Grobowiec Rodrigandów/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol May
Tytuł Grobowiec Rodrigandów
Pochodzenie cykl Ród Rodriganda
Data wydania 1926
Wydawnictwo Spółka Wydawnicza Orient R. D. Z. East
Drukarz Zakł. Druk. „Bristol”
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


KAROL MAY
=========================================================


GROBOWIEC  RODRIGANDÓW

cykl

RÓD RODRIGANDA

POWIEŚĆ


EAST - Spółka Wydawnicza "Orient" R.D.Z. logo.jpg



EAST
Nakładem Sp. Wyd. „ORIENT“ R. D. Z. 1926
WARSZAWA




Składano i tłoczono w Zakł. Druk.
BRISTOL
Warszawa, Elektoralna 31.

Copyright 1926 by „ORIENT“ Warsaw
Printed in Poland





I
UCIESZNA PODRÓŻ

Odprowadzony przez tłum ludzi, powędrował Sępi Dziób na dworzec. Przeczytał napisy na drzwiach, kupił bilet pierwszej klasy, ale czekał aż do odejścia pociągu w poczekalni klasy trzeciej. Wyszedł na peron dopiero, kiedy jeden z urzędników oznajmił, że już pociąg rusza. Tutaj zauważył, że jest tylko jeden przedział pierwszej klasy. Konduktor, do którego się zwrócił, spojrzał nań ze zdziwieniem.
— Chce pan jechać pierwszą klasą? Pokaż pan swój bilet.
Sępi Dziób podał bilet. Konduktor przekonał się, potrząsnął głową i rzekł:
— No, wsiadaj pan szybko! Już ostatni gwizdek.
Dziwny pasażer wraz z futerałem i workiem wgramolił się do przedziału. W tej samej chwili gwizdnęła maszyna, drzwi się zatrzasnęły i pociąg ruszył.
— Miljon djabłów! — przywitało myśliwego przekleństwo. — Co mu do głowy strzeliło?
Zawołał to jedyny pasażer w przedziale, nikt inny, tylko podporucznik v. Ravenow.
— Nie obchodzi go — mruknął Sępi Dziób zwięźle, odłożywszy bagaż i rozsiadłszy się wygodnie. Ale były oficer nie mógł się z tym faktem pogodzić.
— Czy ma aby bilet pierwszej klasy? — zapytał.
— Też go nie obchodzi — brzmiała odpowiedź.
— Owszem, obchodzi. Muszę się przekonać, czy ma prawo tu wsiąść.
— Niech będzie zadowolony, że go nie pytam. To zaszczyt dla niego, że zniżam się do jazdy w jego towarzystwie.
— Drabie, nie mów do mnie przez on. Jeśli chce jechać pierwszą klasą, to powinien sobie przyswoić przyjęte formy, inaczej każę go usunąć.
Ach, a więc wziąłby raczej bilet czwartej klasy, czyni bowiem zadość przyjętym tam formom. Kto zaczął mówić przez on — ja, czy on? Jeśli mnie sprowokuje, nie mnie, ale jego wysadzą.
— Do stu tysięcy piorunów! Czy chcesz dostać policzek, gałganie?
— O, mogę służyć tym samym towarem. Oto próba! Dobrze się udała.
Z błyskawiczną szybkością zamierzył się i tak potężnie zdzielił podporucznika, że ten uderzył głową o ścianę.
— Tak — roześmiał się trapper. — To za gałgana. Jeśli ma na zbyciu jeszcze takie słówko, gotów jestem do ponownej odpowiedzi.
Ravenow podniósł się. Policzek płonął; oczy nabiegły złością i krwią. Rzucił się na trappera, nie bacząc na to, że władał tylko jedną ręką.
Teraz podniósł się także Sępi Dziób. Uchwycił Ravenowa lewą ręką za pierś, wcisnął w kąt i, wypoliczkowawszy ręką prawą, opuścił go na siedzenie.
— Tak — rzekł. — W Niemczech w przedziałach pierwszej klasy przyjemnie się rozmawia. Jestem gotów tę rozmowę kontynuować.
Spokojnie wrócił na miejsce. Podporucznik pienił się ze złości. Pierś falowała ciężko, dłoń ścisnęła się w kułak, a z nosa płynęła krew. Podniecenie odebrało mu mowę. Jęczał tylko głucho. Nie mógł się poruszyć. Dopiero po pewnym czasie, kiedy odzyskał władzę nad członkami, dał znak lokomotywie, aby się pociąg zatrzymał na najbliższej stacji.
Podbiegł do okna i otworzył.
— Konduktorze! Tutaj, tutaj! — ryczał, aczkolwiek pociąg jeszcze pędził.
Koła zaturkotały, pociąg stanął.
— Konduktorze, tutaj! — ryknął znowu oficer.
Konduktor poznał po głosie, że sprawa pilna. Przybiegł szybko i zapytał:
— Mój panie, czego pan sobie życzy?
— Otwórz pan i sprowadź kierownika pociągu, oraz naczelnika stacji!
Konduktor otworzył drzwi. Ravenow wyskoczył. Czem prędzej przybyli obaj wezwani urzędnicy.
— Moi panowie, muszę prosić o pomoc, — rzekł Ravenow. — Przedewszystkiem, oto moja karta. Jestem hrabia v. Ravenow, podporucznik. Napadnięto mnie w tym przedziale.
— Ach! Kto to taki? — zapytał zawiadowca stacji.
— Ten człowiek!
Podporucznik wskazał na Sępiego Dzioba, który siedział wygodnie i z beznamiętnym spokojem przypatrywał się scenie.
— Ten człowiek? Skąd się bierze w przedziale pierwszej klasy?
Obaj urzędnicy zbliżyli się, aby obejrzeć pasażera.
— Jak się pan tu dostał? — zapytał surowym tonem zawiadowca.
Hm! Wsiadłem — roześmiał się trapper.
— Czy ma pan bilet pierwszej klasy?
— Ma — potwierdził konduktor.
— Nieźle — oświadczył zawiadowca. — Tacy ludzie w pierwszej klasie! Panie hrabio v. Ravenow, czy mogę pana zapytać, co pan rozumie przez słowo napaść?
— Wpadł na mnie i pobił.
— Czy to prawda? — zapytał zawiadowca Amerykanina.
— Tak — skinął ten potakująco w odpowiedzi. — Nazwał mnie gałganem. Za to słowo spoliczkowałem go. Czy ma pan co przeciwko temu?
Zawiadowca, nie zważając na to pytanie, ponownie zwrócił się do podporucznika:
— Czy to prawda, że użył pan tego wyrażenia?
— Ani myślę przeczyć. Obejrzyjno pan tego jegomościa! Czy mam być narażony na spotkanie z takiemi kreaturami, skoro płacę za pierwszą klasę?
Hm. Nie mogę panu przeczyć, gdyż...
Oho! — przerwał trapper. — Czyż nie zapłaciłem tyleż?
— Być może — oświadczył zawiadowca, wzruszając ramionami.
— Czy noszę porwane łachmany?
— To nie, ale mniemam...
W tej chwili maszynista dał znak, że już zamierza ruszyć.
— Moi panowie, — rzekł Ravenow — słyszę, że czas jechać. Żądam ukarania tego bezczelnego człowieka.
— Bezczelny? — zawołał Sępi Dziób. — Czy chcesz dostać ponownie po buzi?
— Spokój! — nakazał zawiadowca. — Skoro pan żąda ukarania tego człowieka, to muszę pana prosić, abyś przerwał podróż celem zaprotokółowania zeznań.
— Nie mam na to czasu. Muszę o oznaczonej godzinie być w stolicy.
— Bardzo ubolewam. Obecność pana jest niezbędna.
— Czyż mam przez bezczelnego draba tracić czas? Nie uważam zresztą, aby trzeba było koniecznie na miejscu sporządzić protokół. Poprostu, zaaresztuj pan tego draba, każ przesłuchać, a następnie poślij akta do Berlina, aby uzupełnić mojemi zeznaniami. Adres mój znajdzie pan na wizytówce.
— Do usług, wielmożny panie.
Urzędnik podszedł do drzwi przedziału.
— Wysiadaj pan! — rozkazał trapperowi. — Jest pan aresztowany.
— Do licha, muszę jechać do Berlina, podobnie jak ten hrabia!
— To mnie nie obchodzi.
— On ponosi winę za to zajście!
— Wkrótce się przekonamy. Proszę wysiadać!
— Ani mi się śni!
— Więc zmuszę pana.
— Nie rób pan z nim ceregieli — oświadczył Ravenow. — Byłem obecny przy aresztowaniu go w Moguncji. To włóczęga, który z nadmiernej bezczelności jeździ pierwszą klasą.
— Tak, tak! A więc raz już aresztowany? Wysiadaj pan!
— Skoro mnie pan zmusza, żądam, aby i hrabia wysiadł, — oznajmił Sępi Dziób.
— Milcz pan! Napadł pan na hrabiego.
— Wyznał przecie, że mnie przedtem obraził.
— Miejsce pana nie jest w pierwszej klasie.
— Trudno byłoby panu tego dowieść. Zaznaczam, że mam te same prawa, gdyż zapłaciłem tę samą sumę.
— Prawa panu nikt nie odbiera. Wysiadać!
— Jestem gotów się wylegitymować.
— Później będzie na to czas.
— Do pioruna, ja chcę teraz!
— Ukróć pan swój język. Czy wysiada pan, czy też mam przywołać pomoc?
— Dobrze. Jeśli mi pan nie pozwoli jechać, to zwracam panu uwagę, że sam pan poniesie następstwa.
— Chce mi pan jeszcze grozić?
— Idę już, drogi przyjacielu.
Sępi Dziób wysiadł, wziął worek i futerał i czekał na dalszy bieg wypadków. Oczy wszystkich były weń utkwione. Hrabia natomiast wsiadł z triumfującą miną i pożegnał łaskawem kiwnięciem urzędników kolejowych. Zawiadowca dał znak. Rozległo się gwizdnięcie; pociąg ruszył.
— Chodź pan za mną! — rozkazał zawiadowca.
Udali się do kancelarji zawiadowcy, który tymczasem posłał po policję. Była to mała stacyjka. Czuwał tylko jeden strażnik. Upłynęło sporo czasu, zanim przybiegł.
Sępi Dziób zachowywał się spokojnie, ile że zawiadowca nie nawiązywał z nim rozmowy. Kiedy policjant przyszedł, urzędnik opowiedział mu przebieg zdarzenia.
Przedstawiciel porządku publicznego oglądał pasażera wyniosłem spojrzeniem.
— Pan spoliczkował hrabiego v. Ravenowa? — zapytał.
— Tak, — skinął trapper — bo mnie obraził.
— Zwrócił tylko panu uwagę, że pierwsza klasa nie jest dla pana.
— Do pioruna! Takiem samem prawem mogłem twierdzić, że nie jest dla hrabiego. Nazwał mnie gałganem, aczkolwiek nic złego mu nie wyrządziłem. Kto więc jest winien?
— Nie powinien pan był bić, tylko zameldować policji.
— Nie miałem czasu. Podobnie on mógł mnie zameldować, skoro myślał, że się nie nadaję do pierwszej klasy, — a nie zelżyć.
— Raczej nadaje się pan do czwartej.
— Do stu tysięcy piorunów! Czy wie pan, kim jestem?
— Dowiem się rychło — oświadczył strażnik. — Czy ma pan przy sobie dokumenty?
— Rozumie się. Chciałem się wylegitymować przed zawiadowcą, ale nie pozwolił. Sam poniesie konsekwencje.
— Pokaż pan!
Sępi Dziób podał wszystkie dokumenty, które był pokazał komisarzowi w Moguncji. Strażnik czytał z coraz to rzadszą miną. Kiedy skończył, rzekł:
— Przeklęta historja! Ten worek i ten straszliwy ubiór mogą każdego zwieść. Czy wie pan, panie zawiadowco, kim jest ten pan? Przedewszystkiem myśliwym z prerji, przytem amerykańskim oficerem w randze kapitana.
— Nie może być!
— Ależ tak, naprawdę! Trochę francuszczyzny szkolnej, którą władam, wystarczy mi do odcyfrowania tego dokumentu. Pan kapitan jest posłem pana prezydenta Meksyku Juareza.
Zawiadowca zbladł.
— A tu oto polecenie pana v. Magnusa, pruskiego przedstawiciela w Meksyku.
— Któżby pomyślał!
Obejrzeli się niemal nieprzytomnie.
— No, jakże tam? — zapytał uprzejmie trapper.
— Ależ mój panie, czemu ubiera się pan w ten sposób! — zawołał zawiadowca. — Pańska odzież jest winna, że przyjęliśmy pana za człowieka innego pokroju, niż jest pan w rzeczywistości.
— Moja odzież? Ba! Nie szukaj pan usprawiedliwień. Upomniałem się, aby mnie pan wylegitymował. Nie pozwolił pan. To wina pana. Co teraz będzie?
— Oczywiście, jest pan wolny, — oświadczył strażnik.
— Mimo, że spoliczkowałem hrabiego?
— Tak. Nastąpiła wzajemna obraza, która pociąga za sobą karę tylko naskutek doniesienia. Niech hrabia je wniesie. Cóżto mnie obchodzi?
— Tak, hm! To dziwne. Zwalnia się mnie, ponieważ jestem oficerem. Gdybym nie był nim, zamkniętoby mnie jedynie dlatego, że tak sobie życzył jaśnie oświecony pan hrabia. Niech licho porwie tego rodzaju sprawiedliwość!
— Proszę o wybaczenie, panie kapitanie, — rzekł zawiadowca. — Hrabia twierdził, że pan na niego napadł.
— Absurd! Przyznał wszak, że spoliczkowałem go w odpowiedzi na obelgi. Czy wie pan wogóle, że ten człowiek, którego spoliczkowałem, istotnie jest hrabią v. Ravenowem, za którego się podaje?
— Naturalnie. Dał mi swoją wizytówkę.
— Do pioruna! Dokumentów moich nawet nie obejrzano, a wizytówka tego człowieka miała taki posłuch. Każdy oszust może sobie wydrukować takie wizytówki. Nieprzezorność pana skrupi się na panu ciężko.
Urzędnik był przerażony.
— Pan kapitan zadowoli się przecież moją prośbą o wybaczenie.
— Zadowolę się? Ja? No, co do mnie! Jestem już taką poczciwą duszą. Ale jak inni będą się na to zapatrywać, nie wiem.
— Inni? Czy mogę wiedzieć, kogo pan ma na myśli?
Hm. Właściwie nie. Ale pod pieczęcią tajemnicy państwowej wyjawię panu. Jadę do pana v. Bismarcka.
Zawiadowca cofnął się o krok.
— Do pana v. Bismarcka? Mam nadzieję, że nie wspomni pan o tem nieprzyjemnem zajściu.
— Nie? Wręcz przeciwnie. Muszę szczegółowo opowiedzieć. Muszę wszak wytłumaczyć, czemu nie stawiłem się na oznaczonem posiedzeniu.
Urzędnikowi tak było na duszy, jakgdyby sam został spoliczkowany. Utkwił nieruchome spojrzenie w podróżnym.
— Tak. Ważne dyplomatyczne posiedzenie, na które tylko ja się spóźnię. Czy czytał pan moje papiery, kiedy pana o to prosiłem?
— Mój Boże, jestem zgubiony! Czy pan kapitan nie zdąży na oznaczoną godzinę, jeśli wyjedzie następnym pociągiem?
— Nie. Wyliczyłem czas co do kwadransa.
— Co za nieszczęście! Co robić?
— Nic. A może pan przypuszcza, że pojadę specjalnym pociągiem, aby naprawić błąd pana?
Przerażony zawiadowca odetchnął.
— Pociąg specjalny? Ach, doskonale! To jedyny środek do odzyskania straconego czasu.
— To prawda. Ale ja się na to nie godzę. Zachowanie się pana było dla mnie jedną wielką obrazą. Czy mam jeszcze tę obrazę wynagrodzić? Czy mam ją jeszcze wynagrodzić zapłatą za specjalny pociąg?
— Panie kapitanie, wcale tego nie żądam! Daję panu darmo do rozporządzenia lokomotywę, oraz wagon. Dojedzie pan, jeśli pan wcześniej nie doścignie pociągu, do Magdeburga, a tam go na pewno spotka.
Hm. Kiedy pociąg będzie mógł stąd odejść?
— Nie natychmiast. Muszę telegrafować do Moguncji po maszynę i wagon. Proszę pana bardzo, abyś się na to zgodził.
Sępi Dziób z namysłem wpatrzył się w twarz zawiadowcy. Rysy jego drgały w sposób szczególny. Potarł nos, przybrał wyraz zadowolenia i rzekł:
— Czy ten hrabia nie powiedział, że jedzie do Berlina?
— Tak.
— Czy jedzie drogą na Magdeburg?
— Bebra i Magdeburg. Tam jest dłuższy postój,
— A ja mógłbym dogonić pociąg jeszcze przed Magdeburgiem?
— Można się postarać, aby pan doścignął na mniejszej stacji.
— Więc w Magdeburgu mogę być wcześniej od hrabiego? Dobrze. Godzę się na pana propozycję.
— Pozwoli więc pan, że zadepeszuję? — zapytał uradowany urzędnik. — I będzie pan łaskaw nie wspominać o moim błędzie?
— No, nie było to przyjemne wydarzenie, ale puszczę je w niepamięć. Powiedz mi pan, czy masz dużą pensję?
— Nie.
— A pociąg specjalny, czy jest drogi?
— Długi czas będę musiał opłacać następstwa mego czynu.
Hm. To sprawiedliwe. Ale żal mi pana. Jak pan myśli, może podzielimy się kosztami?
Twarz zawiadowcy momentalnie się rozjaśniła.
— Panie, czy to prawda? — zapytał.
— Tak. Nie chcę pana unieszczęśliwiać.
— Dziękuję. Okazał pan, że jesteś naprawdę Amerykaninem i gentlemanem.
Pochlebstwo poskutkowało. Strojąc szelmowską minę, trapper rzekł:
— Lepiej byłoby, gdybym poniósł cały koszt?
— O, to byłoby dla mnie najlepsze, panie kapitanie!
— No, więc niech i tak będzie. Płacę za wszystko. Ale tylko pod warunkiem, że w Magdeburgu będę wcześniej od hrabiego. Poza tem żądam, aby pan napisał, że się wylegitymowałem i że naskutek doniesienia hrabiego miał pan nieprzyjemność.
— Czy mogę wiedzieć, jak pan to zużytkuje?
— Hrabia zobaczy mnie w Magdeburgu i znowu może zaczepić. Zaświadczenie pana będzie dowodem, że nie uciekłem od pana.
— Napiszę zaraz po wysłaniu depeszy.
— Proszę bardzo. A teraz pan, panie strażniku. Zatem jestem wolny?
— Absolutnie, panie kapitanie.
— A więc niepotrzebnie się pan fatygował. Masz pan!
Trapper dał mu dwa talary. Strażnik podziękował uprzejmie i wraz z zawiadowcą opuścił pokój.
W pół godziny później przybyła żądana maszyna. Sępi Dziób wsiadł i opuścił stację. — —
Noc już dawno zapadła, kiedy pociąg, którym jechał Ravenow, dotarł do Börssum. Tu postój trwał kilka minut. Ravenow zadomowił się w przedziale, zapalił nawet cygaro. Naraz rozległ się okrzyk:
— Magdeburg, pierwsza klasa!
— Przekleństwo! — szepnął Ravenow. — Nic z palenia.
Miał właśnie zamiar wyrzucić cygaro oknem, gdy drzwi się otworzyły. Rzuciwszy spojrzenie na wchodzącego, zatrzymał cygaro w ręce.
— Dobrywieczór! — przywitał go nowy pasażer.
— Do piorunów! Dobrywieczór, panie pułkowniku.
Przybysz badawczo popatrzył na pasażera.
— Zna mnie pan, mój panie? Z kimże mam honor?
Ravenow nie wiedział, co o tem myśleć.
— Co, nie poznaje mnie pan? Wszak dopiero cztery miesiące upłynęły od owego szczęśliwego dnia, kiedyśmy się po raz ostatni widzieli. Czy naprawdę muszę panu dopiero wymienić moje nazwisko?
— Proszę pana o tę grzeczność.
Zamknięto przedział. Pociąg ruszył.
— Czyżbym się aż tak zmienił? — zapytał Ravenow.
— Być może — uśmiechnął się pułkownik. — Proszę, nazwisko pana?
Ba, to zbyteczne. Oto znak rozpoznawczy!
Wyciągnął prawą rękę, tak że pułkownik mógł dostrzec, iż jest sztuczna. Przybysz cofnął się.
— Co? — zawołał. — Pan miałby być podporucznikiem Ravenowem? Człowieku, jak pan wygląda!
Podporucznik spojrzał ze zdumieniem.
— Tam jest lustro — dodał pułkownik. — Czy pan jeszcze nie zajrzał?
Ravenow tak wciąż jeszcze kipiał złością, że nawet nie spojrzał w lustro. Teraz podniósł się, podszedł do zwierciadła, ale odrazu cofnął przerażony.
— Piekło i zatracenie! — krzyknął. — A więc tak wyglądam! No, poczekaj, mój chłopcze, zaleję ci sadła za skórę. Nie mogę się nikomu w tym stanie pokazać.
— Tak sądzę. Co się panu przytrafiło? Można byłoby pomyśleć, że jesteś pan po tęgiej bijatyce.
— Opowiem panu, panie pułkowniku, ale przedtem o jedno zapytam. Skąd pan przybywa?
— Z Wolfenbüttelu. A pan?
— Z Moguncji. Jadę do Berlina.
— Ja także. Chodzi o sprawę, której nasze spotkanie przyniesie korzyść.
— To samo chciałem panu oświadczyć. Podporucznik v. Golzen depeszował mi wczoraj.
— Istotnie? — zapytał zdumiony v. Winslow. — Mnie też. Przypuszczam, że treść obydwóch depesz była jednakowa. Ma pan chyba na myśli tego — tego łotra?
— Tego Ungera? Tak.
— Golzen depeszował, że chłystek jest znowu w Berlinie. Widział go wczoraj. Oczywiście, natychmiast wyruszyłem.
— Aby dotrzymać przysięgi?
— Tak. Zemsta za to! — pułkownik podniósł prawą rękę. Była także sztuczna.
Ravenow stuknął nogą.
— Kiedy myślę o tym ciosie, wpadam w istną furję. Młodość, bogactwo, świetna przyszłość! I oto przyszedł ten przeklęty człowiek i... Ach!
— A ja? — zapytał posępnie pułkownik. — Mogłem zostać jenerałem. Do pioruna, jest pan przecież w porównaniu ze mną godnym zazdrości! Nie ma pan żony.
— Tak. Rozumiem. — Ravenow wybuchnął szyderczym śmiechem.
— Te przytyki wieczne. — Bez pensji! Drobny majątek! — Czasu miałem aż za wiele.
— Ja także. Dobrze go wykorzystałem.
— Ja niezgorzej. Codziennie po kilka godzin ćwiczyłem się w strzelaniu lewą ręką i twierdzę, że lepiej strzelam, niż poprzednio prawą.
— A ja lewą ręką władam szpadą doskonale. Jadę do Berlina, aby wyzwać Ungera.
— A ja jadę, aby go wysłać na tamten świat. Wyzwę tego łotrzyka i zastrzelę jak psa.
— Czy pomyślał pan o sekundancie? Sądzę, że natkniemy się na trudności.
— Tak? — Pułkownik był widocznie zakłopotany. — Będą ostrożni. Odrazu się domyślą, że to walka na śmierć i życie.
Pah! Może pan wyraźniej mówić. Nie wezmę panu tego za złe. Przypuszcza pan, że nasz honor nie posiada już tego blasku, co poprzednio?
— Niestety — jęknął pułkownik. — I pod tym względem straciliśmy wiele.
— Nie daję za to złamanego szeląga. Co znaczy honor? Jak to może być, aby honor oficera poszedł do djabła, skoro go dotknie laska, albo skoro zostanie spoliczkowany? Spuścizna zamierzchłych praciotek!
Ravenow wzgardliwie poruszył ręką, ale jego oczy rzucały błyskawice gniewnego podniecenia. Dzielny Amerykanin oporządził go niezgorzej. Twarz spuchła, nos i wargi przybrały brunatno-czarne zabarwienie. Nie dziw, że pułkownik v. Winslow nie poznał Ravenowa w pierwszej chwili.
Hm — rzekł pułkownik. — Policzek to rzecz nader poniżająca, jakkolwiek się na to zapatrywać.
— Każdemu może się przytrafić.
— To brzmi tak, jakgdyby pan zawdzięczał szczególne zabarwienie twarzy całemu szeregowi policzków.
— No, a gdyby tak było w istocie?
— Odważono się pana spoliczkować?
— Raz? Wiele razy! — roześmiał się podporucznik, ale był to śmiech wściekłości i wstydu.
— Któżby się ośmielił? Mam nadzieję, że człowiek, którego dotknięcie nie podważa tego, co nazywają honorem?
— Ten łotr był zwyczajnym włóczęgą, wędrownym muzykantem. Posłuchaj pan!
Ravenow opowiedział zdarzenie.
— Jestem zdumiony. Jabym go zakatrupił! Oczywiście, zareagował pan należycie? — zawołał pułkownik.
— Rozumie się. Siedzi teraz pod kluczem i oczekuje kary.
— Ravenow, Ravenow! Ten wypadek nie przynosi panu zaszczytu.
— Sam wiem. Dziwi się pan, że wogóle o nim powiadam? Ale jakżebym panu mógł wytłumaczyć spuchliznę? Djabli wiedzą, kiedy ustąpi.
— Radzę panu przyłożyć surowego mięsa i to natychmiast.
— Skąd wezmę?
— W Magdeburgu. Za chwilę ominiemy ostatnią stację przed tem miastem. W bufecie albo w kuchni znajdzie się na pewno surowe mięso. Może je pan przyłożyć, ponieważ jesteśmy sami w przedziale. Wiele jeszcze godzin dzieli nas od Berlina. Do tego czasu gorączka może ustąpić.
Wjechali na dworzec, gdzie zatrzymali się przez dłuższy czas. Zaintrygowany tem pułkownik otworzył okno, aby się zapytać o powód.
— Konduktorze, — zagadnął — dlaczego tak długo zwłóczymy?
— Sygnalizowano pociąg specjalny, który musimy przepuścić, — brzmiała odpowiedź.
Niebawem sygnalizowany pociąg nadjechał. Składał się z maszyny i jednego wagonu. Z okna wyglądała głowa, świdrująca oczami zatrzymany pociąg. Pułkownik widział tę głowę, mimo że pociąg przemknął bardzo szybko.
— Do pioruna! — zawołał. — Przez okno wyglądał jegomość, który miał nos niczem lemiesz.
— Ha! Na pewno nie większy, niż nos tego rozbójnika, który mi dzisiaj dokuczył.
Pociąg ruszył powoli. Skoro dotarł do Magdeburga, pociągu specjalnego nie było już widać. Ponieważ Ravenow nie mógł się pokazać, przeto Winslow poszedł do bufetu, kupił surowego mięsa i przyniósł towarzyszowi. Podporucznik owinął mięso chustką i związał nią twarz w chwili, gdy pociąg znowu ruszył.
Po minucie zaczął stękać.
— Co takiego? Co panu jest?
— Czy wie pan na pewno, że surowe mięso pomaga?
— Tak. W krótkim czasie ściąga obrzęk.
— Ale pali straszliwie.
— To trudno.
Ravenow milczał, ale wnet znowu zaczął stękać i wreszcie zerwał z twarzy chustkę.
— Dłużej nie wytrzymam! — zawołał.
— Przecież nie może aż tak boleć.
Podporucznik powąchał mięso.
— Czy powiedział pan, w jakim celu kupujesz?
— Nie; oczywiście, że nie. Prosiłem o surową baraninę. Powiedziano, że na sztuki już niema, że mogę tylko dostać na wagę. Kazałem odważyć kawałek.
— Nie pytając, czy jest czyste?
— Absurd! Czemu ma być zanieczyszczone?
— Nie zanieczyszczone, ale niebywale solone i pieprzone. I to miałoby goić opuchliznę?
Hm. Oczywiście sól i pieprz nie koją. Co za kpy z tych ludzi. Wyrzuć pan mięso oknem.
Wkrótce potem pociąg zatrzymał się na dworcu Magdeburg-Neustadt. Wpobliżu przedziału rozległ się jakiś głos:
— Do Berlina, konduktorze?
— Tak. Tam wstecz.
— Tam jest trzecia klasa. Ja do pierwszej.
— Pan? Naprawdę pierwszą? Pokaż pan bilet!
— Proszę.
— Istotnie. Wsiadaj pan szybko! Natychmiast rusza.
Otworzył drzwi przedziału. Gość wsiadł.
— Dzieńdobry — powitał uprzejmie podróżnych.
Nie dostał żadnej odpowiedzi, gdyż Ravenow nie mógł przemówić ze zdziwienia, a pułkownik z rozczarowania. Przybysz nie wydawał się bowiem człowiekiem, na którego ukłon wypadałoby odpowiedzieć.
Nowy pasażer usiadł i pociąg natychmiast potoczył się po szynach.
— Na szatana! — zawołał Ravenow.
— Co takiego? — zapytał pułkownik.
Zapytany bez słowa wskazał na przybysza, który rozsiadł się wygodnie ze swym workiem, flintą i puzonem. Pułkownik obserwował go przez chwilę, a następnie spojrzał na Ravenowa, który otrząsnął się tymczasem z osłupienia.
— Pułkowniku, czy wie pan, kto to jest? — szepnął cicho.
Zapytany odparł półgłosem:
— Na pewno ten jegomość, którego straszliwy nos wyglądał z okna specjalnego pociągu.
— To ten łotr! Ten włóczęga, który — — ach, ten policzek!
— Do stu par piorunów! Sądziłem, że aresztowany?
— Tak. Zapewne powtórnie uciekł.
— Pociągiem specjalnym?
— Kto może wiedzieć, jak się to stało. Kiedy przybędziemy do najbliższej stacji?
— Za sześć minut dotrzemy do Biederitz.
— Tam każemy go aresztować.
— Czy się pan nie myli? Czy wie pan na pewno, że to on?
— Jakżebym mógł się mylić wobec takiego nosa i puzonu?
Pułkownik wypiął się pysznie, zwrócił się do Sępiego Dzioba i zapytał:
— Kim pan jesteś?
Sępi Dziób nie odpowiadał.
— Kim pan jesteś? — powtórzył Winslow.
Znowu nie było odpowiedzi.
— Słyszy pan! Pytałem, kim jesteś?
Trapper skinął przyjaźnie.
— Kim jestem? Podróżnym.
— Wiem o tem! Chcę znać nazwisko pana.
— O biada! Nie mam akurat pod ręką.
— Nie udawaj pan warjata! Skąd przybywasz?
— Z Moguncji.
— Ach, odstawiono pana do komisarza policji v. Ravenowa, a po drodze aresztowano po raz drugi?
— Niestety.
— Jak się pan dostał do Magdeburga?
— Pociągiem specjalnym.
— Do którego się pan zakradł? Już się o to postaramy, aby pan znowu nie umknął, włóczykiju zatracony!
— Włóczykiju? Zatracony? Posłuchaj pan, serdeńko, nie powtarzaj tych słów w mojej obecności.
Pułkownik nachylił się wyzywająco.
— A to czemu? — zapytał.
— Odpowiedź mogłaby się panu nie spodobać.
— To ma być groźba?
— Nie. Tylko ostrzeżenie.
Teraz Ravenow powziął decyzję. Liczył na pułkownika. Obaj wspólnemi siłami mogliby wszak podołać nieznajomemu.
— Proszę, niech pan nie rozmawia z tym gburowatym drągalem! — rzekł do pułkownika. — Przekażę go policji. Władza wie najlepiej, jak sobie począć z takim gałganem.
Nie zdążył domówić, gdy uderzony potężnie w policzek zwalił się z siedzenia.
Pułkownik zerwał się na równe nogi i uchwycił Sępiego Dzioba za pierś.
— Łotrze! — zawołał. — Odpokutujesz!
— Precz z rękoma! — rozkazał trapper i oczy mu zabłysły.
Siedział jeszcze, mimo że Winslow stał nad nim.
— Co? — odpowiedział pułkownik. — Śmiesz mi pan rozkazywać? Bierz zatem, co ci się należy!
Zamierzył się, ale w tej samej niemal chwili krzyknął przeraźliwie. Trapper odparował cios i po boksersku uderzył pułkownika w okolicę podołka, pozbawiając go zdolności do dalszej walki.
Ravenow nie mógł pomóc sojusznikowi; po ostatnim policzku dosyć miał walki. Pułkownik zwalił się na ziemię i jęczał.
— To macie za zatraconego włóczykija! — zawołał Sępi Dziób. — Nauczę was uprzejmości!
— Człowieku, jakżeś się ośmielił? — jęczał pułkownik. — Każę cię aresztować!
Maszyna sygnalizowała, że dociera do stacji. Skoro się pociąg zatrzymał, Sępi Dziób otworzył okno i zawołał konduktora. Ten przybiegł szybko.
— Co pan rozkaże? — zapytał gorliwie.
— Prędzej sprowadźcie kierownika ruchu i zawiadowcę stacji! Napadnięto na mnie w tym przedziale.
Poskutkowało natychmiast. Konduktor uwinął się w okamgnieniu i sprowadził obu urzędników. Trapper rozparł się w oknie, zajmując całą jego szerokość.
— Co się stało? Czego pan sobie życzy? — zapytał zdaleka kierownik ruchu.
— Jak długo pociąg tu stoi?
— Tylko minutę. Już upłynęła. Musimy jechać.
— Miej pan cierpliwość na jeszcze jedną. Dłużej nie będę pana zatrzymywał. Panie zawiadowco, dziś dwukrotnie napadnięto na mnie w przedziale. Proszę aresztować obu moich współpasażerów. Oto mój paszport!
Sępi Dziób podał dokument. Noc jeszcze była. Zawiadowca zbadał dokument przy świetle latarki i rzekł:
— Jestem do usług, panie kapitanie. Któż to są ci ludzie?
— Jeden podaje się za hrabiego, a drugi jest jego wspólnikiem. Na szczęście udało mi się obu chwilowo obezwładnić. Czy mam wysiąść?
— Proszę bardzo. Ludzie, tutaj!
Nie było na stacji policjanta. Natomiast zbiegli się robotnicy kolejowi w dostatecznej liczbie, aby sobie poradzić z dwoma ludźmi. Pułkownik i Ravenow słyszeli każde słówko i obaj byli tak zaskoczeni niespodziewanym obrotem rzeczy, że siedzieli w milczeniu, nawet wówczas, kiedy konduktor otworzył drzwi i Amerykanin wyskoczył.
— Gdzie oni? — zapytał zawiadowca.
— Tam siedzą — odpowiedział Sępi Dziób.
Zawiadowca zajrzał do przedziału i rozkazał:
— Proszę wysiąść. Ale prędko!
— Nic podobnego! — wzbraniał się pułkownik. — Jesteśmy...
— Wiem już — przerwał urzędnik. — Wyjść! Fora!
— Piekło i zatracenie! — krzyknął Ravenow. — Czy wie pan, że jestem podporucznik hrabia v. Ravenow!
Urzędnik zmierzył go okiem od stóp do głów i odpowiedział, wzruszając ramionami:
— Pięknie. Wygląda pan właśnie na hrabiego! Wysiadaj pan wreszcie, w przeciwnym razie będę musiał zastosować przymus.
— Nasz bagaż... — rzekł pułkownik.
— Wszystko będzie załatwione. Ludzie, wynosić!
Obaj byli oficerowie musieli się usunąć. Zaprowadzono ich chwilowo do pokoju na dworcu. Sępi Dziób został przy zawiadowcy, który doglądał przeniesienia bagażu.
— Piękne rzeczy! — zaśmiał się jeden z robotników. — To naprawdę stary puzon. Panie Jezusie, te dziury i krosty! Co za nieszczęście słyszeć tę starą trąbę.
— A tu jest worek — rzekł drugi. — To najlepszy dowód, żeśmy złowili łotrzyków. No, co tam za tandeta musi tkwić!
Uważali bagaż Sępiego Dzioba za własność oficerów. Trapper nie zadawał sobie trudu rozwiewania ich złudzeń. Skoro przedział opustoszał, pociąg ruszył ze stacji, uwożąc ze sobą rzeczy obu oficerów, przekazane na bagaż.
— Proszę, niech pan idzie ze mną, panie kapitanie, — prosił zawiadowca i zaprowadził trappera do kancelarji.
Amerykanin usiadł na zaproszenie i wyjął pozostałe dokumenty.
— Pragnę uzupełnić swoje dowody — rzekł. — Zechce pan łaskawie przeczytać.
Urzędnik czytał. Odczuwał coraz większy szacunek dla cudacznego pasażera. Znajomy sławnego Juareza! Tylko jedno wydało mu się dziwnem — strój tego znakomitego człowieka.
— Oto pańskie dokumenty, panie kapitanie, — rzekł. — Wystarczył paszport, lecz teraz widzę, z kim mam zaszczyt. Czy pozwoli pan, że zapytam o pewną drobnostkę?
— Proszę.
— Nawet jeżeli to pytanie wyda się natarczywem? — Czemu nie ubiera się pan stosownie do stanowiska?
Sępi Dziób przybrał tajemniczą minę, położył rękę na ustach i szepnął:
— Incognito.
— Ach, tak! Nie chcesz pan, aby wiedziano, kim jesteś?
— Nie. Dlatego mam przy sobie worek, futerał i puzon.
Ach, to pana własność?
— Tak. Podróżuję jako grajek. Przypuszczam, że nie narażam swego incognita.
— Uczyłem się milczeć. Czy mogę pana prosić o sprawozdanie?
— Przybywam z Moguncji. Skoro wsiadłem do przedziału pierwszej klasy, siedział już tam młodszy z obu panów. Podał się za hrabiego i zaczepił mnie. Przypuszczam, że jest austrjackim szpiegiem, a jedzie za mną, aby za wszelką cenę przeszkodzić mojej audjencji u pana v. Bismarcka, do którego zostałem wysłany przez prezydenta Juareza.
— Nasza w tem głowa, aby mu się odechciało.
— Mam nadzieję. A zatem zaczepił mnie, wobec czego spoliczkowałem go kilkakrotnie. Postój na najbliższej stacji wykorzystał ten „hrabia“, aby mnie aresztować jako bandytę. Tamtejszy zawiadowca nie odznaczał się przenikliwością pana, ani jego znajomością ludzi. Mnie aresztowano, a wrzekomemu hrabi pozwolono jechać dalej.
— Co za przeraźliwa głupota! — zawołał wbity w dumę urzędnik. — Znać po panu z pierwszego wejrzenia, że jesteś wpływowym człowiekiem, podróżującym incognito. A więc dalej!
— Wrzekomy hrabia wylegitymował się tylko wizytówką. Mnie nie chciano nawet wysłuchać. Ale następnie, kiedy pokazałem swoje dowody osobiste i oświadczyłem, że spóźnię się na spotkanie z v. Bismarckiem, poczciwy zawiadowca był zmiażdżony. Właściwie zamierzałem go ukarać, ale tak długo błagał, żem poniechał go wkońcu. Wziąłem do Magdeburga pociąg specjalny, aby dogonić swój, aliści poprzednio uzyskałem od zawiadowcy to oto pismo. Przypuszczałem bowiem, że wrzekomy hrabia, skoro mnie ujrzy, postara się o nowe szkopuły.
Urzędnik przeczytał zaświadczenie i rzekł:
— Dokument dla mnie bardzo ważny. Mój kolega oświadcza, że zawiodło go fałszywe świadectwo hrabiego. Mnie ten jegomość nie oszuka! Proszę, mów pan dalej.
— Dojechałem do Magdeburga. Kiedy wsiadłem do wagonu, zobaczyłem znów swego prześladowcę. Towarzyszył mu ten drugi. Odrazu wszczęli kłótnię. Ten drugi chciał mnie pobić. Wrzekomego hrabię uraczyłem nowym policzkiem, a drugiego uderzyłem w podołek. Na szczęście wnet przybyliśmy na tę stację. Gdyby zawczasu wrócili do sił, byłoby już po mnie.
— Wezmę ich za czuby. Ale, czy uważa pan tego drugiego również za Austrjaka?
— Nie, za Rosjanina. Wie pan wszak, że Rosja właśnie teraz obsadza pruskie granice. Licho wie, czego ten człowiek szuka w Niemczech.
— Dowiemy się. Pozwoli pan, że ich przesłucham?
— Chętnie.
— Naturalnie w pana obecności. Proszę, niech mi pan towarzyszy!
Zawiadowca zaprowadził Sępiego Dzioba do pokoju, gdzie wyczekiwali obaj aresztanci. Dwaj robotnicy strzegli ich czujnie.
Skoro zawiadowca i trapper ukazali się na progu, Ravenow wybuchnął:
— Jak pan śmie traktować nas jak więźniów?
— Spokój! — zawołał urzędnik. — Odzywaj się pan tylko wówczas, kiedy go pytają.
Sępi Dziób usiadł na krześle. Pułkownik, zapytany o nazwisko, natychmiast je wymienił.
— Czy ma pan dowód?
— Poco? Nie potrzebuję chyba zabierać ze sobą tuzina paszportów, kiedy odbywam podróż z Wolfenbüttelu do Berlina.
Hm, hm. Czy zna pan Rosję?
— Byłem tam na urlopie. Mam w Moskwie krewnych. Ale pocóż się pan pyta o Rosję?
— Wie pan lepiej, niż ja.
— Do pioruna! Może chce mnie pan uznać za szpiega rosyskiego? Niech się pan nie ośmiesza!
— Co pan uważa za śmieszne, to mnie nie obchodzi. A teraz drugi. Jak się pan nazywasz i czem jesteś?
— Jestem podporucznik hrabia v. Ravenow.
— Ma pan dowód?
— Tak. Oto jest.
Ravenow sięgnął do kieszeni i wyjął wizytówkę.
— Nie ma pan nic innego? Ta wizytówka nie ma żadnego znaczenia. Każdy może sobie wydrukować dowolne nazwisko.
— Do djabła, daję słowo, że jestem tym, za kogo się podaję!
— Co mi tam słowo pana! Zna pan Austrję?
— Bardzo dobrze. O co chodzi?
— Przyznaje się pan, że znasz Austrję. To wystarczy. Niech mi pan tylko powie, skąd przybywasz?
— Z Moguncji.
— Tam wsiadł również ten pan?
— Tak. Ale on ma być panem? Ba! Jest zwyczajnym gałganem!
— Nie staraj się pan oczerniać tego pana! Znam go dobrze. Kazał go pan aresztować na stacji za Moguncją?
— Tak.
— Za to może pan surowo odpokutować. Tamtejszy zawiadowca pisze, że go pan zwiódł.
— Jakże mógł tu nadejść jego list?
— To moja rzecz. Gdzie pan spotkał tego drugiego, który się podaje za pułkownika?
— W drodze. Przypadkowo.
— Znacie się?
— Tak; oddawna.
— Skąd?
— Głupie pytanie! Służyliśmy w tym samym regimencie.
— Jeśli pan jeszcze raz użyje wyrazu, którym się pan posłużył, to zmienię stosunek do pana.
— Słusznie. Tak powinno być! — oświadczył jeden z robotników, uderzając Ravenowa w bok.
— Łotrze! — wybuchnął podporucznik. — Dotknij mnie raz jeszcze, a powalę cię na ziemię!
— Potrafimy przeszkodzić — rzekł zawiadowca. — Panie kapitanie, czy życzy pan sobie, abyśmy ich skrępowali?
— Tak. Nawet nalegam, aby ich skrępowano, — oświadczył trapper.
— Co? — zdziwił się Ravenow. — Ten człowiek ma być kapitanem? Jakim to, hę?
Tymczasem robotnik przyniósł kłębek mocnych sznurów.
— Dawać tu ręce! — rzekł do podporucznika.
Ravenow spojrzeniem radził się pułkownika. Ten odpowiedział:
— Nie opierać się. Ci ludzie nie są warci uwagi. Dostaniemy wspaniałe zadośćuczynienie.
— Jestem tego pewny. Ale wówczas biada im! Zwiążcie mnie, ale powiadam, że drogo was to będzie kosztowało.
— Hrabia, który pozwala się policzkować, nie może być niebezpieczny — oświadczył zawiadowca. — Ale cóżto takiego? Obaj nie macie prawych rąk!
Nie otrzymał żadnej odpowiedzi. Wesoły chochlik błysnął na twarzy Sępiego Dzioba, który wtrącił szybko:
— Pioruny, zaczynam rozumieć. To bardzo ważne. Dwa lata temu schwytano w Konstantynopolu dwóch szpiegów. Jeden był Rosjaninem i podawał się za niemieckiego pułkownika, a drugi Austrjakiem i podszywał się pod hrabiego niemieckiego i podporucznika. Sułtan ułaskawił skazanych na śmierć. Darował życie, ale, kazał odrąbać każdemu po prawej ręce.
— Bajki! — zawołał pułkownik.
— Przeklęte kłamstwo! — oświadczył Ravenow.
— Spokój! — rozkazał zawiadowca. — Teraz wiem dokładnie, jak sprawy się mają. Panie kapitanie, czy życzy pan sobie protokółu?
— Nie trzeba. Sprawa odbędzie się w Berlinie. Rzecz najważniejsza — nie pozwolić im drapnąć.
— Postaramy się o to. Przekażę ich żandarmom, a do tego czasu umieszczę pod strażą w piwnicy. Zanieście ich!
Obaj nieszczęśni musieli zrezygnować z wolności. Przywiązano im ręce do ciał i zaniesiono do piwnicy.
— Okazały połów, panie kapitanie, — oświadczył uradowany zawiadowca.
— Nader okazały — potwierdził trapper. — Kiedy odchodzi najbliższy pociąg do Berlina?
— Za pół godziny przybywa express z Hanoweru.
— Pojadę nim. Natychmiast w stolicy zamelduję o wszystkiem, poczem dostanie pan telegraficzne zawiadomienie.

Tak się też stało. Najbliższym pociągiem Sępi Dziób mknął do Berlina, podczas gdy obaj przeciwnicy tego przebiegłego kpiarza knuli zemstę w piwnicy stacji kolejowej. — —


II
JAK SĘPI DZIÓB DOTARŁ DO BISMARCKA

Na dworcu w stolicy dziwny wygląd Sępiego Dzioba obudził żywe zainteresowanie, aczkolwiek mniejsze niż w Moguncji. Wsiadł do dorożki i podał adres gospody p. n. Dwór Magdeburski. W gospodzie wywołał niemniejsze zdumienie. Już sama twarz zwracała na siebie uwagę, cóż dopiero ten strój staromodnego grajka z ludowego balu maskowego.
Trapper uśmiechał się tylko z zadowoleniem. Zapytał starszego kelnera:
— Czy mogę dostać pokój?
Kelner obejrzał go przenikliwie i odparł:
Hm. Czy ma pan dowód osobisty?
— Rozumie się.
— A więc chodź pan! — Zaprowadził dziwacznego gościa przez przedpokój do podwórza, gdzie otworzył drzwi i oznajmił: — Tutaj!
Sępi Dziób wszedł i obejrzał się dokoła. Była to ciemna, zadymiona komora. Na oknie stały przybory do czyszczenia obuwia, w kącie — skrzynia z narzędziami. Na ścianach wisiała różnoraka odzież, czekająca na oczyszczenie. Za stołem siedziało przy wódce kilka osób, grających brudnemi kartami.
— Do licha! Co to za dziura? — zapytał trapper.
— Izba dla służby.
— Cóż ja zamówiłem — pokój czy izbę dla służby?
Starszy kelner uśmiechnął się wzgardliwie.
— Stanowczo pokój? Ale niech mi pan powie, co mam przez to rozumieć?
— No, w każdym razie nie tę jaskinię..
— A więc przywykł pan do lepszego mieszkania?
— Stanowczo.
— Tego po panu nie znać.
— Nie uważa mnie pan za solidnego obywatela, a jednak jestem nim. A z panem ma się rzecz odwrotnie.
— Cóż to znaczy?
— Wygląda pan solidnie, ale pozory w tym wypadku mylą. Proszę raz jeszcze o przyzwoity pokój, bez względu na cenę.
Kelner odparł z niskim, szyderczym ukłonem:
— Jak pan sobie życzy! Niech pan ze mną idzie.
Wrócił i wszedł na pierwsze piętro. W prawej sieni jakieś drzwi stały otworem. Widać było dobrze urządzony przedpokój, który prowadził do przedniego pokoju. Następne drzwi wskazywały na sypialnię.
— Czy ten pokój panu odpowiada? — zapytał kelner, pewny, że gość się cofnie.
Hm, coprawda jeszcze nie pierwszorzędny ale nienajgorszy.
Złość brała kelnera.
— Jaśnie oświecony pan hrabia Waldstätten mieszkał tu dwa dni.
— To mnie dziwi. Taki hrabia zwykle ma duże wymagania.
— Ale pan chyba nie?
— Czemu nie? Czy tytuł wyróżnia człowieka? Czy pan naprzykład jest mniejszym orangutanem, niż taki hrabia? Zatrzymuję to mieszkanie.
Kelner chciał sobie z gościa zakpić. Teraz się przeląkł. Cóż bowiem, jeśli ten jegomość istotnie zostanie, a potem nie zapłaci? Takie umeblowanie, a taki człowiek, który — zda się — wyszedł z rupieciarni prababki!
— Mieszkanie kosztuje osiem talarów dziennie! — zawołał szybko.
— Cóż z tego?
— Bez usługi.
— Mnie to nie obchodzi.
Ukazała się dziewczyna, która dotychczas sprzątała w sypialni, ta sama kelnerka, znajoma Kurta Ungera, która pomogła porucznikowi nakryć kapitana Landolę. Słyszała rozmowę kelnera z gościem i była ciekawa widoku człowieka, z którego kelner tak sobie dworował.
— Pański dowód? — zapytał kelner.
— Do piorunów! Tak panu pilno? — krzyknął Sępi Dziób.
Zapytany wzruszył ramionami.
— Policja zakazała nam wynajmowania pokojów, zanim się nie dowiemy, kim jest gość.
— A więc dom wasz jest zwyczajną knajpą, w której niema księgi obcokrajowców?
Ton jego zdania wywarł wrażenie.
— Może pan dostać księgę.
— Przynieś ją pan! Ale powiedz mi uprzednio, czy znasz niejakiego porucznika huzarów Kurta Ungera?
— Nie.
— A więc jeszcze nie przyjechał?
— Nic o nim nie wiem.
Wówczas odezwała się dziewczyna:
— Ja znam pana porucznika.
Ach! Czy już tu mieszkał? — zapytał trapper.
— Nie. Znam go, ponieważ pochodzę z okolicy Reinswaldenu.
— Przybywam stamtąd. Spotkałem porucznika u hrabiego de Rodriganda i umówiliśmy się tutaj na dzisiaj.
— W takim razie na pewno przybędzie — odpowiedziała dziewczyna. — Czy zamówi pan także dla niego pokój?
— Nie wspominał mi o tem. Ale, — rzekł, zwracając się do starszego kelnera, — czego tu pan jeszcze stoi? Czy nie poleciłem panu przynieść księgi obcokrajowców?
— Śpieszę, panie, — oświadczył innym zgoła tonem kelner. — Czy rozkaże pan co jeszcze?
— Chciałbym coś zjeść.
— Śniadanie? Przyniosę menu.
— Nie trzeba. Wszystko mi jedno, co dostanę. Przynieś pan żywo sute śniadanie!
Kelner czem prędzej odszedł. Sępi Dziób zrzucił worek, futerał i puzon na niebieską jedwabną kanapę i zwrócił się ponownie do kelnerki.
— A zatem pochodzi pani z Reinswaldenu? A więc nie zna pani Berlina?
— O, jednak. Jestem tu już od dłuższego czasu.
— Czy widziała pani Bismarcka?
— Tak.
— Czy wie pani, gdzie mieszka i jak należy stąd pójść, aby się do niego dostać?
— Tak.
— Więc niech mi pani opisze drogę.
Kelnerka ze zdumieniem obejrzała gościa.
— Chce pan iść do niego?
— Tak, moje dziecko.
— O, z tem trudno! Musi pan się zameldować w ministerstwie, lub gdzieś tam w podobnem miejscu. Nie wiem dokładnie.
— Obejdę się bez ceregieli!
Dziewczyna opisała drogę do mieszkania Bismarcka. W tej chwili wszedł kelner i przyniósł księgę obcokrajowców. Sępi Dziób wpisał się i kazał przyśpieszyć śniadanie. Skoro został sam w pokoju, zajął się rozpakowaniem bagażu. Zastał go przy tem kelner, który wrócił ze śniadaniem. Zdumiał się wielce, ujrzawszy zawartość worka i futerału. Pośpieszył do kancelarji, aby zdać meldunek gospodarzowi.
Hotelarz nic jeszcze nie wiedział o nowym gościu, gdyż dopiero co wrócił z miasta. Był bardzo zdziwiony, usłyszawszy opis dziwacznego lokatora.
— I takiemu człowiekowi oddał pan numer pierwszy, najlepszy nasz numer? — zawołał gniewnie.
— Chciałem go tylko oszołomić — usprawiedliwiał się kelner. — Ale zmiejsca zatrzymał mieszkanie.
— Jakżeż się wpisał?
— Jako William Saunders, kapitan armji Stanów Zjednoczonych.
— Boże wielki, to znowu taki sam oszust i zdrajca, jak ten Shaw, który też się podawał za kapitana ze Stanów Zjednoczonych!
— Wygląda mi na to. Nos — jakgdyby rączka starego parasola.
— A jaki bagaż?
— Strzelba...
— Do pioruna!
— ...dwa rewolwery, wielki nóż z ostrą, wygiętą klingą i stary puzon.
— Stary puzon? Nie wierzę! Czy widział pan, że to naprawdę puzon? Czy z mosiądzu?
— Trudno orzec — odpowiedział z namysłem kelner. — Jest żółty, przypomina mosiądz, ale nie jasnożółty, lecz ciemniejszy, bardzo zardzewiały.
— Ciemniejszy? Chyba nie z metalu brunatnego?
— Być może jednak.
— Mój Boże, w takim razie jest to maszyna piekielna! Czy nie widział pan kurka, czy sprężyny? Gwintu lub jakiegoś kołka?
— Nie.
— Trzeba się przekonać.
— Ale jak? Nie wygląda na człowieka, który pozwoli zajrzeć sobie do bagażu.
— A więc wygląda wojowniczo, wyzywająco?
— W najwyższym stopniu. A przytem złośliwie.
— Co począć?
Kelner zrozumiał swój błąd, więc pragnął go naprawić gorliwością.
— Coś trzeba zrobić. Przypuszczam, że ten jegomość przygotowuje zamach.
Kelnerka, dotychczas milcząca, odezwała się szybko:
— Zamach, Jezus Marja! Pytał o Bismarcka!
Gospodarz zbladł.
— O Bismarcka? Czego chciał?
— Musiałam mu opisać drogę do mieszkania Bismarcka. Pragnie z nim mówić.
— Niebiosa! Otóż i zamach!
— Powiedziałam, że niełatwo dotrzeć do Bismarkka, ale Amerykanin odpowiedział, że obejdzie się bez ceregieli.
— Nie ulega wątpliwości, że zamierza dokonać zamachu. Chce zabić ministra. Co należy czynić?
— Natychmiast zawiadomić policję.
Gospodarz wybiegł.
W komisarjacie, dosyć oddalonym od hotelu, nie mógł z podniecenia dobyć głosu. Łapał z trudem dech.
— Uspokój się pan, mój drogi, — oświadczył urzędnik. — Zapewne przychodzi pan w naglącej sprawie. Ale niech pan poczeka, niech pan nie mówi, zanim nie złapiesz tchu.
— Tchu? O, już się znajdzie. Ja... ja... przynoszę zamach!
Urzędnik policji zdębiał.
— Zamach? — powtórzył.
— Tak, przynoszę tutaj, — wykrztusił gospodarz — to znaczy przynoszę doniesienie o zamachu.
— Tak. To w samej rzeczy sprawa ważna. Czy się pan dobrze zastanowił, że chodzi wprawdzie o przestępstwo, o wielkie niebezpieczeństwo, ale także o wielką odpowiedzialność, którą pan bierze na siebie?
— Biorę na siebie wszystko, przestępstwo, niebezpieczeństwo i odpowiedzialność! — odpowiedział hotelarz, nie zdając sobie sprawy z chaosu tych słów.
Urzędnik ledwo mógł powstrzymać się od śmiechu.
— Mów pan! Na kogo przygotowano zamach?
— Na pana v. Bismarcka.
— Do licha! Czy naprawdę? W jaki sposób ma być wykonany?
— Strzelbą, rewolwerem, nożem i maszyną piekielną.
Urzędnik spoważniał.
— Któż to taki, ten zamachowiec? A jego pomocnicy?
— Pozwolę sobie zapytać pana o coś. Czy przypomina pan sobie owego kapitana Shawa, którego szukano u mnie, a któremu udało się zbiec?
— Tak. Podawał się za kapitana Stanów Zjednoczonych.
— No, u mnie mieszka teraz człowiek, który także podaje się za kapitana Stanów Zjednoczonych.
— To jeszcze nie dowód, aby go podejrzewać.
— Wzbraniał się okazać dowód osobisty i upomniał o księgę cudzoziemców.
— To niezwykłe. Jakże się nazwał?
— William Saunders.
— Angielskie albo amerykańskie nazwisko. Kiedyż przybył?
— Pół godziny temu.
— Jak jest ubrany?
— Niezwykle, prawie jak maszkara. Nosi stare spodnie skórzane, trzewiki, frak z bufami, wyłogami i olbrzymiemi guzikami, a kapelusz w kształcie parasola.
Hm. Raczej wydaje mi się dziwakiem, niż przestępcą. Kto zamierza popełnić przestępstwo, ten ubiera się stereotypowo, aby nie zwrócić na siebie uwagi.
— Ale jego broń! Ma przy sobie strzelbę, dwa rewolwery i nóż. Główną jednak broń stanowi instrument metalowy podobny do puzonu. Kto może wiedzieć, jaki w nim tkwi morderczy nabój?
— Czy widział pan?
— Nie ja sam, lecz mój kelner.
— Dlaczego się pan osobiście nie przekonał?
— Toby może poruszyło czujność tego człowieka. Nie chciałem wzbudzać w nim podejrzeń, aby nie zbiegł.
— Ale skądże pan wnosi, że chce wykonać zamach na Bismarcka?
— Pytał o jego mieszkanie i kazał opisać drogę kelnerce, która jest ze mną spokrewniona.
— Dowód ten może być obciążający, ale jeszcze nie przekonywa.
— O, twierdził zgoła, że nie będzie sobie robił z Bismarckiem wiele ceregieli.
— Czy powiedział, kiedy pójdzie do ministra?
— Nie.
— Gdzie jest teraz?
— Spożywa śniadanie w swoim pokoju.
— Dobrze. Kto wie, czy się pan nie myli, ale moją powinnością jest zbadać sprawę. Nie mogę działać na własną odpowiedzialność. Zamelduję, komu należy, i za pół godziny będę u pana. Rzeczą pana — baczyć, aby do tego czasu nie opuścił hotelu.
— Jeśli zajdzie potrzeba, czy mogę użyć siły?
— Tylko w razie istotnej konieczności. Przebiegłość podszepnie panu, jak go zatrzymać.
— Uczynię, co do mnie należy.
Rzekłszy to, opuścił komisarjat. — — —
Tymczasem Sępi Dziób, nie spodziewając się niczego, zjadł śniadanie.
— Czy mam czekać na porucznika? — zapytał. — Oho, Sępi Dziób jest człowiekiem, który może pomówić z Bismarckiem bez polecenia. Oczywiście, nie będę mógł stroić z nim żartów, jak z innymi. Zostawię tu rzeczy. Ale ciekaw jestem, jakie oczy zrobi, skoro tak głupio ubrany drągal zażąda z nim rozmowy.
Zaniósł swoje rzeczy do sypialni, a zamknąwszy ją, klucz wyciągnął i schował do kieszeni.
— Ci ludzie nie powinni się podczas mej nieobecności dowiedzieć, co tkwi w worku, — mruknął. — Kelner widział już dosyć wiele. A jeśli oni mają główny klucz, to i ja mam swoją śrubę.
Wyciągnął z kieszeni ową amerykańską patentowaną śrubę, którą można zatkać zamek tak, aby nikt nie mógł otworzyć. Wkręcił więc śrubę w otwór. Poczem zeszedł ze schodów.
Traf chciał, że nie spotkał nikogo, gdyż cały personel zebrał się w kuchni i omawiał niezwykłe wydarzenie. Byli pewni, że kapitan śniada; nie zdawali sobie bowiem sprawy z szybkości, z jaką myśliwy z prerji pochłania stosy jadła. — —
Wyszedłszy niepostrzeżenie z domu, Sępi Dziób obrał drogę, którą opisała kelnerka. Kilka razy wprawdzie musiał się informować, ale wkońcu bez przygód stanął u celu. Obywatel stolicy, nawet sztubak, wstydzi się biegać za pierwszym lepszym przechodniem, jakkolwiek dziwacznie byłby ubrany.
Ujrzawszy odźwiernego przy bramie, podszedł doń rzekł:
— Nieprawdaż, tutaj mieszka Bismarck?
— Tak — potwierdził odźwierny, oglądając cudaka z uśmiechem.
— Na pierwszem piętrze?
— Tak.
— Czy master jest w domu?
Master? Któż to?
— No, Bismarck.
— Ma pan na myśli Jego Ekscelencję pana hrabiego v. Bismarcka?
— Tak. Mam na myśli hrabiego, Jego Ekscelencję, a także samego Bismarcka.
— Tak, jest w domu.
— No, więc dobrze trafiłem.
Wyminął odźwiernego. Ten uchwycił trappera za rękę.
— Stój! Dokąd to?
— No, do niego, oczywiście!
— Do Jego Ekscelencji? Tak się nie idzie!
— Tak? Czemu nie?
— Czy oczekują pana?
— Nic o tem nie wiem.
— Więc musi pan obrać zwykłą drogę służbową.
— Drogę służbową? Cóżto znaczy?
— Musiałbym wiedzieć, w jakiej sprawie pan przychodzi. Czy to sprawa osobista, dyplomatyczna, czy jakaś inna?
— To właśnie jakaś inna.
— No, — rzekł odźwierny poważniej — jeśli pan myśli, że jestem od tego, aby wysłuchiwać kpin, to bardzo się pan myli. Jeśli pan przychodzi w jakiej innej sprawie, to zajdziesz gdzieś indziej!
Trapper skinął głową.
— Tak też sądzę. Nie mam zresztą czasu pana zajmować. Dowidzenia!
Ale zamiast się cofnąć, wszedł do wnętrza.
— Stój! — zawołał odźwierny. — Nie to miałem na myśli. Nie może pan iść tam!
— Dowiodę panu, że jest przeciwnie.
Mówiąc to, podniósł odźwiernego i postawił obok siebie. Ale nie postąpił jeszcze pięciu kroków, gdy odźwierny uchwycił go znów i zawołał:
— Uprzedzałem, że ma pan odejść!
— Czynię to właśnie — mówił Jankes.
— Jeśli pan nie pójdzie dobrowolnie, będziesz zaaresztowany za zakłócenie spokoju.
— Chciałbym widzieć takiego, coby się ośmielił! — wyrwał się zręcznie i wbiegł na schody, zanim odźwierny zdołał go dogonić. Nastąpiłaby teraz ponowna, żywsza wymiana zdań, gdyby na schodach nie ukazał się jakiś starszy pan. Nosił zwyczajny uniform i czapkę. Chód miał mocny i pewny, postawę wojskową, ale w twarzy malował się rys pobłażliwej przychylności. Spoglądał z przyjazną naganą na obu szarpiących się przeciwników.
Odźwierny, ujrzawszy tego pana, natychmiast wypuścił trappera i stanął w postawie pełnej szacunku. Sępi Dziób wykorzystał tę chwilę wolności i w dwóch susach, obejmujących po dwa i trzy stopnie, znalazł się przy schodzącym jegomościu. Przyłożył rękę do kapelusza i ukłonił się.
Good morning, starszy panie! Czy może mi pan powiedzieć, gdzie znajdę Ekscelencję od ministra Bismarcka?
Starszy pan obejrzał pytającego.
— Czy chce pan rozmawiać z Ekscelencją? Kim pan jesteś?
Hm. To mogę powiedzieć tylko Wysokości od tego ministra.
— Tak? Był pan proszony?
— Nie, my old master.
— W takim razie będzie pan musiał odejść z kwitkiem.
— Na to nie przystaję. Zgłaszam się w bardzo ważnej sprawie.
— Tak, tak. Sprawa prywatna?
Old master wywarł niezwykłe wrażenie na westmanie. Innemuby nie odpowiedział tak, jak jemu:
— Właściwie nie powinienem panu powiedzieć, ale sprawia pan na mnie wrażenie gentlemana i dlatego będę wspaniałomyślny. Nie, to nie jest sprawa prywatna. Ale więcej nie mogę zdradzić.
— Czy nie zna pan takiego pana, któryby mógł cię wprowadzić do Jego Ekscelencji?
— Owszem. Ale niema go tutaj. Przyjdzie dopiero później, a ja nie chciałem dłużej czekać.
— Co to za osoba?
— Nie osoba, lecz porucznik huzarów gwardji. Nazywa się Kurt Unger.
Coś drgnęło na twarzy starszego pana.
— Znam go. Miał przyjechać do Berlina; aby pana zameldować hrabiemu v. Bismarckowi?
— Tak.
— Ale sądziłem, że udał się w podróż?
— Chciał wyjechać. Lecz spotkałem go w Reinswaldenie. Dowiedział się ode mnie rzeczy, które uważa za stosowne zakomunikować ministrowi.
— Jeśli tak jest w istocie, to zastąpię porucznika i wprowadzę pana, oczywiście, o ile mi pan powie, kim jesteś.
— Nie tutaj. Tu usłyszy odźwierny.
— Więc chodź pan! — uśmiechnął się nieznajomy i zaprowadził trappera do przedpokoju. — Teraz jesteśmy sami. Może pan mówić.
— Ale tu znowu stoi taki słup soli.
Trapper wskazał na służącego. Nieznajomy skinął. Lokaj oddalił się posłusznie.
— A więc teraz! — rzekł nieznajomy pan zniecierpliwionym tonem.
— Jestem myśliwym z prerji i kapitanem dragonów Stanów Zjednoczonych, mój stary przyjacielu.
— Tak, tak. Czy to, co pan nosi, jest uniformem armji Stanów Zjednoczonych?
— Nie. Jeśli pan to uważa za uniform, to musi się pan djabelnie mało znać na sprawach wojskowych. No, stary, to wcale nie jest konieczne. Jestem mianowicie nieco cudakiem. Lubię sobie pożartować. Włożyłem ten ubiór, aby się zabawić kosztem małp, które mnie podziwiają.
— Dziwny sport! Ale jeżeli mam pana przedstawić, muszę wiedzieć, jakiego rodzaju sprawy pana sprowadzają.
— Właśnie tych spraw nie wolno mi zdradzić.
— W takim razie nie będzie pan miał dostępu. Zresztą, hrabia nie ma przede mną tajemnic.
— Istotnie? A więc jest pan niejako zaufanym jego adjutantem?
— Tak mniej więcej możnaby mnie nazwać.
— No, więc zaryzykuję. Przybywam z Meksyku.
Twarz starszego pana przybrała wyraz zaciekawienia.
— Z Meksyku? Czy brał pan udział w tamtejszych walkach?
— Pewnie, mój stary przyjacielu. Z początku byłem przewodnikiem pewnego Englishmana, który przywiózł Jaurezowi pieniądze i broń.
— Lord Dryden? Towarzyszył mu pan?
— Wgórę Rio Grande del Norte, dopóki nie znaleźliśmy Juareza.
— A więc widział pan Juareza? — pytał starszy pan z zaciekawieniem.
— O, wielokrotnie. Widziałem i rozmawiałem.
— Jak tam się rzeczy mają z jego przeciwnikiem, Maksymiljanem?
— Kiepsko. Władza jego drży w posadach, tron tak samo i głowa również. Jako Amerykanin, zwolennik Juareza, niewiele sobie robię z jego tronu i władzy. Lecz ubolewam nad głową tego oszukanego człowieka. — Ale, zdradziłem panu tyle, że mogę pokazać swoje dokumenty.
Sępi Dziób wyciągnął dowody osobiste i podał starszemu panu. Ten przejrzał szybko, jeszcze raz zmierzył trappera spojrzeniem i rzekł:
— Dziwaczni muszą być tam u was ludzie...!
— Tu też — przerwał myśliwy.
— O tem później. Przedstawię pana teraz hrabiemu, gdyż...
W tej chwili drzwi się otworzyły i ukazał się Bismarck we własnej osobie. Usłyszał głośną rozmowę, która mu przeszkadzała w pracy, i postanowił się przekonać, kto to rozmawia. Na widok obu panów na twarzy jego odmalowało się zdziwienie:
— Jakto, Wasza Królewska Mość jeszcze tutaj? — zapytał z ukłonem, zwracając się do starszego pana.
— Wasza Królewska Mość! — krzyknął Sępi Dziób. — All devils!
Bismarck obejrzał go niemal z lękiem. Ale nazwany Królewską Mością skinął przyjaźnie.
— Nie powinien się pan przerażać.
— Ani mi się śni, — huknął trapper — ale jeśli ten master nazywa pana Królewską Mością, to jest pan chyba królem pruskim?
— Tak. Jestem nim.
— Niech piorun trzaśnie! Co ze mnie za osioł! Ale któżby mógł pomyśleć. Ten stary, dzielny pan schodzi tak cicho i spokojnie po schodach, pyta o to i owo, i okazuje się, że jest królem pruskim we własnej osobie! No, Sępi Dziobie, za jakiego głupca będzie cię ten król uważał!
— Sępi Dziobie? Któż to znowu? — zapytał król.
— To ja sam. W prerji każdy ma swoje przezwisko. Hultaj jakiś nadał mi przezwisko od mego nosa. Ale, Wasza Królewska Mości, któż to jest ten pan?
— To hrabia Bismarck, do którego panu pilno.
Yankes otworzył usta szeroko i odstąpił o krok.
— Co? Ten jest Bismarckiem? No, inaczej go sobie wyobrażałem!
— Mianowicie, jak?
— Jako małego, szczupłego i wysuszonego, słowem istnego, prawdziwego, sprytnego gryzipiórka. Ale wielka postać nie wadzi, naodwrót, wywiera wrażenie. Proszę Waszą Królewską Mość, abyś powiedział master ministrowi, kim jestem.
Król z uśmiechem podał hrabiemu dokumenty Sępiego Dzioba. Bismarck przejrzał je i rzekł:
— Proszę, kapitanie!
Przepuściwszy króla, zaprowadził trappera do gabinetu. Służący, który w parę chwil później wrócił, zmiarkował z gęstych, donośnych głosów, że w gabinecie toczy się bardzo żywa rozmowa. — — —
Skoro gospodarz wrócił z okręgu do hotelu, zapytał przedewszystkiem o gościa.
— Czy jest jeszcze?
— Tak — odpowiedział starszy kelner. — Jeszcze je śniadanie.
— Nie wolno mu wyjść z domu, dopóki policja się nie zjawi.
— A więc stanę na górze w sieni.
— Nie, ja sam pójdę, — oświadczył gospodarz. — W tak ważnych sprawach trzeba być skrupulatnym.
Wszedł na górę i usiadł na krześle, stojącem w sieni.
Nie minął kwadrans, a nadeszła policja. Przedsięwzięto środki ostrożności. Koło domu i naprzeciwko na trotuarze spacerowali napozór beztrosko tajni ajenci, nie spuszczając wzroku z okien i drzwi gospody. Obstąpiono sień i podwórze, a dorożka czekała za rogiem, aby zawieźć aresztowanego do komisarjatu.
Jeden z urzędników wszedł w towarzystwie dwóch kolegów na górę do podejrzanego gościa.
— Czy nie wyszedł? — zapytał pocichu gospodarza.
— Gdzie tam! Wcale się nie pokazywał — brzmiała odpowiedź.
— Gdzie mieszka?
— Numer pierwszy; tam.
Urzędnik podszedł do oznaczonych drzwi. Starszy kelner wysunął się na czoło, party ciekawością, atoli gospodarz ostrzegł:
— Nie odważ się pan iść za daleko!
— Tak gorąco tam chyba nie będzie.
— Co pan wie o temperaturze takiej maszyny piekielnej, tem bardziej w kształcie puzonu!
Urzędnik powtórnie zwrócił się do gospodarza:
— Opowiadał pan, że ten człowiek rozmawiał z kelnerką? Sądzę, że najlepiej będzie, jeśli przedewszystkiem wejdzie kelnerka.
— Ale jeśli ją zastrzeli?
— Ani mu to w głowie postanie! Prędzejby to nas spotkało. Dziewczyna zaś może wejść, nie budząc jego podejrzeń. Opowie nam, przy czem go zastała.
Gospodarz zastosował się do wskazówek i zawołał kelnerkę, która wnet zbliżyła się do drzwi.
Na wielokrotne stukanie nie było odpowiedzi. Weszła więc. Długo dosyć trzeba było na nią czekać. Kiedy wróciła, troska malowała się na jej twarzy.
— No? — szepnął urzędnik. — Co porabia?
— Nie wiem. Niema go w przedpokoju, ani w pierwszym pokoju. Zapewne siedzi w sypialni, bo zamknięta.
— Może śpi. Czy nie stukała pani?
— Tak. Ale nie odpowiedział.
— Był zapewne bardzo zmęczony i śpi jak zabity.
— Pukałam tak mocno, że obudziłabym nawet siedmiu braci śpiących.
— Gdzież są jego rzeczy?
— Zaniósł je do sypialni.
— Być może pracuje nad swoim aparatem, a udaje tylko, że śpi. Chodź pani! Ja będę pukał, a pani odpowie.
Policjanci weszli pocichu, kelnerka za nimi. Na stole stały jeszcze talerze po śniadaniu.
— Zapukaj pani! — rozkazał urzędnik.
Dziewczyna zastukała, ale napróżno. Zapukała mocniej — z tym samym skutkiem.
— Sam spróbuję — rzekł urzędnik.
Podszedł do drzwi i walił obydwiema pięściami. Nie było odpowiedzi. Rzuciwszy spojrzenie na ulicę, przekonał się, że jest dobrze strzeżona. Zapukał ponownie i zawołał głośno:
— W imieniu prawa, otwórz pan!
Znowu odpowiedzią było milczenie.
— Musimy sami otworzyć. Dawajcie wytrych!
Strażnik podał instrument. Urzędnik nachylił się, aby zbadać otwór zamka.
— Niech piorun trzaśnie! — zawołał. — Zatkany!
— Czy wsadził klucz od wewnątrz? — zapytał ktoś.
— Nie. Z tej strony coś wetknął.
— A więc niema go tam.
— Zdaje się, że nie.
Każdy pokolei badał otwór. Okazało się, że tkwił tam stalowy przedmiot, którego niepodobna było usunąć.
— Wyszedł — oświadczył jeden z policjantów.
— Uciekł, zniknął! — dodał drugi.
— O nie; sprawa jest gorsza — stwierdził przełożony. I, zwracając się do kelnerki, dodał: — Powiedział pani, że udaje się do Bismarcka?
— Tak.
— A więc wymknął się! Niebezpieczeństwo w zwłoce. Chodźcie za mną, moi panowie! Musimy natychmiast pędzić do Bismarcka. Ten dom pozostanie pod strażą.
Urzędnicy skinęli na dorożkę, wsiedli i pojechali co koń wyskoczy. — —
Ledwo zniknęli, gdy przed gospodą zatrzymał się inny pojazd. Pasażerem, który wysiadł, był Kurt Unger. Nie miał pojęcia o tem, co się zdarzyło, i nie wiedział również, że przechodnie, którzy kręcili się tam i zpowrotem po trotuarze, są przebranymi ajentami policji i strzegą gospody. Wszedł do izby i kazał podać szklankę wina.
W kilka minut później nadeszła kelnerka. Poznała go bezzwłocznie i podeszła do stolika. Rysy jej wyrażały zdziwienie i troskę zarazem.
— Pan tutaj, panie poruczniku? A więc to prawda, że miał pan przybyć?
— Owszem. Skąd pani wie?
— Powiedział to pewien człowiek, którego teraz chcą zaaresztować.
— Aresztować? A to czemu?
— Zamierza podrzucić piekielną maszynę.
— Na miłość Boską! — zawołał Kurt, nie spodziewając się, że mowa o Sępim Dziobie.
— Tak, cały dom jest strzeżony, a policja pojechała do Bismarcka.
— Do Bismarcka? Dlaczego do niego?
— Ponieważ zamach miał być na nim dokonany.
— Okropność! Kim jest ten łajdak?
— Amerykański kapitan, który tu pana oczekiwał. Twierdził, że się pan z nim umówił.
— Czy nie miał w powierzchowności wyróżniającego szczegółu?
— Tak. Straszliwie długi nos.
— I policja go istotnie szuka?
— Owszem. Gospodarz doniósł, że przybysz chce zamordować Bismarcka. Ma przy sobie różną broń, a także maszynę piekielną.
— Brednie! A więc poszedł do Bismarcka?
— Tak.
— A policja go ściga?
— Tak.
— Nie można tracić ani chwili. Muszę za nim w te pędy!
Kurt wyskoczył z gospody, wsiadł w dorożkę i kazał jechać pełnym galopem. — —
Tymczasem rozmowa Sępiego Dzioba z obu dostojnymi panami dobiegła końca. Polecili mu na pożegnanie przysłać Kurta natychmiast po jego przybyciu, a poza tem czekać na dalsze zarządzenia.
Zadowolony z siebie, trapper kroczył po ulicach Berlina. Wprawdzie obrał inną drogę, niż poprzednio, ale jego zmysł orjentacyjny nie pozwolił mu zbłądzić. Niebawem dotarł do hotelu.
Wszedł do pokoju. Za nim wkroczyli tajni ajenci, których uważał za gości. Jeden z detektywów podszedł do stolika i zapytał:
— Pozwoli pan? Czyśmy się już nie widzieli?
— Idź pan do djabła! — mruknął Sępi Dziób.
— Chwilowo nie usłucham. Jeśli jeden z nas ma iść do djabła, to zpewnością nie ja.
Yankee spojrzał na nieznajomego ze zdziwieniem.
— Hola, chłopcze, szukasz ze mną zwady?
— Może — roześmiał się detektyw. — Zna pan to?
Po tych słowach wyjął z kieszeni monetę i podsunął trapperowi pod oczy.
— Wynoś się ze swojemi pieniędzmi! — krzyknął myśliwy. — Jeśli jeszcze raz podsuniesz mi pod nos ten mosiądz, ukrócę twoje wybryki raz na zawsze!
Aha! Nie zna pan tego znaku? To mój dowód. Jestem wachmistrzem tutejszej policji.
Trapper nadstawił ucha. Obejrzał się dokoła i zrozumiał, że ma przed sobą tajnych ajentów policji.
— Tak! Jest pan policjantem? Pięknie. Ale czemu się pan do mnie zwraca?
— Ponieważ interesuję się panem bardzo. Żądam, abyś mi szczerze odpowiedział na pytanie, które panu zadam.
Sępi Dziób znów obwiódł spojrzeniem pokój, poczem rzekł:
— Dziwny to naród, ci Niemcy! Nikt nie jest tak skory do aresztowania, jak wy.
— Tak? Tak pan sądzi?
— Do pioruna! Tak sądzę i odczułem to na własnej skórze. Od wczoraj rano już po raz trzeci chcą mnie uwięzić.
— A więc wczoraj już dwukrotnie pana aresztowano? I wykręcił się pan?
— Jak pan widzi.
— No, teraz już pan nie ujdzie!
— A jednak myślę, że tak.
— Postaram się pana mocno trzymać. Zechce pan łaskawie podać mi ręce.
Wachmistrz wyjął z kieszeni żelazne obręcze. Amerykaninowi tego już było za wiele. Podniósł się i zawołał:
— Co? Chcecie mnie w łańcuchy zakuć? Piekło, śmierć i wszyscy djabli! Chcę widzieć takiego, co się ośmieli mnie dotknąć! Co wyrządziłem tym drabom, że osaczają mnie jak psy zwierzynę?
Pozostali bowiem policjanci zbliżyli się i zamknęli trappera w ciasnem kole. W bezpiecznem zaś oddaleniu stał gospodarz z domownikami i przyglądali się zajściu.
— Co pan nam wyrządził? — zapytał policjant. — Nam — nic absolutnie. Ale wie pan chyba lepiej od nas, co zamierzałeś wykonać. Nazywa się pan William Saunders?
— Póki żyję i żyć będę.
— Jesteś kapitanem armji Stanów Zjednoczonych?
— Tak.
— Gdzie pan był teraz podczas nieobecności w gospodzie?
— Na spacerze.
— Gdzie?
— Jestem cudzoziemcem. Nie znam ulic.
— Czy nie obejrzał pan czasem mieszkania pana v. Bismarcka?
— Być może.
— Jesteś kutym grzesznikiem! Innyby zbladł, zadrżał w kolanach, dowiedziawszy się, że jego plany obrócone wniwecz. Pan zaś pozostałeś spokojny.
— Niech mnie pan trochę w tem drżeniu wyręczy.
— Niebawem przestanie pan żartować! Zapierał się pan posiadania innej jeszcze broni. A jednak przywiózł pan strzelbę piorunującą, maszynę piekielną, czy coś w tym rodzaju. Wyznaje pan?
Westman ze zdziwieniem spojrzał na policjanta.
— Strzelbę piorunującą? Maszynę piekielną?
— Tak, z mosiądzu, czy też metalu armatniego.
Teraz dopiero Sępi Dziób zrozumiał, co się święci. Z trudem pohamował śmiech.
— Nic o tem nie wiem.
— Przekonamy pana!
— Proszę bardzo.
— Czemu zamknął pan sypialnię?
— Czy zechce mi pan zabronić?
— Nie, ale każę ją panu otworzyć. Pragniemy nawiązać bliższą znajomość z bagażem pana.
— Jestem wszak w pańskiej mocy. Ale ostrzegam pana. Z moją bronią nie każdy umie się obchodzić!
— Nie troszcz się pan o to. Będziemy ostrożni. A więc dawać ręce!
Powiedział to tonem, który nie dopuszczał sprzeciwu. Sępi Dziób usłuchał. Pozwolił sobie nałożyć kajdanki. Zaprowadzono go do numeru pierwszego. Zatrzymano się przed drzwiami sypialni.
— Zamknął pan te drzwi — rzekł wachmistrz. — Poco?
— Nie chciałem, by się grzebano w moich rzeczach. Czy to nie jest zrozumiałe?
— Ale nietylko zabrał pan klucz, lecz nadomiar zatkałeś otwór. Czy tajemnice, które chce pan utaić, są aż tak niebezpieczne?
— Przekonaj się pan sam!
— Przedtem musi pan otworzyć. Co tkwi w otworze?
— Śruba patentowana.
— Proszę ją wyjąć!
Sępi Dziób wyjął z kieszeni kamizelki cienki pręcik i włożył w otwór zamku. Naciągnął sprężynę i wyjął śrubę.
— Tak, mój drogi! Wyjm pan klucz z tej mojej kieszeni i otwórz drzwi.
Tak się też stało. Drzwi można już było otworzyć. Ale wachmistrz wzbraniał się wejść.
— Stój, nie tłoczyć się! — rozkazał. — Należy przypuszczać, że znajdują się tam tajemnicze maszyny i niebezpieczne materjały wybuchowe. Pierwszy niech pójdzie aresztowany. W razie czego on pierwszy zginie.
Cztery ręce uchwyciły trappera i popchnęły do sypialni. Dopiero potem weszli ajenci. Wachmistrz obejrzał się uważnie. Przedewszystkiem dostrzegł strzelbę. Wziął ją ostrożnie w rękę.
— Co to za broń?
— Strzelba Kentucky.
— Nabita?
— Nie.
— Ale przecież to nie jest żadna strzelba, tylko drąg! Jak można z tego strzelać?
— Tak, policjant nie potrafiłby z niej strzelać.
Urzędnik puścił kpinę mimo ucha i ujął za nóż.
— Co to za sztylet?
— Sztylet? Do pioruna! Nóż bowie różni się chyba od sztyletu?
— Ach, nóż bowie! Czy zakłuwał pan nim ludzi?
— Tak.
— Straszne! A te rewolwery? Czy pan z nich strzelał do ludzi?
— Naturalnie, świetny lioński towar, doskonale trafiają. Zresztą, nie aresztowano mnie chyba poto, abym miał wykład o broni.
— Cierpliwości. Teraz dochodzimy do sedna sprawy. Niech pan powie, co się tam żółci pod workiem?
— To maszyna piekielna.
— Niech piorun trzaśnie! Przyznaje się pan? Czy nabita?
— Gotowa do wybuchu.
— Do wybuchu? Moi panowie, zalecam największą ostrożność! Trzymać tego człowieka mocno, aby się nie mógł poruszyć. Panie, pytam pana, czem jest nabita ta maszyna?
— Powietrzem.
— A więc gazami wybuchowemi! Czy można dotknąć maszyny tak, aby nie wybuchła?
— Można — odpowiedział poważnie trapper. — Niema niebezpieczeństwa.
— Czy można usunąć odzież, leżącą na maszynie?
— Bez obawy!
— Ale jak się to doprowadza do wybuchu?
— Poprostu trzeba dąć.
— Dobrze, odwagi, moi państwo! Ja sam dotknę maszyny, narażając się na niebezpieczeństwo.
Rzekłszy to, uchwycił koszulę, spodnie, bluzę i parę skarpetek, leżących na instrumencie. Brał je dwoma palcami i odkładał z największą ostrożnością. Po chwili straszliwa maszyna leżała przed nimi w całej swej nagości.
Podniósł puzon ostrożnie, niczem bombę o płonącym loncie.
— Lekka, jak zwykły puzon. Tak, gazy wybuchowe są lżejsze od innego rodzaju powietrza.
Wachmistrz podniósł puzon za koniec bardzo wysoko, aby zbadać konstrukcję. Naraz części się rozluźniły i cięższa połowa wraz z pokrywą runęła na ziemię.
Poczciwiec był pewny, że maszyna odrazu wybuchnie. Krzyknął i znieruchomiał, oczekując pewnej śmierci. Upadek połowy puzonu spowodował wybuch, lecz zgoła innego gatunku, niż sądził wachmistrz, gdyż, skoro urzędnik wydał przerażony okrzyk, Sępi Dziób nie mógł się dłużej powstrzymać. Wybuchnął takim niezwykłym śmiechem, że zdawało się, iż mury zadrżały. I ten śmiech był tak zaraźliwy, że wszyscy mu zawtórowali. Nie ulegało już bowiem wątpliwości, że wrzekoma maszyna piekielna jest zwyczajnym starym puzonem.
Wachmistrz stał w pierwszej chwili osłupiały. Niebawem rzucił na ziemię drugą część instrumentu i huknął na trappera:
— Człowieku, zdaje się, że pan ze mnie kpi!
— A z kogo miałbym kpić?
— Wypraszam sobie! Czy nie przyznał się pan, że masz broń?
— A czy nie mam jej?
— I maszynę piekielną?
— To ona właśnie. Każ pan tylko wygrywać na niej przez długie miesiące.
— Ma być nabita.
— Powietrzem. Czy to nieprawda?
— Miała eksplodować.
— Kiedy się dmie. Czy chce pan zaprzeczyć?
— Człowieku, czy sądzi pan, że jestem pańskim błaznem? Ten żart skrupi się na panu. Poza piekielną maszyną są wszak inne jeszcze powody do aresztowania pana. Ma pan broń. Czy posiadasz pozwolenie?
— Tak. Tu, w przedniej kieszeni fraka.
Ach! Dawaj pan.
— Wyjm sam, skoroś mnie spętał!
Urzędnik wyciągnął papier i przeczytał. Podał następnie kolegom i rzekł:
— Dokument jest prawdziwy, ale to nie zmienia sytuacji, jak się wnet przekonamy. — I, zwrócony do Sępiego Dzioba, dodał: — Powiedział pan kelnerce, że chcesz iść do pana v. Bismarcka?
— Tak.
— I że nie będzie pan sobie robił z nim wiele ceregieli?
— Nie. Powiedziałem tylko, że u Bismarcka obejdę się bez ceregieli, skoro mnie doń nie wpuszczą.
— To wybieg!
— Zapytaj kelnerki.
Wachmistrz zapytał. Przyznała, że aresztowany istotnie tak powiedział, jak teraz podaje. Urzędnik znowu stracił argument.
— Ale to tylko wybieg! Spróbujno pan pójść do ministra. Zobaczysz, czy cię wpuszczą w przyodziewku, w jakim teraz stoisz przede mną.
— Ba! Prędzej puszczą mnie, niż takiego, co stary puzon bierze za maszynę piekielną. Zresztą, mogę panu oświadczyć, że byłem już u pana v. Bismarcka.
— Kiedy to? — zapytał urągliwie policjant.
— Tuż przed moim powrotem.
— Naturalnie puszczono pana odrazu?
— Tak. Jego Królewska Mość był łaskaw mnie wprowadzić do ministra.
— Obłąkaniec!
Naraz rozległo się u wejścia:
— Obłąkaniec? Prawdę mówi!
Wszyscy się odwrócili. Stał tam Kurt Unger, a za nim urzędnicy policji, którzy pośpieszyli ostrzec ministra. Starszy wachmistrz wystąpił naprzód i rozkazał:
— Natychmiast zdjąć kajdanki!
Rozkazowi stało się bezzwłocznie zadość. Wówczas urzędnik zwrócił się do Sępiego Dzioba:
— Panie, stała się panu wielka krzywda. Właściwie winę ponoszą ci, którzy pana posądzili, mianowicie gospodarz i starszy kelner. Może ich pan pociągnąć do odpowiedzialności, przyczem zapewniamy panu nasze poparcie. Ale ja także z wyższego rozkazu proszę pana o wybaczenie i gotów jestem dać panu satysfakcję. Proszę, niech pan powie, jakiego zadośćuczynienia żądasz.
Sępi Dziób rozejrzał się dokoła. Dziwny uśmiech przemknął po jego twarzy.
— Dobrze — odpowiedział. — Muszę otrzymać satysfakcję. Ten pan uznał mój puzon za maszynę piekielną. Żądam, aby przyjął go ode mnie w podarunku i przechowywał jako pamiątkę tego ważnego dnia, kiedy omal nie ocalił życia v. Bismarckowi.
Wszyscy się roześmieli. Wtórował nawet tak wspaniałomyślnie obdarowany wachmistrz.
— Więcej pan nie żąda? — zapytał stary wachmistrz.
— Nie. Jestem zadowolony, pragnę tylko być już znowu panem własnej osoby.
I temu życzeniu stało się zadość. Wszyscy obcy opuścili pokój. Został tylko Kurt. Dopiero teraz przyjrzał się Amerykaninowi, poczem wybuchnął śmiechem:
— Ależ człowieku, co pana skłoniło do takiej maskarady?
— Takie już mam usposobienie — odpowiedział ze śmiechem trapper.
— W drodze urządzał pan kawały. W Moguncji aresztowano pana.
— Rzeczywiście.
— Później wyproszono z przedziału...
— Ale przyjechałem pociągiem specjalnym.
— Tak. A co najlepsze, zemścił się pan znakomicie, każąc aresztować pułkownika i podporucznika.
— I to wie pan także?
— Opowiadano sobie przygodę pana w pociągu, którym jechałem. Z opisu domyśliłem się, że to pan. Nawiasem mówiąc, obaj oficerowie są moimi osobistymi wrogami. Jechali do Berlina specjalnie dla mnie. Zemściłem się w ten sposób, że wysiadłem i ustaliłem ich tożsamość, naskutek czego wypuszczono ich na wolność. Chcieli mnie zmusić do pojedynku, ale powiedziałem, że ludzie, spoliczkowani przez wędrownego grajka, nie są godni satysfakcji. W ten sposób pozbyłem się ich na zawsze.
Hm. Ale co my teraz poczniemy?

— Jeszcze dzisiaj wyruszamy w drogę na Le Havre de Grace do Meksyku. Dzięki wiadomościom pana o Juarezie i Maksymiljanie zmieniono i uzupełniono moje pełnomocnictwa. Zalecony mi został największy pośpiech. Przedewszystkiem jednak trzeba poczynić zarządzenia konieczne do wyjazdu. — — —
III
Z BARCELONY DO VERACRUZ

Starym hiszpańskim zamkiem rodowym hrabiego de Rodriganda y Sevilla rządził od lat siedemnastu fałszywy hrabia Alfonso wraz z rodzicami: Klaryssą i adwokatem Gasparinem Cortejo.
Klaryssa i Gasparino siedzieli pewnego wieczora styczniowego 1867 roku w jednym z wielu pokojów zamkowych. Ogień, trzeszczący w wspaniałym marmurowym kominku, ogrzewał tę parę, wygodnie siedzącą na kanapie. Na stole stała obfita kolacja.
Rozległo się ciche pukanie do drzwi. Po chwili wszedł lokaj. Niósł pocztę, którą mu przed chwilą wręczył posłaniec. Gdy wyszedł, Cortejo rzucił okiem na koperty.
— List z Meksyku! — zawołał na widok jednej z nich.
Szybkim ruchem rozerwał kopertę i zaczął czytać. Oczy jego znieruchomiały. Westchnął głęboko i padł na poduszki kanapy. Klaryssa popatrzyła nań z trwożliwem zdumieniem. Wyjęła mu list z ręki i odczytała, co następuje:

Drogi Stryju!

Piszę w największym pośpiechu z hacjendy del Erina. Stało się coś bardzo ważnego i zarazem okropnego. Hrabiemu Fernando udało się zbiec z niewoli i powrócić do hacjendy. To jednak jeszcze nie wszystko. Oto, ku memu przerażeniu, wyrośli jak z pod ziemi inni nasi wrogowie, o których śmierci byliśmy oddawna przekonani. U boku Fernanda znajdują się: Sternau, obydwaj Ungerowie, Bawole Czoło, Niedźwiedzie Serce, Emma Arbellez, Karja i Mariano! Landola wywiódł nas w pole. Ci, których miał zgładzić ze świata, żyją. Wywiózł ich na bezludną wyspę. Uciekli. Przebywają teraz w forcie Guadelupie, u naszego wroga Juareza. Jestem chora, ojciec wyjechał. Zawiadomiłam go o wszystkiem, aby przedsięwziął odpowiednie kroki. Jeżeli się nie uda unieszkodliwić tych ludzi, jesteśmy zgubieni.

Twoja do głębi poruszona
                    Józefa.

Czytelniczka listu powyższego, tak samo jak i sprzymierzeniec jej Gasparino, nie przeczuwali nawet, że podane w liście fakty są już grubo spóźnione. Nietylko wrogowie Corteja, lecz sam Pablo i Józefa Cortejo znajdowali się w tej chwili w mocy niesamowitego doktora Hilaria.
Klaryssa opuściła bezwładnie rękę, w której trzymała list.
— Więc wszyscy żyją! Jakie okropne niebezpieczeństwo! Nie będziemy mogli spożywać w spokoju owoców naszej pracy.
— Daj spokój tym zawodzeniom! Nie doprowadzą do niczego. Trzeba działać. Musimy zacząć od początku, od hrabiego Fernanda. Mści się na nas łagodność Pabla.
— Nie była to tylko miękkość serca. Przecież sam mówiłeś, że Pablo chciał przez tę pozorną łagodność przyłożyć nam nóż do gardła.
— Było to niewątpliwie podstawą jego działania. Ma córkę, a ja syna. Syn mój dziedziczy hrabstwo; miał ożenić się z Józefą, aby dziewczyna mogła być wspólniczką w zyskach. Alfonso nie chciał jej. Pablo i Józefa nie przebaczyli nam tego nigdy, choć zostawiliśmy im meksykańskie dobra.
— Masz rację, Gasparino. Cóż jednak sądzisz o pojawieniu się reszty? To chyba sztuczka Józefy?
— Nie. Jestem przekonany, że Landola z własnego popędu darował życie tej całej bandzie.
— Ale poco? Darowałby na własną szkodę.
— Tak, teraz. Inaczej jednak rzecz miała się przed ucieczką. Wynagrodziłem go sowicie, ale człowiek ten wyciska z przyjemnością, ile się tylko da. Od niego zależała sprawa oswobodzenia więźniów; upatrzył sobie w niej pompę do wypróżniania moich kieszeni. Nie rozumiem tylko, dlaczego jeszcze nie zaczął pompować.
— Jeszcze się zgłosi!
— To dopiero łotr! Jak mądrze wszystko uplanował. Przecież Rodrigandowie byli zupełnie obezwładnieni. Hrabia Manuel nie mógł literalnie nic zrobić. Nieraz śmiałem się do rozpuku z bezradności tego starca, którego zgubił własny testament. Musiał przyglądać się zdaleka, jak sępy wdzierają się do jego gniazda, z którego przepędziły sokoła wraz z potomstwem. Tak, była to wesoła farsa! A teraz? Chciwość Landoli podważyła wszystkie nasze zdobycze. Jesteśmy znowu tam, gdzieśmy byli przed siedemnastu laty. Można oszaleć!
— Cóż teraz robić? Trzeba tych ludzi sprzątnąć jak najprędzej.
— Zostawiam to memu bratu. Dla mnie osobą ważniejszą od Sternauów i Marianów jest Landola. Bez świadectwa tego człowieka niewiele nam będzie można udowodnić.
— Musisz go zabić.
— Naprzód muszę z nim pomówić. Może lepiej będzie wyzyskać go jeszcze dla naszych celów.
— Czy przebywa w Barcelonie?
— Tak. Na pewno popełnił w Niemczech jakąś nieostrożność, gdyż ukrywa się nawet przed hiszpańskimi ajentami. Napisz zaraz do Madrytu do Alfonsa. I on powinien się dowiedzieć, co zaszło. Trzeba będzie obmyśleć wspólnie plan działania. Tymczasem wszystko przygotuję. Dziś jeszcze wyjeżdżam do Barcelony. W takich sprawach nie wolno tracić ani chwili czasu.
Cortejo ruszył w drogę tejże nocy. Przybywszy do Barcelony, zostawił powóz w gospodzie i zapuścił się pieszo w jedną z niepokaźnych uliczek bocznych. Wszedł do biednego krawca, który odnajmował jeden pokój w swem skromnem i ciasnem mieszkaniu. Sublokatorem był kapitan Henrico Landola, który ukrywał się tu pod fałszywem nazwiskiem.
Gdy tylko Cortejo zamknął drzwi za sobą, Landola zaczął się skarżyć na nudy.
— Nie martwcie się z tego powodu — rzekł Cortejo. — Przynoszę polecenia, które rozpędzą nudę.
— Bardzo mnie to cieszy. Zresztą, i tak nie mógłbym tutaj długo wytrzymać. Zaprzestano poszukiwań mojej osoby, a to mi nie odpowiada. Wolę bowiem walkę i pracę od spokoju i gnuśności.
— Doskonale! W takim razie natychmiast dam wam robotę.
— Jakiego rodzaju?
— Chodzi o podróż do Meksyku. Pewne wysoko postawione osoby wyraziły bowiem niezadowolenie z faktu, że ciało hrabiego Fernanda leży w Meksyku, a nie w grobowcu rodzinnym Rodrigandów. Trzeba zapobiec dalszym wyrzutom i postarać się, aby ktoś przywiózł trumnę wraz z zawartością. Podjęlibyście się tego?
— Niech djabli porwą! — odparł Landola. — Trup na pokładzie przynosi zawsze nieszczęście.
— Przesąd! Nie zauważyłem dotychczas, żebyście byli przesądni.
— Niech leży chłop, gdzie go zakopano!
— Gdzież to?
— No, w Meksyku. A gdzieżby indziej?
— Może w niewoli?
Landola skoczył jak oparzony i popatrzył na Corteja tępym wzrokiem.
— W niewoli? Co przez to rozumiecie?
— Chciałem powiedzieć, żeście hrabiego sprzedali. Nie będziecie temu chyba przeczyć?
— Któż wam opowiedział te bajdy?
— Kłamstwo? Znam dokładnie każdy szczegół waszej zdrady. Alfonso już dawno powiedział mi o wszystkiem.
— Do licha! A więc brat wasz nie utrzymał języka za zębami i zwierzył się siostrzeńcowi?
— Do poleceń Pabla przywiązywaliście większą wagę, niż do moich?
— Tak. Przecież wypadki tam się rozegrały. Musiałem się z nim liczyć.
— Pięknie, pięknie! Czy i później stosowaliście się do jego poleceń? Naprzykład w sprawie Sternaua i towarzyszy?
— Przecież nie żyją!
— A może są również w niewoli?
— Nonsens!
— Może wysadzono ich na wyspę?
— Pozwólcie sennor, że zapytam, czy się wam nie roi?
— Tak; miałem sen. Śniło mi się, żeście z pewnych przyczyn nie potopili tych jeńców. Śniło mi się, żeście ich zawieźli na bezludną wyspę, aby na wypadek jakiegoś zatargu ze mną mieć ich pod ręką. Wszyscy ci ludzie chodzą teraz wolni po Meksyku, a raczej, ściśle mówiąc, siedzą w głównej kwaterze Juareza.
Landola pochylił się naprzód, usiłując ukryć przerażenie.
— Musiały to być upiory!
— W takim razie upiorem musiałby być i don Fernando, który, zdaniem waszem, pozostał przecież przy życiu.
— Hrabia Fernando? Jest z nimi?
— Tak. Są wszyscy razem.
— Don Fernando razem z nimi? Cóż za bajki wam opowiedziano?
— Bajki? — zawołał Cortejo. — I to wy macie czelność mówić! Więc przypuszczacie, że poto kazałem zaprzęgać i przyjechałem z Rodrigandy do Barcelony, aby opowiadać bajki?
Landola zdołał się opanować. Nie wątpił już, że jest zdemaskowany. Postanowił więc sparaliżować zamiary przeciwnika ostrem wystąpieniem.
— Mówicie o czelności? — rzekł tonem pozornie chłodnym, który jednak świadczył o najgłębszem wzburzeniu. — Proszę was bardzo, dajcie spokój tego rodzaju wyrażeniom, trudno mi bowiem prowadzić rozmowę w tym tonie. Nie jestem łotrem.
Cortejo, obrzuciwszy go groźnem spojrzeniem, wzruszył ramionami i rzekł:
— Czy można nazwać inaczej człowieka, poszukiwanego przez policję?
— Sennor! — rzekł gniewnie Landola podniesionym głosem. — Dochodzenia policyjne przeciw mnie są tylko rezultatem mojej działalności politycznej. Wiecie przecież, że jako wywiadowca hiszpański objeżdżałem Europę Centralną. Prusy żądają wydania mojej osoby.
— Tylko dlatego, żeście byli wywiadowcą? To kłamstwo!
— Sennor Cortejo!
— Powtarzam: to kłamstwo! Ministrowi pruskiemu nie przyjdzie nawet do głowy żądać od Hiszpanji, aby was wydała. Hiszpanja zaś wyśmiałaby go za to żądanie. Nie wydaje się przestępców politycznych. Gdybyście działali w interesie Hiszpanji, rząd wystąpiłby w waszej obronie. A tymczasem poszukują was. Wytłumaczcie mi, dlaczego się to dzieje?
— To gra pozorna, celem uspokojenia Niemiec.
Pah, znam lepiej całą sprawę! Sądzicie, że nie mam stosunków w tych kołach? Wypłacono wam dużo pieniędzy, abyście mogli wykonać dane wam polecenia i zapłacić komu należy. Zatrzymaliście wszystko dla siebie. Poprostu sprzeniewierzyliście pieniądze.
— Sennor, czy nie odwołacie tego natychmiast?
— Ani mi się śni. Władze tutejsze poszukują was ze względu na te sprzeniewierzenia. Chcą was unieszkodliwić, nie myślą zaś wcale o wydaniu Prusom.
— Niech spróbują. Nie sądzę, by się udało mnie schwytać.
— Nie bądźcie zbyt pewni siebie! Cóżbyście powiedzieli, gdybym zawołał pierwszego z brzegu policjanta i powiedział, żeście Landola?
— Miałbym w więzieniu towarzysza, opowiedziałbym bowiem wszystko, co mi o was wiadomo.
— Nie zdobylibyście się na odwagę, ponieważ, jako współwinowajca, wypełniający moje plany i pomysły, musielibyście ponieść przynajmniej równie surową karę, co ja.
— Sądzicie, że mogłoby mnie to powstrzymać?
— Jestem pewien — odparł Cortejo tonem zdecydowanym.
— Mylicie się bardzo! Przed chwilą sami mówiliście, że poszukują mnie i chcą unieszkodliwić. Grozi mi więc śmierć, lub długoletnie więzienie. Jeżeli tak, to zdradzając wasze postępki, nie pogorszę swego losu.
— Mniejsza o to! Psu się zda na budę wasze gadanie. Niktby nie uwierzył.
— Przedstawiłbym dowody. Mam ich poddostatkiem. Wystarczyłyby listy i polecenia, któreście mi przesyłali.
— Tego się nie lękam. Papiery są zniszczone.
— Naprawdę? — rzekł wzgardliwie Landola.
— Przecież postanowiliśmy solennie niszczyć wzajemnie wszystkie papiery.
— To prawda. Jestem przekonany, żeście spalili wszystkie moje listy.
— Oczywiście!
— Naprawdę? — zapytał Landola, obrzucając go badawczem spojrzeniem.
— Nie mam ani jednego. Dotrzymałem słowa.
— Postąpiliście bardzo uczciwie, a bardzo głupio! — zawołał Landola z uczuciem ulgi. — Przecież mieliście dzięki tym listom świetne dowody przeciwko mnie!
Cortejo roześmiał się szyderczo:
— Uważacie mnie za głupca? Pomyślcie raczej o własnej krótkowzroczności! To przecież byłyby dowody i przeciwko mnie.
— Tak; wskazywały bowiem, że rozkazy wasze zostały spełnione. Sądzicie, że i ja zniszczyłem wasze dokumenty? Mylicie się grubo. Mam wszystkie przy sobie.
— Jesteście zdrajcą i kłamcą! Ale listy te będą dowodem przeciw wam.
Oho! Któż mi dowiedzie, że byłem posłuszny waszym rozkazom?
— Ja. Zdradzę, żeście piratem morskim Grandeprise.
— Przecież inicjatywa wyszła od was. Statek należał do was. Daliście pieniądze i otrzymywaliście połowę zysków.
— Połowę? Jestem przekonany, żeście mnie bez skrupułów oszukiwali.
Landola znowu się uśmiechał.
— Może macie w tym wypadku rację, czcigodny mój sennorze. Rzecz zrozumiała sama przez się, że dziewięćdziesiąt procent zysku pakowałem do własnej kieszeni.
— Dziewięćdziesiąt... procent! — — Dziewięćdziesiąt! — zawołał posępnie Cortejo.
— Tak. Siedzieliście spokojnie w domu i czekaliście na pieniądze, a tymczasem ja z moimi chłopcami ponosiłem odpowiedzialność. Dlatego otrzymywaliście dziesiątą część. I tak był to wielki majątek.
— Do licha! Mieliście dziewięć razy tyle, co ja. Miljony! Cóżeście, na Boga, zrobili z temi pieniędzmi?
— Przehulałem, przegrałem, przepiłem.
— Do djabła! Niemądry z was człowiek.
— Niemądry? Pah! Trzeba chwytać każdą chwilę, jeżeli nie wiesz, czy cię jutro nie powieszą. Aby was jednak nieco uspokoić i pocieszyć, wyznam szczerze, że schowałem nieco pieniędzy.
— Ach, tak! Więc jednak ukryliście coś?
— Tak. To mi zupełnie wystarczy, abym do końca życia nie potrzebował pracować.
— Gdzież jest ten schowek?
— Przypuszczacie, że i to powiem?
— Dobrze, zostańcie przy swojej zbójeckiej zdobyczy! Bądźcie jednak przekonani, że będę z wami postępować tak samo, jak wy ze mną.
Landola skinął spokojnie głową.
— Może mi to bliżej wyjaśnicie? — rzekł, przyglądając się Cortejowi badawczo.
— Zapomnę o względach, któremi się kierowałem, i będę żądał porachunku.
— Za co?
— Za to, że don Fernando żyje!
— Dajcie mi przedewszystkiem dowód, że tak jest istotnie.
— Pisze o tem moja siostrzenica.
Landola zbladł.
— Nie zginął przecież na życzenie waszego brata.
— Czy brat mówił wam, dlaczego trzeba usunąć don Fernanda?
— Tak. Aby uprzątnąć miejsce dla Alfonsa.
— W takim razie poinformował was również, z jakich to powodów nie chciał dopuścić do śmierci hrabiego?
— Ani jednem słowem! Sam się domyśliłem. Czy wiadomo wam, że sennorita Józefa była zakochana w Alfonsie? Chciała zostać hrabiną de Rodriganda. Gdyby nią została, nie byłoby mowy o naruszaniu „mogilnego snu“ hrabiego. Ale don Alfonso nie chciał o niej słyszeć...
— Ja również. To straszydło na wróble miałoby zostać hrabiną de Rodriganda!
— Może macie rację. Józefa i jej ojciec wściekali się z tego powodu. Wraz z Alfonsem byliście panami wszystkiego, oni nie mieli nic. Chcieli również uzyskać jakąś cząstkę, chcieli zawładnąć meksykańskiemi posiadłościami rodu Rodrigandów.
— Dopięli tego. Z meksykańskich włości nie otrzymałem ani pesa.
— Nie żądaliście pieniędzy?
— Owszem. Ale napróżno.
— Zaczynam rozumieć, dlaczego brat wasz przestał interesować się starym hrabią. Chciał mieć broń przeciw wam na wypadek, gdybyście mu robili przeszkody w inkasowaniu pieniędzy. Chciał mieć możność sprowadzenia hrabiego. Zgubiłoby to i was i Alfonsa.
— Pablo musi za to odpokutować! Ale, do kroćset djabłów, jakżeż mogliście dopuścić, aby mi tak bróżdżono?
Pah! Płacili dobrze. Najgorliwiej służę temu, kto najwięcej płaci.
— Łotr z pod ciemnej gwiazdy! Macie teraz skutki. Don Fernando wypłynął znowu na powierzchnię.
— Jakże mu się udało zbiec?
— Nie wiem. Dokąd go uwieźliście?
— Do Harraru. Dostęp do tego kraju jest niezwykle trudny. Byłem przekonany, że uciec niepodobna. Nie pojmuję, w jaki sposób don Fernando się wydostał.
— Zapewne dowiemy się kiedyś szczegółów. Jakże wygląda sprawa pozostałych, o których zatopieniu pisaliście?
Landola zdobył się na wymuszony uśmiech.
— Uważacie, że żyją jeszcze? Oświadczam więc, że nie utonęli wtedy.
Cortejo odparł z gniewem:
— Kpicie jeszcze ze mnie? Nie widzę powodu do żartów. Sprawa jest poważna i niebezpieczna. Dlaczego nie pozabijaliście wtedy tych ludzi?
— Po pierwsze otrzymałem za mało pieniędzy, po drugie zaś śmierć tych ludzi nie przyniosłaby mi żadnych korzyści. Nie wszystkie kanalje są uczciwe. A myśmy obaj kanalje. Myślałem o tem, że może przyjść chwila, w której zapomnicie o wdzięczności. Przewidując tę okoliczność, zachowałem jeńców. Umieściłem ich na wyspie, położonej na Oceanie Spokojnym.
— Postąpiliście głupio! Przecież coraz więcej statków krąży po oceanie.
— Głupio? Mylicie się. Tylko ja znam tę wyspę. Noga ludzka na niej nie stanęła.
— A jednak stanęła. Jeńcy uciekli. Postąpiliście nader lekkomyślnie.
— Przeklęta sprawa! I niebezpieczna — rzekł Landola po chwili namysłu.
— Tak. Niebezpieczeństwo tem większe, że są teraz w głównej kwaterze Juareza.
Landola przeszedł się kilkakrotnie po pokoju, potem stanął przed Corteją i rzekł:
— Mam wrażenie, że trzeba będzie do Meksyku pojechać i nadrobić to, cośmy zaniedbali.
— A więc zabić ich? Któż ma się tem zająć?
— Ja.
— Wy? Muszę się nad tem zastanowić. Muszę zachować w tej sprawie wyjątkową ostrożność. Przystąpię do interesu jedynie w tym wypadku, gdy będę miał pewność, że nie zostanę oszukany.
Hm. Ileż dajecie?
— Nic. Czekam na propozycję.
— Pamiętacie, ileście mi wtedy zapłacili? Dziesięć tysięcy duros, czy tak? Dacie dwadzieścia tysięcy?
— Nie. Najwyżej pięć.
— W takim razie nie mamy o czem gadać — rzekł ostro Landola.
Oho! — syknął Cortejo. — Tak nie uchodzi. Pięć tysięcy, albo nic. Jeżeli się nie zgadzacie, sam pojadę. I sam będę tym razem doglądał zlecenia.
Landola cofnął się o krok i zapytał urażony:
— Chcecie jechać razem ze mną?
Cortejo skinął głową.
— Przedewszystkiem chciałbym odwiedzić mego kochanego brata Pabla. Poza tem pragnąłbym poznać bliżej szanowną moją bratanicę Józefę.
— Dlaczegóż właśnie teraz?
— Bo mi się tak podoba! Oszukaliście mnie; Pablo mnie też oszukał. Teraz chcę iść na pewniaka.
— Ach, tak! Chcecie roztoczyć nad nami dozór? Sądzicie, że pozwolimy na to?
— Nie powiedziałem, że myślę tylko o dozorze nad wami. Będziemy pracowali razem.
— To zmienia postać rzeczy — rzekł po namyśle urażony Landola. — Bądź co bądź nie należy tracić czasu.
— Ruszymy przy najbliższej sposobności. Dowiem się zaraz, jakie okręty stoją w porcie.
— To zbyteczne. Jestem dobrze poinformowany. Na kotwicy stoi tylko jeden statek; odpływa pojutrze do Rio de Janeiro.
— Bardzo dobrze. Znikniecie z oczu policji, a z Rio będzie nam łatwo dostać się do Meksyku.
— Może macie rację. Ale jak się dostać na pokład? W Barcelonie wiedzą dobrze, że wysłano za mną list gończy.
— To drobiazg. Czy wiecie, co to takiego colle de face?
— Wiem. Słynna francuska szminka, która starą kobietę zmienić potrafi w młodą dziewczynę. Można nią wygładzić najgłębsze zmarszczki.
— Oprócz tego można włożyć perukę i przykleić brodę. Koroną zaś przeobrażenia jest fałszywy paszport — rzecz doskonale wam z pewnością znana.
Landola uśmiechnął się:
— Fałszywy paszport? To wynalazek szatana!
— Dobrze, dobrze. Wszystkiego wam dostarczę. Sam również muszę się zaopatrzyć. W Meksyku spotkamy z pewnością Sternaua i innych znajomych; musimy więc strzec się, aby nas nie poznali.
— Pocóż przebierać się przed przybyciem do Meksyku?
— To konieczne. Może nie będziemy mieli okazji do zmiany nazwisk, wyglądu i paszportów. A zresztą, musimy wyglądać tam tak samo, jak tu w chwili wsiadania na okręt.
— Słusznie. W przeciwnym razie mogłyby powstać podejrzenia.
— Uważajcie! — Pojadę jako Antonio Veridante, adwokat i pełnomocnik hrabiego Alfonsa de Rodriganda. Zadaniem mojem jest lustracja meksykańskich posiadłości hrabiego. Mam wystarczające pełnomocnictwa...
— Wystawicie je sobie sami, nieprawdaż?
— Z paszportem nie będzie również trudności. Wezmę jednak na wszelki wypadek swoje prawdziwe papiery.
— Pamiętacie o każdym drobiazgu.
— Oczywiście będzie mi potrzebny sekretarz.
— Ja nim będę. Co za zaszczyt, co za honor!
Omawiali jeszcze przez jakiś czas szczegóły nowego planu. Wreszcie Landola rzekł:
— Musimy jeszcze ustalić, gdzie i kiedy się spotkamy.
— Będziecie mieli odwagę opuścić miasto w biały dzień? — zapytał Cortejo.
— Nie, zwłaszcza z pakunkami.
— Pozostanę więc tutaj do zmierzchu. Wieczorem staniecie pod laskiem, ciągnącym się wzdłuż rzeki do Manrezy. Kiedy się zbliży powóz, zagwiżdżecie początek Marsyljanki. No, teraz idę do portu zasięgnąć języka. Adios!
Adios!
Rozstali się. — —
— Do licha! — zaklął Landola. — A więc te kreatury uciekły! A to dlatego, że przez cały czas nie interesowałem się nimi. Któż się jednak mógł spodziewać takiego końca? Oczywiście, mnie ten powrót nie szkodzi, trzeba będzie tylko pomyśleć o ukryciu się. Ale Cortejo i jego ludzie są zgubieni, jeżeli im się nie uda zdusić niebezpieczeństwa w zarodku. Pięć tysięcy duros! Nie zgadzam się jeszcze! Niech płaci szelma, niech płaci! Potem znajdę sobie jakiś piękny, ukryty zakątek, w którym będę mógł w radości i spokoju używać bogactw. — —
Zasięgnąwszy potrzebnych informacyj, Cortejo przesiedział w gospodzie do wieczora i, skoro zapadł zmrok, udał się w drogę powrotną. Pod umówionym laskiem ktoś zaczął gwizdać Marsyljankę. Kazał woźnicy zatrzymać konie. Landola umieścił kufry na koźle i wsiadł do powozu. Ruszyli.
— Załatwiliście rzecz z kapitanem? — zapytał były rozbójnik morski. — Kiedy ruszamy?
— Nie potrzebowałem wcale pytać. Na pomoście wisi zawiadomienie. Pojutrze o dziewiątej rano. Zdążymy więc, jeżeli przyjedziemy nocą.
Poza tą krótką rozmową nie mówili aż do przybycia do Rodrigandy ani słowa. Landola bał się pokajać w świetle latarni. Nie chciał, by go ktokolwiek poznał.
Cortejo zaprowadził pirata do pokoju gościnnego i sam podał mu posiłek. Potem zajrzał do Klaryssy.
Klaryssa czekała nań oddawna.
— Mój Boże! — rzekła. — Zaniedbujesz mnie. Przyjechałeś przed pół godziną i dopiero teraz się zjawiasz.
— Miałem coś do załatwienia. Przywiozłem Landolę.
— Ten Landola, za którym rozesłano listy gończe? Gasparino, nie lękasz się?
— Niema najmniejszego niebezpieczeństwa. Jestem pewien, że go tu szukać nie będą.
— Jak długo pozostanie
— Do jutrzejszego wieczora. Potem odpłynie.
— Czy się przyznał?
— Tak. Powiedział wszystko.
— Ach, zdrajca! Dlaczegóż tak postąpił?
— Dla własnej korzyści. Chciał mieć broń przeciw mnie. Zresztą Pablo zapłacił dobrze za usunięcie don Fernanda.
— A więc Pablo źle z tobą postąpił?
— Tak. Już ja się z nim porachuję. Możesz być pewna, że mu to na dobre nie wyjdzie.
— Jakże to zrobisz, nie będąc w Meksyku?
— I na to znajdzie się rada, moja droga.
Klaryssa zapytała z przerażeniem:
— Co takiego? Czy mnie słuch nie myli? Czy chcesz jechać do Meksyku?
— Tak. Uspokój się. Sytuacja tego wymaga.
— Kiedy chcesz ruszyć w drogę?
— Jutro w nocy.
— Chyba nie sam pojedziesz?
— Landola jedzie ze mną.
— Ten zdrajca! Nie boisz się oddać pod jego opiekę?
Pah! Raczej jego zapytaj, czy się nie boi!
Klaryssa usiadła i obrzuciła Corteja pytającem spojrzeniem:
— Cóżto znaczy?
Notarjusz uśmiechnął się dumnie.
— Czy słyszałaś kiedy, żebym rozprawiał o banialukach?
Hm. Widzę po twojej minie, że coś planujesz.
— Oczywiście — odparł z uśmiechem. — Jesteś znawczynią ludzi. Cóż czytasz w mojej twarzy?
— Nic dobrego, ani miłego. Czy tak jest w istocie?
— Może.
— Czy Landola opowiedział jakieś nowe, nieznane szczegóły?
Cortejo powtórzył dokładnie swoją rozmowę z kapitanem.
— A więc chcesz się również przebrać i zmienić wygląd? Nie rozumiem, poco? — rzekła Klaryssa.
— To zupełnie jasne i proste. Nie chcę, aby ktokolwiek zauważył, że jadę do Meksyku, Przypomnij sobie Reinswalden. Czy nie śledzono nas ustawicznie?
— To prawda. Może śledzą i dzisiaj.
— Jestem przekonany, że tak. Nie wierzą, żeby to był rzeczywisty Alfonso. Doniesiono zapewne, że zaginieni się odnaleźli. Kto może wiedzieć, co im napisali? Ponadto nie wiem, jak stoją sprawy w Meksyku. Brat mój skompromitował nasze nazwisko. Nie mogę występować jako Cortejo.
— Rozumiem. Przebranie jest konieczne. Przekonałeś mnie. Nie widzę tylko konieczności twej podróży na tamtą stronę oceanu.
— Co, zdaniem twojem, zrobi don Fernando po powrocie do stolicy?
— Będzie żądał zwrotu wszystkich swych posiadłości.
— Oczywiście. Dotknęłoby to jednak w pierwszym rzędzie mego brata. Ale grób, grób!
Ach! Otworzonoby go.
— I to jeszcze nie najgorsze. Don Fernando leżał wszak jedynie w letargu. Rozumiesz, co to znaczy?
— Letarg jest podobno okropnym stanem. Mówią, że dotknięty letargiem widzi i słyszy wszystko, co się dokoła niego dzieje.
— No więc! Don Fernando był pozornie martwy. A nasz Alfonso rozmawiał nad trupem z bratem mym i Józefą. Hrabia słyszał wszystko, może zna całą naszą tajemnicę.
Madonna! To niedobrze! Musi zginąć!
— Śmierć jego jest koniecznością, jest rzeczą postanowioną. Nietylko żądałby zwrotu swych posiadłości, lecz domagałby się również surowej kary na nas. Jednak, to jeszcze nie wszystko. Sternau jest równie niebezpieczny, jak hrabia.
— Zdaje się, że przeczuwał już coś podczas operacji hrabiego Manuela.
— Tak. Obserwowałem go. Nie uważał Alfonsa za prawowitego następcę don Manuela.
— I on musi zginąć!
— Śmierć jego jest również rzeczą postanowioną. To samo odnosi się do całej bandy.
— Wielki Boże, iluż ludzi chcesz skazać na śmierć, drogi mój Gasparino?
Cortejo wyciągnął się na kanapie i zaczął wyliczać:
— Don Fernando, Pedro Arbellez, jego córka, Karja, Marja Hermoyes, Sternau, Mariano, obydwaj Ungerowie, Bawole Czoło, Niedźwiedzie Serce i Juarez.
— Juarez! — przerwała Klaryssa z najwyższem przerażeniem.
— Tak — odparł ze spokojem. — W jego ręku koncentrują się wszystkie nici. Jest o wszystkiem lepiej poinformowany, niż reszta. Trzeba się będzie dowiedzieć, kto jeszcze zna tajemnicę. Czy przypuszczasz, że mogę się w tej sprawie zdać na Landolę, lub na Pabla?
— Nie. Obydwaj nas oszukali.
— Zresztą, Pablo jest prześladowany i ścigany. Będzie mu trudno świadczyć nam pomoc.
— Masz rację. Nabieram coraz głębszego przekonania, że będziesz musiał jechać.
— Prawda? Wyjeżdżam niechętnie, droga Klarysso.
— A ja cię puszczam niechętnie. Musimy jednak znieść rozłąkę ze względu na naszego syna. Jeżeli zwyciężymy, spotkanie nasze będzie tem radośniejsze. Proszę cię jednak, miej się przed tym Landolą na baczności.
— Nie obawiaj się.
— Kiedy mu wypłacisz pieniądze? Czy masz zamiar dać zgóry?
Na twarzy Corteja pojawił się ironiczny uśmiech.
— Pieniądze? — rzekł. — Nie dostanie ich nigdy.
Klaryssa popatrzyła nań z wahaniem.
— Chcesz je zatrzymać? Chcesz go oszukać?
— Oszukać? Hm. Czy można oszukać nieboszczyka?
Klaryssa zerwała się na równe nogi.
— Nieboszczyka? A więc i on ma zginąć?
— Oczywiście. Zginie, kiedy już nie będzie potrzebny. Kto chce mnie oszukać, lub przechytrzyć, tego nie minie zapłata, choćby nawet był mym bratem.
Klaryssa popatrzyła nań badawczo.
— Czy to ma znaczyć... — rzekła wolno.
— Co?
— Brat twój również cię oszukał.
— O, jeszcze bardziej, aniżeli inni. To on wszystkiemu winien! — Uderzył pięścią w stół. — To on namówił Landolę, by uratował życie don Fernandowi. Postępując tą drogą, kapitan odważył się później darować życie i pozostałym.
— Masz rację, ale przecież to twój brat, — rzekła, patrząc nań badawczo.
Cortejo uśmiechnął się z zadowoleniem.
— A więc i tu jesteśmy zgodni. Chciałabyś, abym brata również ukarał?
— Gniewasz się? Nie chcę się mieszać do tego, ale jakiem prawem Pablo zagarnia własność naszego syna?
— Jakiem prawem ją trwoni?
— Jakiem prawem rzuca nasze bogactwa w paszczę rewolucji?
— Stoi u kresu swej śmiesznej roli. Musi mi dopomóc do pokonania wrogów. Gdy się to stanie, podzieli los Henrica Landoli.
Przeszedł ją zimny dreszcz.
— A córka jego Józefa? — zapytała, oddychając z wysiłkiem.
— Zginie razem z nim.

Klaryssa uśmiechnęła się zadowolona i objęła ramieniem szyję Gasparina.
— Dziękuję ci, dziękuję! — zawołała. — A więc nareszcie Alfonso będzie prawdziwym hrabią de Rodriganda! Będzie rządził się sam na wszystkich posiadłościach, a my, jego rodzice, będziemy rzeczywistymi parami! — —


IV
W PRZEBRANIU

Wporcie stołecznego miasta Brazylji Rio de Janeiro stał na kotwicy niewielki zgrabny parowiec. Widać było, że statek służy osobie prywatnej.
Lekka smuga dymu, wychodząca z komina, wskazywała na to, że napalono już w piecach i okręt wkrótce opuści przystań.
Zbliżał się wieczór. Słońce zaszło. Zapadała ciemność.
Od strony miasta ukazała się na wodzie łódź; płynęła z szybkością strzały. Przy wiosłach siedziało czterech tęgich zuchów. Człowiek, siedzący na środkowej ławce, był bezwątpienia marynarzem. Okrągła, wesoła twarz zdradzała jego niemieckie pochodzenie. Z prawdziwą przyjemnością patrzył na statek niebieskiemi, jasnemi oczami; gdy łódź zbliżyła się do parowca, skoczył szybkim ruchem na drabinkę i zaczął wchodzić na górę. Skoro wszedł na pokład, zbliżył się doń marynarz i zameldował:
— Kapitanie, dwaj panowie chcą z panem pomówić. Słyszeli, że płyniemy do Veracruz...
— I chcieliby, abyśmy ich wzięli ze sobą? Hm, hm. Zobaczymy!
Kapitan podszedł do obydwóch przybyszy.
— Nazywam się Wagner — rzekł. — Jestem kapitanem tego statku.
— Adwokat Antonio Veridante z Barcelony, ten zaś sennor jest moim sekretarzem, — rzekł jeden z przybyłych. — Słyszeliśmy, że płyniecie do Veracruz. Chcielibyśmy się więc dowiedzieć, czy nie byłby pan łaskaw zabrać nas ze sobą.
— Mam wrażenie, sennores, że to się nie da zrobić.
Adwokat zmarszczył czoło.
— Dlaczegóż to? Zapłacimy dobrze.
— Nie w tem rzecz. Parowiec mój nie przewozi ani pasażerów, ani towarów. Służy do prywatnych celów.
— A więc odrzuca pan moją prośbę?
— Niestety.
— Przykro mi bardzo, zwłaszcza, że, licząc na dobroć pana, zabraliśmy ze sobą rzeczy.
— Do licha! Może w dodatku odesłaliście panowie łódź, która was tu przywiozła?
— Nie. Na to się nie zgodził wasz sternik. Łódź stoi na drugim brzegu.
— Mam nadzieję, że wkrótce panowie znajdą jakiś statek.
— Chcielibyśmy podzielać nadzieję pana, obawiamy się jednak, że nieprędko się ziści. Jeśli nie przybędę do celu w krótkim czasie, poniosę wielkie straty.
— Tak?
Kapitan spojrzał raz jeszcze na przybyłych. Wyglądali na uczciwych ludzi.
— Wielkie straty? — zapytał. — Czy poniesie je bank, który pan reprezentuje?
— Nie. Osoba prywatna.
— Czy wolno zapytać, kto to taki?
— Hrabia de Rodriganda.
Na dźwięk tego nazwiska kapitan zbliżył się o krok.
— Czy mnie słuch nie myli? Rodriganda? Ten sam, którego zamek rodowy leży niedaleko Manrezy, w Hiszpanji?
— Tak, ten sam.
— O ile mi wiadomo, ma wielkie posiadłości w Meksyku. Panowie posiadają papiery?
— Oczywiście. Chce je pan przejrzeć?
— Nie teraz, później. Statek pożegluje wkrótce, a mam jeszcze sporo spraw do załatwienia. Łódź panów może odpłynąć. Peters!
Podbiegł jeden z marynarzy.
— Zaprowadź obydwu panów do przedniej kajuty. Będziesz ich obsługiwał. Zwalniam cię od innych zajęć.
— Dziękuję, kapitanie! — rzekł marynarz. Potem zwrócił się do obydwu nieznajomych i powiedział łamaną hiszpańszczyzną: — Proszę za mną!
Zaprowadził przybyłych do małej, schludnej kabiny, w której stały obok siebie dwa łóżka.
— Oto kajuta — rzekł. — Niech się panowie rozgoszczą. Przyniosę wody i wszystko, co należy.
Gdy marynarz wyszedł, Cortejo rzekł do Landoli:
— Co to znaczy, sennor Landola? Nazwisko Rodriganda jest mu znane.
— Tak. Musimy być bardzo ostrożni. Gdybyście nie wymienili tego nazwiska, nie byłby nas zabrał.
— Mimo to żałuję, że je wymieniłem.
— Zobaczymy, co będzie dalej.
Po chwili wszedł Peters z wodą i miednicą.
— Byliście długo w Rio? — zapytał Cortejo.
— Trzy dni — brzmiała odpowiedź.
— Skąd płyniecie?
— Z Kap Horn.
— Z Australji?
— Właściwie tak, ale ostatnio byliśmy w Meksyku.
— W którymś z portów zachodnich?
— W Guaymas.
— Ładowaliście towar?
— Nie. Wysadziliśmy pasażerów.
— Czy być może? Przecież kapitan powiedział, że to nie pasażerski statek.
— Powiedział prawdę. Parowiec należy do hrabiego Fernando de Rodriganda.
Obydwaj przyjaciele spojrzeli po sobie z przerażeniem; tego jednak marynarz nie zauważył.
— Fernando de Rodriganda? — rzekł Cortejo starając się odzyskać równowagę. — Znasz tego pana?
— Nie. Nigdy go nie widziałem.
— Sądząc z twych słów, wysadziliście go w Guaymas.
— Tak, ale nie było mnie przy tem. Miałem niedobrego kapitana i z tego powodu opuściłem statek w Valparaiso. W porcie zjawił się ze swym statkiem kapitan Wagner. Musiał wysadzić na ląd ciężko chorego marynarza, ja tedy objąłem jego miejsce.
— A więc dopiero w Valparaiso wsiadłeś na pokład i nie znasz poprzednich losów statku?
— Koledzy opowiadali cośniecoś. Należał do pewnego Anglika. W Indjach Wchodnich kupił go hrabia Rodriganda.
— Jakże się hrabia dostał do Indji?
— Z kapitanem Wagnerem na statku Dziewica Morska, płynącym z Kiel.
— Kiel to zapewne port niemiecki? Dziwna rzecz, że hrabia przybył stamtąd.
— Wcale stamtąd nie przybył. Wzięto go na pokład u brzegów Wschodniej Afryki. Przebywał w Harrarze i uciekł stamtąd. Niedaleko brzegu spotkał Dziewicę Morską. Kapitan zawiózł go do Indji, a potem do Australji, skąd zabrał pozostałych.
— Pozostałych? Któż to taki?
— Kto? Hm. — Marynarz zawahał się. Przyglądał się obydwu nieznajomym w milczeniu.
— Dlaczego nie odpowiadasz? — zapytał Cortejo.
— Bo nic mi dalej niewiadomo.
— No, no, a resztę tak prędko opowiedziałeś!
— O, sennor, jedno się zapomina, drugie pamięta, a zresztą wiele zależy również od pytającego.
Marynarz odwrócił się i podszedł ku drzwiom.
Cortejo spojrzał na Landolę.
— Co to ma znaczyć? Daję głowę, że wie o wszystkiem, tylko nie chciał nic powiedzieć.
Landola wzruszył ramionami.
— To wasza wina. Byliście nieostrożni. Poprostu wyskakiwaliście ze skóry, pytając o Rodrigandę. Jeżeli nie panujecie nad sobą, lepiej mnie pozostawcie pytania.
— Niepodobieństwo. Formalnie jesteście przecież moim podwładnym. Ale jeżeli nie przesadzacie, będę się miał na baczności.
— Gorąco wam to zalecam. Słyszeliście, jak sprawy wyglądają. Ten kapitan oswobodził hrabiego i zawiózł do Indji. Jednego tylko nie rozumiem.
— Mianowicie?
— Hrabia kupił statek. To przecież ogromny koszt.
— Oczywiście — rzekł Cortejo. — Skąd wziął pieniądze?
— Nie zarobił ich z pewnością w niewoli.
— Na tym statku ruszyli do Australji, aby zabrać pozostałych. Kogo należy rozumieć przez pozostałych?
— Sternaua i towarzyszy. Czy to jednak możliwe, by hrabia mógł w odciętym od świata Harrarze dowiedzieć się, gdzie przebywa Sternau? Wysadziłem ich na wyspę, której nikt nie zna. To niepojęte.
— Dowiemy się i o tem.
— Proszę was jednak, bądźcie ostrożni. Powiedzieliście już kapitanowi, że jesteście zarządcą dóbr Rodriganda. Jakże się wydostaniecie z pułapki, którąście sami sobie zgotowali?
— To drobnostka. Przecież mogę cieszyć się zaufaniem hrabiego Alfonsa, nie będąc wrogiem tamtych.
— Musimy podkreślić, że znamy hrabiego Manuela.
— Dobrze, doskonała myśl! Mam nadzieję, że otrzymamy o planach Sternaua dostateczne wiadomości i dojdziemy szybko do celu. — —
W kotłach zebrała się wystarczająca ilość pary. Statek podniósł kotwicę i wypłynął na morze. Kapitan stał czas jakiś na pomoście komendanta. Gdy minęli port, zszedł z pomostu, oddając ster w ręce sternika.
Peters podszedł doń i, przykładając dłoń do czapki, rzekł:
— Kapitanie!
— Czego chcesz, mój chłopcze? — zapytał Wagner, przyzwyczajony do serdecznego obejścia z podwładnymi.
— Pasażerowie...
— No, cóż ci pasażerowie?
Hm! Są przeraźliwie ciekawi.
— No, no. O cóż im chodzi?
— Pytają ciągle o statek.
— To nic nie szkodzi.
— I o hrabiego Rodriganda.
— Cóż w tem złego?
— Uderzyło mnie to, że podczas gdy jeden pytał, drugi rozdziawiał gębę jak wieloryb.
— Cóż w tem dziwnego? Obydwaj znają hrabiego Rodrigandę.
— Ach, tak!
— Masz jeszcze jakiś interes? Nie? Więc przyślij ich do mnie i powiedz kucharzowi, że będą jedli ze mną w kajucie.
Odchodząc, Peters mruknął:
— Znają hrabiego! Nie bardzo mi się spodobali. Wyglądają jak statek piracki, udający, że jest niewinnym statkiem handlowym. W każdym razie nie zaszkodzi mieć ich na oku.
Poczciwy Peters należał do ludzi, którzy nie umieją kryć się i doskonale wyczuwają kłamstwo. Wszedłszy do kajuty, rzekł grzecznie, ale niemal rozkazująco:
— Sennores, do kapitana! Prędko!
— Gdzież jest? — zapytał Landola.
— W swojej kajucie.
— Dobrze! Idziemy.
— Trzeba zabrać papiery.
Peters odszedł. Stanął na uboczu, chcąc obserwować obydwóch. Podszedł doń jeden z marynarzy i mruknął:
— Cóż tak stoisz i patrzysz jak kot w mysią norę?
— Masz rację. Pilnuję myszy.
— Naprawdę?
— Tak. Dwóch naraz.
Aha! Może raczej szczurów lądowych?
— Zgadłeś. Uważaj!
Latarnie okrętowe oświetlały obydwu mężczyzn. Landola szedł naprzód, za nim podążał Cortejo.
— Widzisz? — zapytał Peters towarzysza.
— Co?
— Jeden jest marynarzem.
— Skąd wiesz?
— Poznaję po chodzie. Marynarz ma inny chód, niż szczur lądowy. Powiedziałem im, żeby poszli do kapitana. Gdyby obydwaj byli szczurami lądowemi, zapytaliby, gdzie jest kajuta.
— Może wiele podróżowali?
— To nie ma znaczenia. Na naszym pokładzie nie byli jeszcze nigdy. Tylko doświadczony wilk morski potrafi wśród ciemności wieczora odnaleźć na obcym statku prywatnym kajutę kapitana.
— Dlaczego zwracasz na to uwagę?
— Nie wiem. Nie cierpię tych dwóch ananasów! — —
Landola maskowałby się z pewnością lepiej, gdyby przypuszczał, że poczciwy Peters jest tak przenikliwy.
Gdy weszli do kajuty, kapitan siedział nad szklanką wina. Rzekł do nich serdecznie:
— Jeszcze raz witam was na pokładzie, sennores! Załatwmy naprzód niemiłe formalności. Przypuszczam, że papiery macie panowie w porządku.
— Oczywiście, sennor capitano, — rzekł Cortejo, wyciągając obydwa paszporty.
Wagner przejrzał dokumenty i oddał zpowrotem.
— Właściwie obowiązany jestem trzymać papiery przy sobie pod kluczem. Ale nie chcę być takim formalistą. Zwracam papiery. Siadajcie panowie!
Ukłonili się i usiedli. Rozmowa z początku nie bardzo się kleiła; dopiero pod wpływem sutych potraw i wina języki się rozwiązały.
Cortejo i Landola nie mogli się doczekać chwili, w której kapitan zacznie mówić o Rodrigandzie. Nareszcie...
— Sennor Veridante, powiedział pan, że jesteś pełnomocnikiem hrabiego Rodrigandy, — rozpoczął Wagner. — Więc zna pan rodzinę Rodrigandów?
— Ależ doskonale.
— Chciałbym się o tej rodzinie dowiedzieć pewnych szczegółów. Może mi pan powiedzieć, z kogo się obecnie składa?
— Ależ jak najchętniej. Dziś można, niestety, mówić tylko o dwóch jej członkach: o hrabim Alfonsie, który mieszka w Madrycie, i o condesie Rosecie, która mieszka w Niemczech. Jest żoną lekarza Sternaua.
— A więc to mezaljans?
Cortejo wzruszył ramionami.
Hm, to jeszcze kwestja, co rozumiemy przez mezaljans. Wiedza i sława tego lekarza są tyle warte, co korona hrabiowska.
— A więc zna pan Sternaua? — zapytał Wagner z radością. — Słyszałem o nim wiele. Czy może mi go pan opisać?
— Oczywiście. To człowiek wysoki, barczysty, ma atletyczną budowę — prawdziwy olbrzym.
— Tak jest istotnie. Gdzie go pan poznał?
— W Rodrigandzie. Wybawił hrabiego Manuela z ciężkiego i bolesnego cierpienia. Zapewne przy tej sposobności poznał hrabiankę.
— Znał pan również hrabiego Manuela?
— Oddawna.
— O ile wiem, pełnomocnikiem jego był wtedy niejaki Cortejo.
Cortejo udał, że nazwisko to jest mu niemiłe, nienawistne. Po chwili odparł:
— Tak, Cortejo załatwiał drobne, bieżące sprawy. W ważniejszych jednak sprawach ja miałem zaszczyt gościć w Barcelonie pana hrabiego.
— Ach tak? Znał pan tego Corteja?
— Lepiej niż tego pragnąłem.
— To brzmi niezbyt dla niego pochlebnie.
— Nie powiem, żebym go nienawidził, ale pogardzam nim. Uważałem i uważam, że ten Cortejo zdolny jest do każdego szelmostwa.
Kapitan rzekł:
— I ja o tem słyszałem. Czy nie ma brata w Meksyku?
— Owszem. Ten nazywa się Gasparino, tamten Pablo.
— Cóżto za człowiek ten Pablo?
— Awanturnik, szubrawiec. On jest przyczyną mej podróży do Meksyku. Jadę, aby mu nieco popatrzeć na brudne palce.
Kapitan zamyślił się. Po chwili zlekka skinął głową i rzekł:
— Życzę dużo szczęścia. Uważam Pabla Corteja za patentowanego łotra. Dowiedziałem się o nim ciekawych szczegółów.
Cortejo udał zdziwienie:
— Co pan może powiedzieć o nadużyciach tego człowieka? Nie wątpię, że pan rozumie, jak cenne są dla mnie pańskie informacje.
— Czy nie zwróciła panów uwagi nagła śmierć hrabiego?
— Owszem — odparł Cortejo. — Opowiadano, że dostał ataku apoplektycznego. Nie bardzo mi się w to chce wierzyć.
— Dlaczegóż to?
— Nie łatwo na to odpowiedzieć, sennor. Nie na wszystko można odpowiedzieć.
— Jest pan człowiekiem bardzo ostrożnym. Jakże to jednak pogodzić z pewnemi podejrzeniami, jakie pan rzuca, i z faktem, że jest pan pełnomocnikiem hrabiego Alfonsa?
Cortejo uśmiechnął się porozumiewawczo.
— Sądzi pan, że hrabia Alfonso ma z tem podejrzeniem coś wspólnego? Może to i racja. Ale chcę odpowiedzieć na pańskie pytanie. Postanowiłem zbadać tajemnicę zamku Rodriganda; mogę to uczynić tylko przy ciągłym kontakcie z zamkiem. Dlatego zgodziłem się zostać pełnomocnikiem hrabiego, tak samo, jak byłem kiedyś pełnomocnikiem poczciwego hrabiego Manuela.
Kapitan nie mógł dłużej panować nad sobą i przerwał z ożywieniem:
— W takim razie muszę panu zdradzić tajemnicę: jest pan u celu!
— Czy mnie słuch nie myli? A więc pan mógłby mi być pomocny? W każdym razie podziwiam pańską dokładną znajomość stosunków, panujących w rodzinie Rodrigandów. Biada winnym, gdy się nareszcie wszystko wyjaśni! Zmiażdżę ich najbezwzględniejszemi paragrafami ustaw!
Podniósł się z miejsca i tak doskonale udawał entuzjazm, że porwał kapitana. Wagner również zerwał się z krzesła, wyciągnął do Corteja ręce i zawołał:
— Doskonale, chcę być z panem zupełnie szczery! Czy wie pan, do kogo należy ten statek? Do hrabiego Fernanda de Rodriganda.
— To być nie może! Hrabia przecież nie żyje!
— Skądże znowu? Żyje!
— Co? Żyje? Hrabia Fernando żyje? Na miłość Boską, gdzież jest?
— Tylko cierpliwości! — rzekł kapitan, mimo że sam odczuwał zniecierpliwienie — Opowiem jeszcze więcej. Czy wiadomo panu, kto żyje jeszcze, oprócz hrabiego? Sternau i domniemany dziedzic hrabiego — Mariano. Rozmawiałem z nim, spędziliśmy razem na tym statku sporo czasu.
— Niech pan opowiada, sennor! Albo niech mi pan raczej pozwoli stawiać pytania!
— Ależ chętnie! Niech pan pyta.
— Znam historję Sternaua aż do chwili jego wyjazdu z Hiszpanji. Poco wyjechał do Meksyku?
— Aby odnaleźć niejakiego Landolę. Nazwisko to jest panu zapewne nieznane?
— Nie, nie znam go. Cóżto za człowiek?
— Nazywa się Henrico Landola; jest kapitanem. W rzeczywistości to sławny Grandeprise, komendant statku pirackiego „Lion“. Zapewne znacie panowie jego historję?
— Tak, przypominam sobie, — odparł Cortejo.
— Właściwymi sprawcami — ciągnął kapitan — są dwaj bracia Cortejowie. Ten przeklęty Landola jest ich zausznikiem i wykonawcą zleceń. Starłbym na miazgę, gdyby mi się kiedyś udało dostać go w swe ręce.
— Na nic lepszego nie zasłużył — zauważył Landola.
Kapitan ciągnął dalej:
— Znacie może niejaką Klaryssę, która przebywa obecnie w Rodrigandzie?
— Owszem — odparł Cortejo.
— Gasparino Cortejo poślubił ją w tajemnicy. Powiła syna. Rodzice chcieli, aby syn ten został hrabią Rodriganda i dlatego podstawili go jako dziecko hrabiego Manuela.
— To wprost nie do wiary!
— A jednak to prawda. Mały Rodriganda miał jechać w odwiedziny do Meksyku, do swego stryja. Wykradziono go i oddano w ręce pewnego bryganta[1], który małego miał uśmiercić. Nie zabił dziecka, dał mu dobre wychowanie. Nazwano go Marianem. Jako dorosły mężczyzna przybył do Rodriganda pod przybranem nazwiskiem porucznika huzarów Alfreda de Lautreville.
Cortejo musiał panować nad sobą, aby nie zakląć siarczyście. Po chwili zawołał:
Santa Madonna! A więc ten Mariano jest prawdziwym Rodrigandą, a Alfonso fałszywym?
— Tak. Tego można dowieść.
— Mój Boże! — rzekł Cortejo. — Gdybym o tem wiedział przedtem!
Kapitan ciągnął dalej:
— Mariano miał zostać sprzątnięty, uratowano go jednak. Przybył ze Sternauem do Meksyku. Jednak już przedtem dokonano zbrodni. Hrabia Fernando zmarł. W istocie zapadł tylko w letarg pod wpływem trucizny. Słyszał i widział wszystko. Pochowano go, potem wyciągnięto z grobu i ukrytego w koszu zawleczono na brzeg; tam wziął go Landola na pokład statku i sprzedał do Harraru, jako niewolnika.
— Szatański pomysł! Jakże mu było w Harrarze?
— Bardzo źle. Spotkał jednak znajomego.
— Spotkał znajomego w Harrarze, w tym kraju, którego nie dotknęła stopa Europejczyka?
— Tak. Niejakiego Mindrella z Manrezy. Bywał często w Rodrigandzie.
Obydwaj obcy pobledli pod szminką; kapitan nie zwrócił na to uwagi. Po chwili Cortejo zapytał:
— Jakże się ten człowiek dostał do Harraru?
— Tak samo, jak hrabia. Cortejo oddał Mindrella również w ręce Landoli, a ten go sprzedał do Wschodniej Afryki.
— Dziwne są drogi Opatrzności! — rzekł Cortejo, rozkładając ręce.
— To jeszcze nie wszystko. Pewnego dnia handlarz przywiózł piękną białą niewolnicę. Spodobała się sułtanowi Harraru — chciał ją kupić. Ponieważ nie znała języka i należała do rasy białej, sprowadzono hrabiego, który miał zostać tłumaczem.
— Czy ją zrozumiał? — zapytał Cortejo, trzęsąc się z ciekawości
Landola nie mógł również ukryć zniecierpliwienia.
— Owszem, zrozumiał ją odrazu, — rzekł kapitan. — Po kilku pytaniach wymieniła nawet nazwisko hrabiego. To coś w rodzaju cudu. Zgadnijcie panowie, kto był tą niewolnicą?
— Powiedz pani
— Jeżeli panowie znają tak świetnie stosunki rodu Rodrigandów, wiedzą z pewnością cośniecoś o hacjendzie del Erina. Właściciel tej hacjendy Pedro Arbellez ma córkę imieniem Emma. Ona była tą niewolnicą.
Cortejo zerwał się na równe nogi i zaczął patrzeć na kapitana.
— Emma Arbellez? — zapytał. — To nie może być. Przecież ta dziewczyna...
Omal się nie zdradził. Oprzytomniał pod wpływem tęgiego szturchańca Landoli. Na szczęście Wagner ciągnął dalej:
— Nie wierzycie panowie? Proszę słuchać!
Opowiedział dalsze szczegóły. Gdy doszedł do szczęśliwego odkrycia smutnej wyspy, Landola zawołał:
— Do licha! Istny z pana wilk morski! Wielka to sztuka określić położenie małej wysepki pośród nieskończonego oceanu na podstawie opowiadań dziewczyny, płynącej w tratwie, którą porwały fale.
— Nie moja w tem zasługa — odparł Wagner. — To Sternau określił wysokość i szerokość wyspy, nie posługując się żadnym instrumentem. Emma zapamiętała stopnie szerokości zupełnie przypadkowo.
— Ach, tak! — odparł Landola. — Bądź co bądź Sternau dokonał sztuki nielada.
— To prawda. Przybyliśmy do Indyj Wschodnich. Tam za część skarbu, którą hrabia zabrał sułtanowi, kupiliśmy okręt. Resztę skarbu zużył hrabia na kupno angielskiej pożyczki państwowej, zostawiając sobie tylko klejnoty. Odpłynęliśmy, znaleźliśmy wyspę, zabraliśmy tych nieszczęśliwych i udaliśmy się do Meksyku.
— Dlaczego właśnie tam?
— Chciała tego większość, a zresztą kraj ten leżał najbliżej wyspy. Wylądowaliśmy w Guaymas. Tam otrzymałem rozkaz udania się przez Kap Horn do Veracruz, skąd zawieźć mam do ojczyzny Sternaua i towarzyszy.
— Kiedy mają przybyć do Veracruz?
— To jeszcze niewiadome. Poślę gońca do Meksyku. Przypuszczam, że znajdzie hrabiego w zamku Rodrigandów. Gdyby go nie było, każę szukać w hacjendzie del Erina. Tam otrzymam pewne informacje. No, sennores, mój wolny czas się skończył.
Kapitan spojrzał na zegarek i wstał.
— Dziękujemy z całej duszy! — rzekł Cortejo. — Słowa pańskie wywarły na mnie głębokie, niezatarte wrażenie.
— Tak, sennores, idźcie teraz do kajuty i prześpijcie się. Jutro rano musimy jeszcze pomówić o całej sprawie. Tymczasem dobranoc!
— Dobranoc, sennor!
Wróciwszy do swojej kajuty, Cortejo i Landola rozprawiali jeszcze długo na temat informacyj kapitana. Tymczasem Peters stał niedaleko kajuty, oparty o komin i patrzył w gwiazdy. Nie wiedział, czy się ma myślami swemi podzielić z kapitanem. Usłyszawszy kroki, odwrócił głowę. To kapitan Wagner odbywał swój codzienny przegląd statku. Peters podszedł, zasalutował i rzekł:
— Kapitanie!
— Czego chcesz, mój synu?
— Czy wolno zapytać, kim są nasi dwaj pasażerowie?
— Dlaczego nie spytasz o to sternika?
— Panie kapitanie, to jakaś nieczysta sprawa!
— Dlaczegóż? Jeden jest adwokatem, drugi to jego sekretarz.
— Nie wierzę! Może jeden z nich jest adwokatem, co do drugiego jednak, jestem pewien, że to marynarz.
— Och? Skądże ta pewność?
— Wśród ciemności znalazł sam kajutę pana kapitana, nikogo o nią nie pytając.
— Ach, tak! — rzekł kapitan. — Widzę z tego, że ci się te dwa ptaszki nie podobają.
— Zupełnie mi się nie podobają, panie kapitanie.
— Oświadczam więc, że to ludzie bardzo wykształceni i godni szacunku. Podejrzenia twoje są bezpodstawne. Mam nadzieję, że nie będziesz mnie już niemi dręczyć.
— Rozkaz, panie kapitanie!
Peters odwrócił się niechętnie i wrócił do swojego hamaku. Dotrzymał słowa, danego kapitanowi, ale nie spuszczał z oka podejrzanych pasażerów. — —
Minąwszy obwarowany cypl górski San Juan d’Ulloa, statek zawinął wreszcie do Veracruz.
Obydwaj pasażerowie stali z pakunkami na pokładzie, przygotowani do wyjścia na brzeg. Obok stał kapitan.
— A więc panowie prosto do Meksyku? — zapytał adwokata.
— Tak — odparł Cortejo. — Jeśli tam nie znajdziemy hrabiego Rodriganda, ruszamy do hacjendy del Erina.
— Tą samą drogą uda się mój goniec. Szkoda, że nie może się do was przyłączyć. Wyślę go jutro.
Dopłynęli na łodzi do brzegu, umieścili pakunki w komorze celnej i udali się piechotą do agenta Gonsalva Verdilla, którego mieszkanie znał Landola. Zameldowali się jako obcy, przyjął ich więc, nie siląc się na grzeczność.
— Czem mogę służyć, sennores? — zapytał.
— Chcielibyśmy otrzymać pewną drobną informację — odparł Landola.
— O kogóż chodzi?
— O niejakiego Henrica Landolę, kapitana piratów.
Agent zbladł, spojrzał ze zdumieniem i wyjąkał:
— Nie rozumiem was, sennor,
— Ależ rozumiesz doskonale, stary łotrze!
Agent oblał się potem przerażenia.
— Zapewniam was, sennor, że nie wiem o kim mówicie! — zawołał.
— O kim mówię? O sobie! Czy naprawdę jestem tak dobrze przebrany, że mnie nie poznajesz?
Landola mówił przedtem głosem zmienionym, teraz nadał głosowi zwykłe brzmienie. Na pobladłe policzki agenta wróciły rumieńce. Wyciągnął przyjaźnie rękę. Landola uścisnął ją i rzekł:
— Musiałem się zmienić niebywale, jeżeli człowiek, który podróżował ze mną przez dwanaście lat, nie poznał we mnie swego starego kapitana.
— Sennor capitano, rodzony brat wasby nie poznał! — zapewniał agent.
— W takim razie nie poznajesz także, kim jest mój towarzysz?
Verdillo popatrzył badawczo na Corteja, nie poznał go jednak. Potrząsnął więc głową i rzekł:
— Nie widziałem go nigdy.
— Ależ przeciwnie, widywałeś często, mój przyjacielu, — rzekł Landola. — W Barcelonie.
— Nie przypominam sobie.
— To przecież sam właściciel.
Agent załamał ręce.
— Sennor Cortejo? Czy być może? Nie, co za zmiana! To wielka sztuka tak się zmienić!
— Konieczność wymagała — rzekł Landola. — Czy możesz nam udzielić jakichś informacyj o sennorze Pablu, lub sennoricie Józefie?
— Nie.
— Do djaska! A dlaczego?
— Otrzymałem od sennority list, który miałem wysłać do sennora Gasparina Cortejo. Zaopatrzyłem go numerem 87. Czy list doszedł?
— Tak — odparł Cortejo. — Otrzymałem na dwa dni przed naszym wyjazdem.
— Od tego czasu nie dotarły do mnie żadne wiadomości. W stolicy pełno Francuzów.
— Do kroćset! W takim razie nie można być pewnym dnia, ani godziny.
— Tak, trzymają wszystkich ostro. Imienia Corteja w każdym razie nie należy głośno wymieniać.
— Ani mi to w głowie! Nazywam się Antonio Veridante, jestem pełnomocnikiem hrabiego Alfonsa de Rodriganda. A to mój sekretarz. Zapamiętaj to sobie na wszelki wypadek.
Agent zanotował nazwisko i rzekł:
— Muszę wam jeszcze coś zameldować, sennores. Od kilku tygodni bawi tu człowiek, który codziennie pyta, czy nie było listu od sennora Corteja z Hiszpanji. Pokazał mi pełnomocnictwo, podpisane przez Pabla Corteja, który upoważnia go do odbioru listu. Zjawia się niesłychanie punktualnie o... — agent spojrzał na zegarek i dodał: — Za minutę powinien tu być.
— Jestem bardzo ciekaw — rzekł Cortejo.
Ledwie zdążył wypowiedzieć te słowa, rozległo się krótkie pukanie. Na odpowiedź agenta: — Wejść!stanęła w drzwiach długa, koścista postać. Był to strzelec Grandeprise.
— Nie było żadnego listu? — zapytał uprzejmie.
Na widok przyrodniego brata, którego poznał natychmiast, Landola zacisnął pięści. Opanował się jednak i rzekł do strzelca nieco zmienionym głosem:
— Napróżno czeka pan na list z Hiszpanji, sennor. Gasparino Cortejo wysłał nas, byśmy osobiście pertraktowali z jego bratem. Ponieważ przebywał pan z nim razem, wiadomo sennorowi z pewnością, gdzie się znajduje?
— Jest u sennora Hilaria w klasztorze della Barbara w Santa Jaga. Tam miałem mu list przywieźć.
— Zanim zapytam, — wtrącił adwokat — czy będzie pan łaskaw zaprowadzić nas tam, zechce pan powiedzieć, czy należysz do zwolenników Corteja?
— Nie. Nie uprawiam polityki.
— Jakże więc sennor zetknął się z pretendentem?
— Znalazłem go rannego nad Rio Grande del Norte i uleczyłem.
— Czego tam szukał?
— Pewien Anglik przywiózł Juarezowi złoto i broń. Sennor Cortejo chciał jedno i drugie odebrać. Przy tej okazji doszło do walki z Indjanami; Indjanie zranili go w oczy. Leżał na tratwie, nic nie widząc. W takim stanie znalazłem go później.
— Mój Boże! — zawołał Cortejo. — Więc oślepł?
— Niezupełnie. Jedno oko jest bezwątpienia stracone, lecz drugie uratowaliśmy przy pomocy cudownego zioła.
Grandeprise opowiedział, jak wraz z Cortejem przybył do hacjendy del Erina, znajdującej się w posiadaniu Miksteków, jak się udało oswobodzić Józefę i uciec wraz z nią.
— Cortejo znalazł się w głupiej sytuacji — kończył. — Nie mógł się dostać ani do Francuzów, ani do Indjan. Meksykanie również nie czuli dlań sympatji. Jeden z jego ludzi, niejaki Manfredo, poradził, by się udał do klasztoru della Barbara. W klasztorze praktykuje jako lekarz stryj Manfreda. Cortejo usłuchał rady i został przyjęty do klasztoru.
— Dlaczego pan go opuścił?
— Muszę wyznać szczerze, że towarzyszyłem Cortejowi jedynie dlatego, że obiecał mi spotkanie z niejakim Landolą, którego szukam od lat. Cortejo oświadczył, że oczekuje listu z Hiszpanji; brat ma go poinformować o miejscu pobytu Landoli. Po ten właśnie list przybyłem tutaj.
— Więc tak panu zależy na Landoli? Czegóż od niego chcecie?
— O tem tylko on się dowie.
— Nie musi to być nic dobrego, skoro nie ma pan chęci odkryć swych zamiarów.
Grandeprise wzruszył ramionami.
Zabrał głos Landola:
— Jeżeli sennor zechce nam towarzyszyć do klasztoru della Barbara, ujrzy Landolę. Naznaczyliśmy mu tam spotkanie. Przybędzie do klasztoru w tym samym dniu, co i my.
— Dobrze. Zaprowadzę was.
— Przedtem jednak zboczymy na krótko do Meksyku.
— Na to nie mam czasu.
— W takim razie nie spotka pan Landoli.
Strzelec obrzucił badawczem spojrzeniem obu nieznajomych. Potem uderzył kolbą o ziemię i rzekł:
— Możliwe, że sennores mają zamiar mnie podejść. Oświadczam jednak, że to raczej wam przyniesie szkodę. Zgadzam się na jazdę do Meksyku. Kiedy ruszamy?
— W najbliższej przyszłości. Czy Francuzi zbudowali jakąś kolej na terenie, który mamy przebyć?
— Owszem. Potrzebna im jest do wywożenia żołnierzy z Veracruz, gdzie szaleje żółta febra. Jedzie się niedłużej niż dwie godziny. Prowadzi przez La Soledad do Lomalto.
— W Lomalto niema febry?
— Nie. Tam inny klimat.
— Pojedziemy więc najbliższym pociągiem, przedewszystkiem jednak musimy pokazać w urzędzie celnym nasze pakunki.
— Chcecie, abym był panom pomocny?
— To zbyteczne. Niech pan czeka na nas na dworcu.
— Wierzę, że dotrzymacie panowie słowa i przyjdziecie.
Grandeprise odwrócił się i wyszedł.
— Czego od was chcieć może? — zapytał Cortejo Landolę. — Dlaczego nie zdemaskowaliście się przed nim?
Pah! Nie mam wcale ochoty dostać kulką w łeb, lub bagnetem w bok.
— Do licha! Więc ten człowiek jest do tego stopnia niebezpieczny? Znacie go?
— Doskonale! To przecież mój brat.
Cortejo rozdziawił gębę.
— To wasz brat? I dybie na wasze życie?
— Tak. Od dwudziestu lat szuka mnie, aby się zemścić.
— Za co?
— Za co? Hm, to do rzeczy nie należy.
— Po czyjej stronie jest właściwie prawo?
— Musicie wiedzieć, że po jego. Pozbawiłem go ojcowskiej schedy.
— Pakując mu kulę w łeb, pozbędziecie się go na zawsze.
— Ani mi się śni! Spróbuję połączyć przyjemne z pożytecznem. Będę miał przyrodniego brata za przewodnika.
— A więc to brat przyrodni? W takim razie nie warto się z nim cackać. Śpieszmy do urzędu celnego. Trzeba jak najprędzej opuścić to gniazdo zarazy.
Udzieliwszy agentowi koniecznych poleceń, załatwili sprawę swych pakunków. Na dworcu czekał strzelec. Wsiedli do pociągu. Zawiózł ich w położone na górze okolice Soledad — Lomalto. — — —

∗             ∗

W
krótce po przybyciu statku kapitana Wagnera zawinął do przystani drugi parowiec i zarzucił kotwicę wpobliżu.

Wagner załatwił formalności okrętowe i wydał rozkazy. Miał zamiar wyjść na ląd; febra, szalejąca w mieście, nie odbierała mu ochoty do przechadzki. Polecił spuścić na wodę szalupę. Przy drabince znalazł się obok Petersa. Zobaczywszy go, zapytał z niechęcią:
— No i cóż, mój chłopcze, pomyliłeś się co do tych dwóch obcych?
— Nie, kapitanie.
— Nie? — zapytał kapitan zdumiony i dotknięty.
— Miałem rację. Jeden z nich to marynarz, obydwaj zaś są oszustami. Mogę tego dowieść.
— W jakiż sposób?
— Czy ktoś, kto nosi fałszywe nazwisko, nie jest oszustem?
— Przeważnie tak. Ale czy dotyczy to naszych podróżnych? Paszporty mieli w porządku.
— Być może. Sam na sam jednak posługiwali się innemi nazwiskami.
— Słyszałeś je?
— Owszem, kilkakrotnie, i to wyraźnie. Sekretarz nazywał adwokata sennorem Cortejo, adwokat zaś sekretarza kapitanem, lub sennorem Landolą.
Wagner odskoczył, jakby go ktoś zmierzył pięścią w pierś.
— Łotrze, dlaczego mi o tem nie zameldowałeś?
— Meldowałem dwukrotnie, ale pan kapitan zabronił przecież mówić o tych ludziach. Wiem, że powinienem słuchać.
— Przeklęta historja!
Kapitan wszedł na pokład i zaczął przemierzać go wielkiemi krokami.
Ach! Teraz mi się wiele wyjaśnia! — mniemał. — Dlatego byli tak dobrze poinformowani o sprawach Rodrigandów. Zachowałem się jak idjota, jak sztubak. Trzeba to koniecznie naprawić. Hola, Peters!
Peters podbiegł, zasalutował.
— Włóż prędko odświętną bluzę; pójdziesz ze mną na ląd. Czy potrafisz poznać tych dwóch ananasów?
— Poznam z odległości dziesięciu mil.
— Śpiesz więc! Musimy ich odnaleźć!
Peters, zachwycony, że kapitan go wyróżnia zabierając ze sobą, oddalił się. Po chwili wrócił przybrany odświętnie.
Wsiedli do szalupy i podpłynęli do brzegu. Przy lądowaniu wzrok kapitana padł na wielkie, rozległe cmentarzysko, pełne grobów.
— To cmentarz Francuzów, — rzekł — których pod tutejszem tropikalnem niebem strawiła gorączka. Te lekkomyślne bestje nazywają go jardin d’acclimatation — ogrodem aklimatyzacji.
— Tak, kto tu leży, ten się już zaaklimatyzował, — mruknął Peters.
Poczęli przeszukiwać miasto. Obiegli kilkakrotnie wszystkie ulice. W urzędzie celnym dowiedzieli się, że niejaki Antonio Veridante zgłaszał się z pakunkami.
Weszli znowu do gospody, w której byli przed chwilą, szukając Corteja i Grandeprise’a. Kapitan był rzetelnie zmęczony.
— Odpoczniemy przez chwilę — rzekł, podchodząc do jedynego wolnego stolika.
Podszedłszy bliżej, omal nie cofnął się w najwyższem przerażeniu. Przy stoliku siedziało dwóch mężczyzn. Wagner zląkł się jednego z nich, starszego wiekiem od towarzysza. Człowiek ten ubrany był w zwykły strój strzelecki. Nos kolosalnych rozmiarów sterczał mu między oczami, jak kij potężny.
Zmieszanie kapitana nie uszło uwagi „nosala“. Ściągnął usta, wypluł grubą smugę brunatnego soku tytuniowego, pociągnął olbrzymi haust wina i rzekł:
— Nie bójcie się, sennor, on wam nic złego nie zrobi. To najpotulniejszy nos na świecie.
Wagner roześmiał się.
— Więc mogę tu spokojnie usiąść?
— W imię Boże! Od mego nosa nie dostaniecie febry.
Towarzysz „nosala“ wyglądał tak dostojnie, że Wagner skłonił się mechanicznie i zameldował krótko:
— Kapitan marynarki Wagner.
— Porucznik Unger — brzmiała odpowiedź.
Nosal przedstawił się również.
— Kapitan dragonów Sępi Dziób.
Wagner nie mógł sobie zdać w pierwszej chwili sprawy, czy to nie żarty; nie miał czasu na zastanawianie się — przyglądał się tylko porucznikowi. Zwróciło to uwagę Ungera, który rzekł z uprzejmym uśmiechem:
— Mam wrażenie, żeśmy się kiedyś widzieli.
— Wątpię, sennor. Jest pan jednak niesłychanie podobny do pewnego mego towarzysza, który nosi w dodatku pańskie nazwisko.
Na twarzy Kurta pojawił się wyraz wielkiego napięcia.
— Skądże pochodzi ten towarzysz?
— Z Reinswaldenu, niedaleko Moguncji.
Rozmowa toczyła się dotychczas w języku hiszpańskim; wielka radość jednak, podobnie jak wielki ból, szuka zwykle wyrazu w mowie ojczystej. Kurt skoczył więc na równe nogi i zawołał po niemiecku:
— To mój ojciec! Pan zna mego ojca? Co za niespodzianka!
— Pan jest Niemcem? — zapytał Wagner również po niemiecku.
— Oczywiście. Panie kapitanie, gdzie pan spotkał mego ojca? Gdzie się pan z nim rozstał, gdzie teraz przebywa?
— Tego dokładnie nie wiem; w każdym razie w Meksyku. Przybyłem tu na swym statku, aby ojca pańskiego i jego towarzyszy zawieść do ojczyzny.
Usiedli. Kurt zaczął prosić:
— Panie kapitanie, proszę o wiadomości o ojcu.
— Chętnie, drogi panie, proszę jednak o nieco cierpliwości. Wszedłem tu tylko na szklankę wina, poluję bowiem na kogoś. Szukam dwóch złoczyńców. Muszę ich schwytać.
— Złoczyńcy? Cóż uczynili?
— Co uczynili? Ci ludzie... Pan z pewnością zna tych łotrów! To Landola i Gasparino Cortejo.
Kurt pobladł z radości.
— Landola i Gasparino Cortejo? Szuka ich pan tu, w Meksyku, w Veracruz?
— Tak jest, panie poruczniku. Stoi przed panem największy osioł, jakiego kula ziemska kiedykolwiek nosiła. Wiozłem obu na swym statku z Rio de Janeiro, nie przeczuwając, kim są. Ten zwyczajny marynarz nabrał co do nich podejrzenia, zwracał na nich moją uwagę, ale nie dawałem wiary. Dopiero wtedy dowiedziałem się, kim są, gdy opuścili statek. Szukam ich teraz po wszystkich knajpach i ulicach, ale napróżno.
Kurt słuchał uważnie, po chwili rzekł:
— Jest pan przekonany, że to byli Cortejo i Landola? W takim razie przybyli tutaj, by dokonać pewnego pociągnięcia, do którego nie możemy dopuścić. Ma pan rację. Teraz nie czas na rozmowy! Musimy dostać w swe ręce tych obydwu łotrów. Jakże byli ubrani?
Kapitan opisał dokładnie ich ubiór i wygląd zewnętrzny.
— To chwilowo wystarczy — rzekł Kurt. — Reszta na później. Przeszukał pan całe miasto?
— Tak. Niestety, bez rezultatu.
— Był pan na dworcu?
Poczciwy kapitan stropił się.
— Na dworcu? O tem nie pomyślałem.

— Nie pomyślał pan? — zapytał Kurt ze zdumieniem. — Sądzę, że przedewszystkiem należało zasięgnąć języka na dworcu. Komu śpieszno, ten nie jedzie konno, ani dyliżansem, tylko koleją. Ruszajmy więc na dworzec! — — —


V
PUSTY GRÓB

Cortejo, Landola oraz strzelec Grandeprise dowiadywali się na dworcu w Veracruz o następny pociąg w kierunku podgórza. Spotkany przypadkowo urzędnik okazał się konduktorem, prowadzącym pociąg. Spojrzawszy na pytających, wzruszył ramionami i odparł:
— Następny pociąg odchodzi za dziesięć minut. Panowie chcą nim jechać?
Cortejo potwierdził skinieniem głowy.
— Bardzo mi przykro, ale będą panowie musieli szukać innej okazji. Przewozimy tylko wojsko i osoby urzędowe.
— Przykra historja. Bardzo przykra! — rzekł Cortejo. — Śpieszy nam się bardzo.
— Nie macie panowie odpowiednich dokumentów, poleceń?
— Niestety, nie. Mamy tylko paszporty prywatne.
Hm. Do jakiej narodowości panowie należą?
— My dwaj jesteśmy Hiszpanami, ten sennor zaś jest strzelcem amerykańskim.
— To bardzo niedobrze. Nie wolno nam przewozić Hiszpanów, tem bardziej zaś Amerykan.
Grandeprise wyciągnął portfel i rzekł:
— Sennor, mam pewien dokument.
— Tak? Naprawdę? Dobry?
— Mam nadzieję, że tak.
— Niech pan pokaże.
Strzelec wyciągnął dwudziestodolarowy banknot i podał konduktorowi.
— Czy można mieć lepszy bilet jazdy od tego?
Urzędnik skinął głową z uśmiechem.
— To prawda. Bilet jest tak dobry, że mogę tylko życzyć towarzyszom pańskim, aby mieli takie same.
Cortejo wyciągnął dwa stufrankowe banknoty.
— Niech pan pozwoli, abyśmy się panu przedstawili.
Konduktor wyciągnął łapę i rzekł:
— Dokumenty te są wprawdzie doskonałe, ale mimo to trzeba być ostrożnym. Czy ma pan paszport hiszpański?
— Tak. Nazywam się Antonio Veridante. Jestem adwokatem z Barcelony.
— A pański towarzysz?
— To mój sekretarz. Oto nasze paszporty.
— Doskonale, wszystko w porządku. Mogą panowie jechać, ale tylko w moim przedziale. No trzeba wsiadać. Już czas najwyższy!
— Jesteśmy gotowi.
— A więc proszę wsiadać!
Otworzył przedział służbowy i wsunął ich do środka. Na kilka minut zostali sami.
— Jakie szczęście — rzekł Landola. — Niewiele brakowało, a bylibyśmy zostali.
Pah! — zauważył strzelec. — Ci panowie konduktorzy umieją brać porządnie.
— Była to właściwie nierozwaga — wtrącił Cortejo.
— Nierozwaga? — powtórzył Grandeprise. — Czyż wyrzucenie przez okno dwudziestu dolarów można nazwać nierozwagą?
Cortejo zrozumiał znaczenie słów strzelca. Wyciągnął stufrankówkę.
— Oto macie. Zapłaciliście przecież za nas.
— Właściwie zapłaciłem za siebie, ale nie chcę nie mogę obrażać was odmową. Dziękuję!
Lokomotywa dała znak; konduktor zagwizdał i wsiadł do wagonu. Pociąg ruszył.
W Lomalto oczekiwano przyjazdu pociągu. Dworzec miał wygląd ściśle wojenny. Uwijało się po nim moc żołnierzy, których miano odwieźć pociągiem nad morze — do Veracruz — a stamtąd do kraju. Przybyłe wagony przyczepiono do pociągu, idącego zpowrotem do Veracruz. Napełnili je w jednej chwili żołnierze, uszczęśliwieni, że wracają do domu.
Przed dworcem oczekiwał podróżnych dyliżans pocztowy, idący do stolicy Meksyku. Nasi trzej towarzysze kupili bilety. Cortejo i Landola weszli do przedziału. Grandeprise, który był amatorem świeżego powietrza i pięknych widoków, wyszedł na górną platformę i rozlokował się na niej.
Landola i Cortejo mogli teraz swobodnie rozmawiać. Gdy wagon ruszył, Cortejo rzekł:
— Jakie to szczęście, że jesteście przebrani. Kto wie, coby się stało, gdyby ten łotr was poznał.
— Coby się stało? Pah! Wolę wprawdzie, by nie wiedział, że znalazł, kogo szuka, nie wynika z tego jednak, żebym się go musiał obawiać. Potrafię dać sobie radę z każdym, kto mi stanie w drodze, bez względu na to, czy to swój, czy obcy.
— Jakie macie względem niego zamiary?
— Chce mojej skóry, trzeba go więc pogłaskać pod włos. Teraz jest nam potrzebny i może być pożyteczny. Spławi go się, kiedy straci dla nas wartość.
— Doskonale! Wierzycie w jego opowiadanie o sennorze Hilario?
— Wierzę święcie.
— Sądzicie więc, że u tego Hilaria znajdziemy brata mego, lub przynajmniej natrafimy na jego ślad?
— Jestem pewien. Dlatego właśnie musimy jak najprędzej załatwić nasze sprawy w stolicy i udać się co rychlej do klasztoru della Barbara,
— Nasze sprawy w stolicy? Hm. Co przez to rozumiecie?
— Myślę jedynie o tym przeklętym pogrzebie.
— To jeszcze nie wszystko. Mam w Meksyku o wiele więcej do załatwienia.
— Ciekaw jestem, co? — rzekł Landola z powątpiewaniem.
— Posiadłości Rodrigandów nie mają obecnie pana.
— Znajdzie się już jakiś pan.
— Zapominacie, że hrabia Fernando zmarł pozorną śmiercią; nie pamiętacie również, iż brat mój skazany został na banicję. W rezultacie nikt nie zarządza posiadłościami.
— Nie wątpię, że zajął się niemi rząd.
— Sądzicie, że je skonfiskowano?
— Nie. Przecież formalny właściciel, hrabia Alfonso, nie został wygnany z kraju i posiada wszystkie prawa.
— Przypuszczacie więc, że rząd zajął się administracją? Mam wątpliwości.
— Dlaczegóż to? — badał Landola.
Hm! O jakimże to rządzie myślicie?
— O cesarskim.
— Cesarz Maksymiljan bez pozwolenia i zgody marszałka Basaine’a nie może niczego przedsięwziąć.
— W takim razie rządem jest francuska okupacja.
— Ona miałaby administrować posiadłościami Rodrigandów? Okupanci nie mają na to czasu.
— Wasz brat ciągnął z tych dóbr zyski, dlaczegóż Francuzi mieliby być głupsi od niego? Musimy przeczekać; nic innego nam nie pozostaje.
— Jestem innego zdania. Czyż nie mam w kieszeni dowodu, że jako ajentowi hrabiego Alfonsa polecono mi uporządkować jego sprawy?
— Owszem. Chodzi tylko o to, czy ten dowód będzie respektowany. Zobaczymy zresztą.
— W każdym razie postaram się wkraść w Meksyku do pałacu Rodrigandów, aby zasięgnąć języka.
— Cóżto pomoże? Narazimy się na niebezpieczeństwo zdemaskowania.
— Wykluczone. Mam dobre papiery. Jestem zmieniony — nikt mnie nie pozna.
— Róbcie, co chcecie! Mam nadzieję, że pozwolicie, abym podczas waszego pobytu w pałacu siedział w jakiemś bezpiecznem miejscu. — —
Trzej nasi podróżni zajechali w Meksyku do gospody. Landola i Grandeprise pozostali w pokojach, Cortejo zaś udał się wkrótce po przyjeździe do pałacu. Po obydwóch stronach bramy wznosiły się budki szyldwachów. Stała przed niemi straż honorowa, co wskazywało, że w pałacu mieszka wysoki wojskowy. Cortejo chciał wejść, ale straż go zatrzymała.
— Do kogo pan idzie?
— Który z oficerów tutaj kwateruje?
— Generał Clausemonte.
— Dziękuję! Nie chcę mu wcale przeszkadzać. Chcę pomówić z właścicielem tego domu.
— Chodzi panu o administratora? Parter na prawo.
Wszedłszy na korytarz, Cortejo ujrzał na drzwiach tabliczkę z napisem: Administracja. Zapukał, odpowiedziano: — Wejść! — Znalazł się w pokoju, w którym przy biurkach pracował szereg urzędników. Jeden z biuralistów podszedł doń i zapytał:
— Czego pan sobie życzy?
— Chcę pomówić z panem administratorem.
— Administrator je śniadanie.
— Proszę mnie zameldować!
— Nie mam na to pozwolenia. Nie życzy sobie, aby go niepokojono.
Cortejo przybrał pozę pełną godności i rzekł:
— Prosiłem o zameldowanie mnie i to pan uczyni!
Ton Corteja zrobił — zdaje się — swoje, gdyż urzędnik, zdziwiony, zapytał:
— Kim jest sennor?
— To rzecz administratora. Proszę powiedzieć, że pewien pan z Hiszpanji chce z nim pomówić natychmiast o posiadłościach hrabiego i ich administracji.
— Ach, to zmienia postać rzeczy. Gdyby pan to zmiejsca oświadczył, zameldowałbym pana natychmiast. Proszę przejść ze mną do sąsiedniego pokoju i zaczekać na pana administratora.
Urzędnik zaprowadził Corteja do pokoju i zostawił samego. Pokój przypominał raczej elegancki buduar, aniżeli biuro.
Hm! — mruknął Cortejo. — Zdaje się, że ten pan administrator żyje bardzo po pańsku. Może Landola miał rację.
Po jakimś kwadransie rozległ się odgłos kroków. Wszedł elegant, ubrany podług ostatniej mody francuskiej. Sposób strzyżenia brody i wąsów nie pozostawiał wątpliwości, że to Francuz. Spojrzał chłodno na Corteja i, nie kłaniając się, zapytał:
— Z kim rozmawiam, monsieur?
— Nazywam się Antonio Veridante.
— Sądząc z nazwiska, jest pan Hiszpanem?
— Tak. Jestem adwokatem z Barcelony, ajentem i pełnomocnikiem hrabiego Alfonsa de Rodriganda.
Ach! A dowody?
— Oto są.
Podał Francuzowi papiery. Przeczytawszy, Francuz rzekł chłodno:
— Doskonale! Przykro mi jednak bardzo, ale te papiery nie są wystarczające.
— Co? Wątpi pan w ich prawdziwość?
— Skądże znowu. Przybywa pan do Meksyku prosto z Rodrigandy lub Barcelony?
— Tak.
— Przedtem nie był pan ani w Paryżu, ani w Madrycie?
— Nie.
— W takim razie napróźno się pan fatygował. Powinien się pan był przedtem przedstawić francuskiemu posłowi w Madrycie, lub przedstawicielowi rządu hiszpańskiego w Paryżu.
— Uważałem to za niepotrzebne. A więc, zdaniem pana, zawiadomienie poselstwa jest konieczne?
— Tak.
— Można to będzie załatwić przez przedstawiciela rządu hiszpańskiego w Meksyku.
— Jest tu wprawdzie taki urzędnik, ale kompetencja jego nie sięga daleko.
Ach! Dowiem się, czy tak jest istotnie.
— Dobrze, mój panie! — odparł administrator nie mogąc ukryć zadowolenia z tego, że mu się udało dokuczyć przybyszowi.
— Jestem adwokatem i znam ustawy! — rzekł Cortejo groźnym tonem.
— Na pierwszą część zdania zgadzam się, co do drugiej jednak mam pewne wątpliwości.
— Chce mnie pan obrazić, sennor?
Francuz obrzucił Hiszpana lekceważącem spojrzeniem.
— Ani mi przez myśl nie przeszło!
Spojrzenie Francuza doprowadziło Corteja do wściekłości, rzekł więc ze złością:
— Mimo to wątpi pan w moją znajomość ustaw!
— Tak, wątpię. Pańskie przekonanie, że wystarczy tu interwencja hiszpańskiego pełnomocnika, byłoby uzasadnione w czasach pokoju. Obecnie panuje stan wojenny.
— Do kroćset, niech was djabli porwą!
— Słowa pańskie nie są zbyt uprzejme, tym jednak razem udam, że ich nie słyszałem. A więc, prowadzimy wojnę. Cesarz stwierdził, że posiadłości Rodrigandów nie mają pana, postanowił więc, by przeszły pod administrację państwową. W okresie trwania stanu wyjątkowego mogę uznać pańskie pełnomocnictwo tylko w tym wypadku, gdy rząd pozwoli panu ująć w ręce zarząd dóbr. O pozwolenie to musi się pan postarać osobiście, albo przez pełnomocnika w Hiszpanji, bądź też przez posła hiszpańskiego we Francji.
— A więc chce mnie pan znowu wysłać za ocean? Czy nie mógłbym przynajmniej pobieżnie zaznajomić się ze stanem interesów?
— Nie mogę się na to zgodzić.
— Zarząd znajdował się dotąd w rękach sennora Pabla Corteja, nieprawdaż? Dlaczego go odebrano?
— Człowiek ten został jako buntownik i zdrajca skazany na banicję, nie może więc piastować urzędu.
— Gdzie przebywa teraz?
Francuz wzruszył ramionami.
— Skądże ja mogę o tem wiedzieć? Nie należę do żandarmerji. Zupełnie mi to obojętne, gdzie się ten Cortejo znajduje. Uważam go bowiem nietylko za buntownika, ale za tchórzliwego, pozbawionego czci i wiary łobuza i oszusta.
— Sennor! — zawołał Gasparino Cortejo, tracąc panowanie nad sobą.
— Mój panie?
— Pan znieważa Pabla Corteja! Czy ma pan dowody na swoje twierdzenie?
— Ile tylko pan zechce.
— Niech je pan przedstawi.
— Panu? — rzekł Francuz, śmiejąc się głośno. — Narazie nie ma pan prawa nic ode mnie wymagać. Pańskie serdeczne zainteresowanie się osobą Corteja wzbudza we mnie podejrzenia.
— Na nikogo nie rzucam podejrzeń, nie mając dowodów!
— Ja także tego nie czynię. Oświadczam tylko, że dowodów mam, ile pan tylko zechce. Dowodem jest każda niemal pozycja książek, które prowadził, każda cyfra, w nich zawarta. Oszukał hrabiego Rodrigandę na ogromne sumy. Już za te sprzeniewierstwa zasługuje na stryczek. Fakt, że zachciało mu się prezydentury, jest błazeńskiem szaleństwem.
— A więc naprawdę przebywa poza granicami kraju?
— Tego nie wiem. Ma mi pan jeszcze coś do powiedzenia?
— Wobec takiego stanu rzeczy — nic.
— Przykro mi, że mnie pan niepokoił. Żegnam. Adieu!
Notarjusz został sam w pokoju. Nigdy w życiu nie spotkał go podobny afront.
— Czekaj, chłopcze, ja ci jeszcze pokażę! — rzekł, zgrzytając zębami. — Przyjdzie chwila, w której odpłacę ci pięknem za nadobne.
Cortejo opuścił pałac. Gdy przechodził przez ostatni pokój, obrzuciły go szydercze spojrzenia pochylonych nad aktami urzędników. Udał, że ich nie widzi. Na ulicy zapytał o adres pełnomocnika hiszpańskiego i poszedł tam natychmiast. Wpuszczono go po długiem wyczekiwaniu. Ku swemu oburzeniu dowiedział się, że administracja dobrze go poinformowała. Nie pozostało nic innego, tylko wrócić do Landoli, nie załatwiwszy sprawy. Landola czekał na Corteja z wielką niecierpliwością.
— Mam wrażenie, że was spotkało coś niemiłego.
— Nie mylicie się — odparł Cortejo z niezadowoleniem i w krótkich słowach opowiedział, co mu się przytrafiło.
— A więc ta sprawa wygląda beznadziejnie — rzekł Landola. — Cóż teraz poczniemy?
— Musimy napełnić trumnę. Zaraz potem pojedziemy do klasztoru della Barbara.
— Czemże napełnimy trumnę?
Mimo, iż byli sami w pokoju. Cortejo rzekł ostrzegawczo:
— Nie tak głośno. Mógłby ktoś usłyszeć. Pytacie, czem napełnimy trumnę? Oczywiście włożymy do niej trupa.
— Dowiemy się, kto gdzie umarł, zrabujemy trupa i złożymy go do grobowca Rodrigandów, do pustej trumny don Fernanda, czy tak?
— Byłoby to szaleństwem. Jesteście chyba tego samego zdania, co ja, że wrogowie nasi mogą nam umknąć?
— Tak. Byłaby to djablo przykra historja!
— W takim razie przybędą do stolicy i zajmą się przedewszystkiem przeszukaniem grobowca.
— To bardzo prawdopodobne i równocześnie bardzo dla nas korzystne. Znalezienie zwłok rozwiałoby wątpliwości, czy don Fernando istotnie umarł.
Ach! — rzekł Cortejo tonem wyższości.
— No tak. Jesteście przeciwnego zdania?
— Najzupełniej przeciwnego. Niechże mi sennor secretario powie w swej mądrości, coby, jego zdaniem, ludzie ci naprzód zrobili z trupem?
— Oczywiście zaczęliby badać.
— I cóżby zauważyli?
Landola obrzucił Corteja pytającem spojrzeniem. Czując, że nie trafi w sedno rzeczy, rzekł z szyderczym uśmiechem:
— Zauważyliby przedewszystkiem, że to zwłoki zmarłego człowieka.
— To prawda. Równocześnie stwierdzonoby jednak, kiedy i na jaką chorobę nieboszczyk umarł.
— Do licha! Macie rację. Teraz was rozumiem. Musimy mieć trupa mniej więcej z tego okresu, w którym pogrzebano don Fernanda.
— Skądże go weźmiemy?
— Oczywiście z cmentarza.
— Doskonale! Trzeba go odszukać i wieczorem odkopać.
— Dzień i rok zgonu odczytamy z nagrobków.
— Nareszcie zrozumieliście rzecz całą.
— A ubranie?
— O to się nie martwię. Po drodze informowałem się w tym względzie u lekarza, który jest równocześnie chemikiem.
— Do kroćset! To było niebezpieczne. Jeśli miał trochę sprytu, mógł przejrzeć wasze zamiary.
— Przypuszczacie, że byłem na tyle nieostrożny? Wymienił mi poprostu cały szereg środków, które zmienić mogą najtrwalsze ubranie w spadające z ciała łachmany.
— Oczywiście, łachmany te nie robią wrażenia zwęglonych, a wyglądają, jak zniszczone, przegniłe, nieprawdaż?
— Tak. I zadają kłam wszelkim podejrzeniom.
Hm, to byłoby niezłe. Ale skąd wziąć ubranie?
— Od pierwszego lepszego krawca, lub handlarza.
— Musi być jednak podobne do tego, w którem pochowano hrabiego.
— Syn mój opisał mi dokładnie całą uroczystość pogrzebową. Zapamiętałem, co mówił o ubraniu hrabiego.
— Obeszłoby się i bez tego. Przyniesiono mi przecież „trupa“ na statek w tem samem ubraniu, w którem go pochowano. Przypominam je sobie dokładnie.
— Doskonale. Będziemy zresztą razem kupowali ubranie.
— Oczywiście. Pomówmy jednak o rzeczy najważniejszej. Wykopiemy trupa. Czy ludzie nie zauważą tego następnego dnia?
— Trzeba się będzie mieć na baczności.
— Przeklęta historja! Jakżeż zdobędziemy haki, łopaty, latarnie, deski i drabinę?
— Latarnie trzeba będzie kupić, resztę znajdziemy chyba na cmentarzu. Grabarze mają zwykle schowki do narzędzi.
— Musimy się o tem najśpieszniej przekonać. Przedtem jednak rzecz najważniejsza — potrzebujemy kogoś, kto będzie stał na warcie, tak, byśmy mogli pracować spokojnie i w razie niebezpieczeństwa uciec wczas.
— Mamy tego kogoś. Będzie nim wasz brat.
— Ach, on! Da się namówić — to skończony półgłówek. Nienawidzi mnie. Wyzyskując tę nienawiść, opowiem mu jakąś bajkę i skłonię, aby nam pomagał. Teraz śpi na podwórzu, na kamieniach. Niech śpi tymczasem spokojnie. Jesteście gotowi?
— Tak. Chodźmy!
Wyszli z gospody. Dzięki wielkiej ilości wojska w mieście, panował na ulicach ożywiony ruch. Na twarzach żołnierzy nie było wyrazu zwycięstwa. Niższe sfery przeczuwały to, o czem wyższe już wiedziały — panowanie cesarza dobiegało kresu.
Szli, rozpytując o drogę. Znaleźli się wreszcie przed otwartą bramą cmentarza.
Było południe. Słońce prażyło okrutnie. Na całym cmentarzu nie było żywej duszy. Cortejo i Landola weszli przez bramę cmentarną i, korzystając z samotności, rozpoczęli poszukiwania. Bez trudu znaleźli grobowiec Rodrigandów, opatrzony w żelazne drzwi.
— Czy będzie je można otworzyć? — zapytał Cortejo.
— Musimy postarać się o narzędzia — odparł Landola.
— U kogo? U ślusarza? Nie wolno nam brać wytrycha.
— Zapominacie, że jesteśmy w Meksyku. Pieniędzmi można tu wszystko zdziałać.
Szli wśród drobnych budynków, odczytując napisy.
— Muszą to być również grobowce — rzekł Landola.
— Tam do licha, wpadła mi pewna myśl do głowy! A gdyby tak zrezygnować z haków i łopat? Gdyby się okazało, że niema potrzeby otwierania grobów? Widzicie ten długi szereg grobowców?
— Zgaduję, co zamierzacie. To dobry pomysł!
— Wobec tak wielkiej liczby grobowców musi się przecież znaleźć trup odpowiedniej daty. Poszukajmy. Te niesamowite sypialnie zamknięte są przeważnie żelaznemi kratami, przez które można popatrzeć. Może zobaczymy jakiś napis, który nam będzie drogowskazem.
Wiercili się wśród grobowców, szukając napisów. Po jakimś czasie Cortejo stanął przed jedną z krat i rzekł:
— Czytajcie, sennor secretario! Tam, na tylnej ścianie.
Landola spojrzał przez kratę. Wielka ilość kamieni z napisami dowodziła, że w grobowcu leży wiele trupów.
— Myślicie o tym napisie na górze? — zapytał. — Hm. Zmarły był bankierem. Miał czterdzieści siedem lat. Umarł przed osiemnastu laty.
— W sam raz. Cóż wy na to?
— Hm. Macie rację. Ale jak znaleźć właściwy grób?
— Porównajcie inne napisy co do daty śmierci.
Landola spełnił polecenie i rzekł:
— Rozumiem. Ten bankier jest ostatnim trupem, którego tu pogrzebano. Grób jego jest zapewne najlepiej utrzymany...
— ...i będzie go można bardzo łatwo odszukać. Musicie mi jednak naprzód odpowiedzieć na najważniejsze pytanie. Czy potraficie zachować w podziemiach zimną krew?
— Do licha! Sądzicie, że się boję?
— Jednakże jest różnica między zbrojną walką z wrogiem żywym, a zejściem w ciemną noc do podziemi, dotknięciem trupa, rozebraniem go, włożeniem nań innego ubrania.
— To się zrobi. Wszystko mi jedno, czy mam ubierać żywego człowieka, czy też umrzyka. Nie lękałbym się, gdyby to nawet był sam djabeł. Przeciwnie, gdyby się zerwał na równe nogi, poprosiłbym go o przypalenie papierosa. Jeżeli więc chodzi o moja osobę, możecie się nie obawiać. Uważajcie na siebie, aby wam ze strachu nie przyszła chętka do ucieczki.
— Jestem o siebie zupełnie spokojny. Ale wasz brat?
— On trupa wcale nie zobaczy. Będzie stał na warcie. Nie powinien nawet widzieć, co robimy z truposzem. Powiemy mu tylko to, co uznamy za konieczne. No, trzeba się teraz rozejrzeć za drabiną!
Znaleźli drabinę w kącie cmentarza, gdzie grabarz zwykł był przechowywać narzędzia. Załatwiwszy na cmentarzu wszystko, co uplanowali, wrócili do miasta. U handlarza ubrań kupili odpowiedni przyodziewek.
Wrócili do gospody na obiad. Nie chcąc zwracać na siebie uwagi, postanowili spożyć go w swoim pokoju. Kazali podać trzy nakrycia, gdyż Grandeprise obudził się tymczasem. Nie zachwycał go wyszukany obiad. Widać było, że jest w nienajlepszym humorze. Gdy Landola zapytał o przyczynę, Grandeprise mruknął:
— Niech się djabeł cieszy, master, ja nie mogę? Cóż mam robić w Meksyku, w tej nudnej dziurze? Spać? Także przyjemność!
Ach! Nudzicie się? Obejrzyjcie miasto.
— Znam je dostatecznie. Muszę jechać do Santa Jaga.
— Skoro tylko załatwimy nasze sprawy, pojedziemy razem z wami. Moglibyśmy wyruszyć już jutro. Ale z powodu pewnych przeszkód trzeba będzie podróż odłożyć. Mamy jednak nadzieję, że uda nam się znaleźć człowieka, któremu będziemy mogli zaufać.
Grandeprise spojrzał na Landolę badawczym wzrokiem i rzekł:
— Szukacie człowieka, któremu można zaufać? Do kroćset, więc już nie macie do mnie zafania?
Hm! — mruknął Landola po chwili namysłu. — Tak i nie. Chodzi tu o tajemnicę.
— Interes handlowy?
— Nie.
— Czy nie mógłbym wam być pomocny?
Landola potrząsnął głową.
— Formalnie zmuszacie mnie do mówienia. Dobrze więc — powiem. Chodzi tu — — o rzecz, w której — możecie nam wiele pomóc. Gdybyśmy to załatwili, możnaby wyruszyć do Santa Jaga — — jutro rano, ale... ale...
Grandeprise nie mógł się doczekać chwili, w której ujrzy brata. Spodziewał się go znaleźć w klasztorze. Dlatego perspektywa dłuższego pobytu w Meksyku zniecierpliwiła go niesłychanie. Ściągając ponuro brwi, rzekł:
— Żądam podania przyczyny, dla której nie możecie mieć do mnie zaufania.
— To prawie niemożliwe, jesteście bowiem przyjacielem tego, tego... — ach, zagalopowałem się!
Zaciekawienie strzelca wzrosło jeszcze bardziej.
— Czyim to jestem przyjacielem? Mówcie!
— Jesteście przyjacielem Landoli, przeciw któremu zwraca się nasza akcja.
— Ja przyjacielem Landoli? Mylicie się! — Grandeprise zacisnął pięści i uderzył w stół tak mocno, że szklanki podskoczyły. — Od kilkunastu lat uganiam się za nim. Szukam go, jak szatan szuka niewinnej duszy. Skoro go znajdę, rozerwę w swych szponach jak szatan!
Grandeprise mówił przez zaciśnięte usta. Landola doznał niesamowitego uczucia, nie zdradził się jednak, przeciwnie — udawał, że jest zachwycony słowami strzelca.
Hola! Jakie szczęście, że znajdujemy w was sprzymierzeńca!
— Naprawdę chcecie się do niego zabrać? Nie oszukujecie mnie? Służę wam z całego serca. Powiedzcie tylko, co mam czynić.
Aby zachować pozory, Landola obrzucił Corteja pytającem spojrzeniem. Cortejo skinął głową i rzekł:
— Sądzę, że możemy zaufać. Wygląda na uczciwego człowieka. Przypuszczam, że nie wywiedzie nas w pole.
— Ja miałbym was wywieść w pole? Ja? — zawołał Grandeprise. — Sennores, wystawcie mnie na próbę, a przekonacie się, że możecie na mnie liczyć!
— Więc dobrze — rzekł Landola. — Chodzi o mały spacer na cmentarz.
— Idę z wami.
— Poszlibyście tam i nocą?
— Wszystko mi jedno. Cóż będziecie robić na cmentarzu?
— Chcemy wpaść na trop pewnego szelmostwa Landoli.
Ach, zaczynam rozumieć.
— Doskonale! Czy wiadomo wam, że Landola mieszkał dawniej w stolicy? Miał tam kochankę.
— Biedna dziewczyna! Lepiejby jej było w małżeństwie z djabłem!
— Nie wyszła zamąż ani za djabła, ani za Landolę. Poślubił ją inny małżonek, nie mniej okrutny, niż tamci dwaj, — śmierć!
— Do kroćset! Umarła? A raczej — musiała umrzeć?
— Tak przypuszczamy. Stała mu się zawadą. Był z nią zbyt szczery.
— Wiedziała, kim jest Landola?
— Zdaje się. Gdy ją chciał opuścić, postanowiła go zdradzić. Na drugi dzień już nie żyła.
— Ach, więc ją zamordował?
— Bezwątpienia. Przeczuwając przyczynę jej śmierci, wezwałem kilku lekarzy. Lekarze oświadczyli po skrupulatnem badaniu, że śmierć spowodował atak apoplektyczny.
Hm. A jednak był u niej poprzedniego wieczora. Doszło między nimi do sprzeczki, a rano zmarła, nieprawdaż?
— Tak, w każdym razie rzecz to dziwna. Właśnie dlatego, jako stryj biednej dziewczyny, zażądałem zbadania trupa przez lekarzy. Kazałem aresztować tego łotra. Uwolniono go jednak, mnie zaś ukarano za bezpodstawne oskarżenie. Od tej chwili Landola i jego ludzie prześladowali mnie nieustannie. Popadłem w biedę. Dzieci poumierały — trudno ustalić powody — żona też zeszła do grobu. Po każdem tego rodzaju nieszczęściu zjawiał się Landola. Ogarnęła mnie straszliwa złość i nienawiść. Wiedząc, że na drodze sądowej niczego nie osiągnę, poprzysiągłem sobie, że zemszczę się na nim wcześniej czy później.
— Ten sam wypadek, co ze mną. Zupełnie ten sam!
— Starałem się go odnaleźć, napróżno. Mijały lata. Dowiedziałem się, że łączą go bliskie stosunki z Gasparinem Cortejem. Udałem się do Hiszpanji, zostałem sekretarzem sennora Veridante, którego Cortejo wysłał teraz do Meksyku jako swego pełnomocnika. Zostaliśmy przyjaciółmi. Cortejo nie przeczuwał nawet, że przeddzień naszego odjazdu zdradza miejsce pobytu mego wroga. Teraz spotkam Landolę w Santa Jaga. Zamówiliśmy go tam przez specjalnego gońca. Przedtem jednak chciałbym zbadać trupa mej bratanicy. Różne myśli krążą mi po głowie na temat jej śmierci. Czy wiadomo wam, w jaki sposób można w przeciągu kilku sekund zabić kobietę o długich, bujnych włosach, nie zostawiając na jej ciele żadnych znaków?
— Nie. Ale cóż włosy mają z tem wspólnego?
— Zakrywają ślady.
Ach, to zastanawiające! Opowiadano mi kiedyś o podobnym wypadku. Pewna kobieta przebiła delikatnym gwoździem głowę swego śpiącego męża.
— Macie rację. Gwoździem bez główki. Gwóźdź zginął wśród włosów.
Hm. Chcecie zbadać dokładnie?
— Tak.
— Na cmentarzu, nocą? A więc w tajemnicy przed ludźmi? Dlaczegóż nie w dzień, nie publicznie?
— Niech mnie Bóg broni! Pochwyconoby mnie i ukarano za znieważanie trupów. Czekam waszej odpowiedzi. Chcecie mi pomóc?
— Chętnie. Cóż mam czynić?
— Będziecie stali na straży. Będziecie uważali, aby nas nie zaskoczono. Jeżeli nasze podejrzenie się potwierdzi, ruszymy natychmiast do Santa Jaga, aby schwytać mordercę.
— Zgoda. Bodajby już był wieczór!
Życzenie Grandeprise’a spełnić się mogło, oczywiście, nie prędzej, niż po zachodzie słońca. Znowu więc położył się na dziedzińcu i z niecierpliwością oczekiwał nadejścia wieczora.
Cortejo wyszedł po południu. Wrócił z mnóstwem wytrychów i kluczy. Gdyby się przy ich pomocy nie udało otworzyć grobowca, postanowił drzwi wyważyć.
— Ten Grandeprise jest skończonym matołkiem, wszystko można mu wmówić! — rzekł szyderczo Landola.
— Nie ma uprzedzeń. Opowiadanie wasze było w wielu miejscach bardzo nieprawdopodobne. Nareszcie mamy wartownika!
Zapadł mrok, na niebie ukazały się gwiazdy. Zjadłszy kolację, nasza trójka opuściła oberżę około jedenastej. Nie zwróciło to niczyjej uwagi, ludność stolicy bowiem do późnej nocy spaceruje lub spędza czas na festynach i zabawach. — Na cmentarzu zostawili Grandeprise’a na straży i zabrali się do roboty. Wszystko poszło składnie; po niedługim czasie przenieśli zwłoki bankiera przed grobowiec Rodrigandów.
Stanęli u schodów, prowadzących nadół.
— Musimy się śpieszyć. Nasz strzelec prerji nudzi się już zapewne.
— Albo zachodzi w głowę, dlaczego nas tak długo niema.
— Uwierzy, że szukamy gwoździa.
Cortejo starał się napróżno otworzyć bramę przy pomocy kluczy. Wziął więc dłuto i wparł w klamkę. Klamka opadła.
Santa Madonna! — szepnął przerażony. — Drzwi są otwarte!
— To niemożliwe! Mylicie się!
— Spróbujcie sami.
Podszedłszy bliżej, Landola przekonał się, że Cortejo ma słuszność.
— Do djaska! — rzekł. — Na dole niema chyba nikogo? Posłuchajmy!
Cortejo otworzył drzwi naoścież; zaczęli nasłuchiwać. Było zupełnie cicho.
Pah! — rzekł Landola. — Widocznie drzwi otworzyły się przy pomocy jednego z waszych kluczy. Nie zauważyliście tego, ot i cała tajemnica!
— Czyżby to być mogło? — zapytał Cortejo z powątpiewaniem. — Nie wyobrażam sobie, żebym tego nie zauważył.
— A jednak rzecz prawdopodobna. Jesteście przestraszeni, podnieceni. Nie panujecie nad nerwami.
— Może. W każdym razie słuchajmy jeszcze chwilę.
Cisza, żadnych niepokojących szmerów...
— Zupełnie niepotrzebna strata czasu. Trzeba zejść nadół!
— Ostrożnie. Naprzód bez trupa.
— Dobrze. Zapalcie światło.
Zaczęli schodzić, zamknąwszy za sobą drzwi. Cortejo zapalił latarkę. Schodzili cicho i ostrożnie. Landola szedł pierwszy, za nim Cortejo.
Doszli do wnętrza grobowca, nie zauważywszy nic niepokojącego.
— Poświećcie dokoła! — rzekł Landola.
I teraz nie zauważyli niczego, coby wywołać mogło niepokój.
— Miałem rację — ciągnął Landola. — Otworzyliście drzwi jednym z kluczy, nie spostrzegłszy nawet. No, teraz możemy przystąpić do dzieła! Gdzie trumna don Fernanda?
— Tu — odparł Cortejo.
Przy tych słowach wskazał na trumnę, na której widniał wyryty złotemi zgłoskami napis:

Don Fernando,
hrabia de Rodriganda y Sevilla.

— Trumna jest — oczywiście — pusta — rzekł Landola.
— Niestety. Wolałbym, gdyby w niej leżał zmarły. Ciekawa rzecz, czy postąpilibyście teraz w myśl swoich przechwałek — poprosilibyście o przypalenie papierosa, gdyby tak wstał z grobu?
— Uczyniłbym to, sennor Cortejo.
— Nie wierzę, sennor Landola! W każdym razie nie w tem przebraniu. Bez przebrania i maski stalibyście jak mur, w to wierzę, bo djabeł was zna i wiedziałby, że nie uciekniecie. Ale na widok waszej zamaskowanej twarzy chwyciłby was z pewnością za kołnierz.
— Tak przypuszczacie? — rzekł Landola z uśmiechem. — Spróbujmy! Podnieśmy wieko. Niech się djabeł ukaże!
Chwycił za wieko, nie zwracając uwagi, że dziwnie lekko się podnosi. Po chwili obydwaj wydali okrzyk nieprzytomnego przerażenia. W trumnie leżała długa postać. Nos przypominał dziób sępa.
Zdawało się, że Landoli i Cortejowi oczy wyjdą z orbit. Patrzyli na zagadkowego trupa z najwyższem przerażeniem. — —


Przypisy

  1. Bryganci z Maladetta. Zbioru K. Maya t. 15.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol May i tłumacza: anonimowy.