Dziadunio/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Dziadunio
Podtytuł Obrazki naszych czasów
Wydawca Nakładem J. K. Żupańskiego
Data wydania 1869
Druk Druk J. Buszczyńskiego
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


Był wieczór lipcowy gorący, ale wiatr przewiewał od wschodu i rzeźwiącem swem tchnieniem skwar kanikularny łagodził. Wczesna a obfita rosa zdawała się zapowiadać pogodę, tu i owdzie po ciemnie- jącem ku schyłkowi dnia niebie przeciągały chmury złociste, zarumienione, ponastrzępiane groźnie choć oderwane i nie grożące burzą.
Na zachodzie też oświecone jaskrawo kłębiły się i skupiały obłoki, lecz zaokrąglone ich wierzchy zwolna wiatr wygładzał... i w szeregi układały się do snu. W całej naturze czuć już było tę tęskną ciszę wieczora, która jeśli duszy nie budzi do modlitwy, to ją niewypowiedzianym smutkiem zalewa. Na starych olszynach klekotały bociany powracające z żeru, w krzach bzu i zaroślach leszczyny drobna czeladź ptasza wrzawliwie kłócąc się o pościołkę spać się kładła. W dali słychać było wiejską fujarę pastuszą i grzechotanie drewnianych dzwonków, z któremi bydło do domu powraca.
Komuż nie są pamiętne te wiejskie wieczorne godziny młodości nim jeszcze na świat z kąta się rodzinnego wydobył? Ileż to one marzeń, nadziei i tęsknot budziły w duszy rozpragnionej... a przeczuciami mierzącej świat i ludzi..?
Na starość taki wieczór to modlitwa, albo sceptyczny uśmiech pytający ciszy do czego wiedzie to życia, ranki, noce, młodość i zgrzybiałość... miłość i śmierć?
Cisza jak sfinks kamienny milczeniem szyderskiem się uśmiecha...
W ganku starego dworu, na ławce przed stołem drewnianym (bo ganek mieścił aż dwa długie stoliki malowane biało) siedział niemłody mężczyzna, wyglądający oryginalnie, milczący ze spuszczoną głową, wiążąc siatkę szarą na niewód...
Był to Dziadunio, postać nie naszego wieku, mały, trochę wiekiem przygarbiony, szczupły, suchy, twarz miał zwiędłą, zżółkłą od trosk, na której nic jasno wyczytać nie było można, gdy nie dopuszczał, ale przejrzystą, jak woda czysta, jeśli ją rozjaśnił z dobrej woli — wielkie brwi siwe wisiały nad maleńkiemi oczkami skrytemi pod łukiem skroni, — usta wpadłe kryły się w fałdach oblicza, nos orli, suchy, rzucał cień na nie. Dwoje wystających uszu białych i trochę siniejącego włosa widać było z pod aksamitnej czapeczki. Na nosie miał okulary srebrne, ciężkie, kowane widocznie przez nieumiejętną dłoń parafialnego jakiegoś złotnika, na szyi biała chustka z piękną rozetą starannie zawiązana, o końcach haftowanych, przytrzymywała głowę już nieco ciężką.
Ubiór dziadunia był bez daty... nie dzisiejszy, ani taki jak dawniej noszono... coś pośredniego, właściwego... Kamizelka pikowa dostatnia występowała ponad kołnierz ku uszom, spodnie szaraczkowe wpadały do butów długich po kolana z węgierska przykrojonych. Na to wszystko popielaty spencer który mało co sięgał za pas prawdopodobnie wykrojony z dymisyonowanego fraka, zarzucony był niedbale. Dodano mu tylko po obu bokach kieszenie które miały co dźwigać... bo obie były dobrze ponapychane... Z jednej z nich wywieszone końce kraciastej chustki zdradzały, że Dziadunio musiał czasem zażywać tabakę, z drugiej wisiał zgrabny toczony wałeczek należący do kluczów... Było to narzędzie mające je bronić od zaguby.
Dziadunio zdawał się mocno zajęty swą, siatką, robił ją szybko, wprawnie, machinalnie, ale po fałdzistem czole znać było że więcej dumał o czemś innem. Sieć tylko zajmowała ręce niespokojne... umysł pracował gdzieindziej.
Ukośne słońca promienie wkradały się coraz niedyskretniej na ganek; padły wreszcie na głowę i lice starego, i przypiekać zaczęły; tak że siatkę rzuciwszy wstał, wyciągnął się i począł dobywszy tabakierki przechadzać się po ganku...
Sucha jego figurka z cienkiemi nóżkami, z tym spencerkiem, okularami i czarną czapeczką — wyglądała teraz pocieszniej jeszcze... prawie z cudzoziemska... oblicze ani się rozchmurzyło ani stało wyrazistszem... Smutek i troska okrywały je... Chwilami z pod brwi błysnęło oko szare i skryło się pod powieką — czasem usta zdawały się uśmiechać — ale ten półuśmiech niknął zaraz w jakiemś i skrzywieniu nieodgadnionem. Zażywszy tabaki chodził długo założywszy ręce na plecy — potem przystanął w pośrodku ganku i rozpatrywał się po okolicy.
Krajobraz to był czysto polski... płaszczyzna szeroko się rozlegająca, okolona lasami, których długie pasma odgadywać było można po za czarnym rąbem najbliższych... Gdzieniegdzie w dali, sinawo ponad ich wierzchy, porosłe podnosiły się wzgórza. I powietrze było jakiem tylko na równinach wśród puszcz się oddycha... wilgocią roślinną przejęte... wonią liści zaprawne. Przybity opadającą rosą dym rozkładał się po dolinie... łąki rozgrzane parowały, dymiły — lekkie mgły osłaniały ten smętny przestwór na którego tle zielonawem, to kupki drzew ciemniejszych, to pasma chat szarych, jak wysepki wyglądały. Gdzieniegdzie z za gałęzi i dachów, krzyż, to znamię polskiego kraju, czarna ramiona wyciągał błogosławiąc ziemię — na męczeństwo.
W tym obrazie tak jednostajnym, z tak prostych żywiołów złożonym, było coś uroczystego... wielkiego, silnie mówiącego do duszy.
Stary patrzał nań długo — niby łza zakręciła mu się w oku... temi lasami szła linia co rozerznęła na dwoje ziemię jednę, — ale otarł żywo kroplę wyrywającą się, rzucił ręką i poszedł jakby obraniając się myślom natrętnym do porzuconej siatki, którą jak najstaranniej ułożyć się starał..
W tej chwili na bocznej drodze osłoniętej klombami, nie widocznej z ganku, zaturkotało. — Stary podniósł głowę... poznał gdy zahuczało na mostku że to nie była furka włościańska ale powóz cięższy o kutych kołach... stanął w ganku... czekał. W bramie ukazał się właśnie spuszczony koczyk, zaprzężony w cztery ładne konie, a służący zeskoczywszy z kozłów, począł otwierać wrota. W powoziku siedziały dwie osoby — kobieta i mężczyzna. Nie potrzebował im przypatrywać się stary... i ledwie rzuciwszy okiem, jakby zawiedziony, z wyrazem nieukontentowania w głąb nieco się cofnął. — Dopiero gdy koczyk stanął przed gankiem wyszedł naprzeciw swych gości z pośpiechem jakimś przymuszonym...
Z powozu wysiadła naprzód kobieta średniego wieku, wcale jeszcze piękna, widocznie dbała bardzo o swoje wdzięki; jej twarzyczka zeszramowana, ubielona mączką ryżową, uśmiechała się z przesadną czułością. Była to wnuczka Dziadunia... pani Justyna Szymborowa... znana u wszystkich niemal wód i kąpieli pod nazwiskiem „Comtesse de Chimbor“... Za nią wyskoczył z młodzieńczą jeszcze szybkością, z powozu pan Apollinary, równie starannie 1 modnie chociaż po wiejsku ubrany...
Na pierwszy rzut oka wyglądał jak bardzo pospolity stary szaławiła, zbudowany raczej na Herkulesa niż na Apollina, którego imię nosił... ale głębiej wejrzawszy w twarz bladą, szyderstwem napiętnowaną, pełną pochowanych w fałdach fałszów, a słodką i niby miłą... można się jej było nastraszyć... Oblicze to także młodem uczynić się starał właściciel, ale zarumienione powieki, wypieczone na policzkach plamy, łzawe oczy, usta opasane marszczkami... zdradzały pięćdziesiątkę; choć wąsik wysmarowany podnosił się do góry, i włos na głowie starał zamaskować łysinę... dość też wystający brzuszek mimo sznurówki i przepasania zaokrąglał już niegdyś bardzo piękną kibić Apollina.
— Kochanego Dziadunia! zawołał cisnąc się do przywitania... które stary rad był widocznie zbyć jak najkrócej...
— Kochanego Dziadunia — odezwała się Justyna niby wesoło i czuło... kiedy Dziadek na nas nie łaskaw, to my musieliśmy choć na chwilkę zajrzeć do Rajwoli... aby zobaczyć, przekonać się jak też drogie jego zdrowie... Pocałowała starego w ramię, on ją w głowę i mruknął coś cale niezrozumiałego.
— Bylibyśmy wcześniej przyjechali, dodał mężczyzna ocierając pot z twarzy a z za chustki wpatrując się bacznie w starego — ale niepodobna było wyruszyć... skwar dziś mieliśmy niewypowiedziany, neapolitański, afrykański, senegambijski, indyjski... piekielny... ledwie od godziny nieco się zaczęło robić znośniej.
— A tak! tak!... cichym głosem rzekł gospodarz krzątając się około samej pani... która poprawiając toaletę powoli... szukała miejsca... Dokądże mam prosić was, czy tu? czy do pokojów?... Gdzie będzie wygodniej.
— Wszędzie dobrze! zostańmy tu... siadając na ławie odezwał się Szymbor — powietrze to wśród drzew bardzo miłe... jest cokolwiek przewiewu... Wszak i Dziadunio tu siedział, siatka poświadcza...
— Proszę się rozgościć — kłaniając się dodał gospodarz głosem ułagodzonym ale ani zbyt czułym ani nadto zachęcającym... konie do stajni...
— Mogłyby postać — przerwał mężczyzna, bo my gdy księżyc zajdzie, wrócić musimy do domu.
— A! musicie!!
— Tak... dodała kobieta... mamy tyle do czynienia przed wyjazdem... za granicę.
— Za granicę! powtórzył Dziadek obojętnie... ale konie popaść mogą! To mówiąc skinął na woźnicę, a służba posłuszna zwróciła ku stajniom gościnnym... Szymbor zawołał do nich — popaść i zaprzęgać.
Dziadek widocznie odetchnął.
— Czemże by służyć można? spytał, co pozwolicie?
Kobieta skłoniła głowę — to wszystko jedno... co łaska... u Dziadunia doskonała rzecz każda...
— Może kawą?
Odwrócił się do Szymbora — albo wina kieliszkiem?
Na wspomnienie wina mimowolnie rozjaśniło się oblicze gościa i usta zadrgały.
— Na to gorąco w istocie nie ma nic lepszego od starego, wytrawnego kieliszek... a u Dziadunia o to nie trudno! I jakie wino! jakie wino!
— Nic osobliwego...
— A! to stare... odświętne...
— Z chęcią go przynieść każę! pośpiesznie rzekł Dziadunio.
Kobieta spojrzała na męża jakby z wymówką i przestrogą, na którą on nie zważając, ruszył tylko ramionami.
— A dla Justysi poziomek i kawy? nieprawdaż? dodał stary.
— Co łaska! byle jak najmniej zachodu, — o! mnie wszystko jedno.
— Pozwolicie więc, rzekł stary dobywając klucze z kieszeni... że pójdę, zadysponuję... i wracam w momencie.
To mówiąc wyszedł pośpiesznie w głąb domu... przybyłe małżeństwo które obrało sobie siedzenie na dwóch przeciwnych ganku krańcach, pozostało w milczeniu.
Szymbor wyciągnął się na ławie wygodniej, podparł, założył nogi jednę na drugą i ziewnął głośno. Pani spoglądała po okolicy z jakimś smutkiem rzewnym, a po chwilce ozwała się cicho.
— Że też ty Polciu, musisz zawsze coś Dziadkowi zrobić na przekór, wiesz jak starego wina dawać nie lubi... Rozgniewasz go i nasza prośba... nie poskutkuje...
— Ja i tak nie wiele mam nadziei na starym... dobrze że mu choć trochę dokuczę... Umyślniem to zrobił wiedząc że się na mnie pogniewa... a łyknę dobrego wina kieliszek... C’est autant de gagné.
Uśmiechnął się.
— Że też wy, baby, nie możecie się nigdy powstrzymać od komenderowania nawet gdy wiecie iż waszej komendy słuchać nie myślą.
Co ci do tego jakie ja mam rachuby... Życzę lepiej osnuć plan jak pieniędzy od Dziadka dostać... Kaszlaj, skarż się na piersi, może go tem rozczulisz... Mnie choćbym i krwią pluł grosza nie da.
— Bo go nieustannie drażnisz! nie samże temu winien jesteś?
— No! no! bez wymówek i rekryminacyi... jestem dlań grzeczny i słodki aż do znudzenia... nie chybiam nigdy, a jeśli czasem staremu kutwie zaleję za skórę, to tak że musi się uśmiechnąć, bo wiem do czego przyczepić.
— Proszę cię Polciu — dość tego.
— Dość! nadto! skąpiec obrzydły, sknera paskudny, ale twój rodzony Dziadunio — szanuję go, dodał szydersko... Jeśli znajdujesz że ja nie jestem trafny, daj dowód większej zręczności i taktu a wymóż na nim pieniądze. Uznam twą wyższość nad sobą... Dla Haliny i Władka dałby wiele zażądają, ale dla nas.
Kobieta westchnęła... zaczęła szarpać niecierpliwie cienką chusteczkę od nosa... to — to prawda, szepnęła... ja we wszystkiem jestem nieszczęśliwą...
Łza zakręciła się w jej oku... a trzeba ją było otrzeć co rychlej, aby spływając nie zostawiła śladów na ubielonej twarzy. Ale mąż zwrócony w stronę przeciwną, nie widział nic, a nie wiele by go to obeszło, gdyby był zobaczył. — Chwilę znowu milczeli. Szymbor ziewnął, splunął i począł nucić

Le Donne son mobile...

— Prawdziwie nie rozumiem, ozwał się wpół do siebie, na pół do żony — jak ten stary grzyb zaschły — tylko co nie powiedziałem muchomor... może tak sam jeden prawie, cały Boży rok sobie wystarczyć...
Żona nic nie odpowiedziała.
— Oryginalne życie! siatkę wiązać, ryby łapać, chodzić, gderać, szpiegować, kwasem swym drugich zakwaszać i groszaki ściągać do sakiew... Że gadać nie zapomniał a przynajmniej nie nauczył się jąkać, ... to dziwna, bo ci co długo w więzieniu siedzą milczący, jąkają się potem...
Obejrzał się do koła z westchnieniem.
— Rezydencya... z której surowego materyału, drzew i wody człowiek z gustem, jak ja, wiele mógłby zrobić i grandioso, ale stary!!
Właśnie się Dziadunio ukazał na progu, odchrząkując umyślnie aby nie zejść z nienacka, ujrzawszy go wcale niezmięszany tem Szymbor kończył z dwuznacznym uśmiechem.
— Ukazywałem kochanej Stysi piękności tej rezydencyi Dziadunia... tak ślicznie i smakownie utrzymanej, w całym dawnym narodowym charakterze i unosiłem się nad tem życiem spokojnego filozofa... zaciszą, błogą ustronia.
— Tak! tak! dołożył żywo Dziadunio — to dla mnie ładne, bom stary, ale gdyby to tak człowiek z lepszym gustem urządził, jak wy panie Apollinary... dopiero by Rajwola była przepyszną.
Czy Dziadunio podsłuchał, czy odgadł tylko, nie wiadomo — Szymbor nieco wargi zagryzł, Justyna spojrzała nań z ukosa, stary kończył.
— Ale ja... nie mam gustu do przerabiań, u mnie co stare to święte... sam stary mam za najmilsze co ze mną przestarzało i lepsze przypomina czasy. — Wiem ja że mojej nikt nie poszanuje pamięci, ale cóż ludzkiego wiecznem być może?
— Mój Dziaduniu — któżby śmiał? przerwała Justyna zmięszana.
Stary głową potrząsł, ramionami ruszył, uśmiechnął się półszydersko, i zwrócił gwałtownie mowę od draźliwego przedmiotu.
— Ale mi nie mówicie... czy niema tam co na świecie nowego?
— U nas Dziaduniu dobrodzieju, ozwał się mężczyzna poprawiając na ławce — cisza i spokój błogi! Słychać tylko turkot wodnego młyna pod dworem, czasem trochę wrzasku we wsi i przyjemne ryki bydła powracającego z pola a skrzypienie wrót które mu otwierają... dla rozmaitości niekiedy solo beczącej owcy lub kwik fantastyczny enharmoniczny nierogacizny... Zwykłe to wiejskie koncerta... których — ja — szczerze wyznam, nie jestem zbyt wielkim miłośnikiem.
— A masz waćpan racyą, — odparł najmniejszego nie okazując wzruszenia Dziadunio — w mieście jest daleko przyjemniej.. turkot powozów na bruku, bicie we dzwony, tłuczenie w bębny, świsty, wrzaski, hałasy uliczne... stanowią lepiej zorganizowaną całość.
— Dziadunio sobie zawsze żartuje... podchwycił Szymbor... ależ miasto daje pewne kompensacye... wieczorna opera... towarzystwo, koncerta.
— A masz waćpan racyą — dokończył stary, nie licząc konkluzyi tego odpustu... kolacyjki z truflami i szampanem, która nie jest bez uroku... Je się sobie, pije, o niczem nie myśli, bawi wesoło... życie dalipan wyśmienite, gdyby długo trwać mogło.
— Długo zapewne byłoby szkodliwem i nużącem, dodał Szymbor... ale wedle zasady... czy Huffelanda, czy nie wiem którego znakomitego hygienisty... dla zdrowia nawet potrzeba czasem excessu! kawałek zimy w mieście...
— Tak! tak! trochę zimy w mieście, nieco wiosny na willi pod miastem, lato u wód, jesień w drodze... byle nie w domu, nieprawdaż! — to obyczaj wieku, mówił Dziadunio. — Jest rzeczą dowiedzioną że porządni ludzie inaczej żyć nie mogą... Wprawdzie ja tego nie rozumiem, ale ja jestem starą płonką zdziczałą, na której się nigdy żadna moda zaszczepić nie mogła... wegetuję w mojej dziurze.
— Jużciż i wiek odpoczynku potrzebuje — rzekł Szymbor, a zresztą pan Szambelan ma tę potrzebę pracy, której nam płoche nasze wychowanie nie dało... Litować się należy nad nami, nie żartować.
— Żartować!! alboż bym śmiał — zawołał Dziadunio — jestem wyrozumiały i gdybym ślimaki lubił nigdybym nimi nie częstował gwałtem. Suum cuique.
Nikomu nigdy się nie sprzeciwiam, z nikogo nie szydzę, nie przerabiam ludzi... zgadzam się na wszystko co chcecie... każdy niech robi z czem mu lepiej... tylko znów hanc veniam petimus vicissim... jam stary, zostawcie mnie przy mojem... Smutno domówił wyrazów ostatnich, gdy służący nie wielkiego wzrostu, krągławy, szpakowaty staruszek, tak prawie jak pan ubrany, w nankinowym spencerze, przy zegarku z ogromnemi dewizkami — prawdziwy typ poufałego sługi przyjaciela — wsunął się niosąc tacę, a na niej w staroświeckim imbryku srebrnym kawę... i omszoną wiekiem butelkę...
Na widok jej lice p. Apollinarego nieco się rozchmurzyło, wiedział on dobrze iż te zewnętrzne starości oznaki nie były fikcyą i sztuką.., że pajęczyny i gruba warstwa pyłu, nie były malowniczą ornamentacyą fałszowanego płynu... jak po garkuchniach paryskich... powstał więc na spotkanie czcigodnej staruszki.
— A! Szambelanie dobrodzieju! zawołał, pozwól mi się tej matronie przypatrzeć i pokłonić żywemu wspomnieniu lepszych piwnic i lepszych czasów... Co za koloryt!
— I lepszych ludzi, szepnął bardzo cicho Dziadunio!
— Panie Szczepanie — odezwał się Apollinary — na miłość Bożą, gdy będziecie odkorkowywali... ostróżnie aby mętów ze snu nie obudzić... Nie wiecie może iż we Francyi taką butelkę przynoszą leżącą na boku w koszyczku, niby uśpione dziecię w kolebce i dobywając ją nie trącą nawet... aby lagry i fusy nie uderzyły do głowy.
Szczepan podniósł oczy, popatrzał, nie jest pewna czy zrozumiał, ale flaszkę wziął między kolana i korka z niej dobył po staroświecku...
P. Apollinary który na to czyhać się zdawał, pospieszył z nosem do otworu butelki... pochwycił emanacyą nektaru i pogładził się po piersiach w uroczystem milczeniu. — Dziadunio tym czasem zajmował się kawą, nie patrząc na tę komedyą.
— Nie słyszeliście państwo co o Władziu? zapytał z cicha, tak aby mąż nie słyszał — nie mogę się go dotąd doczekać.
Ale doskonały słuch czy domyślność Szymbora, dozwoliły mu wtrącić odpowiedź na pytanie.
— Dziadunio dopytuje o swego faworyta, który jest także moim, zawołał, ja też oczekuję nań z niecierpliwością, ale, o ile wiem, nie przybył jeszcze. Konie, jak mi powiadano, stoją na stacyi... chyba może dziś przyjechał... o czem wątpię.
Dziadek odwrócił się i rozmowę urwał, znać było, że mu się ze strony Szymbora troskliwość ta o Władzia nie podobała.
Szymbor był natomiast rozmowny, trzymał już kieliszek w ręku pełen płynu bursztynowego i uśmiechał się doń.
— Młodzież ma swe prawa, mówił powoli: — co dziwnego, że się chłopak nieco zabałamuci po drodze. Ej! Dziaduniu kochany, albośmy to nie byli też młodzi??
— Czekaj asan dobrodziej — przerwał Szambelan — waćpan na ten sposób podobno dotąd jesteś młodym, a co ja to dalipan nigdy nim czasu być nie miałem. Zestarzałem nim dorosłem.
— Ale któż też z waćpanem dobrodziejem, który jesteś wzorem dla wszystkich, mierzyć się może? odparł Szymbor z udaną pokorą, myśmy prości, ułomni ludzie.
— Kadzisz mi w nos trybularzem.
— Nie, nie, wstawiam się tylko na wszelki wypadek za tym moim drogim Władziem. Pan Szambelan nie uznajesz praw młodości.
— A masz waćpan racyą, zawsze mi się zdaje, że te prawa łacniej by się bezprawiami nazywać powinny.
Szymbor się uśmiechał.
— Ze stanowiska zakonnego ale po ziemsku i po ludzku... Nie bądźcie też tak surowemi dla Władka... jedynaczek, pieszczoszek, młody, śliczny, nie zasuszajcie go, zlitujcie się! Znam jego gorącą, szlachetną naturę, temperament ognisty, trudno to młodemu z tem walczyć. Gdyby tu mojej żony nie było, powiedziałbym więcej. Mogę tylko Dziadunia upewnić, że smak ma dobry i że jako dziecię wieku równouprawnienie uznaje, człek postępowy, choćby cyganka byle młoda i ładna, kieliszek też połknie gładko, a może i szlachetna walka z losem przez karty nie jest mu obojętna, trzeba się temu wszystkiemu dać wyszumieć. Prosta rzecz. Co gospodynie robią, gdy chcą odszumować? przystawiają garnek do ognia. Ja powiadam, że to najlepszy sposób.
Szambelan słuchał z czołem chmurnem, pogrążony, drżący, oko mu czasem wewnętrznym ogniem błysnęło, ale się powstrzymywał.
— I tej teoryi wujaszek się trzyma podobno — odrzekł powoli — droga to rzecz nauczyciel, który ma tyle doświadczenia, jednakże lepiej by może naturze zostawić edukacyą,.
— Tak Dziadunio sądzi? spytał Apollinary.
— Tak bym życzył, mniej się lękam najgorętszej młodości, niż przedwczesnego rozczarowania.
— Ja zaś, dodał chłodno Szymbor, powtarzam, że młodości co prędzej się należy pozbywać, a na to sposób właśnie rozczarowanie.
Dziad rzucił nań wejrzenie przejęte gniewem, ale głos spokojny wzruszenia nie zdradził.
— Są — rzekł — natury tak poczciwe, że z ognia wychodzą całe jak salamandry.
— Salamandra, mythus! śmiejąc się zawołał Szymbor, palą się one, jak wszystko co w ogień pada.
Wśród tej rozmowy prowadzonej z obu stron na przekorę wzajemną, ale głosem grzeczności pełnym i w formach żartobliwych, żona próżno dawała znaki mężowi, aby poprzestał draźnić Dziada. Szymbor się uwziął.
Dziad patrzał nań z chłodną krwią, dolewał kieliszka i udawał, że się uśmiecha, po chwili Apollinary zapaliwszy cygaro, spojrzał na żonę i ze śpiewką ganek opuścił.
Stary powiódł za nim oczyma, potem spojrzał na wnuczkę, która siedziała niespokojna usiłując się uśmiechać.
— Twój Polcio, rzekł, — w wyśmienitym dziś humorze.
— Tak... w istocie... jest wesół, może aż nadto, szepnęła Justyna, ale ja takiej wesołości nie lubię, zawsze to znak jakiegoś podraźnienia. A wstrzymać go już niepodobna.
— Cóż go mogło podraźnić?
— Niewiem, chyba może te nieszczęśliwe zawsze interesa nasze, odpowiedziała Justyna. Potrzebujemy wyjechać trochę, oderwać się.
— Rozerwać się.
— Tak, zapewne.
— No to jedźcie.
— Ale to tak trudno! tak trudno!
Dziad spuścił głowę, już zrozumiał o co chodziło.
— Prawda! rzekł, niezmiernie trudno, nigdy jeszcze nam tak nie było... nie wiem komu dziś łatwo... miarkuję po sobie.
— Czyżby i Dziadunio miał tego doświadczyć?
— Kto bardziej nademnie! Kto bardziej! nie uwierzycie, w jakich jestem interesach!
— Przyznam się, żem trochę na pomoc Dziadka dla nas rachowała.
— Ale z duszy serca! dałbym, dał, zawołał, cóż, kiedy nie mam! nigdy jeszcze nie byłem tak bez grosza, jak święty turecki. A wam, gdybyście pojechali we dwojgo, co zapewne jest w projekcie, potrzeba wiele! wiele! Zkąd tu wziąć pod te ciężkie czasy.
Justyna zakaszlała.
— Lekarz mi każe piersi ratować.
— A mąż? czy także na piersi?
— Nie, ale wszakże by chciał być ze mną!
— A! to bardzo przykładnie! tak być w istocie powinno! ja myślę, dodał Dziadunio, że bądź co bądź, nie tu to tu pieniędzy dostaniecie. Jaka to szkoda, że ja nie mogę.
Justyna spojrzała nań niedowierzająco.
— Sądzisz, że mówię to przez skąpstwo, że nie chcę? wy wszyscy mnie macie za Krezusa, przekonacie się kiedyś, że nie tak mi szło szczęśliwie, jak się zdaje; potrzeby i wydatki wielkie, nie ze wszystkich mogę się wam tłómaczyć.
Wnuczka zamilkła.
— Przepraszam, rzekła po chwili, iż się z tem śmiałam naprzykrzać, ale w istocie, lekarz mi jechać każe, a Apollinary kredytu nie ma.
— Na to się nie skarż, szepnął Dziad, może by dla was lepiej było, gdyby mniej go miał i używał.
W czasie tej krótkiej rozmowy, Apollinary z cygarem w ustach chodził zdala po dziedzińcu śledząc żonę i Dziadunia, z których twarzy czytał zdala bardzo trafnie; dopatrzywszy końca i zrozumiawszy odmowę, zżymał się, ale hamując, wesoło znowu podstąpił do ganku. Justyna wstawała właśnie.
— Pójdę, przywitam się ze starą Zubrzycką (była to ochmistrzyni Dziadunia), rzekła półgłosem. Na wschodkach rozminęła się z powracającym mężem, który zamieniwszy z nią wejrzenie, o nic już pytać nie potrzebował.
Dziadek stał zamyślony i po tabakierce bębnił palcami, układając usta do uśmiechu, domyślał się, że atak Justyny miał być poparty nowym szturmem Szymbora — był do niego przygotowanym.
Szymbor naprzód usta umoczył w kieliszku.
— Dziadunio, rzekł, tak dla nas zawsze łaskaw i dobry, tyleśmy mu winni, iż do niego jak do jedynego dobroczyńcy w każdym złym udajemy się razie.
— Mój mości dobrodzieju! szepnął kłaniając się stary — nie zasłużyłem.
— Nam to wiedzieć, kończył Szymbor — Czy Dziadunio uważał Justynę?
— Albo co?
— Ona kaszle! ona ma niedobry kaszel. Radziłem się lekarza... radzi i każe zmienić klimat, do wód jechać.
— Nie wątpię, że jako troskliwy mąż, tak przywiązany i czuły, zastosujesz się do tej rady.
— Niewątpliwie bym to uczynił, rzekł Szymbor, ale na nieszczęście właśnie gdy są najpotrzebniejsze nie mamy pieniędzy.
— Proszę, jakże to może być, ażebyście wy nie mieli pieniędzy! Dziwna rzecz... dobra tak piękne, dzieci Bóg nie dał — i pieniędzy nie ma... to osobliwsza rzecz...
— Złe czasy... okropne czasy...
— To prawda! czasy, jakich nie bywało... stagnacya, cen żadnych i tak dalece niema co sprzedać... ja też coś wiem o tem.
— Jakto? wie pan dobrodziej? dobra tak piękne... sam jeden...
— Przepraszam cię, panie Apollinary... niemam dzieci własnych to prawda, ale wnuki... prawnuki... i dużo innych...
— Jakto? są inne? podchwycił Szymbor.
Po twarzy starego przebiegła krew i płomień, ale się uśmiechnął.
— A Władek! Władek! rzekł, ten nieszczęśliwy sierota... w tak tragiczny sposób pozbawiony ojca opieki...
Spojrzał na Szymhora, ten był blady jak chusta i chciał się śmiać, ale mu się tylko wargi trzęsły.
— Mam i inne wydatki — dodał powoli Dziadunio, a w kasie pustki... Zkąd tu wziąć!
Apollinary wypił wino.
— Prawdziwie — odezwał się — trudno by temu uwierzyć, gdybyś pan Szambelan sam nie mówił, że i u niego brak zapasu... My jesteśmy ludzie nieopatrzni, nieco ekspensowni... ale Dziadunio dobrodziej...
— Ja jestem skąpy i niemam nic.
— Chyba kapitały zaklęte... żelazne.
Dziad zmilczał.
— Których, ażeby nie wydawać, lokuje się je tak, aby nigdy odebrane być nie mogły.
— To się trafia, szepnął Dziadek. Jeśli ja ich nie odzyskam to może ktoś po mnie, komu się bardzo przydać mogą.
— Niechże nas pan Szambelan o to nie posądza, abyśmy czyhać mieli.
— A! nie, was nie! przerwał Dziad — wy życiem szafujecie, jakbyście się po nikim już nic nie spodziewali, ale uchowajże Boże nieszczęścia jakiego... I zamilkł nagle, spoglądając na Szymbora.
Zresztą, dodał, są pewne w familiach fatalizmy... od wielu pokoleń u nas kobiety prawie zawsze przeżywały mężów. Masz dowód na tej nieszczęśliwej Halinie. Ktoby się mógł spodziewać, że Stanisław... i jeszcze w taki nieodgadnięty sposób skończy.
Szymbor pobladł gniewnie.
— Są fatalizmy, kończył Dziadunio... jednego zabija szał... przypadek... drugiego samo życie... wewnętrzna zgryzota...
I znowu na siebie spojrzeli.
— Nigdy nie doświadczałeś co to walka z sumieniem? mówił dalej niby obojętnie.
— A Dziadunio?
— Ja — owszem, miałem wiele przygód w życiu, wiele popełniłem błędów... i pókim się z nich nie oczyścił...
Szymbor dziwnie się uśmiechał.
— Dotąd — rzekł, jakoś z sumieniem dosyć byłem w zgodzie.
— To bardzo szczęśliwie dla waćpana, mówił stary. Czasem ono śpi długo... milczy lata... ale gdy się rozbudzi... gryzie wewnątrz i toczy robakiem.
— Tak! wiem, jest to wyrażenie znane mi z kazań, dodał Szymbor.
— I bardzo trafne.
— Bardzo trafne w istocie... ale widzę, że Dziadunio na łup sumienia mnie chce oddać, nie dopomagając mi do spełnienia obowiązku. Justysia seryo chora... wody jej są potrzebne... a pieniędzy... ani dostać.
— Niezmiernie o nie trudno! co chcesz... nie mam.
— Mógłby dla nas Dziadunio pożyczyć.
— Zaprzysiągłem się, że pożyczać nie będę.
— Lub zaręczyć!
— Uchowaj Boże!... nie ręczę nigdy za nikogo.
— Cóż tu począć? spytał Szymbor.
— Prawdziwie nie wiem co począć! rada trudna... ale wy, kochany panie, wprawniejsi jesteście odemnie w odkopywaniu grosza.... w środki pożyczania... macie doświadczenie i wprawę. Możecie znaleść ubogiego naprzykład szlachcica, który dwadzieścia lat w pocie czoła dobijał się kapitaliku... uśmiechnąć się do niego, zaprosić na śniadanie, posadzić go na fotelu w salonie, utraktować panem bratem i... wydobyć ów węzełek z pod serca.
— Jak Dziadunio sobie z nas żartuje.. rzekł Szymbor.
— Czy tak nie bywało? hę? spytał stary.
— Chociażby... na raz jeden sztuka, zamruczał Apollinary.
— O! w tem się mylicie, niema stworzenia, któreby po szkodzie nawet łatwiej się oszukiwać dało nad człowieka, zwłaszcza gdy się trafia w jego słabość.
— Gdybym wiedział słabość Dziadunia dobrodzieja? uśmiechając się, spytał Szymbor.
Szambelan zmierzył go oczyma.
— Nie pytajże mnie o nię.
— Myślałem, że słabość Justysi będzie słabością Dziadka.
— Gdyby była wdową, bez opieki, ale oddawszy ją w czułe ręce takiego męża, mogęż być o los jej niespokojnym?
Rozmowę ciężką przerwał powrót Justyny. Wracała ona z wiązką kwiatów w ręku i twarzą istotnie zmienioną wyrazem tęsknoty, którą obudziły wspomnienia młodszych lat, czystszych uczuć, marzeń jaśniejszych. Dziadek widząc wypróżniony kieliszek, jako grzeczny gospodarz, dolał jeszcze, ale Szymbor siedział zamyślony i sztywny, kiedy niekiedy uśmiechał się sam do siebie.
— Doskonałe wino, rzekł po długiej pauzie, wracając do węgrzyna, wiele to jeszcze pan Szambelan ma tych szacownych zabytków przeszłości?
— Jest tam tego coś jeszcze, nie wiem dokładnie... pilnuję tylko, abyście ostatnie wypili na moim pogrzebie.
— Niechże zestarzeje... grzecznie dorzucił Szymbor.
— A Dziadunio nie pije? zapytała Justyna.
— Nie, ja mam moje godziny na wszystko.
— To i lepiej, bo ja sam butelkę wysączę.
— Ale żeby ci nie zaszkodziła? pokaszlując przerwała żona.
— Wino? mnie? Jakem żyw, nic prócz wody nigdy mi nie zaszkodziło. Woda! woda to rzecz niebezpieczna, rodzaj powolnej trucizny... ale wino, antidot przeciwko wszystkim chorobom.
— Nawet moralnym, szepnął Dziad, bo zalewa pamięć i zgryzoty.
— Wino by nieboszczyka wskrzesiło, mówił Szymbor.
— Poczuwa się do obowiązku, bo zabiło też nie jednego.
— To są plotki tych co wódkę wolą... zażartował Szymbor. Wino nie zabiło nikogo.
— Ma dobrego w waćpanu obrońcę... wszakże nie jedna ręka, która lękała się zadrżeć przy spełnieniu morderstwa, szukała siły w tym napoju... więc wino, jeśli nie zbójcą jest, to wspólnikiem.
Słowa te wymówione były łagodnie i żartobliwie, ale niezmierne i niepojęte uczyniły wrażenie na Szymborze; począł się śmiać konwulsyjnie, dziko, sucho, przymuszonym jakimś głosem, podczas gdy oczy jego pałały ogniem nadzwyczajnym, na chwilę się porwał z ławy i opadł na nię, hamując gwałtowne jakieś uczucie.
— Co ci jest? zawołała Justyna.
— Widzisz! śmieję się! serdecznie się śmieję... Dziadunio napadł tak gwałtownie na najszlachetniejszy napój w święcie! I tak seryo! cha! cha!
Szymbor się spłakał widocznie, Dziadek bacznie się w niego wpatrywał, widać było na twarzy jego jakby dziwny odbłysk zadowolnienia z podchwyconego jakiegoś uczucia, wyrazu... poszlaki dawno szukanej. Justyna, która lepiej znała męża, mrugnęła na starego, ażeby mu już nie dolewał wina.
— To mu szkodzi, szepnęła.
— Bądź spokojną, wylałem ostatni kieliszek... idź się przejść nieco, ja go tu uspokoję, bo w istocie zdaje mi się podraźniony.
Kobieta wstawała już, aby spełnić wolę Dziada i usunąć się, gdy skinienie męża groźne, rozkazujące, przykuło ją do ganku. Był zmieniony, prawie straszny, obłąkanym wzrokiem wodził w koło, a usta nałogowo krzywił do uśmiechu, nie mogąc się jednak uśmiechnąć.
— Jak też to księżyc dziś nierychło wschodzi! rzekł, oddychając głośno, jakby go co dusiło.
— Nie spieszcie się tak, odparł Dziad, do Krymna nie daleko, lepiej dojechać chłodem, gdy się powietrze ostudzi. Prawda, że nocą przez tę knieję ja jeździć nie lubię, bo właśnie droga prowadzi około krzyża, któryśmy na pamiątkę nieszczęśliwego Stanisława mego postawili. O kilka kroków od niego ciało jego znaleziono.
Szymbor obcinał nowe cygaro, Dziadek westchnął.
— Mój ty Boże, odezwał się, tyle lat, a ten wypadek krwawy jeszcze jakby wczorajszy stoi mi w pamięci. Nierozjaśniona tajemnica.
— Hm! mnie się zdaje, przerwał Szymbor, że jest dostatecznie jasną... biedny Stanisław w przystępie jakiegoś szału... zastrzelił się...
— Tak sądzisz? spytał Dziad.
— Chociaż tam nie byłem, bom zmordowany wcześniej do domu powrócił, ale z tego co później widziałem, com słyszał...
— Znałeś przecie Stanisława! dodał Dziad.
— Miewał przystępy dziwne.
— Jam ich nigdy nie dostrzegł... Jest wreszcie jedna okoliczność, której rozgłaszać nie chciałem, przekonywująca, że on sam zastrzelić się nie mógł.
W tej chwili spojrzał na Szymbora, zapalającego cygaro. Blask siarniczki, zmrużone oczy, ściągnięta twarz dostrzedz nie dawały, jakie wrażenie to wyznanie uczyniło na nim, ręce tylko się trzęsły.
— Jest okoliczność? zapytał przez zęby, nigdy o niej nie słyszałem, to dziwna.
— Nie mogąc nic dobadać, dodał Dziad, nie chciałem dostarczać plotkom żeru.
— Jest okoliczność, mruczał Szymbor, któremu cygaro jakoś zapalić się i ciągnąć nie chciało.
— Nie rozpowiadajcie tylko o tem, kończył stary, jam sie poświęcił wykryciu tej tajemnicy, dojdę jej może kiedyś, jeśli mi Bóg życia dozwoli. Mam poszlakę ważną, wyjętą przy świadkach kulę z piersi... kula ta...
Patrzał na Szymbora, który gorączkowo palił siarniczki, zniecierpliwiony ich gaśnięciem i winem nieco rozgrzany, błysk jego oczów ugodził w starca.
— Kula ta, mówił dalej cicho, zniżając głos Szambelan, nie przychodzi do strzelby Stanisława.
Dłuższe milczenie nastąpiło po tem wyznaniu. Szymbor nic nie mówił, zdawał się przygotowywać.
— Przyznam się, odparł, odejmując nareszcie od ust cygaro, że nie pojmuję, byś waćpan dobrodziej mógł tyle lat tak ważną taić okoliczność, odkrycie stanowcze, któreby mogło doprowadzić, tak, doprowadzić do wyśledzenia zabójcy.
— Bądź spokojny — odezwał się stary, miałem powody, żem tego dotąd nie rozgłaszał i mam dziś przyczynę, dla której dłużej taić nie potrzebuję.
Szymbor spojrzał na Dziada.
— Ha? zapytał sucho... przyczynę?...
— Ja taki nudziarz jestem we wszystkiem, idę powoli, cichaczem do celu, dopóki go nie osiągnę.
— Jak to? czyżbyś pan... Szambelan...
— O tem się później dowiecie.
— Wstał Dziadek na pozór spokojny, zostawując Szymbora na ławie jak wkutego. Justyna nie słyszała ostatku cichej rozmowy, uderzyła ją tylko blada, zmęczona twarz męża, który zdawał się cierpieć.
— Polciu! czy ci może co nie zaszkodziło? jesteś tak blady!
— Blady? a może być! w istocie, to wino mocne, bardzo mocne, rozebrało mnie jakoś... zdradziecko... Ale to nic... przejdzie...
— Wody byś się może napił?
— Nie, chyba wódki! odparł śmiejąc się i nagle wstając z ławy. Otarł pot z czoła.
— Gorąco! rzekł, wieczór parny. Wypiłem całą butelkę, trochę nadto, ale jak się oprzeć urokowi tego wina i gościnności prawdziwie staropolskiej Dziadunia.
Począł się śmiać, usiłując wyjść z za stołu. Zaczynało zmierzchać. W tem tentent rozpuszczonego czwałem konia dał się słyszeć na drodze. Dziadek żywo wyskoczył na pierwszy wschód ganku.
— Jakem poczciw ~ zawołał — ktoś jedzie... do... do dworu... i czwałem.
Szymbor się uśmiechnął.
— Wiem co to pan Szambelan sobie myśli..., czy nie Władek? Ale ja prędzej bym sądził, że spóźniony pisarz policzywszy kopy powraca, aby mu wieczerza nie ostygła.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.