Joanna Grey/Odsłona V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Tarnowski
Tytuł Joanna Grey
Podtytuł Odsłona V
Data wydania 1874
Wydawnictwo Księgarnia Gubrynowicza i Schmidta
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skan na commons
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
ODSŁONA V.




(Pochód koronacyjny Joanny Grey — muzyka gra hymn uroczysty — dzwony — tłumy ludu — przed katedrą Westminster, z której wspaniały orszak wyrusza długim korowodem ku pałacowi królewskiemu — duchowieństwo — lordowie — damy dworu — chorągwie — insygnia — rodzice Joanny i Guilford — za niemi pod baldachimem o piuropuszach, w koronie, stąpa Joanna, biało ubrana w czerwonym płaszczu o gronostajach, którego ogon niesie sześciu paziów, królowa stąpa powoli, niekiedy stając zamyślona i smutna.)


TŁUMY LUDU.

Niech żyje królowa Joanna!...

(rzucają kwiaty i wieńce).

DALEKIE GŁOSY.

Niech żyje! niech żyje!...

(orszak zwolna kroczy przez scenę, z kościoła słychać głos organów).

JEDEN Z LUDZI.

O! jakże piękną jest nasza królowa!
Jedna i druga siostra niech się schowa...

DRUGI.

Cudna! i dobra — ubogich się spytać.

INNY (w peruce i okularach).

A w jakich księgach ona umie czytać!
Po grecku!... po łacinie... po żydowsku...
Jam jest profesor, a nie umiem tyle!...

KOBIETA.

Idźmy! tam zamek będzie oświecony
I sztuczne ognie będą tam, i smoki —
I beczek piwa szereg zastawiony —

DRUGA.

I przy muzyce pójdziem sobie w skoki!


JEDEN Z LUDU.

Bal będzie w zamku... maszkary... trefnisie!...

(rozchodzą się w różne strony — orszak niknie w oddali — słychać odległe strzały — inna grupa ludu nadchodzi).

JEDEN Z NICH.

Słyszysz te strzały?.. to wojna domowa!
Od Maryi Tudor niech nas Bóg uchowa.

INNY.

Słyszałem, że już do stolicy kroczy...

KOBIETA.

Biada nam! szaty we krwi naszej zbroczy. —

MIESZCZANIN.

Nikt się nie oprze — mówią, że pobity
Northumberland — więc cicho trzeba siedzieć. —

DRUGI MIESZCZANIN.

Chodźmy do domów — o niczem nie wiedzieć
Najlepiej w pośród wojny lub wesela...

INNY.

Drwić trza z powstania co się nie udało,
Z krwi, której tyle marnie się przelało,
A tak dojdziemy wszelakich godności,
Gdy się zbłaźnimy — dopniemy mądrości!

PIERWSZY.

Spokój — dobrego jest obywatela
Pierwszą zaletą! na bok wszelkie żądze!

DRUGI.

Dom zaryglować — i zamknąć pieniądze —
Potem niech sobie ile chcą, wojują...

(odchodzą).




Zmiana. Na pokojach królewskich — sala balowa rzęsiście oświetlona — w głębi inne komnaty — bal maskowy — muzyka — światła — kwiaty — strojne maski snują się wszędzie.
(Dwa domina czarno ubrane wychodzą z boku).

MASKA PIERWSZA.

Bal ten wygląda jak pogrzeb tańcujący — ani wesołości ani swobody — wszyscy niespokojni — królowa smutna — dwór niemy. — —


MASKA DRUGA.

Niestety! podobno wszystko stracone! Northumberland wszystkim nienawistny, od wszystkich odstąpiony — wojska miał dziesięć tysięcy przeciw trzydziestu! szedł przez wsie i miasta, gdzie pierwej bunt we krwi utopił — nienawiść posiał i zebrał.

MASKA DRUGA.

Mówią, że Marya Tudor obiecała nie naruszać protestanckiej wiary! wiem, że złamie słowo... ale tem zwyciężała!

MASKA PIERWSZA.

Biada nam! błąd jego, że ją wypuścił z Londynu — tem się zgubił!

MASKA DRUGA.

Brak zapału w narodzie go zgubił! jednego serca ten człowiek żelazny nie zdobył — cóż mu po tem, że żelazny!... gdy na czele wojska wyruszał, ani jednego okrzyku... tłumy niemych i ciekawych!... co uciekną do domów.

MASKA PIERWSZA.

Na głowę jego cena nałożona, już ciche szpiegi snują się w Londynie... Nieszczęścia dziwny kaprys chciał — by szatan sztandar anioła prowadził!... ostrożnie! czy kto nie słucha?

MASKA PIERWSZA.

Biada Joannie! padnie ofiarą — ta mściwa Hekata, światła dziennego,... może i życia ją pozbawi.

MASKA DRUGA.

Mówią, że hrabia Arundel już się za Maryą Tudor oświadcza potajemnie — i Pembroke także. —

MASKA PIERWSZA.

Posłowie Karola, co przybyli z Flandryi, Marnix i Renard, i Montmorency, niemniej i Noailles Francuzki, wszyscy czynią zabiegi za sprawą okrutnej...

MASKA DRUGA.

Biada! dnie straszne — jakiś ciężar w powietrzu czuć się daje — żyjemy w dniach przedburzy. — —

MASKA PIERWSZA.

Chodźmy w tłum — za długo się wyłączamy — czy tylko nie ma szpiega za mną? (giną w tłumie oglądając się).

JOANNA
(sama wychodzi z głębi komnat — cicha muzyka w oddaleniu — Joanna mówi stojąc i patrząc przed siebie).
Jestem — królową — a! czy śnię czy czuwam?...

Jam jeszcze dzieckiem i patrzę na życie
Jak na tajemnic księgę w pół otwartą —
W sieroctwie żyłam — byłam przedawaną
Tym, co narzędziem mieli mnie, swych celów,
A jednak — w księdze życia jam przeczuła
Prawdę — co gwiazdą mą będzie do końca!...
Dziś mi koronę wtłoczyli na głowę,
O! wieniec cierni! o kielich goryczy!
Odwróć go stwórco od ust nieszczęśliwych...
Bradgate!... swobodo dziewicza w drzew cieniu!...
Kto mi cię wróci? o! żegnaj na zawsze!
A! czy mi ludzkość te chwile policzy,
Co jej oddaję!... ach! jakżeż mi smutno!...

(przechodzi parę kroków)

A jednak winnam dopełnić ofiary —
W me imię szumią dziś w polu sztandary —
I zaślubiłam się z moim narodem!
Dochowam wiary — w piekło pójdę przodem!...
Rozumie — z sercem zostań w równowadze —
A mą bussolą sztuka roztropności,
Co wszędzie czuwa!... i wola niezłomna!...
Ty biblio! będziesz moim przewodnikiem,
A ty Platonie... głowy mej doradcą...

(ożywiając się)

Tak! ciebie pierwszym mianuję ministrem!
Co dobre — piękne, szlachetne, prawdziwe,
To — niech zakwitnie pod mem panowaniem!
O ideale! urzeczywistnianiem
Twojem na zemi[1] — odtąd moje życie!
I wszystkich braci — w ludzkości akordzie
Świętym zestroić, jak w arfy harmoniach!..
Złe dobrem zabić! bo złe — brakiem dobra,
Jak ciemność — światła brakiem... rzuć promienie,
A ciemność znikła na czas i przestrzenie!...
Chryste! bez ciebie daj nie stawić kroku!
I nie podpisać krwawego wyroku...
Niewinność tylko — gdzie skryta, wyśledzić,
I czujność katów — moralnych... wyprzedzić!
A miłość moją będzie doradczynią —
Tym dobrze czynić, co mi źle uczynią —
To — rządów moich, hasłem niechaj będzie,
Ty! coś dał władzę... dopomóż mi wszędzie!...

(wchodzi) GUILFORD (zamaskowany).

Joanno! biada! straszna wieść na skrzydłach
Potwornych rośnie! ojciec mój pobity!
Za głowę jego chcą płacić!... o biada!
Wieś za wsią — miasto za miastem przepada —
Idą na Londyn — Joanno! koronę
Na głowę włóż!... płonie moje czoło!...
Jak piekło!... ja ich pobiję! ja — królem!
Włóż tę koronę, której nie udźwigniesz,
Ja będę wielkim królem! nieśmiertelnym!...
Na tom się rodził!... o! ja będę dzielnym!

(porywając rękę Joanny)

Daj koronę!... daj użyć mi tej chwili błogiej!...
A głowę Maryi Tudor rzucę ci pod nogi!...

JOANNA.

Użyć!... ach nie to panujących celem!...
Biada mi! jakże chętnie bym oddała,
Lecz głos sumienia silniejszy odemnie

(stanowczo)

Przenigdy — tego nie da mi uczynić!

GUILFORD (z gniewem).

Myślisz, że Guilford złamie się i pognie!

JOANNA.

Twoich zapałów znam słomiane ognie!
Znam twą gwałtowność i brak wytrwałości!
Nie! nie! nie mogę... choć padnę ofiarą!...

GUILFORD.

Więc bywaj zdrowa! od łoża i stołu
Odpycham ciebie! idę — precz mi z oczu!...

JOANNA.

Guilford!...

GUILFORD.

A! znienawidzę... jak kochałem ciebie!
Gdy w chwili głównej marzeń moich blasku
Ty mi na drodze stajesz! o przeklęta!
Dziecinna — głupia! jesteś, by dopełnić,
Czego dopełnić trzeba — ja! ja! królem!
Nim się ogłoszę, — lub nam razem biada!...

(odchodzi).

JOANNA.

Guilford!... mą duszę mordujesz! przepada!
O! weź koronę! weź! a serce twoje
Oddaj mi!... biada!... a! jak ja go kocham!...
Ja nie potrafię żyć bez niego! nigdy!
Jednej godziny!... Guilford! Guilford! Guilford!...

(zalewa się łzami)

Boże! za tyle miłości bez końca,
Dziś mnie odtrącił — opuścił samotną!
I opuszczoną!... na otchłani brzegu!
Samą opuścił!... mnie co go tak kocham!
Cobym me życie razy sto oddała...
Za jego szczęście!... jam go tak... kochała!!!

(po chwili milczenia)

O! tak — kochała — bo zabił uczucie!...
O nie Guilfordzie! ty mnie nie kochałeś!
Ty za mną tylko chwilę poszalałeś,
A dziś trucizny w czarę łez dodałeś...
I za tę chwilę szału życie moje
Złamane!... jak ja do końca dostoję?...
Ja ci przebaczam! ale nie zapomnę —
Tyś nie wart z sławą iść w wieki potomne!...

(wpada) KSIĘŻNA SUFFOLK (zdejmując maskę)

Czy wiesz co stało się! nieszczęsna! słuchaj —
Pobici wszyscy — ojciec twój schwytany —

JOANNA.

Ojcze mój! ojcze — — ty jeden mój byłeś!...

KSIĘŻNA SUFFOLK.

Pobici wszyscy — Marya się zbliża!
Nieznośna dziewko! której ustąpiłam
Praw do korony — ja! mogłam królować,
A mnie urągać dziś będą bastardy!...
Biada ci! obyś córką mą nie była!...

(odchodzi).

JOANNA.

Matko! o matko! czyżem zasłużyła!...
Ja nie mam matki... brakiem macierzyństwa
Dojrzałam —! wyszłam w tej chwili z dzieciństwa!...
Teraz mi na świat oczy się otwarły —
A! czyjaż dola, straszniejsza na świecie
Sama — szczęśliwej doli biedne dziecię
Mnie pozbawiono — stawiono wysoko,
Na szczyt kolumny — samą oko w oko
Z czarną otchłanią! ha! ci sami ludzie
Dzisiaj mnie zepchnąć chcą! cóż zawiniłam?
I opuścili nad krawędzi brzegiem,
Matka — mąż — liczę się z wypadków biegiem!...
Błagam mej głowy, by nie oszalała,
Bym jak przystało stać — do końca stała!...
Daj sił! o sędzio świata... sił nie staje...

(siada i pochyla głowę).

NORTHUMBERLAND
(zamaskowany wchodzi zwolna — patrzy na nią i zdejmuję maskę, którą znów wkłada).

JOANNA (spostrzega go z krzykiem).

NORTHUMBERLAND.

Wracam z pod Cambridge — straciliśmy wszystko —
Uchodź do Tower królowo — i daj mi
Pełnomocnictwo na śmierć i na życie...

JOANNA (słabym głosem).

Nie — ani krople krwi już nie popłynie!
Coś zdziałał, niechaj spada na twą głowę,
Wyście mi rzekli, że pierwsze me prawa,
Do tej korony — niźli sióstr królewskich —
Kto mi dziś odda coście mi wydarli..,

NORTHUMBERLAND
(w tej chwili wchodzi lord Clinton zamaskowany).

Do Tower odejdź! lord Clinton mój wierny,
Strzeże wszystkiego — tam skarb, broń, pieczęcie.

JOANNA.

Ty tracisz głowę — strach ci patrzy z oczu,
Kłapiesz zębami... nam odwagi trzeba!...

NORTHUMBERLAND.

Nie dasz mi mocy do egzekwowania?

JOANNA.

Nie!


NORTHUMBERLAND.

A więc chwila naszego rozstania.
Raz jeszcze zamach podniesiem wśród miasta,
Wyatt go rozpoczął — użyję pozorów —
Jeźli zwycięży ta krwawa niewiasta,
Nie pozostaje — jak przejść do Tudorów.

JOANNA (w oburzeniu).

A wstyd gdzie? a! za mężów się rumienię!
Więc, mnie, ofiarę twoją, co złamałeś,
Opuszczasz — honor — wiarę — precz z mych oczu!...

(Northumberland odchodzi).

Dziś mi się oczy na ten świat rozwarły —
Idę do grobu!... dobrze! byle prędzej...
Po drodze ronię dla biednej ludzkości
Szacunek — nic nie widzę prócz podłości!...

(muzyka balowa ciągle się odzywa).

LORD CLINTON.

Uchodź królowo — tutaj niebezpiecznie!..
Już świta — może jaki skrytobójca...
Przebierz się prędko!... błagam! chodź do Tower,
Słyszysz te strzały — co jutrzenkę budzą...
Walka zawrzała już w ulicach miasta,
Obie królowe wjeżdżają na koniach,
A podłe tłumy wiwat! im wołają!...

JOANNA.

Te same, które wczoraj mnie wołały!...
Ludzkości!... czyś ty marnem słowem tylko!...

CLINTON.

Chodźmy — trza przebrać się — za późno chwilką
Możemy zginąć — nie ufam nikomu...

JOANNA.

Idę — gdzie — nie wiem. Czy wrócę do domu,
Czy ujrzę jeszcze drogie sercu twarze,
Może kat — topór!
ha!...
ofiar ołtarze!
Źle mi — opuścił mąż... matka — wyzuta
Już z macierzyństwa — źle mi, czym otruta!
Zda mi się konam — idźmy — o! me losy
Do was z godnością niech zginę przykuta —
Duszą mą — prędzej — uwolńcie niebiosy!

(odchodzi wsparta na ramieniu Clintona).




Zmiana. Plac w Londynie — Marya Tudor i Elżbieta zsiadają z koni — przechodzą pod eskortą wojska — z Simonem Renard wśród tłumu, który woła:

Niech żyje królowa!

RENARD.

Do Tower radzę udać się królowej.

MARYA TUDOR.

Tu! do pałacu St. James — nie potrzebuję zasłony Tower — stoję na mojem prawie i depczę po nich! — pośpiech potrzebny! działać, działać — —

RENARD.

Hrabia Arundel, Pembrok, Cecyl po naszej stronie — prąd rwie wszystkich ku nam — Joanna zrzekła się korony. —

MARYA TUDOR.

To nie dość — Northumberland żywy. —

NORTHUMBERLAND.
(wpada zmięszany i klękając w górę wyrzuca kapelusz).

Niech żyje Marya Tudor! i wiara katolicka! łaski! łaski!!
Daruj mi życie i mienie. —

MARYA TUDOR.

Dziś dzień sprawiedliwości — do Tower! sąd doraźny...

(żołnierze biorą księcia Northumberland, który drżąc cały woła)

Łaski! mam ważne odkrycia...!

(wyprowadzają go — Marya Tudor i Elżbieta zbliżają się ku scenie).

MARYA TUDOR.

Co byś zrobiła z tą zwiędłą królową,
Której korona, jak na zwisłym kwiecie,
Cięży ku ziemi?

ELŻBIETA.

To pobożne dziecię,
Ale na drodze serce rozumowi
Stanęło — więc bym, jak sercu jej trzeba,
Posłała duszę tę, prosto — do nieba —

MARYA TUDOR.

Czyś pewną, żebyś tego dopełniła?

ELŻBIETA (silnie).

Zrób mnie królową!... Ujrzysz co ma siła!...

MARYA TUDOR.

Poczekaj siostro! skwapliwaś jak łania!
Raz pierwszy — obieśmy jednego zdania!

(do siebie)

Od dziś dnia strzedz cię się będę...

RENARD (za niemi).

Et Sapientes
Sitis, sicut, serpentes...[2]

(wchodzą do pałacu, przed którym staje wojsko — kilku z ludu rozmawiając)

MIESZCZANIN.

Dobrze ci psie ty!

INNY.

A! niechaj przepada!
Gnębiciel!

INNY.

Krajem on, nim szatan włada!

KOBIETA.

Ty, coś nas wszystkich po cichu rabował —
Coś krew Sejmourów panów moich przelał!...

INNA.

Coś do mych braci na prowincyi strzelał!...

MIESZCZANIN.

Idźmy zobaczyć jak go będą ścinać...

(odchodzą tłumnie).




Zmiana. Więzienie w Tower — nagie ściany — stół i krzesło słomiane — klęcznik i duży krzyż czarny w głębi — Joanna spi ubrana na ławie — lady Tylney siedzi nad nią płacząc — chwila ciszy — wchodzi Holbein zapłakany, któremu Tylney okazuje spiącą — scena niema — Holbein staje rozrzewniony — wyciąga nad nią ręce jak do pożegnania — wyjmuje papier i rysuje łkając głośno — wreszcie odchodzi mówiąc do lady Tylney po cichu:

Wyjeżdżam dzisiaj — wracam do ojczyzny

Nie mogę patrzeć na tego anioła...

(wyciągając ręce za Joanną, z gestami pełnymi żalu i lamentu trzęsąc się wychodzi oparty na swej lasce. Dwie służebne Emilia i Teofila wchodzą — i szepczą z lady Tylney).

TEOFILA.

Dziś w nocy wieża trzęsła się cała w posadach swoich — żołnierze widzieli jak kamienie krwią się pociły... i ciekły. —

EMILIA.

I topór czerwony widziano w powietrzu.

TEOFILA.

Wyatt i książę Suffolk pobici — mówią, że podpisała wyrok na trzysta osób w płomieniach — między niemi dzieci — kobiety — starcy...

EMILIA.

A! nieszczęście na nas wszystkich, te trzysta ofiar nie warte pani naszej...

TEOFILA.

Przeklęta jędza! w koronie! dla niej panować, to prześladować i ścinać...

TYLNEY.

Jak jej ojciec — zmora mnie przechodzi!...

EMILIA.

Zakazała modlitw za niego, bo był protestant, —

TYLNEY.

Takim tyranom nie pomogą modlitwy — i jam protestantka, a za niego się nie modlę — zostawmy panią w spokoju — to dzień zaduszny!...

(Niewiasty cofają się do izby przyległej — sen Joanny. W głębi więzienia łuk sklepionej ściany zapełnia się światłem ognistem — po tem tle według legendy Toweru przechodzą postacie żon Henryka VIII, każda z osobna — najprzód Katarzyna Aragońska, potem Anna Boleyn z krwawą szyją i koroną w ręku, Joanna Sejmour młoda i urocza, Anna Cleve, Katarzyna Howard, wreszcie Katarzyna Parr, wszystkie z gromnicami, za niemi z mieczem Henryk VIII, potem zmarły król Edward z wieńcem narcyzów, za nim własna postać Joanny Grey z zasłoną na twarzy, za nią Alastor czerwono odziany jako kat z skrzypcami, na których gra romanzę z I. aktu — po jego przejściu zwolna obraz się zaciemnia i ginie — po chwili wchodzi Feckenham, spowiednik Maryi Tudor i staje nad spiącą. Kobiety także się zbliżają).

FECKENHAM.

Takim snem spią tylko niewinni —
Czy takim spi nasza królowa?...

JOANNA (spostrzega go zbudzona — z głosem przerażenia).

A! — gdzie ja jestem — tak w Tower — to samo więzienie, zkąd uwolniłam księcia Somerset — sen mnie pokrzepił — Tylney kto tu jest?... słyszałam burzę?... (wstaje). Widziałam!... a com widziała!... żony królewskie! czy to dzień zaduszny?

FECKENHAM.

Tak jest! Bóg z tobą! szlachetna lady — żal mi, żem cię przebudził.

JOANNA.

O nic, nie długo zasnę na dłużej — śniłam okropnie — czy od królowej przychodzisz szanowny starcze? już czterech przysyłała teologów?

FECKENHAM.

Raczej od Pana, co jest miłosierdziem. —

JOANNA.

Słyszałam o świętobliwości twojej — co więcej o religijnem dla nas wyrozumieniu — więc cię już uwielbiałam. — —

FECKENHAM.

Czy pozwolisz mi mówić z tobą o rzeczach wiary?

JOANNA.

Najchętniej — tak rada mówię o nich — racz spocząć czcigodny ojcze (podaje mu krzesło — siada u nóg jego na podnóżku — daje znak kobietom, które odchodzą — do lady Tylney)
Tylney — pamiętaj, moja biała suknia i kołnierz brabancki — rękawiczki także i krzyż mój czarny. — (Tylney i kobiety odchodzą płacząc).

FECKENHAM.

W imię tego, który nas odkupił, tego, którego kochasz równie jak ja kocham — pragnę zapytać się, na czem zasadzasz różnicę naszych wyznań, siostro moja Joanno?...

JOANNA.

Na formie samej — nie na treści — na odłączeniu tego, co nanieśli ludzie grzeszni, od ziarna, które jest siewem doskonałości Bożej — co było słowem na początku, i przez które się stało — co się stało.

FECKENHAM.

Czyż sprawy tych, co są zastępcami bożymi, nie są sprawami tego, co ich posłał?


JOANNA.

Tak — o tyle o ile z miłością Chrystusa dopełniali posłannictwa — pytam ciebie mój ojcze, czy macie prawo ścinać i palić w imię Zbawiciela, co był miłością dla wszystkich ludzi?

FECKENHAM.

Mamy tylko prawo modlić się za tych, których nawrócić nie możemy.

JOANNA (całuje rękę jego z rozrzewnieniem).

Czy sądzisz mój ojcze, że ja dla tego, że Bóg przeznaczył bym się rodziła protestantką — ja co nie przewiniłam nikomu, na tron ten rzucona i ścięta bez winy — co całe życie tęskniłam do ideału, i gdzie mogłam, łzy osuszałam — że za to będę na całą wieczność w katuszach przeklęta, przez tego co jest miłością i sprawiedliwością? czy wierzysz temu o ojcze mój?... tylko ludzie mogli tak Boga zszatanić!

FECKENHAM.

Wierzę w nieskończoność miłosierdzia boskiego — dla wszystkich dzieci, które mimo ich woli na świat powołał a przeto umiłował —, i w pasterza jednej owczarni — na końcu świata!

JOANNA.

Który rzekł, że wiele rzeczy ma nam jeszcze objawić, ale byśmy ich nie znieśli!... Widzisz więc ojcze mój, że ludzie miłości są jednakowi — że ciało szatą, duch treścią — daj mi pozostać przy wierze mojej. —

FECKENHAM.

Pragnę dotknąć głównej różnicy teologicznej, która nas dzieli — to jest obecności boskiej w świętym sakramencie eucharystyi. —

JOANNA.

Jestem wyznania Kalwina — i w nią nie wierzę!... choć zazdroszczę wam co wierzycie!... radabym wierzyć w coś ujętego na ziemi, tęsknię za tem!... ale w tej formie zmieścić nieskończoność wszech rzeczy — nie umiem — i nie rozumiem — przeto nie wierzę, choć tęsknię zawsze i wszędzie!...

FECKENHAM.

To cała boleść moja! tęsknota twoja za ujęciem tej nieskończoności, jest już przeczuciem wiary dla mnie — dla ludzi nie!


JOANNA.

Dla tego bądźmy wyrozumiali a zrozumiemy się!... (składa głowę z słodyczą na jego kolanach).

FECKENHAM.

Zleciła mi królowa... dopełniam rozkazu — powiedzieć ci, że życie możesz odzyskać za przejściem na jej wyznanie!

JOANNA.

Tak nisko myśli o mnie! Wiarę co mi najdroższa, mam przedać za życie, straciwszy w niem wszystko — nawet szacunek dla ludzkości!... którą tak kochałam!... nie ojcze! znam ją — to wybieg, by tryumfowała w pysze swojej, potem i tak by mnie zabiła!... ona ma w tem rozkosz — widzieć boleści — —

FECKENHAM.

Niestety — próżno z nią walczę od lat tylu...

JOANNA.

Powiedz jej, że życie ma zbyt mało dla mnie uroku — ten dar królewski niech odbierze i zachowa dla siebie — co kochałam — zawiodło mnie! i to największa boleść, jaką Bogu ofiarować mogę — (składa ręce z boleścią — po chwili) powiedz jej, że jej przebaczam — niech będzie szczęśliwa!...

FECKENHAM (wstając).

Podziwiam cię szlachetna duszo!... oddaję cię miłosierdziu Pana, które jest bez granic — i modlić się będę za tobą!...

JOANNA (klękając).

O módl się ojcze! o siłę dla mnie — dziś dzień ostatni tej męki! twoich modlitw mi potrzeba. —

FECKENHAM.

I znajdę odwagę powiedzieć królowej, co o tobie myślę — odtąd zamknę się w ustronnym klasztorze — bo nie rozgrzeszę męczeństwa niewinnej istoty w imię żadnej racyi stanu. — — Bóg z tobą!... (obejmuje jej głowę i odchodzi).

JOANNA
(wyciągając za nim ręce z uniesieniem).

I z tobą o mój ojcze! idź wyżynami Sawonaroli i taką miłością wyniszcz protestantów!...

TEOFILA.
(wchodzi, staje u progu łkając i oddaje jej bukiet).


JOANNA.

Teofilutka moja tak wesoła
I szczebiotliwa — dzisiaj ciągle płacze...

(otwiera okno)

Patrz! jakie niebo niebieskie i czyste!
I tam iść bałabym się — Jezu Chryste!...
Prędzej — o prędzej — zabierz moją duszę!...

(do Teofili)

Ty nie wiesz jak to łatwo jest umierać,
Gdy się nikomu nie zrobi nic złego —
Zostaw mnie — sama pomodlić się muszę...

(uklęka na klęczniku u stóp krzyża i zapada w zachwyt modlitwy — wchodzi powoli Aylmer — cała jego postać wyraża złamanie moralne).

Nie — ja nie mogę żegnać ją — nie mogę!...
Rwie mi się serce! węże Laokoona!...
Szaty jej tylko w modlitwie się dotknę...

(całuje rąbek jej szaty).

JOANNA,
(spostrzega go i obejmując głowę jego całuje).

Zaczekaj chwilę — zaraz będę z tobą...

AYLMER.

O twórco światła!... ciemnością okryty!
Jakże tajemne tajemnice twoje...

(odchodzi do okna i twarz chustką zasłania).

JOANNA
(po chwili wstaje — Marya Tudor i Renard stają w głębi).

Teraz skończyłam — i jestem swobodna!
Nauka twoja o mistrzu — mi dała
Spokój rozumny... Sokrates jak konał?
Czegoż ty płaczesz filozofie stary?
Gdzie filozofia twa? miękczysz mnie tylko!
Jak gdyby mi się miało stać co złego!...
Owszem — czy dłoń ma drzy — czy głos mój drzący?
Spokojnam — jakbym w drogę odejść miała —
Modlitwa moja — tę siłę mi dała!

(siada i pisze).

MARYA TUDOR (zbliżając się).

Jakto! ci ludzie się modlą? ci bezbożnicy umieją się wznosić — aż tam?...


RENARD.

Zapewne spodziewała się, że zejdziesz tutaj królowo — i chciała byś ją zastała przy modlitwie. — —

MARYA TUDOR.

Wszak przysyłałam jej mego spowiednika — mówił mi o niej z największem poszanowaniem, i do głębi mnie przeraził.

RENARD.

Zawojowała dziecinnego starca... on zdziecinniał od dawna — za łagodny!...

MARYA TUDOR.

Spokój ten dziwny — ma coś majestatycznego, co mnie tak gniewa! a! (tupie nogą) — słuchaj Renardzie, gdyby pierwszy akt wstąpienia mego na tron, był aktem łaski — gdybym była wspaniałomyślną!... cała Europa by przyklasnęła...

RENARD.

Pamiętaj Pani, co pisze Pan mój Karol piąty i wielki! wyraźnie w liście swoim za śmiercią Joanny wotuje — jeżeli jej przebaczysz, syna swego nie przyszle.

MARYA TUDOR (do siebie).

Ten Courtenay — wzgardził mną! wzgardził![3] zginie! a kardynał Polus, którego mi na męża narzucają — starzec zaśliniony!... pfe! — kiedy nie młody i piękny Courtenay!... o! Courtenay!... to Filip wielki i potężny!... tak!...

JOANNA (obziera się).[4]

Królowa tutaj! (wstaje z spokojną godnością).

MARYA TUDOR (wybuchając).

Przyszłam hołd złożyć królowej Albionu!...

JOANNA.

Ja się niedawno modliłam za ciebie,
By Bóg ci kamień ciężki strącił z serca.

MARYA TUDOR.

Ten ton! zuchwała! tam topór na włosku
Zawisł — i drzy już nad niebaczną głową!...

JOANNA.

O jakżeś biedna —! kiedy tylko słowo
Tak straszne miewasz na twoje posługi!...

MARYA TUDOR.

Zbrodni twych szereg już zanadto długi,
By łaska moja mogła go okupić...

JOANNA.

Łaski — od Boga tylko, nie od ludzi!...
Sprawiedliwości!... łaskę — litość budzi!

MARYA TUDOR.

Wdarłaś się na tron — pozwoliłaś złupić
Skarbiec — testament króla podrobiłaś!...

JOANNA.

Milcz! bo pioruny niebios obudziłaś —
Bóg mi poświadczy w dzień ostatniej doby,
Gdy trąba jego rozedrze wszech groby,
Czym o tem wszystkiem wiedziała! jest święte
Uczucie własnej niewinności, dumne,
Co milczeć tylko każe — na potwarze!

MARYA TUDOR.

Świadków mam dosyć! długoś mi stawiła
Czoło, gdy król cię pieścił, o zalotna!

JOANNA.

Milcz!

MARYA TUDOR.

Do królowej kto się tak odzywa,
Temu niedługo język otrętwieje...

JOANNA.

Patrz — ja z słabości na nogach się chwieję!...
Co dnia to nowe biją we mnie ciosy!
Z życiem i śmiercią walczę na przemiany,
I dzisiaj stanę przed Panem nad Pany —
A ty przychodzisz urągać się ze mnie,
Ty do ran moich przykładasz nikczemnie
Słów nienawistnych palące żelazo!
Cześć moją chcecie wydrzeć mi u ludzi,
Abym nie miała tej jednej pociechy,
Żem tu niewinnie, i godnie skonała!...
Na głowy wasze — spadną wasze grzechy!...
Niczego potwarz tu nie dokazała!
Historya! Pani, — między mną a tobą
Rozsądzi kiedyś... ja będę ofiarą,
Ty morderczynią bezbronnej — — co zeszła
Ze stopni tronu, tak samo bezwiednie,
Jako na stopnie weszła rusztowania!
Nie chciałam władzy — od władzym omdlała,
I za koroną — stos zawszem widziała!
Myślisz, że błagać chcę o moje życie?
O! nazbyt było żałobne i smutne!
Nazbyt mi serca ludzkie się okrutne
Tu okazały — nie chcę i godziny —
Dla siebie — ale jeżeliś kobietą,
Słuchaj!... jam matką!... wczoraj to poczułam!...

(Marya Tudor wzdryga się).

O łaskę błagam, dla mojej dzieciny —
Co w łonie mojem czeka chwili życia!...
Cóż ona winna? matka błaga ciebie!
A! patrz! ten smutny, co króluje w niebie,
Co miłość dał nam!... i skonał z miłości!
Nad dzieckiem mojem! królowo! litości!...

(pada na kolana)

Litości pani!... może będziesz matką!...
Potem — niech zginę — lecz jej niech dam życie!...

MARYA TUDOR.

Ha! toby mściciel twój był! on mnie kiedyś
Z tronu by strącił!... lud porwał za sobą!...

(Joanna błagalnie wyciąga ręce).

Precz!... dzień fatalny!... giń! i dziecię z tobą!...

JOANNA
(z największą prostotą macierzyństwa).

Dzieciątko moje! nieznane mi, biedne!
O! ze mną razem zstąpisz ty do grobu,
Na sen spokojny! tam lepiej, o! lepiej —
Wiedzieć nie będziesz, co matka cierpiała!...
W grobach... ci matka — będzie pierś dawała...
Tak aż do sądu i do zmartwychwstania,
Abyś nasawszy się powiedział Bogu,
Co ja tu przeszłam!... wszystkie urągania!

(po pauzie)

Lecz cóżeś winne! jeźlim zawiniła —
O! mej boleści macierzyńska siła
Przechodzi wszystko!

(zrywa się)

Ze mną — zabić dziecię!
Nie! takiej zbrodni nie było na świecie!
Patrz na mnie!... Boże co konasz na krzyżu!

MARYA TUDOR (wściekle).

Wiarą mnie kusisz, chytry niedoperzu,
Coś od kościoła odpadł!

JOANNA (słabym głosem).

Błagam jeszcze
O miłosierdzie nad biednym narodem,
Niechaj nie ginie za swe przekonania —
Na stosach!... tyle chociaż zmiłowania!

MARYA TUDOR.

Stosy pochłoną tych, co się zuchwali
Do wiary mojej jutro nie nawrócą,
Jak muchy wszystkich wybiję i zgniotę!

JOANNA (w oburzeniu bez granic).

A więc! niech plagi dni twoje ukrócą!
Więc nie miej serca jednego, w skonaniu!
Więc kochaj tylko w samem urąganiu!
I bądź bezpłodną — królowo szatańska,
Ty — katolicka — a nie chrześcijańska!

(upada w ramiona Aylmera i kobiet).

MARYA TUDOR.

Giń! jak najprędzej... niechaj zagrzmi działo,
Gdy spadnie głowa — psom wyrzucić ciało!...

COURTENAY (wpada z sztyletem).

Poczwaro wieków! Dość zbrodni się stało!...

(szamocząc się z królową)

Więc niechaj zbrodnia — zbrodnię tu zabije!...

JOANNA (zasłaniając piersią królowę).

Odejdź!... z mej łaski niech ten potwór żyje!...

(straż chwyta Courtenaya, który rzucił się do nóg Joanny).

COURTENAY.

Pani! co czynisz! ratować cię chciałem!...

(królowa odchodzi z Renardem — Courtenaya straż odprowadza).


JOANNA.

Courtenay!... czem ja tę miłość odpłacę!...
Biedny! on zginie ze mną! i tak marnie!

AYLMER.

Skon ten w rozkosze zmieni mu męczarnie,
On ciebie kochał — byłby cię nie przeżył,
Ten pusty chłopiec przemienił się cały,
Odkąd ukochał ciebie...

JOANNA.

Jakżem biedna,
Ten co me serce posiadł — ten je zdeptał —
Inni nieszczęśni — i jam sama jedna!...

JOHN BRIDGES (wchodzi).

O pani święta! dziś — ja! żołnierz stary
Co nie płakałem lata — płaczę marnie!...

JOANNA.

Więc ja żołnierzem będę! pełnym wiary!
Starcze! już przeszły wszystkie me męczarnie!...
Serce jak gąbka — gdy ją przejdzie woda,
Możesz ją rzucić na samo dno morza,
Ocean przejdzie po niej — i nie doda
Kropli! bo pełna...! — i w tem mądrość Boża!...

(do Aylmera)

Jeszcze chwil kilka — bym się nie poddała
Daj warcabnicę — będę z tobą grała...

AYLMER.

Pani co czynisz —! podziwiam cię!... Pani!

JOANNA.

Ta chwila wielka — lecz i spokój wielki!...

(rozstawia warcaby)

Siadaj — no! siadaj! to ostatnia prośba,
Twojej Joannie, partyi nie odmówisz...
Ileśmy razy w Bradgate tak przegrali...
Czy nam się śniło!... o pożegnaj Bradgate!
Każdego dęba... każdą moję knieję,
I leśny strumyk pełen niezabudek...

AYLMER.

O Pani — pozwól...


JOANNA.

Źle grasz o mój stary!
Czy uczyć mistrza mego? mam na końcu...
Graj śmiało... powiedz Guilfordowi, proszę
Niech mi oszczędzi chwil pożegnania —
Mogłabym zmięknąć — zwątpić! o! broń Boże!
Tobie zaś powiem, żem mu przebaczyła,
Lecz nie zapomnę tam! nawet, że serce
Tak strasznie rozdarł — co go tak — kochało!

(słychać huk dział)

Co to? dla czego uderzają w działa?

AYLMER.

Filip hiszpański właśnie wylądował.

JOANNA.

A! straszne żniwo dzień ten przygotował...
Proszę cię także — ten naszyjnik drogi
Przedaj — kup domek — ogródek maleńki
Dla Alastora — on taki ubogi
I nieszczęśliwy... daj mu niezawisłość!...

AYLMER.

Dobrze — jak każesz. —

JOANNA.

Sadderowi także
Ten pierścień oddaj — rzeczy me kobietom
Co mi służyły — a tobie tę księgę
Z dziełmi Platona, tę szkatułkę moją!
Wracaj do Niemiec!...

AYLMER.

Nie długo mi światu!
Złamany jestem — filozofia cała,
Przy stracie twojej — czczą się okazała!
Ale nim zginę — od domu do domu
O tobie powiem... wszystkim ludziom ziemi — —
Złamanym!... (opiera głowę na stole w ręce ukrytą).

JOANNA.

Mistrzu! żołnierz ideału
Idzie niezłomnie — wytrwale — pomału,
A kiedy przyjdzie najważniejsza chwila
Ginie z pogodą — i czarę wychyla!...
Tę biblię oddasz siostrze mojej — Kasi —
Którą tak kocham — tu list do niej — oddaj —
Cały po grecku[5] — by go nie czytali,
Tam jej skreśliłam te zasady życia,
Których, jej radzę, aby się trzymała,
Proś, żeby po mnie długo nie płakała,
Niech znajdzie męża prawego, w ustroniu
Niech żyje — czasem duch mój tam przypłynie
Cieszyć się szczęściem jej — w cichej godzinie —
To list do ojca — —

AYLMER.

Co powiedzieć matce?

JOANNA.

Mistrzu — o! sama nie wiem — powiem tobie,
Że dla mnie serca matki tu nie miała,
Jednak jej powiedz, jeźli się zasmuci,
Że córka żegna ją — i zleca duszę —
I że żałuje, że kiedy już włos jej
Tu posiwieje — ja nie będę mogła
Jej pielęgnować... graj dalej!...
Bo mięknie
Serce — trza stroić jak lutnię — bo pęknie!...

(grają dalej, Aylmer drzy cały)

A widzisz mistrzu — wygrałam! wygrałam!...

(ogląda się i spostrzegłszy kata we drzwiach wydaje krzyk lekki)

Moja Emilio — i Teofilutko!
Weselsze twarze! wy ciągle płaczecie,
Już mi dokucza ten płacz jak fałszywa
Lutnia — gdy słyszę tam! arfy aniołów...
Chodźcie mnie ubrać — prędko — jeszcze wrócę,
By złożyć życie me u tego krzyża!...

(wychodzą wszyscy — wchodzi kat z Alastorem).

KAT.

No! tylko śmiało!...

ALASTOR
(z mieczem w czerwonym ubiorze kata)

A kogoż mam ścinać?
Całą noc pić mi na szczęście kazałeś,
A kogo —? nawet mi nie powiedziałeś!

KAT.

Na ścianie arkusz przyczepiam w tej chwili.

(przybija duży papier i odchodzi).

ALASTOR.

Strach mi to czytać — wczoraj z łóżka wstałem —
Słabym — z chorobą młodość gdzieś podziałem,
Wszak czytać umiem trochę... mnie uczyła
Joanna droga... co się też z nią dzieje? —

(przybliża się i czyta kartę na ścianie slabizując)

J — o — jo — a — n — an — a — Gre...

(chwyta się za głowę)

Joanna Grey!?

(pada na kolana — Joanna cała w bieli w ciągu ostatnich słów stanęła w progu — i uklęka przed krzyżem, schylając głowę i ręce drzące wznosząc jak najwyżej dotyka drzewa — Alastor zbliża się czołgając na kolanach o parę kroków i pada o ziemię obok Joanny).

JOANNA (w modlitwie).

Nie kuś mnie zły duchu... ostrze toporu... a! (przesuwa ręką po szyi) sen długi — ciemność — nie! nie! światłości wiekuista będziesz ze mną — (wstaje i ręką dotyka Alastora, który niemo wznosi się z ziemi na kolana).

JOANNA.

I cóż strasznego? mój bracie posłuchaj!
Nie miałam serca jednego na ziemi,
Co by mnie — dla mnie tylko, ukochało —
Ty jeden byłeś! — i na tamtym świecie,
Dusza ma z tobą bratnio się połączy...

(Alastor wstaje oparty na mieczu)

Ale mam prośbę ostatnią — tak wielką,
Jak nikt nie zaniósł w świecie do nikogo —!
Od twojej ręki — tylko pragnę zginąć!
O czy ty czujesz co mi to za ulga,
Od twojej ręki!... czy mi obiecujesz?...
Jeżeliś kochał mnie! to bądź olbrzymem
Woli!

(kładzie mu rękę na głowie)
Czy spełnisz proźbę? Alastorze?...

Patrz w oczy moje!...

ALASTOR
(podnosząc rękę — głosem zamarłym)

Tak — dopomóż — Boże!

JOANNA.

Ten kwiatek, co tu wzrósł u mojej kraty,
Łzami podlany — masz! weź go odemnie!

(całuje kwiat — Alastor ucałowawszy go także chowa)

I arfę moją tobie darowuję,
Ale na zawsze niechaj będzie niema —
Daj miecz —

(bierze miecz od Alastora i jednym cięciem przecina stróny, poczem miecz oddaje)

Ta arfa — to są moje dzieje!...

(pokój zapełnia się strażą — John Bridges i Gate stają w progu — cichy głos bębna za drzwiami — niewiasty służebne rzucają się do nóg Joanny).

JOANNA.

O moja Tylney — podaj mi krucyfix —
Niechaj was wszystkich Pan Bóg — błogosławi —
Za waszą wierność — dzięki — i z za grobu
O was pamiętać będę...

(do krzyża)

Amen! Amen!!...

(wychodzi z spokojem, za nią Alastor, kobiety — straż i przytomni).




Zmiana. Wielki plac w dziedzińcu Tower — orszak żałobny wychodzi bramą i przechodzi przez scenę ku drugiej bramie — kilku księży z gromnicami, z krzyżem — za niemi wojsko — bęben czarno pokryty odzywa się od czasu do czasu — Bridges i John Gate — za nimi Joanna w bieli, z długim wualem, gromnicą w ręku i krzyżem czarnym — stąpa z godnością i spokojem cała w sobie skupiona — za nią Aylmer, Lady Tylney i służebne — na końcu Alastor spokojny jak posąg stąpa, i wspiera się na mieczu — czasami uśmiecha się nieprzytomnie i Joannę wskazuje ludowi — w oddali grupy ludu niemo poglądające na orszak powolny — słychać przez kilka chwil dzwon ponury.

KOBIETA (z tłumu).

O biédna! patrzcie... i cóż zawiniła!...

STARZEC.

To, że zanadto świętą w życiu była!...
„Ludzkość zabija tych, co ją kochają
Więcej niż siebie...“

CHŁOPIEC.

Patrzcie! patrzcie — stają!

JOANNA (stając).

Żegnam cię ludu — który tak kochałam —!...
O mój narodzie, bądź zacny — szczęśliwy...
Umieram winna — bo siły nie miałam
Odtrącić berła!... ale przebóg żywy,
Nie wyciągałam po koronę ręki,
Ludzie — wtłoczyli mi ją tu — na męki!
A teraz módlcie się za moją duszę!...
Zwłoki... Guilforda!... a! spokoju — panie!

(przenoszą zwłoki Guilforda czerwonem suknem nakryte — Joanna spostrzegłszy je wstrząsa się cała — i wpatrując się strasznie w krucyfiks, który ma w ręku — idzie za orszakiem i wchodzi w rozwartą bramę — za nią ci co jej towarzyszą — i Alastor. Cisza śmiertelna zalega scenę — lud zbliża się ku bramie — niektórzy wchodzą na stopnie od schodów).

KOBIETA.

Wiąże jej oczy... o biedna!... rękami
Szuka za pniakiem...

INNA.

Zmiłuj się nad nami!

INNA (łkając).

Mnie z trojgiem dzieci żywiła, o! biada!...

PIERWSZA.

Kat miecz podnosi — błysnął w górę — spada!...

(słychać hałas upadłego miecza i krzyk głośny ludu, który się rozbiega — scena przez chwilę pusta i cisza śmiertelna — wchodzą Renard i Noailles).

RENARD.

Dziwna — krwi tyle miała — nie sądziłem!


NOAILLES.

A więcej ducha — nad męże największe,
Tyle widziałem ścięć — takiego nigdy!
Tryumf jej wieczny — a! tu wieczna plama!

(odchodzą — po dłuższej chwili Alastor wchodzi zwolna trzymając za długie włosy ściętą głowę Joanny przed sobą a miecz w drugiej ręce — stąpając wolno, patrzy przed siebie i śpiewa w obłąkaniu dzikim głosem).

Jak pies wyłem na łańcuchu
W białej zimnej budzie,
I poznałem w moim duchu,
Poznałem — czem ludzie!...

(stając nieruchomy)

Kiedy obetrę miecz — to powiem: Panie!
Na sądzie twoim — patrz! miecz taki biały —
Przejrzej się Panie w nim!... lecz ducha także,
Czy tak obetrze człowiek na ostatni
Sąd — kiedy Pan się będzie w nim przezierał?

(wybucha w śmiech gwałtowny — potem spostrzegając głowę, którą trzyma, wydaje krzyk okropny i woła)

Ludowi! idźmy — pokazać! ludowi!...

(wybiega z dzikim śmiechem).

(Scena zmienia się w wielki plac nad Tamizą — odgłos dzwonów i muzyka. Wspaniały orszak koronacyjny stąpa do Westminster — poprzedzając Maryę Tudor w koronie — wspartą na ramieniu Filipa drugiego, księcia hiszpańskiego — paziowie niosą ich płaszcze gronostajowe — chorągwie — insignia — orszak niekiedy się zatrzymuje na chwilę — tłum ludu do koła).

DZIEWCZYNA (z ludu).

Patrzcie — już idą — a! czerwoni ludzie!

STARZEC.

A! jakże straszni... jakby nowa dżuma!
Zda się nas deptać czworonożna duma...

MŁODZIENIEC.

Widzicie? młody królewicz Hiszpański.


STARZEC.

Dzieckiem kąpano go w krwi Maurytańskiej. —

KOBIETA.

Tak się weselą — a w tej chwili — biada!
Naszej królowej jasna głowa pada!...
Cóż zawiniła — o! sieroce dziecię,
Że nas wspierała... ubogich na świecie!...

MŁODZIENIEC.

Królowa cała — jak ogień czerwona!
Wesołość zdala stroni od jej łona...

MISTRZ CEREMONII.

Czemu królowej wiwat nie wołacie?

(cisza śmiertelna — orszak idzie dalej).

JEDEN Z LUDU.

Zapłoną stosy! uciekajmy bracie!

(kilku odchodzi — gdy orszak w środku sceny woła).

DZIEWCZYNA LUDU.

Alastor!... biedny — głowa w wężach cała!...
Oszalał z bolu! jam go tak kochała!

(kiedy królewska para na środku — miedzy nią a lud wpada Alastor z głową Joanny, którą pokazuje Maryi Tudor).

ALASTOR.

Królowo piekieł! pobożnością mściwa!
Króluj w płomieniach! zemstą bądź szczęśliwa —
Niech ci twe szczęście serce prześwidruje,
Tak!

(przebija się — Marya truchlejąc wspiera się na Filipie — ten ją odtrąca i odwraca się).

Każdą chwilę niechaj ci zatruje.

(upadając)

Przez moje usta lud ciebie przeklina
Na wieki! króluj — przyjdzie twa godzina,
Wtedy poczujesz na łożu śmiertelnem,
Męki coś siała — ramieniem piekielnem!...

(przygarniając głowę Joanny ku sobie)

O moja święta!... do stóp Pana w niebie...
Idę...

(konając)

Ma dusza modli się... do Ciebie!!!

(umiera — orszak stąpa dalej powoli — zasłona spada).




(Wróblewice — Kropiwnik 1874 w Sierpniu w chacie Jakima Cyrka).




Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – ziemi.
  2. Przypis własny Wikiźródeł I rozumni ci, jak, węże...
  3. historyczne. Dargaud.
  4. Przypis własny Wikiźródeł rozgląda się
  5. historyczne.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Tarnowski.