Grobowiec Rodrigandów/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol May
Tytuł Grobowiec Rodrigandów
Pochodzenie cykl Ród Rodriganda
Data wydania 1926
Wydawnictwo Spółka Wydawnicza Orient R. D. Z. East
Drukarz Zakł. Druk. „Bristol”
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
II
JAK SĘPI DZIÓB DOTARŁ DO BISMARCKA

Na dworcu w stolicy dziwny wygląd Sępiego Dzioba obudził żywe zainteresowanie, aczkolwiek mniejsze niż w Moguncji. Wsiadł do dorożki i podał adres gospody p. n. Dwór Magdeburski. W gospodzie wywołał niemniejsze zdumienie. Już sama twarz zwracała na siebie uwagę, cóż dopiero ten strój staromodnego grajka z ludowego balu maskowego.
Trapper uśmiechał się tylko z zadowoleniem. Zapytał starszego kelnera:
— Czy mogę dostać pokój?
Kelner obejrzał go przenikliwie i odparł:
Hm. Czy ma pan dowód osobisty?
— Rozumie się.
— A więc chodź pan! — Zaprowadził dziwacznego gościa przez przedpokój do podwórza, gdzie otworzył drzwi i oznajmił: — Tutaj!
Sępi Dziób wszedł i obejrzał się dokoła. Była to ciemna, zadymiona komora. Na oknie stały przybory do czyszczenia obuwia, w kącie — skrzynia z narzędziami. Na ścianach wisiała różnoraka odzież, czekająca na oczyszczenie. Za stołem siedziało przy wódce kilka osób, grających brudnemi kartami.
— Do licha! Co to za dziura? — zapytał trapper.
— Izba dla służby.
— Cóż ja zamówiłem — pokój czy izbę dla służby?
Starszy kelner uśmiechnął się wzgardliwie.
— Stanowczo pokój? Ale niech mi pan powie, co mam przez to rozumieć?
— No, w każdym razie nie tę jaskinię..
— A więc przywykł pan do lepszego mieszkania?
— Stanowczo.
— Tego po panu nie znać.
— Nie uważa mnie pan za solidnego obywatela, a jednak jestem nim. A z panem ma się rzecz odwrotnie.
— Cóż to znaczy?
— Wygląda pan solidnie, ale pozory w tym wypadku mylą. Proszę raz jeszcze o przyzwoity pokój, bez względu na cenę.
Kelner odparł z niskim, szyderczym ukłonem:
— Jak pan sobie życzy! Niech pan ze mną idzie.
Wrócił i wszedł na pierwsze piętro. W prawej sieni jakieś drzwi stały otworem. Widać było dobrze urządzony przedpokój, który prowadził do przedniego pokoju. Następne drzwi wskazywały na sypialnię.
— Czy ten pokój panu odpowiada? — zapytał kelner, pewny, że gość się cofnie.
Hm, coprawda jeszcze nie pierwszorzędny ale nienajgorszy.
Złość brała kelnera.
— Jaśnie oświecony pan hrabia Waldstätten mieszkał tu dwa dni.
— To mnie dziwi. Taki hrabia zwykle ma duże wymagania.
— Ale pan chyba nie?
— Czemu nie? Czy tytuł wyróżnia człowieka? Czy pan naprzykład jest mniejszym orangutanem, niż taki hrabia? Zatrzymuję to mieszkanie.
Kelner chciał sobie z gościa zakpić. Teraz się przeląkł. Cóż bowiem, jeśli ten jegomość istotnie zostanie, a potem nie zapłaci? Takie umeblowanie, a taki człowiek, który — zda się — wyszedł z rupieciarni prababki!
— Mieszkanie kosztuje osiem talarów dziennie! — zawołał szybko.
— Cóż z tego?
— Bez usługi.
— Mnie to nie obchodzi.
Ukazała się dziewczyna, która dotychczas sprzątała w sypialni, ta sama kelnerka, znajoma Kurta Ungera, która pomogła porucznikowi nakryć kapitana Landolę. Słyszała rozmowę kelnera z gościem i była ciekawa widoku człowieka, z którego kelner tak sobie dworował.
— Pański dowód? — zapytał kelner.
— Do piorunów! Tak panu pilno? — krzyknął Sępi Dziób.
Zapytany wzruszył ramionami.
— Policja zakazała nam wynajmowania pokojów, zanim się nie dowiemy, kim jest gość.
— A więc dom wasz jest zwyczajną knajpą, w której niema księgi obcokrajowców?
Ton jego zdania wywarł wrażenie.
— Może pan dostać księgę.
— Przynieś ją pan! Ale powiedz mi uprzednio, czy znasz niejakiego porucznika huzarów Kurta Ungera?
— Nie.
— A więc jeszcze nie przyjechał?
— Nic o nim nie wiem.
Wówczas odezwała się dziewczyna:
— Ja znam pana porucznika.
Ach! Czy już tu mieszkał? — zapytał trapper.
— Nie. Znam go, ponieważ pochodzę z okolicy Reinswaldenu.
— Przybywam stamtąd. Spotkałem porucznika u hrabiego de Rodriganda i umówiliśmy się tutaj na dzisiaj.
— W takim razie na pewno przybędzie — odpowiedziała dziewczyna. — Czy zamówi pan także dla niego pokój?
— Nie wspominał mi o tem. Ale, — rzekł, zwracając się do starszego kelnera, — czego tu pan jeszcze stoi? Czy nie poleciłem panu przynieść księgi obcokrajowców?
— Śpieszę, panie, — oświadczył innym zgoła tonem kelner. — Czy rozkaże pan co jeszcze?
— Chciałbym coś zjeść.
— Śniadanie? Przyniosę menu.
— Nie trzeba. Wszystko mi jedno, co dostanę. Przynieś pan żywo sute śniadanie!
Kelner czem prędzej odszedł. Sępi Dziób zrzucił worek, futerał i puzon na niebieską jedwabną kanapę i zwrócił się ponownie do kelnerki.
— A zatem pochodzi pani z Reinswaldenu? A więc nie zna pani Berlina?
— O, jednak. Jestem tu już od dłuższego czasu.
— Czy widziała pani Bismarcka?
— Tak.
— Czy wie pani, gdzie mieszka i jak należy stąd pójść, aby się do niego dostać?
— Tak.
— Więc niech mi pani opisze drogę.
Kelnerka ze zdumieniem obejrzała gościa.
— Chce pan iść do niego?
— Tak, moje dziecko.
— O, z tem trudno! Musi pan się zameldować w ministerstwie, lub gdzieś tam w podobnem miejscu. Nie wiem dokładnie.
— Obejdę się bez ceregieli!
Dziewczyna opisała drogę do mieszkania Bismarcka. W tej chwili wszedł kelner i przyniósł księgę obcokrajowców. Sępi Dziób wpisał się i kazał przyśpieszyć śniadanie. Skoro został sam w pokoju, zajął się rozpakowaniem bagażu. Zastał go przy tem kelner, który wrócił ze śniadaniem. Zdumiał się wielce, ujrzawszy zawartość worka i futerału. Pośpieszył do kancelarji, aby zdać meldunek gospodarzowi.
Hotelarz nic jeszcze nie wiedział o nowym gościu, gdyż dopiero co wrócił z miasta. Był bardzo zdziwiony, usłyszawszy opis dziwacznego lokatora.
— I takiemu człowiekowi oddał pan numer pierwszy, najlepszy nasz numer? — zawołał gniewnie.
— Chciałem go tylko oszołomić — usprawiedliwiał się kelner. — Ale zmiejsca zatrzymał mieszkanie.
— Jakżeż się wpisał?
— Jako William Saunders, kapitan armji Stanów Zjednoczonych.
— Boże wielki, to znowu taki sam oszust i zdrajca, jak ten Shaw, który też się podawał za kapitana ze Stanów Zjednoczonych!
— Wygląda mi na to. Nos — jakgdyby rączka starego parasola.
— A jaki bagaż?
— Strzelba...
— Do pioruna!
— ...dwa rewolwery, wielki nóż z ostrą, wygiętą klingą i stary puzon.
— Stary puzon? Nie wierzę! Czy widział pan, że to naprawdę puzon? Czy z mosiądzu?
— Trudno orzec — odpowiedział z namysłem kelner. — Jest żółty, przypomina mosiądz, ale nie jasnożółty, lecz ciemniejszy, bardzo zardzewiały.
— Ciemniejszy? Chyba nie z metalu brunatnego?
— Być może jednak.
— Mój Boże, w takim razie jest to maszyna piekielna! Czy nie widział pan kurka, czy sprężyny? Gwintu lub jakiegoś kołka?
— Nie.
— Trzeba się przekonać.
— Ale jak? Nie wygląda na człowieka, który pozwoli zajrzeć sobie do bagażu.
— A więc wygląda wojowniczo, wyzywająco?
— W najwyższym stopniu. A przytem złośliwie.
— Co począć?
Kelner zrozumiał swój błąd, więc pragnął go naprawić gorliwością.
— Coś trzeba zrobić. Przypuszczam, że ten jegomość przygotowuje zamach.
Kelnerka, dotychczas milcząca, odezwała się szybko:
— Zamach, Jezus Marja! Pytał o Bismarcka!
Gospodarz zbladł.
— O Bismarcka? Czego chciał?
— Musiałam mu opisać drogę do mieszkania Bismarcka. Pragnie z nim mówić.
— Niebiosa! Otóż i zamach!
— Powiedziałam, że niełatwo dotrzeć do Bismarkka, ale Amerykanin odpowiedział, że obejdzie się bez ceregieli.
— Nie ulega wątpliwości, że zamierza dokonać zamachu. Chce zabić ministra. Co należy czynić?
— Natychmiast zawiadomić policję.
Gospodarz wybiegł.
W komisarjacie, dosyć oddalonym od hotelu, nie mógł z podniecenia dobyć głosu. Łapał z trudem dech.
— Uspokój się pan, mój drogi, — oświadczył urzędnik. — Zapewne przychodzi pan w naglącej sprawie. Ale niech pan poczeka, niech pan nie mówi, zanim nie złapiesz tchu.
— Tchu? O, już się znajdzie. Ja... ja... przynoszę zamach!
Urzędnik policji zdębiał.
— Zamach? — powtórzył.
— Tak, przynoszę tutaj, — wykrztusił gospodarz — to znaczy przynoszę doniesienie o zamachu.
— Tak. To w samej rzeczy sprawa ważna. Czy się pan dobrze zastanowił, że chodzi wprawdzie o przestępstwo, o wielkie niebezpieczeństwo, ale także o wielką odpowiedzialność, którą pan bierze na siebie?
— Biorę na siebie wszystko, przestępstwo, niebezpieczeństwo i odpowiedzialność! — odpowiedział hotelarz, nie zdając sobie sprawy z chaosu tych słów.
Urzędnik ledwo mógł powstrzymać się od śmiechu.
— Mów pan! Na kogo przygotowano zamach?
— Na pana v. Bismarcka.
— Do licha! Czy naprawdę? W jaki sposób ma być wykonany?
— Strzelbą, rewolwerem, nożem i maszyną piekielną.
Urzędnik spoważniał.
— Któż to taki, ten zamachowiec? A jego pomocnicy?
— Pozwolę sobie zapytać pana o coś. Czy przypomina pan sobie owego kapitana Shawa, którego szukano u mnie, a któremu udało się zbiec?
— Tak. Podawał się za kapitana Stanów Zjednoczonych.
— No, u mnie mieszka teraz człowiek, który także podaje się za kapitana Stanów Zjednoczonych.
— To jeszcze nie dowód, aby go podejrzewać.
— Wzbraniał się okazać dowód osobisty i upomniał o księgę cudzoziemców.
— To niezwykłe. Jakże się nazwał?
— William Saunders.
— Angielskie albo amerykańskie nazwisko. Kiedyż przybył?
— Pół godziny temu.
— Jak jest ubrany?
— Niezwykle, prawie jak maszkara. Nosi stare spodnie skórzane, trzewiki, frak z bufami, wyłogami i olbrzymiemi guzikami, a kapelusz w kształcie parasola.
Hm. Raczej wydaje mi się dziwakiem, niż przestępcą. Kto zamierza popełnić przestępstwo, ten ubiera się stereotypowo, aby nie zwrócić na siebie uwagi.
— Ale jego broń! Ma przy sobie strzelbę, dwa rewolwery i nóż. Główną jednak broń stanowi instrument metalowy podobny do puzonu. Kto może wiedzieć, jaki w nim tkwi morderczy nabój?
— Czy widział pan?
— Nie ja sam, lecz mój kelner.
— Dlaczego się pan osobiście nie przekonał?
— Toby może poruszyło czujność tego człowieka. Nie chciałem wzbudzać w nim podejrzeń, aby nie zbiegł.
— Ale skądże pan wnosi, że chce wykonać zamach na Bismarcka?
— Pytał o jego mieszkanie i kazał opisać drogę kelnerce, która jest ze mną spokrewniona.
— Dowód ten może być obciążający, ale jeszcze nie przekonywa.
— O, twierdził zgoła, że nie będzie sobie robił z Bismarckiem wiele ceregieli.
— Czy powiedział, kiedy pójdzie do ministra?
— Nie.
— Gdzie jest teraz?
— Spożywa śniadanie w swoim pokoju.
— Dobrze. Kto wie, czy się pan nie myli, ale moją powinnością jest zbadać sprawę. Nie mogę działać na własną odpowiedzialność. Zamelduję, komu należy, i za pół godziny będę u pana. Rzeczą pana — baczyć, aby do tego czasu nie opuścił hotelu.
— Jeśli zajdzie potrzeba, czy mogę użyć siły?
— Tylko w razie istotnej konieczności. Przebiegłość podszepnie panu, jak go zatrzymać.
— Uczynię, co do mnie należy.
Rzekłszy to, opuścił komisarjat. — — —
Tymczasem Sępi Dziób, nie spodziewając się niczego, zjadł śniadanie.
— Czy mam czekać na porucznika? — zapytał. — Oho, Sępi Dziób jest człowiekiem, który może pomówić z Bismarckiem bez polecenia. Oczywiście, nie będę mógł stroić z nim żartów, jak z innymi. Zostawię tu rzeczy. Ale ciekaw jestem, jakie oczy zrobi, skoro tak głupio ubrany drągal zażąda z nim rozmowy.
Zaniósł swoje rzeczy do sypialni, a zamknąwszy ją, klucz wyciągnął i schował do kieszeni.
— Ci ludzie nie powinni się podczas mej nieobecności dowiedzieć, co tkwi w worku, — mruknął. — Kelner widział już dosyć wiele. A jeśli oni mają główny klucz, to i ja mam swoją śrubę.
Wyciągnął z kieszeni ową amerykańską patentowaną śrubę, którą można zatkać zamek tak, aby nikt nie mógł otworzyć. Wkręcił więc śrubę w otwór. Poczem zeszedł ze schodów.
Traf chciał, że nie spotkał nikogo, gdyż cały personel zebrał się w kuchni i omawiał niezwykłe wydarzenie. Byli pewni, że kapitan śniada; nie zdawali sobie bowiem sprawy z szybkości, z jaką myśliwy z prerji pochłania stosy jadła. — —
Wyszedłszy niepostrzeżenie z domu, Sępi Dziób obrał drogę, którą opisała kelnerka. Kilka razy wprawdzie musiał się informować, ale wkońcu bez przygód stanął u celu. Obywatel stolicy, nawet sztubak, wstydzi się biegać za pierwszym lepszym przechodniem, jakkolwiek dziwacznie byłby ubrany.
Ujrzawszy odźwiernego przy bramie, podszedł doń rzekł:
— Nieprawdaż, tutaj mieszka Bismarck?
— Tak — potwierdził odźwierny, oglądając cudaka z uśmiechem.
— Na pierwszem piętrze?
— Tak.
— Czy master jest w domu?
Master? Któż to?
— No, Bismarck.
— Ma pan na myśli Jego Ekscelencję pana hrabiego v. Bismarcka?
— Tak. Mam na myśli hrabiego, Jego Ekscelencję, a także samego Bismarcka.
— Tak, jest w domu.
— No, więc dobrze trafiłem.
Wyminął odźwiernego. Ten uchwycił trappera za rękę.
— Stój! Dokąd to?
— No, do niego, oczywiście!
— Do Jego Ekscelencji? Tak się nie idzie!
— Tak? Czemu nie?
— Czy oczekują pana?
— Nic o tem nie wiem.
— Więc musi pan obrać zwykłą drogę służbową.
— Drogę służbową? Cóżto znaczy?
— Musiałbym wiedzieć, w jakiej sprawie pan przychodzi. Czy to sprawa osobista, dyplomatyczna, czy jakaś inna?
— To właśnie jakaś inna.
— No, — rzekł odźwierny poważniej — jeśli pan myśli, że jestem od tego, aby wysłuchiwać kpin, to bardzo się pan myli. Jeśli pan przychodzi w jakiej innej sprawie, to zajdziesz gdzieś indziej!
Trapper skinął głową.
— Tak też sądzę. Nie mam zresztą czasu pana zajmować. Dowidzenia!
Ale zamiast się cofnąć, wszedł do wnętrza.
— Stój! — zawołał odźwierny. — Nie to miałem na myśli. Nie może pan iść tam!
— Dowiodę panu, że jest przeciwnie.
Mówiąc to, podniósł odźwiernego i postawił obok siebie. Ale nie postąpił jeszcze pięciu kroków, gdy odźwierny uchwycił go znów i zawołał:
— Uprzedzałem, że ma pan odejść!
— Czynię to właśnie — mówił Jankes.
— Jeśli pan nie pójdzie dobrowolnie, będziesz zaaresztowany za zakłócenie spokoju.
— Chciałbym widzieć takiego, coby się ośmielił! — wyrwał się zręcznie i wbiegł na schody, zanim odźwierny zdołał go dogonić. Nastąpiłaby teraz ponowna, żywsza wymiana zdań, gdyby na schodach nie ukazał się jakiś starszy pan. Nosił zwyczajny uniform i czapkę. Chód miał mocny i pewny, postawę wojskową, ale w twarzy malował się rys pobłażliwej przychylności. Spoglądał z przyjazną naganą na obu szarpiących się przeciwników.
Odźwierny, ujrzawszy tego pana, natychmiast wypuścił trappera i stanął w postawie pełnej szacunku. Sępi Dziób wykorzystał tę chwilę wolności i w dwóch susach, obejmujących po dwa i trzy stopnie, znalazł się przy schodzącym jegomościu. Przyłożył rękę do kapelusza i ukłonił się.
Good morning, starszy panie! Czy może mi pan powiedzieć, gdzie znajdę Ekscelencję od ministra Bismarcka?
Starszy pan obejrzał pytającego.
— Czy chce pan rozmawiać z Ekscelencją? Kim pan jesteś?
Hm. To mogę powiedzieć tylko Wysokości od tego ministra.
— Tak? Był pan proszony?
— Nie, my old master.
— W takim razie będzie pan musiał odejść z kwitkiem.
— Na to nie przystaję. Zgłaszam się w bardzo ważnej sprawie.
— Tak, tak. Sprawa prywatna?
Old master wywarł niezwykłe wrażenie na westmanie. Innemuby nie odpowiedział tak, jak jemu:
— Właściwie nie powinienem panu powiedzieć, ale sprawia pan na mnie wrażenie gentlemana i dlatego będę wspaniałomyślny. Nie, to nie jest sprawa prywatna. Ale więcej nie mogę zdradzić.
— Czy nie zna pan takiego pana, któryby mógł cię wprowadzić do Jego Ekscelencji?
— Owszem. Ale niema go tutaj. Przyjdzie dopiero później, a ja nie chciałem dłużej czekać.
— Co to za osoba?
— Nie osoba, lecz porucznik huzarów gwardji. Nazywa się Kurt Unger.
Coś drgnęło na twarzy starszego pana.
— Znam go. Miał przyjechać do Berlina; aby pana zameldować hrabiemu v. Bismarckowi?
— Tak.
— Ale sądziłem, że udał się w podróż?
— Chciał wyjechać. Lecz spotkałem go w Reinswaldenie. Dowiedział się ode mnie rzeczy, które uważa za stosowne zakomunikować ministrowi.
— Jeśli tak jest w istocie, to zastąpię porucznika i wprowadzę pana, oczywiście, o ile mi pan powie, kim jesteś.
— Nie tutaj. Tu usłyszy odźwierny.
— Więc chodź pan! — uśmiechnął się nieznajomy i zaprowadził trappera do przedpokoju. — Teraz jesteśmy sami. Może pan mówić.
— Ale tu znowu stoi taki słup soli.
Trapper wskazał na służącego. Nieznajomy skinął. Lokaj oddalił się posłusznie.
— A więc teraz! — rzekł nieznajomy pan zniecierpliwionym tonem.
— Jestem myśliwym z prerji i kapitanem dragonów Stanów Zjednoczonych, mój stary przyjacielu.
— Tak, tak. Czy to, co pan nosi, jest uniformem armji Stanów Zjednoczonych?
— Nie. Jeśli pan to uważa za uniform, to musi się pan djabelnie mało znać na sprawach wojskowych. No, stary, to wcale nie jest konieczne. Jestem mianowicie nieco cudakiem. Lubię sobie pożartować. Włożyłem ten ubiór, aby się zabawić kosztem małp, które mnie podziwiają.
— Dziwny sport! Ale jeżeli mam pana przedstawić, muszę wiedzieć, jakiego rodzaju sprawy pana sprowadzają.
— Właśnie tych spraw nie wolno mi zdradzić.
— W takim razie nie będzie pan miał dostępu. Zresztą, hrabia nie ma przede mną tajemnic.
— Istotnie? A więc jest pan niejako zaufanym jego adjutantem?
— Tak mniej więcej możnaby mnie nazwać.
— No, więc zaryzykuję. Przybywam z Meksyku.
Twarz starszego pana przybrała wyraz zaciekawienia.
— Z Meksyku? Czy brał pan udział w tamtejszych walkach?
— Pewnie, mój stary przyjacielu. Z początku byłem przewodnikiem pewnego Englishmana, który przywiózł Jaurezowi pieniądze i broń.
— Lord Dryden? Towarzyszył mu pan?
— Wgórę Rio Grande del Norte, dopóki nie znaleźliśmy Juareza.
— A więc widział pan Juareza? — pytał starszy pan z zaciekawieniem.
— O, wielokrotnie. Widziałem i rozmawiałem.
— Jak tam się rzeczy mają z jego przeciwnikiem, Maksymiljanem?
— Kiepsko. Władza jego drży w posadach, tron tak samo i głowa również. Jako Amerykanin, zwolennik Juareza, niewiele sobie robię z jego tronu i władzy. Lecz ubolewam nad głową tego oszukanego człowieka. — Ale, zdradziłem panu tyle, że mogę pokazać swoje dokumenty.
Sępi Dziób wyciągnął dowody osobiste i podał starszemu panu. Ten przejrzał szybko, jeszcze raz zmierzył trappera spojrzeniem i rzekł:
— Dziwaczni muszą być tam u was ludzie...!
— Tu też — przerwał myśliwy.
— O tem później. Przedstawię pana teraz hrabiemu, gdyż...
W tej chwili drzwi się otworzyły i ukazał się Bismarck we własnej osobie. Usłyszał głośną rozmowę, która mu przeszkadzała w pracy, i postanowił się przekonać, kto to rozmawia. Na widok obu panów na twarzy jego odmalowało się zdziwienie:
— Jakto, Wasza Królewska Mość jeszcze tutaj? — zapytał z ukłonem, zwracając się do starszego pana.
— Wasza Królewska Mość! — krzyknął Sępi Dziób. — All devils!
Bismarck obejrzał go niemal z lękiem. Ale nazwany Królewską Mością skinął przyjaźnie.
— Nie powinien się pan przerażać.
— Ani mi się śni, — huknął trapper — ale jeśli ten master nazywa pana Królewską Mością, to jest pan chyba królem pruskim?
— Tak. Jestem nim.
— Niech piorun trzaśnie! Co ze mnie za osioł! Ale któżby mógł pomyśleć. Ten stary, dzielny pan schodzi tak cicho i spokojnie po schodach, pyta o to i owo, i okazuje się, że jest królem pruskim we własnej osobie! No, Sępi Dziobie, za jakiego głupca będzie cię ten król uważał!
— Sępi Dziobie? Któż to znowu? — zapytał król.
— To ja sam. W prerji każdy ma swoje przezwisko. Hultaj jakiś nadał mi przezwisko od mego nosa. Ale, Wasza Królewska Mości, któż to jest ten pan?
— To hrabia Bismarck, do którego panu pilno.
Yankes otworzył usta szeroko i odstąpił o krok.
— Co? Ten jest Bismarckiem? No, inaczej go sobie wyobrażałem!
— Mianowicie, jak?
— Jako małego, szczupłego i wysuszonego, słowem istnego, prawdziwego, sprytnego gryzipiórka. Ale wielka postać nie wadzi, naodwrót, wywiera wrażenie. Proszę Waszą Królewską Mość, abyś powiedział master ministrowi, kim jestem.
Król z uśmiechem podał hrabiemu dokumenty Sępiego Dzioba. Bismarck przejrzał je i rzekł:
— Proszę, kapitanie!
Przepuściwszy króla, zaprowadził trappera do gabinetu. Służący, który w parę chwil później wrócił, zmiarkował z gęstych, donośnych głosów, że w gabinecie toczy się bardzo żywa rozmowa. — — —
Skoro gospodarz wrócił z okręgu do hotelu, zapytał przedewszystkiem o gościa.
— Czy jest jeszcze?
— Tak — odpowiedział starszy kelner. — Jeszcze je śniadanie.
— Nie wolno mu wyjść z domu, dopóki policja się nie zjawi.
— A więc stanę na górze w sieni.
— Nie, ja sam pójdę, — oświadczył gospodarz. — W tak ważnych sprawach trzeba być skrupulatnym.
Wszedł na górę i usiadł na krześle, stojącem w sieni.
Nie minął kwadrans, a nadeszła policja. Przedsięwzięto środki ostrożności. Koło domu i naprzeciwko na trotuarze spacerowali napozór beztrosko tajni ajenci, nie spuszczając wzroku z okien i drzwi gospody. Obstąpiono sień i podwórze, a dorożka czekała za rogiem, aby zawieźć aresztowanego do komisarjatu.
Jeden z urzędników wszedł w towarzystwie dwóch kolegów na górę do podejrzanego gościa.
— Czy nie wyszedł? — zapytał pocichu gospodarza.
— Gdzie tam! Wcale się nie pokazywał — brzmiała odpowiedź.
— Gdzie mieszka?
— Numer pierwszy; tam.
Urzędnik podszedł do oznaczonych drzwi. Starszy kelner wysunął się na czoło, party ciekawością, atoli gospodarz ostrzegł:
— Nie odważ się pan iść za daleko!
— Tak gorąco tam chyba nie będzie.
— Co pan wie o temperaturze takiej maszyny piekielnej, tem bardziej w kształcie puzonu!
Urzędnik powtórnie zwrócił się do gospodarza:
— Opowiadał pan, że ten człowiek rozmawiał z kelnerką? Sądzę, że najlepiej będzie, jeśli przedewszystkiem wejdzie kelnerka.
— Ale jeśli ją zastrzeli?
— Ani mu to w głowie postanie! Prędzejby to nas spotkało. Dziewczyna zaś może wejść, nie budząc jego podejrzeń. Opowie nam, przy czem go zastała.
Gospodarz zastosował się do wskazówek i zawołał kelnerkę, która wnet zbliżyła się do drzwi.
Na wielokrotne stukanie nie było odpowiedzi. Weszła więc. Długo dosyć trzeba było na nią czekać. Kiedy wróciła, troska malowała się na jej twarzy.
— No? — szepnął urzędnik. — Co porabia?
— Nie wiem. Niema go w przedpokoju, ani w pierwszym pokoju. Zapewne siedzi w sypialni, bo zamknięta.
— Może śpi. Czy nie stukała pani?
— Tak. Ale nie odpowiedział.
— Był zapewne bardzo zmęczony i śpi jak zabity.
— Pukałam tak mocno, że obudziłabym nawet siedmiu braci śpiących.
— Gdzież są jego rzeczy?
— Zaniósł je do sypialni.
— Być może pracuje nad swoim aparatem, a udaje tylko, że śpi. Chodź pani! Ja będę pukał, a pani odpowie.
Policjanci weszli pocichu, kelnerka za nimi. Na stole stały jeszcze talerze po śniadaniu.
— Zapukaj pani! — rozkazał urzędnik.
Dziewczyna zastukała, ale napróżno. Zapukała mocniej — z tym samym skutkiem.
— Sam spróbuję — rzekł urzędnik.
Podszedł do drzwi i walił obydwiema pięściami. Nie było odpowiedzi. Rzuciwszy spojrzenie na ulicę, przekonał się, że jest dobrze strzeżona. Zapukał ponownie i zawołał głośno:
— W imieniu prawa, otwórz pan!
Znowu odpowiedzią było milczenie.
— Musimy sami otworzyć. Dawajcie wytrych!
Strażnik podał instrument. Urzędnik nachylił się, aby zbadać otwór zamka.
— Niech piorun trzaśnie! — zawołał. — Zatkany!
— Czy wsadził klucz od wewnątrz? — zapytał ktoś.
— Nie. Z tej strony coś wetknął.
— A więc niema go tam.
— Zdaje się, że nie.
Każdy pokolei badał otwór. Okazało się, że tkwił tam stalowy przedmiot, którego niepodobna było usunąć.
— Wyszedł — oświadczył jeden z policjantów.
— Uciekł, zniknął! — dodał drugi.
— O nie; sprawa jest gorsza — stwierdził przełożony. I, zwracając się do kelnerki, dodał: — Powiedział pani, że udaje się do Bismarcka?
— Tak.
— A więc wymknął się! Niebezpieczeństwo w zwłoce. Chodźcie za mną, moi panowie! Musimy natychmiast pędzić do Bismarcka. Ten dom pozostanie pod strażą.
Urzędnicy skinęli na dorożkę, wsiedli i pojechali co koń wyskoczy. — —
Ledwo zniknęli, gdy przed gospodą zatrzymał się inny pojazd. Pasażerem, który wysiadł, był Kurt Unger. Nie miał pojęcia o tem, co się zdarzyło, i nie wiedział również, że przechodnie, którzy kręcili się tam i zpowrotem po trotuarze, są przebranymi ajentami policji i strzegą gospody. Wszedł do izby i kazał podać szklankę wina.
W kilka minut później nadeszła kelnerka. Poznała go bezzwłocznie i podeszła do stolika. Rysy jej wyrażały zdziwienie i troskę zarazem.
— Pan tutaj, panie poruczniku? A więc to prawda, że miał pan przybyć?
— Owszem. Skąd pani wie?
— Powiedział to pewien człowiek, którego teraz chcą zaaresztować.
— Aresztować? A to czemu?
— Zamierza podrzucić piekielną maszynę.
— Na miłość Boską! — zawołał Kurt, nie spodziewając się, że mowa o Sępim Dziobie.
— Tak, cały dom jest strzeżony, a policja pojechała do Bismarcka.
— Do Bismarcka? Dlaczego do niego?
— Ponieważ zamach miał być na nim dokonany.
— Okropność! Kim jest ten łajdak?
— Amerykański kapitan, który tu pana oczekiwał. Twierdził, że się pan z nim umówił.
— Czy nie miał w powierzchowności wyróżniającego szczegółu?
— Tak. Straszliwie długi nos.
— I policja go istotnie szuka?
— Owszem. Gospodarz doniósł, że przybysz chce zamordować Bismarcka. Ma przy sobie różną broń, a także maszynę piekielną.
— Brednie! A więc poszedł do Bismarcka?
— Tak.
— A policja go ściga?
— Tak.
— Nie można tracić ani chwili. Muszę za nim w te pędy!
Kurt wyskoczył z gospody, wsiadł w dorożkę i kazał jechać pełnym galopem. — —
Tymczasem rozmowa Sępiego Dzioba z obu dostojnymi panami dobiegła końca. Polecili mu na pożegnanie przysłać Kurta natychmiast po jego przybyciu, a poza tem czekać na dalsze zarządzenia.
Zadowolony z siebie, trapper kroczył po ulicach Berlina. Wprawdzie obrał inną drogę, niż poprzednio, ale jego zmysł orjentacyjny nie pozwolił mu zbłądzić. Niebawem dotarł do hotelu.
Wszedł do pokoju. Za nim wkroczyli tajni ajenci, których uważał za gości. Jeden z detektywów podszedł do stolika i zapytał:
— Pozwoli pan? Czyśmy się już nie widzieli?
— Idź pan do djabła! — mruknął Sępi Dziób.
— Chwilowo nie usłucham. Jeśli jeden z nas ma iść do djabła, to zpewnością nie ja.
Yankee spojrzał na nieznajomego ze zdziwieniem.
— Hola, chłopcze, szukasz ze mną zwady?
— Może — roześmiał się detektyw. — Zna pan to?
Po tych słowach wyjął z kieszeni monetę i podsunął trapperowi pod oczy.
— Wynoś się ze swojemi pieniędzmi! — krzyknął myśliwy. — Jeśli jeszcze raz podsuniesz mi pod nos ten mosiądz, ukrócę twoje wybryki raz na zawsze!
Aha! Nie zna pan tego znaku? To mój dowód. Jestem wachmistrzem tutejszej policji.
Trapper nadstawił ucha. Obejrzał się dokoła i zrozumiał, że ma przed sobą tajnych ajentów policji.
— Tak! Jest pan policjantem? Pięknie. Ale czemu się pan do mnie zwraca?
— Ponieważ interesuję się panem bardzo. Żądam, abyś mi szczerze odpowiedział na pytanie, które panu zadam.
Sępi Dziób znów obwiódł spojrzeniem pokój, poczem rzekł:
— Dziwny to naród, ci Niemcy! Nikt nie jest tak skory do aresztowania, jak wy.
— Tak? Tak pan sądzi?
— Do pioruna! Tak sądzę i odczułem to na własnej skórze. Od wczoraj rano już po raz trzeci chcą mnie uwięzić.
— A więc wczoraj już dwukrotnie pana aresztowano? I wykręcił się pan?
— Jak pan widzi.
— No, teraz już pan nie ujdzie!
— A jednak myślę, że tak.
— Postaram się pana mocno trzymać. Zechce pan łaskawie podać mi ręce.
Wachmistrz wyjął z kieszeni żelazne obręcze. Amerykaninowi tego już było za wiele. Podniósł się i zawołał:
— Co? Chcecie mnie w łańcuchy zakuć? Piekło, śmierć i wszyscy djabli! Chcę widzieć takiego, co się ośmieli mnie dotknąć! Co wyrządziłem tym drabom, że osaczają mnie jak psy zwierzynę?
Pozostali bowiem policjanci zbliżyli się i zamknęli trappera w ciasnem kole. W bezpiecznem zaś oddaleniu stał gospodarz z domownikami i przyglądali się zajściu.
— Co pan nam wyrządził? — zapytał policjant. — Nam — nic absolutnie. Ale wie pan chyba lepiej od nas, co zamierzałeś wykonać. Nazywa się pan William Saunders?
— Póki żyję i żyć będę.
— Jesteś kapitanem armji Stanów Zjednoczonych?
— Tak.
— Gdzie pan był teraz podczas nieobecności w gospodzie?
— Na spacerze.
— Gdzie?
— Jestem cudzoziemcem. Nie znam ulic.
— Czy nie obejrzał pan czasem mieszkania pana v. Bismarcka?
— Być może.
— Jesteś kutym grzesznikiem! Innyby zbladł, zadrżał w kolanach, dowiedziawszy się, że jego plany obrócone wniwecz. Pan zaś pozostałeś spokojny.
— Niech mnie pan trochę w tem drżeniu wyręczy.
— Niebawem przestanie pan żartować! Zapierał się pan posiadania innej jeszcze broni. A jednak przywiózł pan strzelbę piorunującą, maszynę piekielną, czy coś w tym rodzaju. Wyznaje pan?
Westman ze zdziwieniem spojrzał na policjanta.
— Strzelbę piorunującą? Maszynę piekielną?
— Tak, z mosiądzu, czy też metalu armatniego.
Teraz dopiero Sępi Dziób zrozumiał, co się święci. Z trudem pohamował śmiech.
— Nic o tem nie wiem.
— Przekonamy pana!
— Proszę bardzo.
— Czemu zamknął pan sypialnię?
— Czy zechce mi pan zabronić?
— Nie, ale każę ją panu otworzyć. Pragniemy nawiązać bliższą znajomość z bagażem pana.
— Jestem wszak w pańskiej mocy. Ale ostrzegam pana. Z moją bronią nie każdy umie się obchodzić!
— Nie troszcz się pan o to. Będziemy ostrożni. A więc dawać ręce!
Powiedział to tonem, który nie dopuszczał sprzeciwu. Sępi Dziób usłuchał. Pozwolił sobie nałożyć kajdanki. Zaprowadzono go do numeru pierwszego. Zatrzymano się przed drzwiami sypialni.
— Zamknął pan te drzwi — rzekł wachmistrz. — Poco?
— Nie chciałem, by się grzebano w moich rzeczach. Czy to nie jest zrozumiałe?
— Ale nietylko zabrał pan klucz, lecz nadomiar zatkałeś otwór. Czy tajemnice, które chce pan utaić, są aż tak niebezpieczne?
— Przekonaj się pan sam!
— Przedtem musi pan otworzyć. Co tkwi w otworze?
— Śruba patentowana.
— Proszę ją wyjąć!
Sępi Dziób wyjął z kieszeni kamizelki cienki pręcik i włożył w otwór zamku. Naciągnął sprężynę i wyjął śrubę.
— Tak, mój drogi! Wyjm pan klucz z tej mojej kieszeni i otwórz drzwi.
Tak się też stało. Drzwi można już było otworzyć. Ale wachmistrz wzbraniał się wejść.
— Stój, nie tłoczyć się! — rozkazał. — Należy przypuszczać, że znajdują się tam tajemnicze maszyny i niebezpieczne materjały wybuchowe. Pierwszy niech pójdzie aresztowany. W razie czego on pierwszy zginie.
Cztery ręce uchwyciły trappera i popchnęły do sypialni. Dopiero potem weszli ajenci. Wachmistrz obejrzał się uważnie. Przedewszystkiem dostrzegł strzelbę. Wziął ją ostrożnie w rękę.
— Co to za broń?
— Strzelba Kentucky.
— Nabita?
— Nie.
— Ale przecież to nie jest żadna strzelba, tylko drąg! Jak można z tego strzelać?
— Tak, policjant nie potrafiłby z niej strzelać.
Urzędnik puścił kpinę mimo ucha i ujął za nóż.
— Co to za sztylet?
— Sztylet? Do pioruna! Nóż bowie różni się chyba od sztyletu?
— Ach, nóż bowie! Czy zakłuwał pan nim ludzi?
— Tak.
— Straszne! A te rewolwery? Czy pan z nich strzelał do ludzi?
— Naturalnie, świetny lioński towar, doskonale trafiają. Zresztą, nie aresztowano mnie chyba poto, abym miał wykład o broni.
— Cierpliwości. Teraz dochodzimy do sedna sprawy. Niech pan powie, co się tam żółci pod workiem?
— To maszyna piekielna.
— Niech piorun trzaśnie! Przyznaje się pan? Czy nabita?
— Gotowa do wybuchu.
— Do wybuchu? Moi panowie, zalecam największą ostrożność! Trzymać tego człowieka mocno, aby się nie mógł poruszyć. Panie, pytam pana, czem jest nabita ta maszyna?
— Powietrzem.
— A więc gazami wybuchowemi! Czy można dotknąć maszyny tak, aby nie wybuchła?
— Można — odpowiedział poważnie trapper. — Niema niebezpieczeństwa.
— Czy można usunąć odzież, leżącą na maszynie?
— Bez obawy!
— Ale jak się to doprowadza do wybuchu?
— Poprostu trzeba dąć.
— Dobrze, odwagi, moi państwo! Ja sam dotknę maszyny, narażając się na niebezpieczeństwo.
Rzekłszy to, uchwycił koszulę, spodnie, bluzę i parę skarpetek, leżących na instrumencie. Brał je dwoma palcami i odkładał z największą ostrożnością. Po chwili straszliwa maszyna leżała przed nimi w całej swej nagości.
Podniósł puzon ostrożnie, niczem bombę o płonącym loncie.
— Lekka, jak zwykły puzon. Tak, gazy wybuchowe są lżejsze od innego rodzaju powietrza.
Wachmistrz podniósł puzon za koniec bardzo wysoko, aby zbadać konstrukcję. Naraz części się rozluźniły i cięższa połowa wraz z pokrywą runęła na ziemię.
Poczciwiec był pewny, że maszyna odrazu wybuchnie. Krzyknął i znieruchomiał, oczekując pewnej śmierci. Upadek połowy puzonu spowodował wybuch, lecz zgoła innego gatunku, niż sądził wachmistrz, gdyż, skoro urzędnik wydał przerażony okrzyk, Sępi Dziób nie mógł się dłużej powstrzymać. Wybuchnął takim niezwykłym śmiechem, że zdawało się, iż mury zadrżały. I ten śmiech był tak zaraźliwy, że wszyscy mu zawtórowali. Nie ulegało już bowiem wątpliwości, że wrzekoma maszyna piekielna jest zwyczajnym starym puzonem.
Wachmistrz stał w pierwszej chwili osłupiały. Niebawem rzucił na ziemię drugą część instrumentu i huknął na trappera:
— Człowieku, zdaje się, że pan ze mnie kpi!
— A z kogo miałbym kpić?
— Wypraszam sobie! Czy nie przyznał się pan, że masz broń?
— A czy nie mam jej?
— I maszynę piekielną?
— To ona właśnie. Każ pan tylko wygrywać na niej przez długie miesiące.
— Ma być nabita.
— Powietrzem. Czy to nieprawda?
— Miała eksplodować.
— Kiedy się dmie. Czy chce pan zaprzeczyć?
— Człowieku, czy sądzi pan, że jestem pańskim błaznem? Ten żart skrupi się na panu. Poza piekielną maszyną są wszak inne jeszcze powody do aresztowania pana. Ma pan broń. Czy posiadasz pozwolenie?
— Tak. Tu, w przedniej kieszeni fraka.
Ach! Dawaj pan.
— Wyjm sam, skoroś mnie spętał!
Urzędnik wyciągnął papier i przeczytał. Podał następnie kolegom i rzekł:
— Dokument jest prawdziwy, ale to nie zmienia sytuacji, jak się wnet przekonamy. — I, zwrócony do Sępiego Dzioba, dodał: — Powiedział pan kelnerce, że chcesz iść do pana v. Bismarcka?
— Tak.
— I że nie będzie pan sobie robił z nim wiele ceregieli?
— Nie. Powiedziałem tylko, że u Bismarcka obejdę się bez ceregieli, skoro mnie doń nie wpuszczą.
— To wybieg!
— Zapytaj kelnerki.
Wachmistrz zapytał. Przyznała, że aresztowany istotnie tak powiedział, jak teraz podaje. Urzędnik znowu stracił argument.
— Ale to tylko wybieg! Spróbujno pan pójść do ministra. Zobaczysz, czy cię wpuszczą w przyodziewku, w jakim teraz stoisz przede mną.
— Ba! Prędzej puszczą mnie, niż takiego, co stary puzon bierze za maszynę piekielną. Zresztą, mogę panu oświadczyć, że byłem już u pana v. Bismarcka.
— Kiedy to? — zapytał urągliwie policjant.
— Tuż przed moim powrotem.
— Naturalnie puszczono pana odrazu?
— Tak. Jego Królewska Mość był łaskaw mnie wprowadzić do ministra.
— Obłąkaniec!
Naraz rozległo się u wejścia:
— Obłąkaniec? Prawdę mówi!
Wszyscy się odwrócili. Stał tam Kurt Unger, a za nim urzędnicy policji, którzy pośpieszyli ostrzec ministra. Starszy wachmistrz wystąpił naprzód i rozkazał:
— Natychmiast zdjąć kajdanki!
Rozkazowi stało się bezzwłocznie zadość. Wówczas urzędnik zwrócił się do Sępiego Dzioba:
— Panie, stała się panu wielka krzywda. Właściwie winę ponoszą ci, którzy pana posądzili, mianowicie gospodarz i starszy kelner. Może ich pan pociągnąć do odpowiedzialności, przyczem zapewniamy panu nasze poparcie. Ale ja także z wyższego rozkazu proszę pana o wybaczenie i gotów jestem dać panu satysfakcję. Proszę, niech pan powie, jakiego zadośćuczynienia żądasz.
Sępi Dziób rozejrzał się dokoła. Dziwny uśmiech przemknął po jego twarzy.
— Dobrze — odpowiedział. — Muszę otrzymać satysfakcję. Ten pan uznał mój puzon za maszynę piekielną. Żądam, aby przyjął go ode mnie w podarunku i przechowywał jako pamiątkę tego ważnego dnia, kiedy omal nie ocalił życia v. Bismarckowi.
Wszyscy się roześmieli. Wtórował nawet tak wspaniałomyślnie obdarowany wachmistrz.
— Więcej pan nie żąda? — zapytał stary wachmistrz.
— Nie. Jestem zadowolony, pragnę tylko być już znowu panem własnej osoby.
I temu życzeniu stało się zadość. Wszyscy obcy opuścili pokój. Został tylko Kurt. Dopiero teraz przyjrzał się Amerykaninowi, poczem wybuchnął śmiechem:
— Ależ człowieku, co pana skłoniło do takiej maskarady?
— Takie już mam usposobienie — odpowiedział ze śmiechem trapper.
— W drodze urządzał pan kawały. W Moguncji aresztowano pana.
— Rzeczywiście.
— Później wyproszono z przedziału...
— Ale przyjechałem pociągiem specjalnym.
— Tak. A co najlepsze, zemścił się pan znakomicie, każąc aresztować pułkownika i podporucznika.
— I to wie pan także?
— Opowiadano sobie przygodę pana w pociągu, którym jechałem. Z opisu domyśliłem się, że to pan. Nawiasem mówiąc, obaj oficerowie są moimi osobistymi wrogami. Jechali do Berlina specjalnie dla mnie. Zemściłem się w ten sposób, że wysiadłem i ustaliłem ich tożsamość, naskutek czego wypuszczono ich na wolność. Chcieli mnie zmusić do pojedynku, ale powiedziałem, że ludzie, spoliczkowani przez wędrownego grajka, nie są godni satysfakcji. W ten sposób pozbyłem się ich na zawsze.
Hm. Ale co my teraz poczniemy?
— Jeszcze dzisiaj wyruszamy w drogę na Le Havre de Grace do Meksyku. Dzięki wiadomościom pana o Juarezie i Maksymiljanie zmieniono i uzupełniono moje pełnomocnictwa. Zalecony mi został największy pośpiech. Przedewszystkiem jednak trzeba poczynić zarządzenia konieczne do wyjazdu. — — —


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol May i tłumacza: anonimowy.