w tej sprawie, gdziekolwiek mógł dosięgnąć parlament, wszędzie dla dobra państwa uciekał się do środków, które prawo z dnia 1 lipca roku 1901 tylko naśladuje.
Edykt z roku 1749, ułożony przez kanclerza d’Aguesseau, postanawiał, że nie modą być zakładane żadne nowe kapituły, kolegja, seminarja, domy lub klasztory religijne bez wyraźnego zezwolenia królewskiego. Wszelkie donacje dóbr, uczynione na rzecz zakładów religijnych, nie mających upoważnienia prawnego, były nieważne; mający do nich prawo mogli reklamować je za życia fundatorów. Jeśli tego nie czynili, dobra te były sprzedawane więcej dającemu i ostatni licytant oraz król konfiskowali ich cenę. Edykt ten z roku 1749 odnawiał tylko dawniejsze ukazy. Estienne Pasquier w księdze III, rozdziale XLIV swych Recherches sur la France powiada: „Nie dozwolone jest gminom kościelnym posiadać dóbr świeckich i przyłączać ich do swych dochodów bądź przez donacje, czynione za życia lub otrzymane drogą zapisów, bądź przez kupno bez wyraźnego zezwolenia króla, który może, jeśli chce, nakazać im wyrzeczenie się tych dóbr, aby nie stały się one dobrami martwej ręki“.
Gdy przerzucimy tę długą listę praw, nie będziemy już uważali prawa z dnia 1 lipca roku 1901 za coś szczególnego; nie znajdziemy w nim nic potwornego; zauważymy prędzej z niepokojem, że zbyt jest podobne do innych, które nie wywołały skutku nieoczekiwanego, i niemożliwym będzie nie bać się, aby przepisy puste i pogardzane za ustrojów, które budziły w papieżu zaufanie lub strach, nie okazały się jeszcze bardziej niedostatecznemi dla obrony porządku, którego kościół nienawidzi najbardziej i obawia się najmniej. Czy trzeba powiedzieć? Prawo to, które było jedynie nowym uświęceniem jednej z najstarszych i najstalszych zasad prawa publicznego we Francji, zostało uznane przez stronnictwo Czarne za zamach najwstrętniejszy przeciw wolności. Waldeck-Rousseau przedstawił je w Izbach z odwagą i bronił z talentem. Pozostawało jeszcze zastosowanie prawa, gdy okres prawodawczy zakończył się.
Gdy Izby obradowały, zakonnicy pracowali i tym razem jeszcze, by zdobyć głosy wyborcze. Nie można zarzucić jezuitom, aby robili z tego zbyt wielki sekret. Jeden z nich, O. Coubé, wypowiedział d. 25 kwietnia roku 1901 w kościele w Lourdes wobec zuawów z Patay mowę, w której apelował „do miecza wyborczego, dzielącego dobrych od złych“, wzywał przenajświętszej Panny z Lourdes pod imieniem „Dziewicy Wojowniczej“ i wolał głosem marsowym: „Na bój, pod sztandarem Serca Jezusowego! Sztandar ten nie jest znakiem pokoju, lecz wojny“.
Mowę tę wydrukowano pod tytułem Glaive électoral („Miecz wyborczy“) i rozpowszechniono w tysiącach egzemplarzy. Lecz pocóż mówić o Lourdes i o O. Coubé? We wszystkich djecezjach mnichy mówiły kazania polityczne, z aprobatą biskupów konkordatowych. I sądzimy, jak Leon Chaine, katolik rozumny i samotny, że podobne mowy wiele pomogły Waldeck-Rousseau’owi do skłonienia senatu, by uchwalił prawo o stowarzyszeniach[6].
Prawo to posłużyło za platformę wyborczą w maju roku 1902. Właściwie mówiąc, stanęły oko w oko dwa tylko stronnictwa: zwolennicy ministerjum i ludzie kościoła, bogaci w intrygi i odznaczający się w oszczerstwach. Ministerjum nazwano gabinetem zagranicy i ministerjum Dreyfusa, co miało znaczyć — ministerjum zdrady. Albowiem pomyłka sądowa z roku 1894 stanowiła dogmat zasadniczy Czarnych.
Do nowej Izby, dość różniącej się od poprzedniej, nacjonaliści weszli nieco zmęczeni wysiłkiem, lecz liczniejsi, niż poprzednio, przyczym nie można było twierdzić, iż zostali wybrani jedynie przez przeciwników Rzeczypospolitej, ogłosili się bowiem za republikanów; należało prędzej przypuszczać, że zjednoczyli się w ich imionach wrogowie jawni i przyjaciele uwiedzeni demokracji. Mogli sami w pewnym sensie nazywać się republikanami, gdyż byli świadomie lub nieświadomie narzędziami stronnictwa Czarnego, które chciało nie tyle zrzucić Rzeczpospolitą, ile nią zawładnąć. Tymczasem progresiści, którzy odmówili pomocy gabinetowi Waldeck-Rousseau’a w dziele obrony republikańskiej i w walce przeciw klerykalizmowi, powrócili w komplecie, znacznie zmniejszonym, utraciwszy przeszło czwartą część wyborców, którzy przeszli bądź do nacjonalistów, bądź do radykałów, licząc, że w ten sposób pewniej znajdą przeciwników gwałtownych lub obrońców energicznych polityki ministerjalnej. Miało to wielkie znaczenie. I można było przewidzieć, że stronnictwo, które przecież zdobią wielki talent Ribot’a i piękny charakter Renault-Moliére’a, będzie się wlokło bez sławy na granicy nieokreślonej klerykalizmu.
Wreszcie, większość stanęła po stronie rzędu obrony cywilnej. Okazało się wkrótce, że większość ta jest silniejsza niż poprzednia, a nadewszystko bardziej zdecydowana. Odniósszy zwycięstwo, Waldeck-Rousseau porzucił władzę.
Plutarch w rozdziale LVI Żywota Solona powiada[7]:
„Gdy przeto w ten sposób ogłosił swe prawa, codzień przychodzili doń ludzie, którzy mu one chwalili lub ganili niektóre artykuły i którzy prosili, by z nich ujął lub też coś do nich dodał, a niektórzy przychodzili doń pytać, jak-by pojmował ten lub ów ustęp, i prosić go, by im oświadczył, w jakim należy go brać znaczeniu. Wobec czego, uważając, że nie miał powodu do odmowy i że, czyniąc zadość, wzbudziłby wiele zazdrości, postanowił w jakikolwiekbądż sposób wydobyć się z tej matni, iżby uniknął gniewów, skarg i sporów współobywateli, albowiem, jak sam mówił:
„Trudno jest móc w sprawie wielkiej
„W zupełności każdemu uczynić zadość.
„Podjął się przeto kierownictwa okrętu, by nadać jakiś pozór swej podróży i swej nieobecności“.
Waldeck-Rousseau udał się w podróż morską dla powodów mniej tchórzliwych. Twierdził, że wypełnił swój program, i że porządek publiczny został nanowo zaprowadzony. Porządek niewątpliwie zapanował na ulicy. Lecz wszystkie powody niepokoju trwały w umysłach, i pozostawało jeszcze zastosowanie prawa o stowarzyszeniach, zadanie niezbędne i trudne.
Przypadło ono w udziale Emilowi Combes’owi, senatorowi, byłemu ministrowi oświaty publicznej, którego Waldeck-Rousseau polecił prezydentowi Rzeczypospolitej. Izba wiedziała, czego po nim spodziewać się, wiedział o tym również Waldeck-Rousseau. Jako prezes komisji, której było polecone zbadanie prawa o stowarzyszeniach, Combes wypowiedział w senacie dnia 21 czerwca roku 1901 mowę w obronie artykułu 14, który stwierdza „niezdolność prawną członków kongregacji nieupoważnionych w sprawie nauczania. I odtąd, dalekim będąc od ukrywania własnej myśli, korzystał z każdej sposobności, by dać ją poznać. Na wiosnę r. 1902 Jules Huret rozpoczął dla Figara ankietę w kwestji praw o szkolnictwie świeckim. W ciszy pałacu Luksemburskiego odszukał przedewszystkim Combes’a i, po szeregu pytań na temat dobrych i złych stron monopolu państwowego, rzekł:
— Na wypadek, gdyby, nawet po skasowaniu prawa Falloux, wolność nauczania nie została zniesiona, czy sądzi pan, te będą przedsięwzięte środki w celu wstrzymania rozwoju nauczania kongregacyjnego, i jakie mianowicie?
Combes odparł:
— Prawo o stowarzyszeniach jut o tym pomyślało. Jeśli rząd zastosuje je w duchu, w jakim zostało wydane, nauczanie kongregacyjne rychło dokona żywota.
Wywiad ten ukazał się na szpaltach Figara dnia 18 marca. I nie zauważono wówczas, aby Waldeck-Rousseau czynił zarzut Combes’owi, te przekształca prawo kontroli na prawo wyłączania.
Już w miesiącu czerwcu, zastosowując prawo z r. 1901, Combes nakazał zamknąć drogą dekretu sto dwadzieścia sześć zakładów, które otwarto od chwili ogłoszenia tego prawa bez uprzedniego zwrócenia się do rządu o upoważnienie. W miesiącu sierpniu rozkazał zamknąć zakłady, które nie prosiły o upoważnienie w przeciągu trzech miesięcy i w ten sposób wykroczyły przeciw prawu. Zdziwienie i oburzenie Czarnych nie miało granic. Zdziwienie było szczere. Powiem nawet, że było uprawnione; nikt bowiem nie przypuszczał wtedy, aby prawo, wymierzone przeciwko, kongregacjom, mogło być stosowane. Nie było to we zwyczaju. Co się zaś tyczy oburzenia, było ono niezmiernie silne wśród umiarkowanych członków Izby. Jeden z nich, człowiek zazwyczaj mity, mówić zaczął o zbrodni przeciw ludzkości i wolności. Lecz należy to rozumieć w znaczeniu parlamentarnym. Świat klasztorny urządził manifestacje publiczne. W słońcu lipcowym odbyty się święte przechadzki w miastach i po wsiach. W Paryżu tłumy arystokratyczne uczyniły pochody za wygnanemi siostrami. Widziano, jak niewiasty silne, o których mówi Pismo Święte, kroczyły przez Pola Elizejskie w kierunku ministerjum spraw wewnętrznych, mając nadzieję, że ukoją pragnienie męczeństwa, które jednak nie zostało tam ugaszone. W Bretanji komitety katolickie zorganizowały opór przeciw prawu. Ludzie kościoła wzywali kobiety i dzieci do nienawiści, popychali do walki chłopstwo, pijane religją i wódką, rozstawiali dniem i nocą straże dokoła domów szkolnych. Przed domami temi księża pod dowództwem oficerów dymisjonowanych budowali barykady, kopali rowy i lali na wyklętego komisarza policyjnego strumienie smrodliwego płynu, w którym umarł bezbożny Arjusz. Widziano, jak proboszcz w pewnej gminie położył się na podłodze w szkole i zmusił w ten sposób żandarmów, by go wynieśli, jak pakiet.
„Jest to taktyka zwykła partji klerykalnych — powiedział Rénan w swej Histoire du Peuple d’Israēl. — Doprowadzają do ostateczności władzę cywilną, a następnie przedstawiają czyny władz, przez nich samych wywołane, jako okrutne gwałty“.
Oto fakt, który charakteryzuje stan, do jakiego katolików bretońskich doprowadziły podżegania kleru. Pewien ksiądz, który wylał na komisarza policyjnego kubeł nieczystości, otrzymał na pamiątkę tego wielkiego czynu cenny podarunek, zakupiony drogą składek publicznych. Przypomnijmy sobie, jak oficerowie odmawiali posłuszeństwa rozkazom prawnym, i jak nabożni wojskowi rzucali swe dymisje pod stopy ministra wojny. Przypomnijmy sobie te wyroki śmieszne, wydawane przez sędziów, którzy odmawiali stosowania prawa o kongregacjach, a dojdziemy do przekonania, że umysły nie były tak uspokojone, jak to sądził Waldeck-Rousseau.
Nieczuły na obelgi i groźby, Combas dalej pełnił swe dzieło. Rzeczą Izb było dać zezwolenie lub odmówić upoważnienia kongregacjom nieuznanym, zgodnie z prawem z r. 1901. Prośby te były liczne, i gdyby trzeba było uczynić z każdej przedmiot prawa specjalnego i oddawać na rozpatrzenie jednej lub drugiej Izbie, dziesięć lat nie byłyby starczyły; prawo nigdy nie byłoby zastosowane; a, nie można było przypuszczać, aby takim był zamiar prawodawcy, nawet gdy chodzi o prawo o kongregacjach. Po wysłuchaniu zdania Rady Państwa, rząd przedstawił prośby o upoważnienie w sposób, który pozwolił Izbom głosować przez „tak“ i „nie“, a prośby, odrzucone przez jedną z Izb, nie wchodziły już do drugiej, przestawały bowiem odtąd być prawnie dopuszczalnemi.
Rząd podzielił kongregacje na trzy grupy: nauczające, dobroczynne i kontemplacyjne, i przedłożył dla każdej z tych trzech kategorji projekt specjalny.
Metodę tę, która dla prawicy przedstawiała tę wielką niedogodność, że czyniła prawo stosowalnym, zwalczano za pomocą argumentów prawnych, na które minister odpowiedział w mowie, wygłoszonej przed Izbą Deputowanych d. 18 marca 1903. Oto jej ustępy zasadnicze:
„Głosując zbiorowo, nie sprzeciwiacie się ani literze, ani duchowi prawa z d. 1 lipca r. 1901. Nie traćmy czasu na subtelności. Zwróćmy się wprost do tekstu.
„Sprawą tą rządzą dwa teksty. Pierwszy, zawarty w artykule 13, uchwala, że żadna kongregacja nie może istnieć bez prawa, które na nią zezwala. Tekst drugi, zawarty w artykule 18, głosi, że kongregacje, którym odmówiono upoważnienia, będą uważane za prawnie rozwiązane. Lecz żaden tekst nie skazuje nas na odpowiadanie odmową oddzielną i kolejną na jednakowe podania o autoryzację.
„Sprawa kongregacji nauczających staje przed wami, jako kwestja zasady, dotycząca wyższych interesów Rzeczypospolitej, kwestja zasady, dotycząca wolności nauczania. Więc jako zagadnienie zasadnicze, musicie ją rozwiązać..
„Rząd, bez wątpienia, obowiązany był rozpatrzyć każdą prośbę oddzielnie. Zmuszały go do tego dwa powody Pierwszy polega na tym, że istnieje regulamin administracji publicznej, dotyczący stosowania prawa z dnia 1 lipca r. 1901, regulamin, który nakazuje rządowi badać nie prośby kongregacji, lecz w liczbie pojedyńczej prośbę każdej kongregacji i przedstawiać ją jednej lub drugiej Izbie w formie projektu prawa. Drugi powód polega na tym, że mieliśmy obowiązek wyświetlić sobie sami i wyjaśnić Wam charakter każdego podania, jego wagę i istotne znaczenie.
„Postępując w ten sposób, panowie; uczyniliśmy to, co inne rządy zrobiły już przed nami. Albowiem ustawa z r. 1901 nie wprowadziła w tym wypadku żadnych inowacji; odtworzyła tylko i potwierdziła prawodawstwo dawniejsze.
„Ta tylko różnica istnieje między prawodawstwem dawniejszym a nowym, te dawne nie wkładało na rząd obowiązku przedstawiania Izbom próśb o upoważnienie, które doń wpływały, i czyniło kongregacje bezwzględnie bezbronnemi wobec odmowy, gdy prawodawstwo nowe nakazuje nam składać Wam te prośby. Lecz niema nic ani w dawnych tekstach, ani w nowych takiego, co byłoby zmuszało Was do obradowania oddzielnego nad każdym z podań tego samego rodzaju, podań, które rząd proponuje Wam odrzucić dla powodów jednakich, powodów zasadniczych.
„Panowie, te powody zasadnicze stoją ponad wszelkiemi rozważaniami, dotyczącemi rodzaju podań i osób, które je wniosły. Jeśli sumienie wasze uzna je za ważne, byłoby zarówno mato odpowiednie, jak i zbyteczne, zmuszać rząd do powracania dwadzieścia pięć razy na tę trybunę, by powtarzać je Wam dwadzieścia pięć razy w tych samych słowach w odpowiedzi na dwadzieścia pięć podań jednakich.
„Rząd ma przekonanie, że przyjął, zgodnie z komisją, procedurę, w niczym nie przeczącą prawodawstwu. Większość republikańska w tej Izbie nie zechce odmówić mu swej aprobaty i, odmawiając mu jej, uczynić niemożliwym dalsze spełnianie zadania...
„Odrzuci przeto bez wahania podania kongregacji nauczających. Odrzuci je również bez zwłoki, nie tracąc czasu na rozważanie istniejących pomiędzy niemi różnic.
„Rozważanie poszczególne każdego podania przez was zajęłoby, nie ukrywajcie tego przed sobą, nie tylko czas całkowity trwania okresu prawodawczego obecnego, lecz jeszcze cały okres prawodawczy następny.
„Bez względu na to, czy słusznym było z waszej strony, czy błędnym, żeście zachowali dla władzy prawodawczej prawo decyzji ostatecznej w sprawie podań kongregacji, znajdujecie się wobec faktu dokonanego. Otóż, panowie, jeśli zechcecie badać oddzielnie każdą prośbę, bylibyście zmuszeni wpisać na porządek dzienny 451 projektów praw.
„Poza niemożliwością przedsięwzięcia podobnego zadania bez wyrzeczenia się wszelkiej innej pracy, badanie kolejne podań przedstawiałoby cechy identyczne, powtarzając się jednostajnie poprzez fantastyczność nazw i rozmaitość kostjumów. Wszędzie, poza pozorną rozmaitością typów regulaminu, płynie ten sam prąd ideowy, porusza się ta sama wola, fermentują te same nadzieje kontrrewolucyjne. Moralnie wszystkie te stowarzyszenia są skopjowane z tego samego wzoru. Wszystkie mają tę samą rację bytu, te same dążenia, ten sam cel.
„Duch czasów dawnych, duch reakcji wyłonił je ze zwalisk dawnego świata, jako żywe zaprzeczenie zasad podstawowych społeczeństwa współczesnego.
I dziś duch społeczeństwa współczesnego, duch Rewolucji winien je odrzucić nazawsze w przeszłość potępioną ostatecznie przez doktryny i obyczaje demokratyczne“.
Okazało się nagle, że Combes na tym punkcie nie zgadzał się ze swym poprzednikiem, a nie można było zaprzeczyć, że Waldeck-Rousseau miał wielki autorytet w tłumaczeniu prawa, które sam przedłożył i popierał. Lecz powracał z długiej podróży i za późno zdecydował się na wypowiedzenie swego zdania. Zdanie to samo przez się było tego rodzaju, te mniej zadowalało tych, którzy głosowali za prawem, niż tych, którzy glosowali przeciw niemu. Waldeck-Rousseau oświadczył, iż leżało w zamiarach prawodawcy, aby każde podanie było rozpatrywane oddzielnie i składane obu Izbom. I nie krył się z tym, te podług niego władze publiczne powinny hojnie udzielać upoważnień, że odmowa, sprawiedliwie mówiąc, powinna stanowić wyjątek, a nie regułę, jednym słowem, iż nie należy „prawa kontroli przekształcać na prawo wyłączania“.
Myśl dawnego prezesa ministrów nabierała w tę późną godzinę cech elegancji czystego rozumowania, odziewała się w pewien niedbały wdzięk. Lecz przez swą interesowność i samo oderwanie od rzeczywistości napełniła nadzieją nieoczekiwaną serca wszystkich tych, którzy pragnęli dać kongregacjom wolność wraz z przywilejem. I takim był autorytet, takiemi były wiedza prawnicza i talent krasomówczy Waldeck-Rousseau’a, że poruszyły senat, Izbę i publiczność. Ujrzano ze zdziwieniem, że wszyscy, przyjaciele i przeciwnicy, pomylili się co do zamiarów tego męża stanu, i że prawo, z którego powodu Francja cała kłóciła się od sześciu miesięcy, bynajmniej nie było tym, za co je uważano. Wbrew wszelkim pozorom, Waldeck-Rousseau uważał (dziś jest to wiadome), te po wygnaniu stowarzyszeń najczynniejszych i najgwałtowniejszych, tych mnichów, których nazywał członkami ligi i aferzystami, tych assompcjonistów ciemnych i wściekłych, do których sam papież nie śmiał przyznać się, Rzeczpospolita mogła żyć szczęśliwie z liczną resztą zakonników kontemplacyjnych, dobroczynnych i nauczających; pomysł dziwny w umyśle tak rozumnym, albowiem prawo jego, zastosowane w tym duchu i w tej formie, prawo, które, jak sam mówił, jest tylko prawem kontroli, pozostawiało wszystkim kongregacjom, których nie rozwiązywało, nadzieję na pewnego rodzaju upoważnienie i uznanie, jakich żaden rząd, nawet ten z czasów Restauracji, nie śmiałby im udzielić z taką hojnością. I zaiste, pozostawało już tylko Waldeck-Rousseau’owi porozumienie się ze Stolicą Apostolską, porozumienie, które mogłoby nastąpić wkrótce, aby zawrzeć Konkordat, bardziej uciążliwy, nit układ z r. 1801, aby uznać mnichów, jak pierwszy konsul uznał duchowieństwo świeckie, by przywrócić Francji „męża sprawiedliwego“ Piusa VII, by stać się, jednym słowem, Bonapartem mnichów. Przedsięwzięcie uśmierzające, bez wątpienia wielkie i szlachetne, lecz pełne niebezpieczeństwa, które każdy Napoleon nawet byłby uznał za nieostrożne, jakkolwiek miałby przeciw partji przeciwnej gwarancje, jakich brak Rzeczypospolitej, jak naprz. rozstrzeliwanie Ojców spiskowców i oddawanie do wojska nowicjuszów burzliwych! Zdumiewająca skrajność koncepcji ze strony surowego prawnika! Uwolniwszy nas od mnichów bojujących i od mnichów aferzystów, Waldeck-Rousseau dawał nam wzamian mnichów państwowych! Nie można nie uznawać wielkich usług, jakie nam oddał, nie mniej wszakże należało bronić jego prawa przeciw niemu samemu.




ROZDZIAŁ PIĄTY.
Ciąg dalszy ministerjum Combes’a.

Program ministerjalny zawierał zniesienie prawa Falloux, z którego, prawdę powiedziawszy, nie wiele co już pozostawało. Podczas dyskusji w senacie nad projektem Chaumié’ego, który czynił zadość na tym punkcie całemu stronnictwu republikańskiemu, kwestja wolności nauczania została podniesiona i wywołała walkę między zwolennikami a przeciwnikami monopolu. Combes wypowiadał się kilkakrotnie i zawsze w ten sam sposób w kwestji wolności nauczania młodzieży. Nie zalicza on tej wolności „do liczby praw zasadniczych, które są nierozdzielne z osobą obywatela“. Uważa, „że jest rzeczą władzy społecznej określać użytkowanie tej wolności i oznaczyć, w jaki sposób i w jakich granicach może ona działać“. Uważa ją za „ustępstwo władzy społecznej“ i chętnie cytuje maksymy Wiktora Cousin’a: „Prawo nauczania jest przelaniem na rzecz jednostki władzy publicznej“. Dopuszcza istnienie warunków niezdolności zawodowej i uznaje, że opuszczając szranki społeczeństwa, wyrzekając się własnej woli, człowiek czyni się niezdolnym do kształcenia młodej woli istoty uspołecznionej. Takim jest wypadek, w jakim znajdują się mnisi. Lecz duchowieństwo świeckie, pomijając to, że chwilami trudno jest odróżnić je od mnichów, również zawiera pewne śluby, prowadzi pewien określony rodzaj tycia i posłuszne jest władzy duchownej, co czyni podejrzanym jego nauczanie obywatelskie i moralne. Combes przeto był zmuszony przez własne przekonania zaproponować aby, w miarę jak na to pozwoli stan finansów, wychowanie publiczne uczyniono w zupełności świeckim.
Jako minister, pozostał wierny myśli, którą wypowiedział dnia 18 marca roku 1902 w rozmowie z Jules Huret’em: „Jeśli rząd zastosuje prawo o stowarzyszeniach w duchu, w jakim zostało wydane, nauczanie kongregacyjne rychło dokona żywota“.
Nim uznamy, że jest to, bez wątpienia, to samo, co mieć w podejrzeniu moralność chrześcijańską, wypadałoby siebie zapytać wprzódy, czy istnieje w istocie moralność chrześcijańska, i, być może, odkrylibyśmy, że istnieje więcej, niż jedna. Chrystjanizm, jakkolwiekby się wydawać mogło, podlegał licznym zmianom w dogmatach, a jeszcze bardziej — w swej moralności. Czyż należy temu dziwić się? Ma poza sobą dziewiętnaście wieków istnienia. Trwałby krócej, gdyby mniej się zmieniał. Przebrnął przez liczne narody, przez liczne rasy, przez cywilizacje, bądź barbarzyńskie, bądź zepsute; poznał trzy formy kolejne pracy: niewolnictwo, poddaństwo, pracę najemną i stosował się do wszelkich warunków społecznych, śród których wypadło mu żyć. Z konieczności wyznawał wiele rozmaitych moralności. Lecz nie o to nam chodzi. W tej chwili wystarczy, gdy rozpatrzymy, czego uczą zakonnicy bez wykształcenia i dziewczęta proste, na temat dobra i zła, małe dzieci szkolne. Bez wątpienia, moralność chrześcijańska, w ten sposób określona, może uchodzić za niewinną. Należy rozważyć prostotę tego, który ją wykłada, i tych, którzy jej uczą się, i wystrzegać się śmieszności, z jaką jest połączone odkrywanie w myśli naiwnej braciszka potworności czarnej teologji. Gdy wszakże przyjrzymy się jej bliżej, ze zdziwieniem i smutkiem zauważymy, że myśli tej brak czułości ludzkiej i szlachetności, że idea obowiązku wyraża się w niej w sposób interesowny, egoistyczny i suchy, i że wreszcie dobro polega tam prawie jedynie na wykonywaniu praktyk bez znaczenia i formuł bezmyślnych. Nie jest to wina biednego mnicha. Doktryna obowiązuje go do wiązania dusz z Bogiem niepojętym, nim je połączy między sobą węzłami sympatji i miłosierdzia.
Moralność dziecinna zakonników ma przedewszystkim tę wielką wadę, że wprowadza bojaźń w duszę dziecka i straszy umysły młode obrazami płomieni i tortur, groźbą kar okrutnych. Uczą swych wychowańców, że można uniknąć piekła wiecznego, jedynie zachowując reguły życia drobiazgowe i złożone, w których niema miejsca dla bezinteresowności. Mam przed oczyma małą książeczkę nabożną z obrazkami. Widzieć tam można stosy, płomieniska, djabłów rogatych, uzbrojonych w rożny i widły. Wydaje się to nam śmiesznym. Lecz jest to wstrętne. Że jest coś nieludzkiego w zasadach moralności kongregacyjnej, wykażę to najlepiej na przykładzie następującym.
Zaczerpnę go z jednego z tych zgromadzeń upoważnionych, którym prawo, ze względów budżetowych i bynajmniej nie wyznaniowych, pozostawi jeszcze przez pewną liczbę lat możność nauczania elementarnego, której pozbawiło kongregacje nieuznane. Zaczerpnę go w instytucie religijnym najbardziej rozpowszechnionym pod względem ilości szkół, posiadającym najwięcej uczniów, w instytucie najznamienitszym z pośród tych, które znajdują się w naszym kraju, tak bogatym w zakłady klasztorne. Przykład ten polega na jednym tylko słowie. Lecz warto go opowiedzieć z największą możliwie dokładnością. Oto on:
Jesienią roku 1895, znajdując się w St. Emilion, poszedłem zwiedzić dom pani Bouquey. Pani ta, jak wiadomo, ukrywała w ciągu miesiąca w galerji podziemnej siedmiu żyrondystów. Jej poświęcenie zgubiło ją i nie uratowało ich. Ścięto ją w Bordeaux. Salle, Guadet i Barbaroux zginęli na tym samym miejscu, Buzot i Pétion odebrali sobie życie w polu, gdzie znaleziono następnie ich ciała, nawpół pożarte. Jednemu tylko Louvet’owi udało się uciec. Gdy dziewięć lat temu przyszedłem do starego domu pani Bouquey, nizkiego, pokrytego dachem gontowym i patrzącego żałośnie na bukszpany i cisy nędznego zamkniętego ogródka, braciszkowie z kongregacji Śt. Jana utrzymywali tam szkółkę. W te dni wakacyjne była ona pusta. Przyjął mnie przeor.
Był to mały staruszek o oku żywym, mowie jasnej i zwięzłej. Zaprowadził mnie uprzejmie do mieszkania, którego rozkład nie zmienił się zupełnie od czasu odjazdu pani Bouquey. Jeden z pokojów zachował kominek z wieku XVIII, na którym widać pas marmuru białego, noszący w obramowaniu z pereł inicjał Bouquey’ów. Brat przeor powiedział mi, że wiele słyszał o tej damie, i że nawet pewien adwokat z Bordeaux dał ma książkę, w której była mowa o niej. Zeszliśmy do galerji, której białe ściany oświetlał sinawy dzień.
— Tu — powiedział mi zakonnik — ukrywało się w ciągu miesiąca siedmiu żyrondystów, wyjętych z pod prawa. Wchodzili tu i wychodzili przez studnię, którą pan widział w ogrodzie, i którą zwą dotąd studnią żyrondystów.
Zamieniliśmy kilka słów. Zachowywał on w każdym zdaniu nadzwyczajną ostrożność i powstrzymywał się od wypowiadania wszelkich sądów. Lecz ze sposobu, w jakim wykładał fakty, wydało mi się, że zna z dziejów Rewolucji w danym departamencie nieco więcej, niż można byłoby się spodziewać po umyśle tak mało ciekawym, jakim bez wątpienia był umysł braciszka.
Unikając starannie z mej strony dotykania wierzeń i doktryn, powiedziałem mu parę słów o tych ludziach wymownych i młodych, którzy utracili świetną popularność, porzuceni przez wszystkich, wyjęci z pod prawa, pełni jeszcze entuzjazmu dla swej sprawy już straconej, dbający w oczekiwaniu śmierci o obronę swej pamięci, i wyrzekłem z sympatją imię tej dobrej kobiety, która karmiła ich w chwili głodu, gdy sama musiała ograniczać się do racji wymierzonej i stawała się podejrzaną, ilekroć wychodziła szukać żywności, a która chowała u siebie wygnańców, nie bojąc się tego, co republikanin ówczesny nazywał zarazą kaźni.
Wysłuchawszy mnie bardzo uważnie, brat przeor przez chwilę milczał, skrzyżowawszy ręce i opuściwszy oczy. Następnie, potrząsając głową i kręcąc kluczem między palcami, rzekł:
— Napróżno się temu przyglądam, nie znajduję tu ani z jednej strony ani z drugiej dzieł chwalebnych, czynów dobrych. Widzę tu tylko cnoty ludzkie.
Podziwiałem go. W kilku słowach została tu streszczona cała doktryna. Ten starzec prosty wyrażał spokojnie, łagodnie uczucia głębokiej i świętej nieludzkości, któremi był wykarmiony. Był to zakonnik. Uznawał, że dzieła bez wiary są próżne. Nie powiadam, aby przez to był zdolny wysuszyć i spustoszyć serca małych żyrondystów, którzy dostawali się pod jego władzę do starego domu Bouquey’ów. Nie należy przypisywać tyle własności jakiejkolwiek doktrynie. Lecz, koniec końców, jak powiedział opat Morellet. gdy mu mówiono o arcydziełach pokuty: „Jeśli to nie jest fanatyzm, to, proszę, niech mi to ktoś określi“.
I oto dlaczego jesteśmy szczęśliwi, gdy słyszymy, jak minister wyznań oświadcza, że dzieci uczą się w szkole świeckiej „zasad moralności tymbardziej gruntownej, że jest niezależna od wszelkiego dogmatu, i tym szlachetniejszej, że wypływa jedynie z wieczystych i koniecznych idei sprawiedliwości, obowiązku i prawa“.




ROZDZIAŁ SZÓSTY.
Ciąg dalszy ministerjum Combes’a. Nota
dyplomatyczna papieża do mocarstw.
Niełaska dwu biskupów konkordatowych.

Wybory dały większość radykalną i socjalistyczną, i stronnictwo rozdziału kościoła i państwa wzrosło w Izbie.
Pewien poseł o znacznej inteligiencji i wielkim sercu, Francis de Pressensé, który posiada głęboką znajomość Europy współczesnej, złożył wniosek bardzo opracowany, pierwszą i trudną próbę prawa, zapewniającego zarazem prawa sumienia i państwa (dnia 7 kwietnia roku 1903).
Dość znaczną ilość projektów na ten sam temat złożyli posłowie, należący do wszystkich frakcji Izby, z wyjątkiem prawicy, rojalistycznej i katolickiej. Izba powierzyła rozpatrzenie ich komisji, która oświadczyła się jednym głosem większości za rozdziałem. Komisja poleciła socjaliście Arystydowi Briand’owi ułożenie raportu, mogącego służyć za podstawę do dyskusji publicznej.
Leon XIII umarł. Konklawe pod naciskiem rządu austrjackiego obrało na papieża arcybiskupa weneckiego Sarto, który przyjął imię Piusa X, wskazując w ten sposób, że w polityce pójdzie śladem pierwszego papieża nieomylnego. Od samego początku jego pontyfikatu, kurja rzymska wywołała we Francji zajścia, które spowodowały poruszenie umysłów. Należy tutaj je przypomnieć nie dlatego, że są ważne same przez się, lecz ze względu na skutki.
Gdy prezydent Loubet udał się do Rzymu, by oddać wizytę królowi włoskiemu, papież zwrócił się do ministeriów zagranicznych mocarstw cudzoziemskich z protestem przeciw temu aktowi, którym głowa rządu francuskiego uznawał wyraźnie prawa ludu włoskiego do miasta Rzymu, co stanowiło dla Stolicy Apostolskiej obrazę tym dotkliwszą, że pochodziła od starszej córy kościoła! Niestety! trzebaż było, aby Galja chrześcijańska, osypana dobrodziejstwami i przywilejami przez papieża, posunęła swą niewdzięczność aż do tego, że zasiadła przy stole księcia sabaudzkiego, który niesprawiedliwie zawładnął dziedzictwem Ś-go Piotra! Kurja nigdy nie przestała domagać się państwa świeckiego papieży, lecz nikogo nie niepokoiła akcja dyplomatyczna, której nie podtrzymywała ani siła oręża, ani polityka mocarstw. Lecz tym razem żądanie wypowiedziane było w formie nowej, która wywołała we Francji wrażenie, jakiego ani Pius X, ani jego doradcy być może nie oczekiwali. Duch publiczny jest wszędzie niecierpliwy i dumny. Rzeźbiarze przedstawiają zawsze narody w formie niewiast gniewnych; wiele powodów złożyło się na to, by uczynić Francję czułą aż do przesady na punkcie wszystkiego, co dotyczy polityki zewnętrznej. Król włoski, który, jak się zdawało, chciał wyzwolić się z trójprzymierza, i którego niedawno widziano w Paryżu z młodą małżonką, wzbudzał sympatję, i mało było ludzi we Francji, nawet śród katolików, którzy byliby myśleli czynić mu zarzut z tego, że lekceważył donację Konstantyna Wielkiego, uczynioną papieżowi Sylwestrowi. Wydało się niedopuszczalnym, aby jakikolwiek wydział zagraniczny cudzoziemski przypisywał sobie prawo cenzurowania przyjaźni narodu francuskiego, a czyn Stolicy Apostolskiej uznano za obrazę godności narodowej. Należy sądzić, że papież był źle inspirowany, list jego bowiem postawił w położenie przykre zwykłych jego obrońców. W istocie, katolicy francuscy, nawet najgorętsi, należą prawie wszyscy do stronnictw, które wystawiają na pokaz patryjotyzm niezmiernie czuły. Przypomniano sobie nie bez goryczy, że papież obecny został obrany z poparciom Austrii przeciw kardynałowi Rampolli, kandydatowi partji francuskiej. Lecz najgorszym dla kościoła było to, że umiarkowani, ci, którzy zwą siebie liberałami, a którzy zarówno w kraju, jak i w Izbie, łączą się stale z katolikami, tym razem zerwali z nimi. Do liberałów zaliczają się niektórzy dawniejsi ministrowie spraw zewnętrznych, których obowiązek zawodowy zmuszał do uznania, że rząd nie może przyjąć protestu papieża. Protest ten wydał się tymbardziej jeszcze przykrym, gdy upewniono się, że pewnego zdania znajdującego się w egzemplarzach, wysłanych do mocarstw katolickich, brakowało w egzemplarzu, wysłanym na Quai d’Orsay[8]. Zdanie to dotyczyło odwołania nuncjusza i pozwalało domyślać się, że jeśli papież nie zerwał wszelkich stosunków dyplomatycznych z Francją, to jedynie dlatego, iż oczekiwał w najbliższej przyszłości zmian w polityce tego kraju. Wreszcie, papieża przy tej okazji spotkało więcej nagan niż pochwał i obrońcom jego nie pozostawało nic innego, jak mówić, że jest święty. Radykałowie i socjaliści nie ukrywali radości, jaką im sprawiał jego sposób postępowania. Zażądali od ministerjum, by odpowiedziało na list papieski odwołaniem naszego posła przy Watykanie i zerwaniem Konkordatu.
Było wówczas w zgromadzeniu biskupów francuskich dwuch prałatów, posłusznych artykułom konkordatowym. Sądzili, że obowiązani są posłuszeństwem względem rządu Rzeczypospolitej, która wyznaczyła ich na te stanowiska, i względem papieża, od którego otrzymywali instrukcję kanoniczną. Na obydwu podano skargi do kurji rzymskiej. Twierdzono, jakoby biskup Le Nordez był członkiem masonerii, i jakkolwiek bronił się gorąco przeciw oskarżeniu go o należenie do sekty ohydnej, kler mu podwładny i wierni odwrócili się od niego ze wstrętem, a małe dzieci odmówiły brania z rąk jego olejów świętych, które utwierdzają w wierze. Biskup Geay, który spory z Ojcami jezuitami swej diecezji, został silnie podejrzany o to, że przemawiał do przeoryszy karmelitanek w sposób nie licujący z powagą duchowną.
Pewien kardynał zawezwał obydwu prałatów, by stanęli przed sądem Świętego Officjum. Wyrazili żal, że nie mogą udać się tam tak rychło, jakby tego pragnęli, wskazując jako powód zły stan zdrowia, które nie mogło oprzeć się tylu próbom i boleści, te nie są już w łasce u Ojca Świętego.
Zaproponowali, że prześlą obronę na piśmie. Trybunał Inkwizycji jest cierpliwy i pełen łaskawości. Lecz jest czujny. Obydwaj biskupi otrzymali rozkaz udania się do Rzymu w przeciągu dwu tygodni pod grozą suspensy, czyli pozbawienia praw spełniania obowiązków i funkcji, związanych z ich powinnością.
Byli posłuszni Konkordatowi i pozostali takiemi w tej ostateczności. Zmuszeni do posłuszeństwa wobec papieża, który wzywał ich do Rzymu, i wobec rządu francuskiego, który zabrania biskupom wyjeżdżać bez pozwolenia z diecezji, sądzili, że czynią dobrze, zanosząc każdy swój list do dyrektora wyznań. List był zredagowany po włosku, podpisany przez sekretarza stanu Mery del Val’a i nosił stempel poczt królewskich włoskich. Dali je do odczytania panu Dumay, zgodnie z artyk. XX oddziałem III Artykułów Organicznych i wbrew przepisom bulli Apostolicae Sedes.
— Jakto — powiedział im pan Dumay — jakiś kardynał każe wam stanąć przed św. Officjum! Nie zgadza się to z prawem francuskim. Nie dopuszczamy mieszania się jakiejkolwiek jurysdykcji cudzoziemskiej do spraw naszego terytorjum. Nie staniecie przed sądem. Pozostaniecie w kraju.
W ten sposób rząd dowiedział się, że Święta Inkwizycja wszczęła sprawę przeciw dwu biskupom, będącym w zgodzie z Konkordatem. Lecz gdyby pp. Geay i Le Nordez byli się zastosowali do bulli Apostolicae Sedes, Ojciec Święty zdmuchnąłby dwu biskupów z przed nosa ministrowi wyznań, tak, że ten nawet nie byłby się spostrzegł.
Pan Geay ma sąd o rzeczach; pan Le Nordez ma jego jeszcze więcej, lub przynajmniej czyni zeń szybszy użytek. Spostrzegł się pierwszy, że dla biskupa p. Dumay nie jest władzą, dającą się porównać z Jego Ekscelencją Merry del Val’em i że, jeśli nie jest możliwym zadowolić jednocześnie kurji rzymskiej i biur ministerjum wyznań, to lepiej być posłusznym kurji. Udał się tedy do Rzymu; pan Geay podążył w jego ślady. Minister zawiesił im wypłatę pensji, papież zaś prawo wykonywania czynności duchownych. Pan Geay, odjeżdżając, złożył uroczyste oświadczenie następujące:
„Wyznaczony na biskupa Lavalu przez współdziałanie dwu władz, cywilnej i duchownej, nie sądziłem, abym miał prawo porzucić me funkcje z niewiedzą lub wbrew woli jednej z nich... Odjeżdżam z żalem, że ofiara z mojej osoby nie może być rękojmią ich pogodzenia się, i zarazem z goryczą, że tylu katolików wysila się, by uczynić niezgodnemi wierność dobrego biskupa i obowiązek dobrego Francuza“.
Są to słowa sprawiedliwego, wzruszające przez swą słodycz. Lecz gdyby było możliwym znijść w głąb samą duszy i serca tego prałata istotnie konstytucyjnego, wyobrażałbym sobie, że w chwili, gdy przeprawiał się przez Alpy, odwrócił się ku swej ojczyźnie cielesnej i pomyślał ze smutkiem:
„Złożyłem wizytę panu Dumay, a teraz stanę przed świętym Officjum. Poza sobą zaś pozostawiam biskupów, którzy w każdym swym orędziu nadają panu ministrowi wyznać imiona Domicjana, Heroda, Robespierre’a, Nerona, Barabasza i Olibrjusza. Zasiadają na stolcu biskupim, ciesząc się szacunkiem wiernych; Rzym ceni ich cnoty i naukę. Gdybym naśladował ich trudy apostolskie, nosiłbym jeszcze mitrę i używałbym w Lavalu rozkoszy Karmelu“.
Natychmiast po przybyciu do Rzymu, pan Geay został przyjęty przez kardynała Meny del Val’a, sekretarza stanu Stolicy Apostolskiej. Znalazł go „bardziej nieczułym, niż marmur grobowca“.
— Eminencjo — rzecze — nie jestem buntownikiem ani kacerzem; jestem skromnym biskupem francuskim, który nie zamyślił, bynajmniej narażać na szwank władzy rzymskiej, lecz który, cierpiąc przez lat osiem prześladowania za posłuszeństwo dla praw swego kraju, nie chciał, aby jego czyn ostatni był zaprzeczeniem przeszłości, a osoba jego powodem niezgody dwu władz, które połączył w przysiędze w dniu swego wyświęcenia biskupiego. Jeśli, pomimo mego położenia nieznośnego, nie przybyłem wcześniej, to dlatego, żem oczekiwał dnia, w którym mógłbym złożyć ofiarę pokojową na rzecz ich zgody.
Kardynał odparł:
— Trzeba będzie podać się do dymisji.
Pan Geay okazał się skłonnym do posłuszeństwa.
— Przybyłem, by oddać się w ręce Wasze — powiedział, uczynicie ze mną. co się Wam spodoba; wolę wszystko, niż mój niepokój dzisiejszy.
Zapytał wszakże uniżenie, czy nie byłoby lepiej, aby kurja złożyła go z urzędu po porozumieniu się z wydziałem pana Dumay; i zupełnie słusznie zauważył, że Jego Eminencja, sekretarz stanu, o ile nie będzie postępował w tej sprawie zgodnie z rządem francuskim, przyspieszy rozdział Kościoła i Rzeczypospolitej.
Kardynał odparł znowu:
— Trzeba będzie podać się do dymisji.
Nieszczęśliwy biskup dał zapewnienie bezwzględnego posłuszeństwa.
— Ale jeszcze — rzecze — radbym wiedzieć, dlaczego zostałem skazany bez apelacyi i bez możności bronienia się. Czyżby Święte Officjum posiadało dowód niezaprzeczony rzekomej niemoralności, którą mi zarzucają?
— Och! — zawołał kardynał, wzruszając ramionami — gdyby było tylko to! Wydałeś pan władzy świeckiej tajemnicę kościoła[9].
Kardynał sekretarz mówił, jak ksiądz, który waży znaczenie błędów. Nie trzeba być bardzo subtelnym kazuistą, by wiedzieć, że jest mniej zdrożnym zgrzeszenie z karmelitanką, niż doniesienie panu Dumay o postanowieniach Stolicy Apostolskiej.
Po złożeniu władzy biskupiej w ręce sekretarza stanu przy Watykanie, panowie Lo Nordez et Geay padli do stóp Jego Świętobliwości, który nie odmówił przebaczenia, o jakie błagali jego skruszeni synowie.
Ci dwaj prałaci uczynili więcej krzywdy Konkordatowi, starając się być z nim w zgodzie, niż wszyscy inni biskupi, którzy zadawali mu gwałt na wyścigi.
By odpowiedzieć na postępowanie Dworu Rzymskiego względem nich, prezes ministrów odwołał posła francuskie-go przy Stolicy Apostolskiej. Izby zaaprobowały zerwanie stosunków dyplomatycznych z Watykanem. Nuncjusz przedstawił listy odwołujące.
Jest to „wygnanie Chrystusa“, woła Andrieux, biskup marsylski. Nie widziano we Francyi nic podobnego, „od czasu teroru“; powróciły czasy Robespierre’a i Nerona, czyny rządu „wołają o pomstę“. Przewiduje, że „kara straszna spadnie na kraj, który dopuścił, by zostały popełnione takie zbrodnie“.




ROZDZIAŁ SIÓDMY.
Ciąg dalszy ministerjum Combes’a.
Początki rozdziału. Analiza Konkordatu.

Wydawało się dotąd, te Combes był skłonny do rządzenia zgodnie z porządkiem, ustanowionym roku 1801. Prawdę powiedziawszy, natrafił przy tym na wielkie trudności. Trzymał się ściśle Konkordatu, który kurja rzymska gwałciła bezustannie. Odmówiła zatwierdzenia kilku biskupów za Cesarstwa, lecz większej jeszcze ich liczby za Rzeczypospolitej. Nie chciała zatwierdzić żadnego z tych, których przedstawiał jej Combes.
Nuncjusz odwiedził ministra w jego gabinecie.
— Proszę mi wskazać inne nazwiska, rozpatrzymy sprawę i porozumiemy się uprzednio.
Lecz nuncjusz oświadczył, że jest to dla niego kwestja zasady. Było to również kwestją zasady dla ministra. Combas, powracając do ścisłego brzmienia prawa, odmówił przedłożenia Rzymowi wyboru biskupów, który należy jedynie do rządu francuskiego.
Wszyscy jego kandydaci zostali odrzuceni bez wskazania powodów, i osiem stolic biskupich pozostawało nieobsadzonych.
Po nocie papieża do mocarstw i po sprawie obydwu biskupów, Combes przestał wierzyć, aby możliwym było utrzymać Konkordat.
W domu swym w Pons, gdzie spędzał wakacje, przyjął korespondenta dziennika wiedeńskiego Neue Freie Presse i zwierzył mu się, że wypadki wpłynęły na zmianę jego poglądów.
— Rozdział jest blizki — powiedział — uważam go teraz za nieunikniony. Idea rozdziału kościoła i państwa uczyniła od lat dwu postępy olbrzymie, i ja sam, który, jak wiadomo, nie byłem na początku jej zwolennikiem, zostałem zmuszony z nią się pogodzić.
Dodał, że projekt Briand’a wydaje mu się doskonalą podstawą do dyskusji, i że pragnie jedynie, aby niektóre szczegóły projektu zostały „wypowiedziane szczerzej i swobodniej“.
Oświadczenia te, które złożył w własnym swym imieniu, ponowił w miesiącu czerwcu, jako prezes gabinetu w mowie, wypowiedzianej w Auxerre.
Musimy teraz opowiedzieć, czym był Konkordat na początku, czym stał się później, i zbadać powody, które skłaniają Francję do utrzymania jego lub do zerwania.
Ustanowiona przez Zgromadzenie Narodowe w roku 1790 Konstytucja cywilna kleru miała siłę przez cztery lata, jeśli można mówić o sile praw w okresie rewolucyjnym śród spisków, buntów, rzezi i kaźni. Wywołała ona schizmę, podzieliła, kościół francuski między opornych i zaprzysiężonych (jureurs), czyli na księży porządku starego i nowego[10]. Prawo z dnia 3 Ventôse r. III (21 listopada 1795), uchwalone przez Konwencję na wniosek Boissy-d’Anglas’a, zerwało wszelkie węzły, łączące kościół z państwem. Zerwać łączące je węzły było łatwo, lecz jak je rozdzielić? Trzymały się wzajemnie za gardło. Po rozdziale, jak i przedtym, walka okrutna trwała. W roku IV Stofflet bił się w Anjou, Charette w Wandei. Kolumny lotne rozpraszały zbójców i rozstrzeliwały księży w szuanerji. Duchowni oporni byli poszukiwani, sądzeni, gilotynowani. Kompanje Jéhu’ego i Soleil’a teroryzowały południowo-zachodnią część Francji, hrabia d’Artois był na wyspie Yeu z flotą angielską.
Śród tego teroru i tych gwałtów, jakie skutki mógł pociągnąć za sobą rozdział prawny? Pewnym jest to, że po pięciu latach wojny domowej kler oporny gnany, prześladowany, więziony, okazał się silniejszy. Miał przeciwko sobie prawodawców i prawa, miał za sobą lud wiejski, wzruszony jego nieszczęściami. Miał za sobą litość i poszanowanie ludzi prostych, łaski spekulantów i nabywców dóbr narodowych, którzy stali się kontrrewolucjonistami, poparcie rojalistów, którzy okładali kijami jakobinów, i przychylności pięknych Thermidorjanek. W miesiącu Vendemiaire roku V trzydzieści dwa tysiące gmin wznowiło kult katolicki i otworzyło nanowo kościoły, obsługiwane przyważnie przez księży opornych.
Właśnie w tej epoce (koniec 1796 lub początek 1797) młody gienerał Bonaparte pisał do gienerała Clarke:
„Powrócono we Francji do katolicyzmu rzymskiego. Jesteśmy, być może, w momencie, gdy będziemy potrzebowali samego papieża, by poprzeć u nas rewolucje przez księży, a tym samym — przez ludność wiejską, którą udało się im nanowo owładnąć“.
Widzimy już tu, jak powstaje w umyśle jego idea sojuszu, który miał zawrzeć pięć lat później; odkrywamy słuszność powodów i dwuznaczność środków. Młody gienerał dostrzega niebezpieczeństwo. Podnosi się kościół rzymski, zagrażający rewolucyi, Rzeczypospolitej, i który, być może, przygotuje powrót Burbonów. Aby zapobiec niebezpieczeństwu, należy stworzyć nowy kler gallikański, przedsięwziąć według nowego planu zniszczone dzieło członków Zgromadzenia Ustawodawczego. A ponieważ nie można bez papieża założyć kościoła konstytucyjnego, trzeba zbudować kościół na współkę z papieżem. Los dopomaga do osiągnięcia planu. Chodzi tylko o to, by oszukać „starego lisa“. Oto pierwsza myśl Konkordatu.
W umyśle Bonapartego Konkordat jest to wznowienie kościoła gallikańskiego. Nie można mieć żadnych wątpliwości co do zamiarów pierwszego konsula, gdy się przeczytało artykuł dwudziesty czwarty praw Organicznych.
„Ci, którzy zostaną wybrani dla nauczania w seminarjach, podpiszą deklarację, uczynioną przez kler francuski r. 1682. Wezmą na siebie nauczanie doktryny, która w niej jest zawarta; biskupi zaś wyślą protokuł formalny tego zobowiązania radcy państwowemu, prowadzącemu wszelkie sprawy, dotyczące wyznań“.
Otóż deklaracja z r. 1682, którą nanowo wprowadza w życie Konkordat, powiada, że papież nie ma żadnej władzy w sprawach doczesnych, że nie może ani bezpośrednio, ani pośrednio składać z tronu królów, że dekrety Konstanckie, dotyczące powagi soborów, zachowują całą swą siłę i całą wartość; że papież nie może rządzić kościołem inaczej, jak tylko zgodnie z kanonami, i że nie może w niczym naruszać ustaw ani praw uznanych kościoła gallikańskiego; i wreszcie, że sądy jego w dziedzinie wiary podlegają krytyce, o ile nie są potwierdzone przez uchwałę kościoła.
W ten sposób konsul wznawiał wszystkie swobody kościoła gallikańskiego. Czym więc był jego Konkordat, jeśli nie Konstytucją cywilną z r. 1790, wznowioną co prawda ze zmianami, które do głębi przeinaczały jej ducha? Nie można było w istocie oczekiwać, aby żołdak zwycięski, przesądny i ateusz, odbudowywał Kościół Narodowy z temi samemu zamiarami, z jakiemu dziesięć lat wprzódy ustanawiali go prawodawcy, filozofowie i duchowni, wykarmieni moralnością ewangieliczną.
Lecz w rzeczywistości młody konsul wznawiał Konstytucję cywilną z r. 1790. Wznawiał ją wraz z przysięgą oraz z księżmi przysięgłemu. Zobowiązywał biskupów do zaprzysięgania nie tylko wierności dla Konstytucji, lecz i tego, że będę szpiegami rządu cywilnego, że staną się donosicielami i kapłanami zarazem: „Przysięgam i obiecuję Bogu na Świętą Ewangielję, te zachowam posłuszeństwo i wierność rządowi, ustanowionemu przez Konstytucję Rzeczypospolitej francuskiej. Obiecuję, że nie będę porozumiewał się ani uczestniczył w żadnej radzie, ani podtrzymywał żadnej ligi, ani wewnątrz kraju ani zewnątrz ligi, która byłaby przeciwna spokojowi publicznemu; i jeśli się dowiem, że w djecezji mojej lub gdzieindziej przygotowuje się cośkolwiek na szkodę państwa, dam o tym znać rządowi“.
Nie zatrzymując się na tym punkcie, wyznam, że nie można odróżnić za pomocą samego tylko światła naturalnego, czym przysięga ta jest bardziej kanoniczna, nit pierwsza.
Konsul wznawiał Konstytucję cywilną z r. 1790 wraz z opłacanym przez państwo księdzem. Zobowiązywał papieża do uznania, że kler nie posiada więcej sam przez się ani własnych środków do życia, ani dóbr. Dodawał zarazem, że duszpasterze będą otrzymywali od rządu odpowiednią pensję, przyczyni pod żadnym względem nie będzie Naośna uważać tej pensji ani za odszkodowanie, ani za zwrot, ani za rentę dóbr, które powróciły na własność narodu, albowiem kler — stan pierwszy w Królestwie przestał istnieć, a kler Rzeczypospolitej nie jest jego następcą, ani przedstawicielem, ani spadkobiercą i, nie będąc sam przez się ani państwem, ani zakonem, ani ciałem pewnem, nie ma warunków prawnych do dziedziczenia lub posiadania.
Konstytuanta zniosła zakony klasztorne; Konkordat utrzymuje nadal zniesienie tych zakonów, o których nawet nie wspomina. Konstytuanta zniosła officja kościelne, prebendy, przeorstwa i kanonikaty; Konkordat utrzymuje nadal te przepisy, z wyjątkiem jednej kapituły honorowej dla każdej katedry, którą pozostawia biskupom. Konstytuanta odebrała proboszczom księgi urodzin, ślubów i śmierci. Konkordat nie nadaje nanowo parafjom prawa kontroli nad tyciem cywilnym. Wreszcie, jeśli Konkordat przywraca godność arcybiskupią, zniesioną wraz z przywilejami dawnego ustroju, to nazwy pana i obywatela, które odtąd otrzymywać będą biskupi i arcybiskupi, oraz ubranie czarne na modłę francuską, które nosić będę wraz z krzyżem na piersi, zdradzają kościół konstytucyjny z r. 1790.
Podziwu jest godnym, że ta Konstytucja cywilna, będąca, jak powiadają, powodem wszystkich nieszczęść, które w ciągu lat dziesięciu spadały na kościół i na Rzeczpolitą, będąca źródłem niewyczerpanym nieporządków i gwałtów, zabójczym dla Midi, nienawistnym dla Francuzów i ojczyzny, wstrętnym dla Stolicy Apostolskiej, stała się dziełem harmonji i pokoju, przyjętym przychylnie przez dobrych obywateli i miłym dla papieża od chwili, gdy pierwszy konsul przekształcił ją na narzędzie panowania.
Podziwiać w istocie należy, że papież zatwierdził r. 1801 zwyczaje i obyczaje, których nienawidził papież w r. 1790. Nie należy wszakże dziwić się zbytnio; na niektórych punktach Konkordat różni się znacznie od Konstytucji cywilnej. I punkty te nie są wszystkie bez znaczenia. Różni się przedewszystkim bardzo znamiennym wstępem, w którym czytamy: „Rząd Rzeczypospolitej uznaje, że religja katolicka, apostolska i rzymska jest religją znacznej większości obywateli francuskich“. Prawodawca stwierdza fakt, z którego nie wyciąga żadnego wniosku. Zadajemy sobie pytanie, po co to powiedział? Uczynił to, aby nic nie powiedzieć i zadowolić papieża. Uczynił to, aby zachować wolność sumienia i oszczędzić drażliwość Stolicy Apostolskiej. I oświadczenie to miało swą wartość dla kościoła rzymskiego, pozwoliło bowiem Ludwikowi XVIII w r. 1814 w karcie wolności, oktrojowanej ludowi, ogłosić wiarę katolicką za religję narodu francuskiego, co sprowadzało do zera prawa dwuch innych religji uznanych i przywracało w kraju jedność wyznania. Konkordat różni się jeszcze od Konstytucji cywilnej na pewnym punkcie, który posiada interes bardziej trwały i praktyczny.
Członkowie Konstytuanty, śród których byli też Janseniści, mieli nadzieję na przywrócenie obyczajów kościoła pierwotnego. Uważali za wzorowe kościoły z wyboru w Utrechcie, Deventerze i Haarlemie. Postanowili, że biskupi będą wybierani przez wiernych, i nie ścierpieli, aby wybory te były poddane aprobacie biskupa rzymskiego. Starczyło im, aby był o nich z szacunkiem zawiadamiany. Pierwszy konsul w sprawie tej postanowił zupełnie inaczej. Jeśli on również odmówił papieżowi prawa mianowania biskupów, to dlatego, że chciał, aby mianowanie to należało nie do ludu, lecz do niego samego. Na zasadzie Konkordatu, księża byli mianowani przez biskupów, biskupi zaś przez żołnierza. Lecz do papieża powracało prawo instytucji kanonicznej. Konkordat przywracał w ten sposób Stolicy Apostolskiej przywilej, który odebrało mu Zgromadzenie Ustawodawcze. Bonaparte liczył, że zobowiąże papieża do nadawania instytucji kanonicznej wszystkim biskupom, mianowanym przez siebie. I na początek zobowiązał Piusa VII do nadania jej dziesięciu biskupom konstytucyjnym czyli intruzom, schizmatykom, wyklętym, i do odebrania jej czterdziestu innym, którzy odmówili złożenia przysięgi, posłuszni Stolicy Apostolskiej. Papież połknął tę pigułkę. Mianował kozły, dożył z urzędu jagnięta. I wyrzekając się sprawiedliwości, a popełniając natomiast niesprawiedliwość, stał się nanowo głową duchową kościoła francuskiego. Uzyskał nie tylko to, że prawa jego do nadania instytucji kanonicznej zostały wpisane do zbioru praw państwa francuskiego, lecz stwierdzał jeszcze przez precedens pamiętny, że może nadawać lub odmawiać instytucji biskupom bez wskazywania żadnego powodu, albowiem pierwszy czyn jego polegał na nadaniu inwestytury intruzom i odebraniu jej pasterzom wiernym, wyznawcom, męczennikom z r. 93, a państwo świeckie nie pytało się o powody[11].
Cóż czyni odtąd minister wyznań państwa francuskiego, mianując biskupa, jeśli nie ugniata glinę biskupią, jeśli nie dostarcza materjału plastycznego dla stworzenia biskupa? Jedynie tylko tchnienie Ojca Św. może ożywić tę glinę, wlać w nią duszę kapłańską. Minister wyznań wie o tym. To też jest niespokojny, gdy widzi, jak twór jego pozostaje bez ruchu, jako forma bez ducha w oczekiwaniu tchnienia życia. Prawdą jest, że podobnież dzido się za ustroju dawnego, i te papież odmawiał niekiedy mianowania biskupom królewskim. Lecz król uważał to za nadużycie nieznośne. Konstytucja cywilna kleru zaradziła tej trudności.
Pius III odniósł przeto wielkie korzyści, i jeśli wzamian dał więcej, niż byłby powinien, mógł powoływać się na to, że ustąpił przed siłę i uczynił dla dobra kościoła ustępstwa, które zawsze dają się cofnąć. Konkordat został ogłoszony, jako prawo Rzeczypospolitej d. 18 Germinala r. X-go. Prawo to zawierało poza Konkordatem właściwym jeszcze Artykuły Organiczne obrządku katolickiego. Dodano również Artykuły Organiczne obrządków protestanckich, aby wbrew przedmowie, która uznawała katolicyzm, jako religję znacznej większości Francuzów, jasnym było, że wolność sumienia zachowuje swą siłę w Rzeczypospolitej.
Lamartine powiedział pewnego dnia w Izbie Deputowanych, że Konkordat jest dziełem wstecznym i błędem politycznym. Mówił szlachetnie. Konkordat, pozbawiony przepychu rzymskiego i majestatu konsularnego, nie jest niczym innym, jeno farsą włoską, odegraną przez kadeta z Ajaccio i księdza rzymskiego. Bonaparte sam czuł konieczność tej sztuki. Gdy przyjął kardynała Caprarę na zgromadzeniu uroczystym, i gdy egzemplarz autentyczny konwencji został wreszcie podpisany, widziano, jak śmiał się do rozpuku i krzywił się pociesznie. Ale samego sedna komedji nie dostrzegł. Myślał, że udało mu się nabrać starego lisa, a tymczasem sam wpadł w pułapkę.
Konsul nieostrożny sądził, że odbudowuje na swoją korzyść kościół gallikański, a tymczasem urządzał we Francyi prowincję kościoła rzymskiego. Uczynił kler bezsilnym, aby mu stawiać opór, i bezsilnym również, by oprzeć się papieżowi. Uczynił go nędznym i lokajskim, poddanym władzy dwuch panów i zmuszonym bezustannie do zdradzania jednego, by zadowolić drugiego. Organizował kler, który, odśpiewawszy Te Deum po wszystkich jego zwycięstwach, odwróci się od niego w dni smutku, weżmie kokardę białą w r. 1814, i podniesie przeciwko niemu Wandeję w r. 1815.
Ten człowiek przenikliwy zauważył wkrótce, że został oszukany. Nie przestawał mówić księdzu de Pratt, swemu jałmużnikowi: „Największym błędem mego panowania było zawarcie Konkordatu“.
I jeszcze pochlebiał sobie, mówiąc, że zawarł Konkordat. Jeśli istotnie konwencja tego rodzaju polega na porozumieniu i zgodzie obudwu stron, to prawo z 18 Gorminala r. X-go nie jest Konkordatem[12]. Zawiera ono, to prawda, siedemnaście artykułów konwencji, zawartej przez rząd francuski i papieża d. 26 Messidora r. IX. Lecz zawiera również siedemdziesiąt sześć artykułów organicznych obrządku katolickiego. Ciekawym jest wiedzieć, czy papież znał te artykuły. Można o tym wątpić. W każdym razie nie uznał ich. Następcy jego nie uznali ich również. Od Piusa VII do Piusa X, wszyscy papieże protestowali przeciwko Artykułom Organicżnym.
W nocie, przesłanej d. 26 lipca 1904 r. pełnomocnikowi francuskiemu, kardynał Merry del Val słusznie zauważył, że Stolica Apostolska „nigdy nie przestała protestować przeciw Artykułom Organicznym“, i przypomniał, że stanowią one akt jednostronny rządu francuskiego, akt zupełnie odzielny od Konkordatu.
Nie należałoby przeto mówić, że prawo z d. 18 Germinala r. X stanowi Konkordat. Należałoby tylko mówić, że z 93 artykułów tego prawa, dotyczącego wyznania katolickiego, 17-cie stanowią początek konkordatu.
Nie można czytać tych Artykułów Organicznych bez żywego zdziwienia; jest to dziwna mieszanina prawa cywilnego i prawa kanonicznego. Wyżej, pragnąc wykazać duch Konkordatu, zmuszony byłem przytoczyć nie artykuł samego Konkordatu, lecz jeden z Organicznych — 24-ty, który zawiera doktrynę całkowitą kościoła gallikańskiego od św. Bernarda do Bossueta. I artykułu tego, który wypowiada się o autorytecie soborów i prawach biskupa rzymskiego w rzeczach wiary, Pius VII nie aprobował, Pius VII nawet go nie widział! Artykuły Organiczne składają się przeważnie z przepisów policyjnych i teologicznych. Jest to worek, do którego Bonaparte powpychał ze śmiechem wszystko, co chciał ukryć przed papieżem.
Rzecz ciekawa: przepisy, zawarte w Konwencji z d. 26 Messidora r. IX-ego, zatwierdzone przez papieża, znajdują sankcję w Artykułach Organicznych z dnia 18 terminala r. X-ego, których papież nie zaaprobował. Skutkiem takiego układu prawnego było, że rząd francuski nie mógł nigdy posiłkować się żadną z tych sankcji prawnych, nie budząc protestu ze strony kurji rzymskiej. I jeśli państwo obowiązane jest stosować Artykuły Organiczne, albowiem jest to jego prawo, kościół zmuszony jest protestować przeciwko takiemu stosowaniu, stale bowiem odrzucał jego zasadę. Takim jest układ zgody zawarty roku 1801.[13]
Bonaparte nie potrzebował, trzeba to przyznać, tekstów zatwierdzonych przez papieża, ażeby utrzymać w ryzie kler. Mógł dowolnie więzić i wysyłać na wygnanie księży, porywać papieża, brać Rzym. Lecz niedość myślał o tym, że środki takie niezawsze będą w użycia, i postawił wielkie trudności swym następcom.
Artykuł 90-ty tych dziwnych Organicznych powiada, że „każdy duchowny, opłacany przez państwo, będzie pozbawiony pensji, gdy odmówi bez powodu uzasadnionego wykonywania funkcji, które mu mogą być powierzone“. Artykuł szósty powiada, że „można będzie odwoływać się do rady państwa we wszelkich wypadkach nadużycia ze strony zwierzchników i innych osób duchownych“.
Pod tym względem Konkordat (jeśli zachowamy tę śmieszną nazwę) nie czerpie natchnienia z obyczajów Rewolucji, lecz z instytucji porządku dawnego: ma pretensje do powierzania Radzie Państwa praw, przynależnych parlamentom, których kompetencja rozszerzała się na dziedzinę spraw kościelnych. Czyż Bonaparte sądził, aby biskup mógł kiedykolwiek uznać autorytet Rady Państwa i przyjąć w pokorze naganę ze strony zgromadzenia osób świeckich? A co dotyczy zawieszenia wypłaty pensji, czyż nie przewidywał, że hojność wiernych wynagrodzi je dziesięciokrotnie?
Konkordat w żadnej mierze nie mógłby obowiązywać papieża. Mógłby przynajmniej być prawem francuskim. Miałby w istocie sens, gdybyśmy posiadali kościół gallikański, Radę Państwa gallikańską, rząd gallikański. Lecz nie mamy nic podobnego. I zatraciło się nawet znaczenie tych rzeczy. Wątpię, aby uwagi, które na ten temat czynię, zostały przez kogokolwiek dobrze zrozumiane, o ile ten ktoś nie jest przypadkiem uczonym księdzem, lub jakimś starym sądownikiem.
Ach, gdyby, jak miał nadzieję lekkomyślny konsul, kościół gallikański był odbudowany, miecz Konkordatu byłby dziś zwrócony ostrzem przeciw Rzymowi, Sobór Narodowy byłby już ze dwadzieścia razy od lat 40-u potępił papieża samozwańczego, papieża, winnego wprowadzenia nowych dogmatów i ogłoszenia własnej swej nieomylności, wbrew kanonom kościoła.
Bonaparte i jego poważni współpracownicy pomylili się do tego stopnia, że nie można już odkryć ich właściwych zamiarów. Stworzyć kościół gallikański w r. 1801! Ależ ten jenerał śnił! Gdy kościół tworzył pewien stan w państwie, gdy posiadał trzecią część ziemi i cztery miljardy majątku, gdy rządził ramieniem świeckim, miał dość środków, by być gallikańskim. Zdarzało się co prawda i wtedy nieraz, że bractwo Jezusowe kładło go do swej kieszeni. W każdym razie wszakże był to kościół francuski. Lecz kler bez pieniędzy i bez ziemi będzie zawsze tylko tłumem bałwochwalców rzymskich lub nędzarzy schizmatyków.
Wolny i oddzielony od państwa kler francuski szedł ku schizmie. Konkordat uczynił go bałwochwalczym.




ROZDZIAŁ ÓSMY.
Czy państwo powinno oddzielić się
od kościoła?

Jest to pogląd ogólny, że kraje wolne powinny oddzielać się od kościoła. Ribot pisał do pewnego katolika: „Rozdział kościoła i państwa narzuci się wcześniej lub poźniej, leży bowiem w charakterze myśli współczesnej“. Anatol Leroy-Beaulieu powiedział: „Rozdział kościoła i państwa jest zakończeniem nieuniknionym sekularyzacji państw współczesnych.“ Mógłbym przytoczyć inne jeszcze świadectwa, lecz ani jednego bardziej poważnego.
Ale dlaczego rozdział kościoła i państwa narzuci się wcześniej lub później? Dlaczego sekularyzacja państw pociąga za sobą fatalnie rozdział? Powodem tego jest ten takt, że cywilizacja podkreśla w państwie coraz dobitniej różnicę między ustrojem cywilnym a religijnym. W społeczeństwach pierwotnych kapłan jest królem. Ludy, w miarę jak się rozwijają, zrywają więzy teokracji, które oplątywały je od dzieciństwa.
Oto prawdy ogólne. Są one dosyć jasne tylko dla umysłów zdolnych do rozumowania. Istnieją pozatym przyczyny szczególne, które można uważać za bardziej widoczne. Należy ich szukać w duchu samym i urządzeniu katolicyzmu współczesnego. Były one już analizowane, a mianowicie pewien minister włoski o poglądach umiarkowanych i umyśle religijnym, Minghetti, wyłożył je, jako mąż stanu, filozof i historyk.
Obserwując niecierpliwość, z jaką kraje wolne zrywają węzły, łączące je z kościołem, zaznacza, że „przyczyna tego tkwi w konflikcie, który powstaje wszędzie między klerem a osobami świeckiemi. Kościół katolicki, stojący niegdyś na czele wiedzy i społeczeństwa, oddalił się powoli od nich i skończył na tym, że im obojgu wypowiedział wojnę. Im więcej tracił wiernych, tym w ciaśniejszych więzach pragnął trzymać tych, którzy mu pozostawali. Od trzech wieków papiestwo stara się znieść, jako zgubny, wszelki udział prawny osób świeckich, a nawet kleru w zarządzie kościoła, i zadanie główne religji nosi już tylko charakter policyjny. Syllabus i ogłoszenie uroczyste nieomylności są, niestety, jedynie ostatniemi skutkami tego ruchu i, niewątpliwie, jego wyrazem najbardziej jawnym: w rzeczy samej Syllabus wypowiada, by je wykląć, jedną po drugiej, wszystkie zasady istotne urządzeń współczesnych i prawa, których ludy najbardziej zazdrośnie bronią.[14]
W tym to sensie powiedział Emil Ollivier, że po Syllabusie Konkordat przestał istnieć. Istotnie, jak państwo współczesne mogło godzić się odtąd z potęgą, która je potępiała?
Zerwanie nie nastąpiło zaraz, bo sprawy te nie są tak proste, jak się zdaje, bo ludzie nie kierują się jedynie rozumem, lecz również przyzwyczajeniem i przesądami, bo, wreszcie, duch zachowawczy jest bardzo silny w łonie społeczeństw. Lecz dla każdego człowieka myślącego zgoda stawała się coraz trudniejsza i niepewniejsza.
Umiarkowani, którzy nie zawsze są równie rozumni, jak myślą, sądzili, że między kościołem a państwem będzie mogło mieć miejsce porozumienie, pod warunkiem, by to ostatnie ograniczyło swą rolę do spraw doczesnych, a ten pierwszy — do duchowych, i żeby obie te władze nie wykraczały poza granice odnośne. Granice rzeczy duchowych i świeckich! Nie znal ich porządek dawny. Ani Bonaparte ani nikt inny. Nie istnieją bowiem. Rzeczy duchowe dają się poznać tylko wtedy, gdy wyrażają się w sposób doczesny. Aby uniknąć niejasności, należy mówić o granicach odnośnych między prawem kanonicznym a prawem cywilnym. Lecz gdyby jakikolwiek minister Rzeczypospolitej wyrażał się z taką ścisłością, zrozumianoby natychmiast, że uznaje prawa, pochodzące zzewnątrz. Do tego wistocie zobowiązuje go Konkordat, a ponieważ nie posiada w swej radzie przybocznej, na wzór Ludwika IX, Karola VII, Filipa Pięknego, Ludwika XIV i Karola X, doktorów obojga praw, teologów nader uczonych i kanoników bardzo biegłych, zmuszony jest ulegać prawodawstwu cudzoziemskiemu, którego nawet nie zna. Czyż nie jest niedorzecznością, aby ministrowie świeccy i wolnomyślni wiedli spory z kurją rzymską na temat doktryny teologicznej i dyscypliny kościelnej? Cóż bowiem pozostaje im czynić innego, wobec istnienia Konkordatu? Trzeba więc, aby ofiara nierozsądnej chytrości Bonapartego, który zabrudził teologją prawo francuskie, minister wyznań, elegancki pan Leygues, naprzykład, spierał się z nuncjuszem z powodu tego, czy Papa est dominus omnium beneficiorum, nie mając pod ręką żadnego soboru, synodu, biskupa, kleryka, ani nawet, jak Bonaparte, jakiegoś Fesch’a, tego osła w mitrze, aby mu pomóc w sylabizowaniu jakichkolwiek decisiones Rotae Merlini. Jest to zabawne, ale jest to też przykre.
Być może, wolnomyślni ministrowie nasi przez nieświadomość lub obojętność zrobili tyle ustępstw na rzecz kościoła rzymskiego, ile nie uczynili świadomie i z miłości ministrowie monarchji.
Znosili to, co dotychczas wydawało się nie do zniesienia; znosili mieszanie się papieża do naszych spraw wewnętrznych, co mówię? pochwalali je. Gdy Leonowi XIII przyszło do głowy podtrzymywać Rzeczpospolitą; w imieniu praw, na które mógł powoływać się, by ją zwalczać, i gdy podtrzymywał ją, jak sam się przyznał, jedynie o tym celu, aby zmieniać jej prawa, rząd republikański powinszował mu za to publicznie i przyjął z wdzięcznością to, na co nigdyby nie byli pozwolili dawni królowie.
W rzeczy samej stronnictwa we Francji ciskają sobie wzajemnie w głowy papieżem! „Papież jest ze mną — mawiał Jules Ferry — papież jest republikaninem i zwolennikiem polityki kolonjalnej!“ „Baczcie, aby papież nie odebrał nam protektoratu nad chrześcijanami na Wschodzie!“ powiadają katolicy. Papież stał się wielką potęgą we Francji od czasu, gdy przestano w niej wiedzieć, czym jest papież. Konkordat jest niebezpieczeństwem dla państwa od czasu, gdy państwo przestało wiedzieć, czym jest Korkordat.
„Układać się z wodzem cudzoziemskim kościoła, do którego należą obywatele francuscy, w sprawie obrządku, zaciągać względem tegoż cudzoziemca zobowiązania pieniężne lub inne, znaczy to odstępować mu część naczelnej władzy państwowej i dopuszczać do interwencji zagranicznej w naszych sprawach wewnętrznych[15].“
Oto pierwszy powód do zerwania Konkordatu. Istnieją inne jeszcze.
Byłem bardzo młody w chwili, gdy dokonywano spisu ludności pod rządem porządku moralnego, i gdy państwo z ciekawością, jakiej odtąd nigdy już nie ujawniało, zapytywało nie tylko o stan cywilny mieszkańców, lecz również o ich wyznanie. W facjatce mej odszukał mnie pewien komisarz. Zadał mi pytania, przepisane przez ministra. Dopowiadałem mu, a on zapisywał odpowiedzi na wielkim arkuszu papieru, do tego przeznaczonym. Gdy zapytał mnie, do jakiego wyznania należę, odpowiedziałem mu, że nie należę do żadnego wyznania. Był to człowiek łagodny i cichy. Uśmiechnął się z trudem. „To nic nie szkodzi — szepnął. — Byłbym panu wdzięczny, gdyby pan zechciał wybrać sobie jakiekolwiek dla porządku mych papierów“. Oświadczyłem mu przez grzeczność, że jestem buddystą. I było to w owej chwili prawdą. Umysłom ruchliwym, niespokojnym i ciekawym odsłania się codzień inna strona boskości. Do czegóż byłaby nam służyła swoboda myślenia, gdybyśmy z niej nie korzystali dla odkrywania prawdy, zawartej w każdej religji? — „Buddysta?“ — „Tak, panie, buddysta“. Zaczął ssać koniec ołówka, popatrzał kolejno to na arkusz papieru, to na buddystę z wyrazem bolesnego zakłopotania. Następnie westchnął: „Bo to widzi pan, nie mam żadnej rubryki dla buddyzmu“. W istocie, na papierze widniały tylko trzy szpalty dla religji. Państwo uznawało jedynie trzy formy boskości.
Istnieje w kraju naszym człowiek, który nosi tytuł święty. Nazywa się dyrektorem wyznań. Kładzie dłoń swoją na katedrze świątyni i synagodze, zarządza cymborjum, zawierającym świętości, ołtarzem nagim wyznania augsburskiego i tablicami Tory. Uznaje trzy prawdy święte. Dlaczego nie uznaje czterech, pięciu lub więcej? Jest katolikiem, Żydem lub luteraninem. Dlaczego nie jest również muzułmaninem? Jest to religja najbardziej rozpowszechniona w krajach, nad któremi powiewa sztandar francuski.[16] Dlaczego nie jest buddystą, fetyszystą, gwebrem? Zarządza trzema wyznaniami. Dlaczego nie rządzi nad wszystkiemi?
Jeśli go o to spytacie, odpowie bez zakłopotania, że posiada w swym biurze kartony zielone i koszulki dla biskupów, pastorów ewangielickich i rabinów, lecz że nie posiada ani koszulek, ani kartonów dla lamów, muezzinów i bonzów; że trzy tylko religje składają się na materjał administracyjny i że żadne inne jego nie stanowią, że istnieją trzy religje biurowe, te zawsze będą istniały trzy, i że nigdy nie będzie więcej nad trzy, albowiem atrybutami biur są niewzruszoność i stałość.
Tak chciał Bonaparte. Zgodnie z prawem z d. 18 Germinala r. X, dotyczącego obrządku katolickiego i protestanckiego, i na zasadzie dekretów z d. 17 marca i 21 grudnia 1808 r. odnoszących się do izraelickiego, minister wyznać, jako ów ojciec z pięknej przypowieści żydowskiej, posiada trzy pierścienie. Nie powiada nam, który jest dobry, co dowodzi jego rozumu. Lecz jeśli posiada więcej niż jeden, dlaczegóż ma tylko trzy? Nasz Ojciec Niebieski dał synom swym więcej niż trzy pierścienie, i nie mogą rozróżnić oni, który jest prawdziwy. Panie ministrze wyznań, czemu nie posiada pan wszystkich pierścieni Ojca Niebieskiego? Utrzymuje pan pewne wyznania, a nie daje pan utrzymania niektórym innym. Dlaczego? Nie ma pan chyba pretensji do tego, aby być sędzią w rzeczach prawdy religijnej. Nie ma pan zamiaru wskazywać trzech religji, które ją posiadły, albowiem jedna z tych trzech skazuje na śmierć wieczystą tych, którzy wyznają obie inne. Pan wiesz, panie ministrze, co kościół katolicki myśli o Żydach. Widział pan nieraz na odrzwiach naszych kościołów katedralnych u boków Chrystusa na krzyżu dwie niewiasty, noszące oznaki królewskie. Jedna stoi prosto pełna majestatu: to kościół Druga słania się na nogach. Na oczach ma przepaskę, korona stacza się z jej głowy, berło wypada z dłoni: to synagoga. A pan wspiera pieniężnie i jedną i drugą. Pan wie, co kościół katolicki sądzi o protestantach. Zauważył pan bez wątpienia na jednej z pięknych stall katedry w Anch świnię, każącą z ambony z imieniem tym głęboko wyrżniętym w drzewie: Kalwin. A pan wspiera pieniężnie kościół katolicki i kościół reformowany! Czyż nie przesadza pan w ten sposób w niedorzeczności, niezbędnej dla rządów ludzkich? I czyż nie staje pan w ten sposób w sprzeczności z prawem publicznym Francuzów?
Państwo płaci pięćdziesiąt miljonów rocznie kościołowi katolickiemu. Daje mu pałace biskupie i kościoły, z dzwonnicami, ozdobami i skarbami, z ambonami, z których wysokości księża nauczają praw swych. Nie jest sprawiedliwym, aby wszyscy obywatele przyczyniali się do utrzymywania jakiegokolwiek obrządku, który wykonywają nie wszyscy. Emil 0llivier odpowiada na to, że w każdym społeczeństwie istnieją urządzenia, z których korzysta nie każdy z jego członków[17]. Lecz nie wystarcza tu stawiać zasady solidarności w kwestji podatkowej. Każdy przyzna, że kościół, wspierany przez państwo, a teatr, wspierany przez państwo, nie jest to samo. Miljony, idące na utrzymanie wyznań, nie stanowią jedynie kwestji budżetowej. Jest to spawa, dotycząca wolności sumienia.
Czyniąc z religii służbę publiczną, zapewniacie jej łaski administracji i poszanowanie obywateli. Więcej jeszcze, uznajecie autorytet papieża przez to samo, że wchodzicie z nim w układy, uznajecie autorytet ten zarówno w sprawach duchownych, jak i doczesnych. I biskup Bardel miał prawo wam powiedzieć: Państwo, wchodząc w układy z kościołem, uznaje przez to samo jego istnienie, jego działalność, jego prawa i nawet charakter nadprzyrodzony jego początku i jego końca“.
A że po tym wszystkim państwo uznaje jeszcze istnienie i charakter nadprzyrodzony dwu innych religji, to jest to już jego rzeczą, a nie rzeczą Rzymu. Niedorzeczność tę niech zapisze na swój rachunek, lecz nie przypisuje jej kościołowi katolickiemu.
Na zasadzie Konkordatu państwo świeckie wierzy i wyznaje religję katolicką, apostolską i rzymską.
Czyż jest to zgodne z prawem publicznym demokracji, która nie uznaje panowania wyznaniowego?[18] Powody poważne do zerwania Konkordatu.
Że państwo ma prawo to uczynić — nie ulega wątpliwości. Zerwanie jednostronne traktatu jest rzeczą dozwoloną i przewidzianą[19]. Umowa społeczna nie może trwać bez końca wbrew woli jednej ze stron; i jeśli jednostki nie mogą zobowiązywać się w ten sposób na krótki przeciąg życia, czyż mogłyby to uczynić państwa, trwające długi szereg pokoleń? Lecz co dotyczy Konkordatu, nie chodzi o wynalezienie warunków, w jakich Rzeczpospolita powinna go zerwać, albowiem władza papieżów zerwała go już dawno przez stałą odmowę zachowywania ciężkich jego zastrzeżeń. To właśnie mówi dziś rząd francuski, lecz to nie wystarcza. Prawdą jest bowiem, że Rzym nigdy nie uznał Konkordatu, gdyż Pius VII i jego następcy stale odmawiali uznania Artykułów Organicznych, które stanowią jego część składową.
Toteż, gdy mówię o zerwaniu cienia układu, który już nie istnieje lub który nigdy nie istniał, nie należy brać tego słowa w jego ścisłym znaczeniu prawnym. Nie należy, aby słowa były trwalsze niż rzeczy.




ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY.
W jaki sposób państwo powinno oddzielić
się od kościoła.

Twierdzono zupełnie poważnie, że zerwanie Konkordatu pociągnie za sobą dla państwa utratę środków oddziaływania w każdym czasie przez biskupów na słowa i czyny kleru. Lecz Konkordat w właściwym słowa znaczeniu nie daje państwu Żadnego środka oddziaływania na biskupów. Artykuły Organiczne, nie uznane przez papieża, dają rządowi prawo do oświadczania za pośrednictwem kanonistów z Rady Państwa, że nadużyciem jest, gdy biskup działa wbrew prawom Rzeczypospolitej, w co zresztą ani biskup ani wierni nie wierzą. Rada Państwa bowiem nie posiada Żadnego autorytetu w sprawie dyscypliny kościelnej, apelacji zaś z powodu nadużycia zabrania artykuł 41 Syllabusa. Rząd nadaje sobie inne jeszcze prawo, którego kurja rzymska również nie uznaje. Odbiera biskupom i księżom zbuntowanym zapewnione im przez Konkordat pensje, skazując ich w ten sposób bez wdzięku na karę bezskuteczną. Albowiem pensje te zwracają biskupom i księżom składki wiernych. Oto wszystko, do czego sprowadza się władza ministra wyznań nad biskupem.
Podając powody, skłaniające do zerwania Konkordatu, zapomniałem o najlepszych, mianowicie: że Konkordatu niema, że nigdy nie istniał.
I Rzym wie o tym dobrze. Dla niego Konkordat nigdy nie był traktatem. Jest to paszport; jest to papier, zapewniający mu bezpieczeństwo i swobodę ruchów w Rzeczypospolitej. Dla tego przypisuje mu wagę. Bez tego papieru traci rysopis i imię we Francji.
W mowie swej, wypowiedzianej w konsystorzu dnia 27 września roku 1852, oraz w artykule 55-tym Syllabusa z dnia 8 grudnia roku 1864 papież Pius IX zaliczył do szeregu błędów najgłówniejszych naszego czasu mniemanie, że kościół powinien być oddzielony od państwa, a państwo od kościoła.
W rzeczy samej, kościół nie może zgodzić się z ochotą na wyłączenie z państwa, w którym chce rządzić. I jeśli dzięki Konkordatowi nie kieruje sprawami publicznemi we Francji, przynajmniej bierze w nich udział. Konkordat jest pozostałością cenną i ostatnią jego związku z państwem i narzędziem, za którego pomocą może jeszcze mieć nadzieję objąć nanowo panowanie nad obyczajami i zmusić znowu ramię świeckie do posłuszeństwa. Na zasadzie Konkordatu pan Loubet, następca Karola Wielkiego, jest w Galji chrześcijańskiej wikarjuszem doczesnym papieża. Jeśli posłuszeństwo prezydenta Rzeczypospolitej względem kościoła nie jest całkowite i zupełne, jeśli prezydent nie obnaża miecza, by przywrócić Piotrowi jego dziedzictwo, powodem tego jest da wola prezydenta i nieszczęście czasów. Plaga ta może przestać istnieć. Lecz jeśli Konkordat zostanie podarty, Stolica Apostolska utraci tytuł jedyny, który jej pozostaje do udziału w rządzie Rzeczypospolitej. Nie będzie miała więcej żadnego sposobu na Francję.
Rzym pragnie utrzymać zasadę konkordatową, jako resztkę swego dawnego prawa inkwizytorskiego, i dlatego jeszcze, że rozdział go przestrasza. Leon XIII uważał zerwanie za klęskę[20]. Niektórzy z jego przyjaciół politycznych mieli z początku tyle sprytu, że ukrywali swe obawy. Lecz gdy niebezpieczeństwo zbliżało się, myśleli już tylko o tym, jakby je odwrócić. Kler jest jednomyślny w żądaniu utrzymania prawa, do którego nie stosuje się, a biskupi francuscy wyrażają na wyścigi żal z powodu zerwania, które uczynili nieuniknionym. Pan Fuzet sądzi, że następuje koniec obrządku katolickiego, a pan Dubillard wierzy, że pociągnie to za sobą utratę wiary dla dusz niezbyt gorących. Natomiast ma nadzieję, że dusze żarliwe staną się od tego jeszcze żarliwsze. Lecz takich jest niewiele.
Gdy się twierdzi, że kościół stanie się po rozdziale potężniejszym, niż był przedtym, należałoby wprzódy wykazać, co wygra, gdy utraci budżet z pięćdziesięciu miljonów. Czy odnajdzie te pięćdziesiąt miljonów? W pierwszych czasach zbierze więcej jeszcze. Ale później? Chłopi są oszczędni, mieszczaństwo ugina się już pod ciężarem wydatków na cele pobożne; świętopietrze, kongregacje, szkoły katolickie ciążą nad nim. Stowarzyszenie, założone w djecezji Quimper, dostarcza już pięćdziesiąt tysięcy franków duchownym pozbawionym pensji. A jak ciężko będzie klerowi kwestować śród obywateli ziemskich i starych kasztelanek! Pewien ksiądz z Laval’u, zachowując nadal swój dobry i dzielny humor, myśli wszakże o tym z drżeniem:
„Dziś — powiada — państwo daje nam do ręki czek, nie żądając od nas żadnego rachunku. Jutro, gdy będziemy mieli do czynienia z komitetami, trzeba będzie porozumiewać się co chwila z prezesem, zadowalać Piotra i nie obrażać Pawła. Biada nam, gdy oburzymy przeciwko sobie jakąkolwiek wpływową dewotkę. Tyranję Rzeczyn pospolitej zastąpi tyrania tab kropielnicznych“[21].
De Lanessan sądzi, że lud francuski nie jest dość wierzącym, aby czynić wielkie poświęcenia dla wiary. Trudno określić liczbę wiernych. Nie wiem, skąd to Taine wziął, te na trzydzieści osiem miljonów Francuzów jest cztery miliony katolików, spełniających obrządek, śród których wielka ilość kobiet i dzieci. Jest to możliwe. Biskup orleański Dupanloup na trzysta pięćdziesiąt tysięcy katolików swej djecezji liczył trzydzieści siedem tysięcy takich, którzy obchodzą święta wielkanocne. Ksiądz Bougrain w obliczeniach nowszych znajduje cyfrę zbliżoną.
Pewien wybitny poseł z prawicy, Jules Delafosse, zauważył, że z pewnej części Limousin, między Indre i Crense, chłopi dziwnie dalecy są od praktyk religijnych.
„Istnieją jeszcze w każdej gminie kościół i ksiądz, lecz sam tylko ksiądz wchodzi do kościoła. W gminie, w której mieszkałem, ja tylko i moi bliscy bywaliśmy na mszy niedzielnej. Nie widać tam było ani kobiet, ani dziewcząt, ani chłopców. Nawet dzieci, które przygotowują się do pierwszej komunji, nie chodzę na mszę! Niema zresztą śladu jakiegokolwiek wrogiego usposobienia względem religji. Nie jest to nawet obojętność bezwzględna. W niektóre święta bowiem, jak oto Wielkanoc, Wszystkich Świętych i Boże Narodzenie, wszyscy przychodzą do koś-dola. Chrzci się dzieci, przygotowuje się je do pierwszej komunji, żenią się i grzebią zgodnie z obrządkiem katolickim. Lecz są to odruchy czysto atawistyczne, z któremi ludzie dzisiejsi nie łączą żadnego uczucia ani żadnego właściwego im znaczenia“[22].
Ankieta, dokonana przez dziennik Le Briard, dotyczy 416 gmin w Brie i obejmuje ludność, złożoną z 216,000 mieszkatców. Z ankiety tej wynika, że z liczby tej tylko 5,200 wykonywa obrządki wiary, czyli 2%[23].
W tej części Żyrondy, którą znam, Entre-deux-Mers i Benauge, wszystkie kobiety idą w niedzielę na mszę z dziećmi. Mężczyźni pozostają prawie wszyscy na placu przed kościołem i rozmawiają o swych interesach.
Lecz są to na sumieniu przeszło 30 milionów Francuzów światełka rozrzucone i rzadkie, które mogą wprowadzać w błąd. Liczne są powody tego, by iść na mszę, ale nie wszystkie są nabożne. Próżność, moda, interes równie dobrze jak i pobożność, mają swe miejsca w kościele parafialnym. Naodwrót, wiele dusz nie przystępuje do Sakramentów i trzyma się zdaleka od mszy, a są to tylko duszę niezbyt gorące, lecz bynajmniej nie zbuntowane, i, że użyjemy słownika kościelnego, są grzesznicy, w których wiara nie wygasła.
A nawet gdybyśmy mogli policzyć dusze wierzące, czy bylibyśmy w stanie uczynić obrachunek sił kościoła? Siły te nie tkwią więcej we wspólnych wierzeniach ludów. Religia rzymska, jaką uczynili ją jezuici, sprowadza się do kilku przesądów grubych i do praktyk nizkich i mechanicznych. Utraciła wszelki autorytet moralny. Ma za sobą przyzwyczajenie, tradycję, zwyczaj. Korzysta z obojętności powszechnej. Dla wielu zarówno w mieście, jak i na wsi, kościół jest zakładem bardziej cywilnym niż religijnym, zakładem, mającym w sobie coś z merostwa i sali koncertowej. Tam ludzie żenią się, tam przynoszą nowonarodzonych i zmarłych. Kobiety pokazują tam swoje suknie. Krótko mówiąc, dziś duchowieństwo jest podtrzymywane przez wszystkich tych,.którzy posiadają. Wielcy właściciele ziemscy, przemysłowcy, finansiści, bogaci Żydzi — oto kolumny kościoła rzymskiego. Jest to siła, wszelako niezbyt wielka w kraju, w którym, jak we Francji, mało jest ubogich.
Wniosek Pressensé’go, bardzo wystudjowany i obmyślany, wniosek Réveillanda, słuszny i umiarkowany, projekt komisji, z którym sprawiedliwie łączy się imię sprawozdawcy Arystyda Briauda, projekt, który składa rząd w chwili, gdy piszę te kartki, schodzą się, pomimo różnic licznych, by naszkicować ustrój, w którym państwo nie będzie więcej znało kościoła i będzie widziało przed sobą jedynie „Towarzystwa cywilne dla sprawowania obrządku“, podpadające pod prawo r. 1901 o stowarzyszeniach.
Nie da się zupełnie obronić pogląd, podług którego państwo miałoby być dłużnikiem na jakąkolwiek sumę względem tych „towarzystw cywilnych“. Pensje, zapewnione duchowieństwu przez Konkordat, ustają wraz z tym ostatnim i nie mogą być przelane na nikogo. Widzieliśmy przed chwilą, że pensje te pod żadnym względem nie noszą cech odszkodowania, że nie była to bynajmniej reszta z długu, zaciągniętego r. 1790 przez Zgromadzenie Narodowe. Ksiądz Odelin woła, że rabuje się kościół, i że ten ostatni na to nie pozwoli. Lecz krzyki te nie zostaną wysłuchane. Państwo jest przekonane, że nic nie jest dłużne duchowieństwu. „Nie zdaje mi się, powiedział Karol Dupay, aby pensje, pobierane przez duchowieństwo, stanowić miały dług wieczysty państwa w stosunku do kościoła“.
„Towarzystwa Cywilne dla sprawowania obrządku“ będą miały prawo otwierania kościołów i zbierania kapitałów, aby wynajmować lub budować gmachy, konieczne dla odprawiania nabożeństwa. Przez ostrożność, którą Minghetti i Laveleye uważali za konieczną, projekt Briauda ogranicza, pod względem rodzaju i rozmiarów, dochody tych towarzystw. Lecz natomiast gwarantuje im uposażenie natychmiastowe z funduszów i ruchomości kościelnych i z opactw, zachowując wyraźnie kościoły do użytku wyznania katolickiego i wypłacając dożywocia księżom starym i niedołężnym. I bez wątpienia te dożywocia kościelne mogą być uchwalone, lecz, oczywiście, nie przed emeryturami robotniczemi.
Nie jest bynajmniej zamiarem moim analizować szczegółowo stronę prawną tych rozmaitych projektów. Test rzeczą prawników doświadczonych dokonanie tych studjów trudnych i długich. Lecz poczytuję sobie za obowiązek dać tu ostrzeżenie pożyteczne: poczytuję sobie za obowiązek powiedzieć, że wystrzegać się należy starannie wszystkiego, co mogłoby być podobne do nowej konstytucji cywilnej duchowieństwa; że należy wystrzegać się, jako niebezpieczeństwa poważnego, odbudowywania państwa religijnego w łonie państwa świeckiego, i że jeśli zrywa się Konkordat, to nie po to, by go natychmiast wznawiać bez udziału papieża[24].
Możnaby uczynić jeszcze wiele innych uwag. Możnaby nprz. zapytać, czy państwo ma prawo ustępować darmo czterdzieści pięć kościołów, wraz z pałacami biskupiemi, małemi seminarjami i plebanjami, których wartość najemna przenosi sto miljonów? Rozumie się samo przez się, że oddzielając się od kościoła, Rzeczpospolita nie dąży do zrobienia pieniędzy. Ale, koniec końców, czy jest odpowiednim, aby wyposażała bogato towarzystwa wyznaniowe kosztem narodu? Czyż nie nauczył nas dostatecznie przykład Belgji? Belgja oddzieliła się od kościoła, który opłaca i który ją pożera. Czy chcecie oddzielić się na modłę belgijską?
Dlaczego dawać kościołowi to, co mu nie jesteśmy winni, a odmawiać mu tego, co mu się należy?
Najuczciwiej i najrozumniej będzie, gdy ustanowimy dla niego porządek, zapewniający wolność. Powiedzielibyśmy, że należy dać mu swobodę, gdyby to nie było wyrażenie czysto metafizyczne, nie wyobrażające nie realnego ani wyczuwalnego. W państwie niema jednej wolności. Są wolności, które wzajemnie siebie ograniczają. Powiemy, że należy nadać kościołowi wszelkie swobody możliwe.
Odkąd oczekujemy we Francji zerwania Konkordatu, wiele osób świeckich i liberalnych, między któremi wyróżnia się René Goblet, robią z formuły „Kościół wolny w państwie wolnym“ coś w rodzaju hasła rozdziału. René Goblet jest szlachetnym przyjacielem wolności. Prędzej byłby odjął jej swemu stronnictwu, niż pozbawił jej swych przeciwników. „Kościół wolny w państwie wolnym“. Zdanie to ma lat czterdzieści; autorem jego jest Montalambert, który objaśniał je przez to inne zdanie: „Wolność kościoła, opierająca się na swobodach publicznych“.[25] De Cavour po najściu państwa papieskiego przyswoił je sobie. W ustach jego nabrało ono nowego znaczenia i stało się włoskim, chcę przez to powiedzieć — przebiegłym. Znaczyło ono: „Król ogałaca papieża z jego dziedzictwa i całuje mu stopy“. W tym streszcza się cała polityka domu sabaudzkiego, który daje wyklinać się w Rzymie i błogosławić w Turynie. Oto, w jaki sposób ze swej strony tłumaczy tę formułę Goblet.
„Kościół wolny w państwie wolnym oznacza to swobodne wyznawanie religji, przyczym państwo nie zna wiecej kościołów, kościoły nie mają więcej do czynienia z państwem, a kapłani rozmaitych obrządków podlegają tym samym prawom, co i reszta obywateli“. Lecz biskup Dubillard powiada, że to jest utopja, a Rane twierdzi, że to głupstwo. Takim było już zdanie hr. D'Arnim’a. Podług niego Chiesa libera in sterto libero jest to Chiesa armata in stato disarmato. Faguet, który jest zawsze inteligientny, a chwilami straszny, wypowiedział w tej kwestji zdanie bardzo silne: „Kościół wolny jest to stronnictwo“. Bez wątpienia jest to stronnictwo i jest to zarazem pewnego rodzaju administracja. Jest to partja zorganizowana, państwo w państwie, potęga.
Żąda się dla kościoła praw ogólnych. Nic sprawiedliwszego. Lecz na nieszczęście prawo zwykle, dające się stosowań do tego, co niczym nie jest i nic nie robi, ustaje od chwili, gdy się jest czymkolwiek, lub się robi cośkolwiek. Wytwarza się bowiem wtedy pewne położenie określone. A dla każdego położenia określonego istnieje prawo specjalne. Nie jestem pierwszy, który to zauważył. Istnieją prawa specjalne dla lekarzy, dla aptekarzy, istnieją prawa specjalne dla ślusarzy. Biskup nie jest mniej ważny z punktu widzenia prawa, niż ślusarz. Jesteśmy wszyscy i każdej chwili poza prawem ogólnym. A czyż sam kościół tak bardzo pragnie poddać się jemu? Domaga się go, gdy widzi w tym swą korzyść. Odpycha je, gdy ono go krępuje, Sprzeczności umysłu — logika serca. Chce tego prawa, by zawiązywać swobodnie stowarzyszenia. Odmawia przyjęcia jego, gdy prawo z roku 1801 ma ograniczać środki stowarzyszenia do samych tylko składek jego członków. Chce jego, jako lokator, aby być zobowiązanym jedynie do reparacji, związanych z najmem; odmawia uznania jego, jeśli właścicielowi pozostawiona będzie swoboda wyboru lokatora i okreś-lania wysokości komornego. Chce jego, by zapewnić ceremonjom obrządku wolność zgromadzeń, odmawia uznania jego, gdy prawo to obowiązuje go do składania uprzednich deklaracji[26].
Nie sądźcie, abyście zadowolili kościół, dając mu wolność. Przystosował się do niej w Stanach Zjednoczonych. Jest tam bowiem w mniejszości i wolność daje mu środki do wzrastania i do bogacenia się, a gminy kościelne czynią dzięki niej postępy zadziwiające. Weźmy jeszcze i to na uwagę, że pomieszany z innemi kościołami chrześcijańskiemi korzysta we wszystkich prawie Stanach Związku z opieki na równi z temi kościołami. We Francji, gdzie jest religją większości, nie chce być wolnym, chce mieć władzę naczelną.
Będzie wrogiem nieubłaganym rządu, który go wyzwoli. Nie bójmy się przyszłości, którą nam gotuje, lecz umiejmy ją przewidywać. Konkordat jest zerwany, papież staje się jedyną głową kościoła francuskiego. Gdy sam tylko będzie mianował biskupów, oczekiwać należy, że wybierać ich będzie z łona zakonów i będzie zastępował biskupów konkordatowych, w miarę jak będą wymierali, przez jezuitów, assompcjonistów i kapucynów. Zarząd djecezji przejdzie powoli w ręce mnichów, którzy rozwiną tam swój zmysł do interesów i do intryg, gienjusz handlowy, przechodzący gienjusz żydowski, skłonność i upodobanie do przedsięwzięć tajnych, związków, spisków i dróg ciemnych. Będziemy mieli biskupów chytrych i biskupów gwałtownych. Niektórzy, bez wątpienia, rzucą się do tej demagogji, którą praktykowały wszelkie Croix Paryża i departamentów z sztuką grubą i potężną, a która głęboko wstrząsnęła Rzeczpospolitą.
Kościół będzie wywoływał gwałty. Potrzeba mu będzie męczenników. Cała nadzieja jego polega na wojnie religijnej. Rozdział pierwszy z r. III był dla niego przychylny; poprzedził go bowiem okres Teroru, i sam on odbył się pod panowaniem praw krwawych. Państwo, prześladując księży, dałoby im siłę nową. Zwycięży ich, przeciwstawiając im nieprzezwyciężoną tolerancję.
Żadnego ucisku, żadnego dokuczania. Gdy mają być skutecznemi, trzeba, aby prawa były równie łagodne, jak i nieugięte. Jeśli będziemy rozumni, osłabimy gniew i nienawiść oddzielonego kościoła sprawiedliwością głęboką naszych praw i obyczajów. Buntownicze listy pasterskie utoną w wolności prasy; kazania rewolucyjne padną w wolności zebrań.
Zaleta rozdziału tkwi w samym rozdziale, a nie w surowości prawnej, jaka dałaby się z nim połączyć. Rozdziel dotyka kościoła w samej jego zasadzie. Co jest istotnego w kościele rzymskim, co go tworzy, to jego jedność. A tę jedność konieczną zapewnia mu w łonie narodów katolickich władza cywilna; państwo konkordatowe zabezpiecza go przeciw schizmie.
Bierze na siebie wskazywanie wśród biskupów, wśród księży tych, którzy są rzymscy, i pilnuje, by przepędzano intruzów. Dokłada starań, by powiadomić wiernych, że pasterz dusz, który lży je z wysokości ambony, jest pasterzem istotnym; to już jest zbytek dbałości. Po rozdziale nie będzie więcej zajmowało się rozróżnianiem biskupów prawomyślnych pod względem kościelnym od nieprawomyślnych. I wierni podzielą się między jednych drugich. Władza duchowna papieża jest nieograniczona. Lecz wszelkiej władzy duchownej, aby mogła wyrażać się zupełnie, potrzeba władzy doczesnej; takim właśnie jest pogląd kościoła. Wolność rodzi naturalnie rozmaitość. W ustroju przyszłym kościoły dysydenckie nie będą zduszone od urodzenia. Ujrzymy rozkwit licznych sekt, rywalizujących ze sobą. Jedność ślubów będzie złamana.
Gdy cesarz Juljan odebrał chrześcijanom łaskę cesarską, nie prześladował ich. Powrócił z wygnania biskupów arjańskich i kościół Chrystusa natychmiast został rozdarty.
R. 1874 Ernest Renan ze znajomością głęboką rzeczy religijnych powiedział:
„Wolność, rozumiem przez to wolność istotną, tę, która nie zajmuje się ani popieraniem ani prześladowaniem, będzie ruinę jedności religijnej pod względem tego, co jest w niej niebezpiecznego. Jedność katolicka opiera się jedynie na opiece państw... Państwo Konkordatowe, nawet gdy jest prześladowcą, daje daleko więcej kościołowi dzięki gwarancjom, któremi go zabezpiecza, niż mu odbiera przez ucisk. Znieść jednym zamachem zarówno gwarancje, jak i prawa uciskające — oto mądrość. Złą stroną wszelkiej wielkiej wspólnoty religijnej, nie posiadającej żadnej siły zewnętrznej dla utrzymania swej jedności, jest podział. Wspólnota posiada dobra oraz indywidualność cywilną. Dopóki prawo utrzymuje sens nazwy tego kościoła, głosi naprzykład, że uważa za katolików tylko tych, którzy są w łączności z papieżem i uznają takie lub inne wierzenie, schizma jest niemożliwą; lecz w dniu, w którym państwo przestanie przywiązywać jakąkolwiek wagą dogmatyczną do nazw kościoła, w dniu, w którym podzieli własność proporcjonalnie do liczby uczestników, gdy strony staną przed jego trybunałami, oświadczając, te nie mogą dłużej tyć wspólnie, wszystko natychmiast ulegnie zmianie“.[27]
I gdyby kościoły ze sobą rywalizujące zechciały wziąć je za rozjemcą w swych sporach, państwo, głuche na ich krzyki, odpowiedziałoby im słowy mądremi prokonsula Achai:
„Gdyby chodziło o jakąkolwiek niesprawiedliwość lub zły uczynek, poczuwałbym się do obowiązku wysłuchania was cierpliwie. Lecz gdy chodzi jedynie o sprzeczność nauk, o słowo i prawo wasze, rozstrzygajcie spory wasze, jak rozumiecie, albowiem nie chcą być w nich sędzią“.[28]




ROZDZIAŁ DZIESIĄTY.
Zakończenie.

Odkąd Bonaparte wznowił obrządek we Francji, wszystkie rządy, które po sobie następowały, zwiększały bogactwo i potęgę kościoła, i nie te, które najbardziej go kochały, najlepiej mu służyły. Restauracja mniej dlań uczyniła z miłości, niż rząd lipcowy i drugie Cesarstwo — z interesu lub obawy. I doprawdy, taki np. Villèle[29] nie był w stanie oddać mu tych usług, jakie miał od Guizot’a. Co zaś tyczy się trzeciej Rzeczypospolitej, zrodzonej śród konwulsji tego Zgromadzenia Wersalskiego, które poświęciło Francję Sercu Jezusowemu, wzrosła ona pod grozą niebezpieczeństwa rzymskiego, które nie zawsze była w stanie zażegnać, któremu nie zawsze umiała patrzeć oko w oko i które grozi jej jeszcze dzisiaj.
Niezmienność słów, określających rzeczy zmienne, myli rozum i powoduje sądy fałszywe. Nazwy, papież i kościół, pozostają, lecz nie wyobrażają one, że tak powiemy, nic z tego, co wyobrażały temu lat sto, temu tylko lat trzydzieści. Od roku 1869, od Soboru Watykańskiego, od chwili gdy papież zamknął się w swej twierdzy duchowej, narodziło się papiestwo nowe. Po papieżu-królu nastąpił papież-bóg. Nowy dogmat nieomylności, który zdał się być napadem obłędu religijnego, był czynem zręczności politycznej.
Ogłoszony w chwili, gdy Pius IX tracił resztki ostatnie swego dziedzictwa królewskiego, dogmat ten zastępował zniesione władztwo nad Legacjami przez panowanie ewentualne nad światem. Znikając nazawsze poza Watykanem, tym pałacem bez fasady i bez przystępu, papież zdawał się mówić: „Gdy pozostawię Rzym bezbożnemu, gdy nie będę już nigdzie na ziemi, będę wszędy, a Rzym mój stanie się światem“. Ekspansywność gwałtowna papiestwa wysubtelnionego! Jeśli nieomylność papieska w rzeczach dogmatu jest natury teologicznej, nieomylność papieska w dziedzinie moralności jest natury politycznej; jest to areszt, nałożony na wszystkie sumienia, jest to kierownictwo doczesne nad społeczeństwami, jest to Syllabus, narzucony państwom, jako akt konstytucyjny.
Marzenie? Bynajmniej! Twarda rzeczywistość. I nie sam Pius IX to uczynił; nie sami tylko kardynałowie jego, uczyniły to kościoły wszystkich narodów, uczynił to kościół. I odtąd, by owładnąć sumieniem jednostek i, ludów na całej kuli ziemskiej, papiestwo pchnęło armię, najlepiej dowodzoną i najbardziej wyćwiczoną, jaką kiedykolwiek widziano, biskupów, księży, mnichów i zakony świeckie. Niewątpliwie papiestwo dążyło zawsze do panowania nad światem i zamierzało zawiesić ziemię na pierścieniu Rybaka. Od wieku XII-go, papieże walczyli z królami naszemi o panowanie nad królestwem. Lecz czym był papież ówczesny wobec papieża dzisiejszego? „Nie jesteś panem biskupów, lecz jednym z nich“, mówił św. Bernard do papieża. A. Bossuet, przytaczając te słowa, dodawał: „Oto, jako mówili zawsze ci, którzy z pośród nas byli najbardziej bogobojni“.
By móc stawić czoło kościołowi zzewnątrz, królowie francuscy posiadali kościół własny, najbogatszy i najludniejszy w całym chrześcijaństwie. W przeddzień Rewolucji, duchowieństwo, ten stan pierwszy w państwie, stanowiło armję ze stu tysięcy ludzi i posiadało trzy miljardy w dobrach oraz sto miljonów — w dziesięcinach. Była to siła niezwalczona a rękach króla. Nie korzystał z niej zawsze w ten sam sposób; bądź używał kościoła swego, by zwalczać papieża, bądź porozumiewał się z papieżem, by zmusić tenże kościół do posłuszeństwa, lub też pozwalał mu znieprawionemu przez swych przywódców, by oddawał się sam w ręce papieskie. W taki to sposób Ludwik XIV, przeciwstawiwszy Stolicy Apostolskiej swobody gallikańskie, stał się na starość smutnie ultramontańskim. Lecz, w razie potrzeby, parlamenty broniły władzy królewskiej przeciw samemu królowi. I państwo znajdowało zawsze nanowo swój kościół własny, ilekroć zapragnęło stawić opór uroszczeniom księcia rzymskiego. A wam, ministrom demokracji naszej, gdy chcecie bronić się, co pozostaje dzisiaj? Kościół Gallów przeniósł się zagranicę. Dziś macie u siebie tylko milicję ultramontańską, księży mnichów, żołnierzy papieskich, którzy rozbili obóz w Rzeczypospolitej, pozbawionej szańców.
Biskupi wasi są wrogami waszemi, wrogami rozgniewanemi. Stary Montalembert, katolik gorący, obrońca szlachetny Stolicy Apostolskiej, nie mógł patrzeć bez bólu i bez przerażenia na abdykację episkopatu narodowego wobec uroszczeń papiestwa. Kilka miesięcy przed śmiercią, pisał do pewnego katolika niemieckiego: „Gdybyś pan mógł sobie wyobrazić tę otchłań bałwochwalstwa, w którą wpadło duchowieństwo francuskie!“ Odtąd kościół francuski pogrążył się jeszcze głębiej w bałwochwalstwie cudzoziemskim. Odtąd papiestwo stało się jeszcze bardziej żądne władzy. Boi się was jeszcze mniej, niż bało się Napoleona III, którego popchnęło do ruiny własnej i do klęski naszej[30], a nienawidzi was stokroć więcej. Było bez litości dla cesarza, cesarz bowiem, dając mu wiele, nie dawał mu wszystkiego. Zapytajcie tej przepowiedni i pomyślcie, że groźba bardziej bezlitośna wisi nad wami. Albowiem, gdy rządy katolickie kajały się i jeśli jeszcze był czas, przyjmowało je na łaskę i niełaskę. Ale wy, wy nie możecie odeń oczekiwać żadnego przebaczenia. w oczach jego jesteście, jakobyście nie istnieli, nie jesteście bowiem już katolikami. Nieodwołalnie osądziło was i potępiło. Przyspiesza chwilę wykonania wyroku. Jesteście dla niego zwyciężeni i wzięci przez nie w niewolę. Powiększa codzień swą armję okupacyjną; roszerza codzień swe podboje. Wzięło już wam znaczną cześć waszej burżuazji; zdobywa miasta całe, oblega fabryki; ma sojuszników — dobrze wiecie o tym — w łonie waszej administracji, w ministerjach waszych, sądach, dowództwie wojsk. Nie proście jego o pokój, nie zechce, nie może zawrzeć go z wami. Jeśli będziecie trzymali się w stosunku do niego reguły poprzedników waszych, polityki Restauracji, monarchji lipcowej i drugiego Cesarstwa, będziecie zmuszeni dać mu dość, by je jeszcze wzmocnić, i za mało, by uczynić je pokojowo usposobionym; uczynicie sobie zeń tylko wroga jeszcze niebezpieczniejszego. Strzeżcie się wszelkich ustępstw na jego korzyść: ono nie ustąpi wam w niczym. Zamyśla tym razem już nie tylko to, by zmusić władzę świecką do współdziałania swym planom i sławie, lecz by ją zgnieść za niewierność. Zabiera wasze miejsce, chce was zastąpić. Kościół wasz pracuje nad tym otwarcie, by zatwierdzić śród was rząd świecki papieży, który był hańbą ludzkości; chce uczynić z Francji prowincją powszechnego państwa papieskiego. Wzniósł już na szczycie Montmartru bazylikę piotrową nowego Rzymu.
Lecz od kogo wziął te siły, które zwraca przeciw wam? Od was! Wy to przez Konkordat utrzymujecie jego organizację, jego jedność. Wy to czynicie zeń mocarstwo doczesne. Wy to przeciwstawiacie go Rzeczypospolitej i stwarzacie nawprost władzy cywilnej francuskiej władzę cywilną rzymską. Wy to kładziecie mu w dłonie oręż, którym was uderza. By wydrzeć mu oręż ten z dłoni — na co czekacie? Zarządzany przez was, panuje nad wszelkiemi zarządami waszemi. Zerwijcie więzy, któremi przytwierdziliście go do państwa, rozbijcie formy, dzięki którym dajecie mu wygląd i postać wielkiego ciała politycznego, a przekonacie się, te rozpłynie się wkrótce w wolności.




DODATEK.
Tekst Konkordatu.

Prawo z dnia 18 germinala roku X, dotyczące organizacji wyznań.

W imieniu Narodu Francuskiego Bonaparte, Pierwszy Konsul, ogłasza jako prawo Rzeczypospolitej dekret następujący, wydany przez Ciało prawodawcze dnia 18 germinala roku X, zgodnie z projektem, złożonym przez Rząd dnia 15 tegoż miesiąca i zakomunikowanym Trybunałowi tegoż dnia.

Umowa, zawarta w Paryżu dnia 26 messidora roku IX między Papieżem i Rządem Francuskim, a której ratyfikacje zostały zamienione w Paryżu dnia 23 fructidora roku X (10 września 1801), wraz z artykułami organiczne-mi wyż wspomnianej umowy, artykułami organicznemi obrządków protestanckich, których treść następuje niżej, będzie ogłoszona i wprowadzona w życie, jako prawo Rzeczypospolitej.
Umowa
między Rządem Francuskim a Jego Świętobliwością Piusem VII.

Rząd Rzeczypospolitej uznaje, że religja katolicka, apostolska i rzymska stanowi religję znacznej większości obywateli francuskich.
Jego świętobliwość uznaje ze swej strony, że ta sama religja osiągnęła i oczekuje jeszcze w tej chwili jak największego blasku z powodu wprowadzenia obrządku katolickiego do Francji i z tego, te wyznają go w szczególności Konsulowie Rzeczypospolitej.
Wskutek tego, zgodnie z tym uznaniem wzajemnym, zarówno dla dobra religji, jak i dla utrzymania pokoju wewnętrznego, zawarli umowę następującą:
Artykuł pierwszy. Religja katolicka, apostolska i rzymska będzie swobodnie wyznawana we Francji. Obrządek jej będzie publiczny i stosować się będzie do zarządzeń policyjnych, które Rząd uzna za niezbędne dla zastosowania spokoju publicznego.
II. Nowy podział djecezji francuskich dokonany zostanie przez Stolicę Apostolską z udziałem Rządu.
III. Jego Świętobliwość oświadcza osobom, piastującym godność biskupów francuskich, że spodziewa się po nich z ufnością zupełną, dla dobra pokoju i jedności, wszelkich poświęceń, nawet ogary z ich urzędów.
Zgodnie z tym uznaniem, gdyby odmówili tej ofiary, mającej na względzie dobro Kościoła (odmowa, której wszakże jego świętobliwość nie oczekuje), mianowani będą nowi dostojnicy w djecezjach, powstałych z nowego podziału, w sposób następujący:
IV. Pierwszy Konsul Rzeczypospolitej zamianuje w ciągu trzech miesięcy, które nastąpią po ogłoszeniu bulli Jego Świętobliwości, arcybiskupów i biskupów w okręgach nowych. Jego świętobliwość nada inwestyturę kanoniczną, zgodnie z formami ustanowionemi dla Francji z rządem zmienionym.
V. Mianowania na stolice biskupie, które będą opróżniały się w przyszłości, będą również dokonywane przez Pierwszego Konsula, a instytucja kanoniczna nadawana będzie przez Stolicę Apostolską, zgodnie z artykułem poprzedzającym.
VI. Biskupi, zanim, obejmą swe czynności, złożą bezpośrednio w ręce Pierwszego Konsula przysięgę na wierność, która była w użyciu przed zmianą rządu i wyrażoną słowy następującemi:
„Przysięgam i obiecuję Bogu na świętej Ewangielji zachować posłuszeństwo i wierność Rządowi, ustanowionemu przez Konstytucją Rzeczypospolitej Francuskiej. Obiecuję zarazem nie wchodzić w żadne porozumienia, nie być obecnym na żadnej radzie, nie popierać żadnego związku, ani wewnątrz ani poza granicami kraju, związku, któryby sprzeciwiał się spokojowi publicznemu; i jeśli się dowiem, że w djecezji mej lub gdzieindziej knuje się cośkolwiek na szkodę Państwa, doniosę o tym Rządowi“.
VII. Duchowni drugiego stopnia złożą tę samą przysięgę w ręce władz cywilnych, wyznaczonych przez Rząd.
VIII. Formuła modlitewna następująca będzie odmawiana na końcu służby bożej we wszystkich kościołach katolickich Francji: Domine, salwom fac Rempublicam; Domine, salvos fac Consules[31].
IX. Biskupi uczynią w djecezjach swych nowy podział parafji, który wejdzie w życie dopiero po zatwierdzeniu tegoż przez Rząd.
X. Biskupi mianować będą proboszczów. Wybór ich będzie mógł padać jedynie na osoby uznane przez Rząd.
XI. Biskupi będą mogli mieć kapitułę w katedrze i jedno seminarjum w swej djecezji, przyczym Rząd nie obowiązuje się do uposażania tychże.
XII. Wszystkie kościoły metropolitalne, katedralne, parafjalne i inne, potrzebne dla wykonywania obrządku, będą oddane do rozporządzenia biskupom.
XIII. Jego Świętobliwość, mając na względzie pokój i wznowienie szczęśliwe religji katolickiej, oświadcza, że ani on ani następcy jego nie wystąpię w żadnej formie przeciw nabywcom sprzedanych dóbr kościelnych, i że w ten sposób własność dóbr tych pozostanie nienaruszalną w ich rękach lub w rękach ich zastępców.
XIV. Rząd zapewni wynagrodzenie odpowiednie biskupom i proboszczom, których djecezje lub parafje wejdą w skład nowego podziału.
XV. Rząd przedsięweźmie również środki, aby katolicy francuscy mogli, o ile zechcą, czynić fundacje na rzecz kościołów.
XVI. Jego Świętobliwość zapewnia osobie Pierwszego Konsula Rzeczypospolitej te same prawa i prerogatywy, z jakich korzystał wobec niej rząd dawny.
XVII. Strony, zawierające umowę, zgodziły się, na wypadek, gdyby którykolwiek z następców Pierwszego Konsula obecnego nie był katolikiem, że kwestja praw i prerogatyw, wymienionych w artykule powyższym, oraz mianowania biskupów zostanie uregulowana w stosunku do niego, przez układ nowy.
Ratyfikacje zostaną zamienione w Paryżu w przeciągu dni czterdziestu.
Uczynione w Paryżu d. 26 messidora roku IX-go Rzeczypospolitej Francuskiej[32].

Przypisy

  1. „Palais Bourbon“ — gmach Izby Deputowanych.Przyp. tłum.
  2. Civilta, 1868, III, str. 265. Przytaczam Civilta podług La Papauté, son origine au moyen âge et son développement jusqu‘au 1870 („Papiestwo, jego pochodzenie w wiekach średnich i jego rozwój aż do roku 1870“) przez Ignacego von Doellingera z uwagami J. Friedricha, przekł. franc. A. Giraud-Teulon’a, 1904.
  3. „Antiklerykalizm jest to sposób postępowania stały, wytrwały i konieczny dla państwa; powinien on wyrażać się przez następstwo nie — ograniczone czynów i tak samo nie stanowi programu rządowego, jak to, że się jest cnotliwym, uczciwym lub inteligientnym“. Waldeck-Rousseau, list do Millerand’a w dzienniku „Le Temps“ z dnia 13 października 1901 roku.
  4. Nie dający się na polski przetłumaczyć dwuznacznik: Marefiand de fourneaux. „Fourneau“ po francusku „piec kuchenny", a zarazem — głupiec. Przyp. tlum.
  5. Histoire de l’Affaire Dreyfus, 1903, t. III, str. 25.
  6. Leon Chaine: Les Catholiques français et leurs difficultés actuelles („Katolicy francuscy i trudności ich obecnego położenia“) 1903.
  7. France przytacza słowa w przekładzie Amyot’a. Przyp. tłum.
  8. Przy Quai d’Orsay w Paryżu mieści się ministerjum spraw zagranicznych. Przyp. tłum.
  9. Au Tribunal de Rome (Przed Trybunatem Rzymskim) przez F. I. Monthon’a w dzienniku Le Matin d. 16 września r. 1904.
  10. O Konstytucji cywilnej kleru ob. śliczną i głęboką, pełną wielkiego rozumienia historii książkę: Edme Champion La séparation de l'Eglise et de l'Etat en 1794. Wstęp do Histoire réligieuse de la Révolution Française. 1903. (Rozdział kościoła i państwa roku 1794. Wstęp do Historji religijnej Rewolucji francuskiej).
  11. Konsekwencje te zostały wyłożone z siłą i jasnością przez A. Débidour’a w doskonałej książce, która przyniosła mi dużo pożytku: Histoire des rapports de l'Eglise et de l'Etat en France de 1789 a 1870 par A. Débidour. 1898.
  12. Convention — jest to tytuł, nadany temu aktowi w chwili, gdy go zawierano. Bulla, confirmationis, conventionis i t. d. później umyślono nadać temu aktowi bardzo niewłaściwie nazwę Konkordatu“. Tak mówi pewien duchowny Nowego Kościoła. (De la nouvelle Eglise de France). Paryż, r. 1816, str. 6, przyp.
  13. Historyk Aulard dowiódł w artykule drukowanym w Aurore dnia 16 sierpnia roku 1904, że projekt Artykułów Organicznych zakomunikowany został kardynałowi-postowi Caprarze przez samego Bonapartego, który pozwolił Caprarze brać udział w poprawkach; lecz ten ostatni przesiał papieżowi jodynie niezupełne i nieścisłe streszczenie tych artykułów.
  14. L'Eta et l'Eglise przez Minghetti’ego, przekład franc. przez Louis Borguet, poprzedzone przedmową Emila de Laseleye, 1882, str. 44.
  15. F. de Pressensé. Projekt prawa o rozdziale Kościoła i Państwa 7 kwietnia roku 1903. Wykład motywów, str. 8.
  16. Chcąc być sprawiedliwym, należy powiedzieć, te pan minister wyznań, który jest zarazem katolikiem, protestantem i Żydem, jest również od lat dwudziestu trzech muzułmaninem. Uznał prawdę Koranu dekretem z dnia 26 sierpnia — 6 września roku 1881 podobnie, jak uznał poprzednio prawdę starego i nowego testamentu. Na skutek tego czwartego wyznania, państwo opłaca muftich, imanów, bach-hazzabów muderrów i t. d.
  17. Emile Ollivier. Nouveau droit ecclésiastique français 1885, str. 581—582.
  18. F. de Pressensé loc. cit. str. 8.
  19. Concordat ou Séparation przez G. Noblemaire’a rok 1904, str. 190, oraz La Séparation de l'Eglise et de l'Etat przez I. Dartigue’a rok 1885, str. 15.
  20. G. Noblemaire: Loc. cit., str. 184.
  21. Artykuł Eryka Bernarda w Le Siècle z d. 3 sierpnia r. 1904.
  22. Przytoczone przez Clémenceau w L'Aurore z d. 19 października r. 1904.
  23. Pages libres z d. 1 października r. 1904.
  24. Ob. w tej materii artykuly Clémenceau w L'Aurore i Ranc’a w Le Radical (październik, listopad i grudzień r. 1904).
  25. Ob. L'Eglise libre dans l'Etat libre, discours prononcé au Congrès Catholique de Malines, przez hr. de Montalembert, r. 1863, str. 177 i następne. (Kościół wolny w państwie wolnym, mowa wypowiedziana na kongresie katolickim w Malines).
  26. Arystyd Briaud w L'Humanité d. 30 września r. 1904.
  27. Ernest Renan, Mélanges religieux et historiques (Drobiazgi religijne i historyczne), r. 1904, str. 58.
  28. Acta, rozdział XVIII, vers. 14 i 15.
  29. Hr. de Villèle, mąż stanu francuski, przywódca ultra-rojalistów za Restauracji Burbonów (ur. 1773, † 1854). Przyp. tłum.
  30. „Podtrzymywanie władzy doczesnej papieży kosztowało nas Alzacji i Lotaryngji... Gdybyśmy byli ustąpili w kwestji władzy doczesnej, mielibyśmy gotowe sojusze; mielibyśmy jeden natychmiastowy i niezaprzeczalny“. Mowa księcia Napoleona w Izbie Deputowanych r. 1876. Histoire des Français przez Teofila Lavallée t. VII przez Maurycego Dreyfousa, str. 19.
  31. Boże, zbaw Rzeczpospolitą; Boże, zbaw konsulów.
  32. Przyp. wydawcy. Następujące tu „Artykuły Organiczne konwencji z d. 26 messidora r. IX“, odnoszące się do obrządku katolickiego, jako mające znaczenie szczególne jedynie dla Francji, w przekładzie niniejszym opuszczamy.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Jacques Anatole Thibault i tłumacza: Aleksander Sulkiewicz.