Chleb rzucony umarłym/VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bogdan Wojdowski
Tytuł Chleb rzucony umarłym
Wydawca Państwowy Instytut Wydawniczy
Data wydania 1971
Druk Łódzka Drukarnia Dziełowa
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


VI

W rożku szarej koperty mały znaczek za dwa szylingi, niebieski jak niebo nad Ziemią Obiecaną. Na znaczku zgięty chłop i strzelista menora. Chłop tnie krzew i formuje winną łozę.
Menora wznosi ramiona ku niebu, kaleczony krzew unosi odrostki ku niebu i trwa, wydaje owoce.
Siedem jest dni w tygodniu, siedem ogni wypuszcza menora, siedem pędów prowadzi się na ramieniu winnej łozy. Sznur dwuramienny winorośli i menora wyszły z jednego pnia. W dniu święta ramiona srebrnego świecznika zalśnią płomykami świec, a kiście owocującej łozy gronami słodkich jagód.
Pod słońcem pustyni pisane były listy Eli. Jedna kartka z podróży budziła lęk, dziwna i niepojęta. Na lakierowanej pocztówce miasto pełne barw i życia, wielkie, ruchliwe jak Babilon, a na odwrocie parę ciemnych zdań. Paryż rozdziera jej serce. Jesień przydaje mu melancholii i życie jest piękne! Co to znaczy? Ta kartka była cichym zmartwieniem w rodzinie Zajączków. Listy krążyły dawniej i po znaczkach zostały smutne dziury, bo Dawid wszystkie wydarł. Prawie na pamięć znał te słowa. Niech będą pozdrowieni w pierwszych słowach listu, jej szlachetny ojciec Jankiel i dobra matka Regina, która wydała ją na świat. Tam są wielkie upały, susza. Praca w takim słońcu i pot zalewa oczy. Ale ona dobrze się miewa, okulary dla ojca wysłała razem z szalikiem i skarpetkami, będzie już temu ze trzy tygodnie. A paczka doszła? Chce wiedzieć, niech piszą. Niebawem cytryna zakwitnie, wesołych świąt. Kiedy będą mogli razem usiąść do stołu i odprawić seder? Otuchy, otuchy.
W drugim liście, pojechała do miasta, oparła czoło o mur płaczu. Dużo myślała o swych kochanych staruszkach. Dlaczego los (pasma tuszu, cenzura). Ale nic. Jeszcze będą razem święcić Sukkot, w tym cała jej nadzieja. Namioty przeniosą i rozbiją w winnicy. Nastanie święto i prawdziwa radość, zatańczą dziewczęta, chłopcy zaśpiewają, a jej kochani staruszkowie patrzeć będą na to, klaskać w dłonie i popijać wino. Czy mama pamięta jeszcze małą, śmieszną kuczkę z doniczkami w sieni, którą wystawił tam ojciec? Ona nie może zapomnieć. Piękne, drogie wspomnienie dzieciństwa. Życie nasze (cenzura). Więc niech się trzymają ciepło. Całą rodzinkę, wszystkich pozdrawia, a tymczasem kończy. Kiedy napiszą znów? Tysiąc pocałunków. Odwagi! Ten list był tuszem zaczerniony i na kopercie siadła czarna szwabska wrona. Co zamazane, tego nie można czytać. Jankiel Zajączek miął grubą, szarą kopertę pełną stempli, znaków komory granicznej. Czyje ręce dotykały listów na ich dalekiej drodze? Kto rozróżni zamazane słowa? Krawiec bezradnie obracał kopertę, wtykał chłopcu do rąk. Ciągle wołał Dawida do siebie, jak wówczas, kiedy listy krążyły. Który to już raz? I prosił:
— Chodź, poczytasz mi troszkę, uczony chłopczyku. — Trząsł brodą, rozpościerał ręce, jakby go chciał schwytać, a druciane okulary zjeżdżały nisko z nosa i w oczach gromadziły się czyste, lekkie łzy.
— Nie chcę — mówił i patrzył obojętnie na spłukane deszczem lustro z pierwszego piętra wiszce wśród ruin.
— Chodź, Dawidek, spodnie ci za to uszyję. Ładne, cajgowe.
— Na szelki czy na pasek? Na pasek, Jankiel, na pasek!
— Niech będzie, grzeczny chłopczyku, a poczytasz troszkę list mojej Eli? Ostatni raz proszę. — Jankiel sztywno sięgał po jego twarz zgrubiałymi rękami o pokłutych, czarnych palcach.
— Już nie chcę — mówił. — Nie, nie — i uciekał pod stajnię Mordchaja, a stamtąd na przełaj gruzami biegł na Waliców do kuchni gminnej, mijając legowiska wysiedleńców.
Długi Icchok opuścił już wtedy stajnię, przegnany przez furmana w przeddzień Zielonych Świątek, kiedy Mordchaj Sukiennik swoim zwyczajem sprzątał ciemną szopę. Tego roku banda Barucha Oksa terroryzowała Waliców i Krochmalną z pieśnią na ustach. W biały dzień rzucali się ze strasznym spokojem na stragany, bici rozpraszali się w milczeniu i wracali znów; grasowali wzdłuż muru staczając z przemytnikami dzikie bójki o towar. Rosły im kły i pazury, a ręce same wyciągały się na widok chleba. Długi Icchok, ten podbiegał do przechodnia na ulicy, wyrywał mu bochenek spod ramienia i w oczach napadniętego, krztusząc się i stękając pod uderzeniami, siniejąc z pośpiechu połykał czarny kartkowy chleb.
Dawid idąc z blaszanką do kuchni gminnej albo z kartkami do sklepiku myślał z lękiem o długich, czarnych paznokciach, suchych ramionach, o zaropiałych oczach w twarzy ziemistej i martwej, ściągniętej grymasem głodu.
Jego całym majątkiem była zawszona koszula na plecach. Miał jeszcze wyżebrane czy ukradzione portki drelichowe sięgające do kolan i drewniaki. Długi Icchok przyciągnął tutaj pewnego dnia z transportem wysiedlonych. Najpierw zjawił się Fajwel Szafran, dwóch jego synów, Nahum i Szulim, córka Estera, a za nimi wlókł się Długi Icchok, który pochodził z tych samych stron. Zimą pierwszego roku wojny otwarto na dalekich torach dworca towarowego wagony pełne odartych z odzieży ciał, martwych i żywych tulących się do siebie, zesztywniałych na mrozie jak kamienie. Przytomnieli dopiero za murem, na ulicach przeludnionego miasta — i na ulicach marli, w ruinach, w sieniach kamienic, na strychach, w piwnicach, dokąd wtargnęli.
Wielki tłum przepłynął tymi ulicami, a w gruzach na Walicowie pozostał Fajwel Szafran, Nahum i Szulim, Estera. Stanąwszy na obcym bruku Nahum podał Szulimowi ciężar i ucałował ogonki cyces, a może strzępy łachmanów, które opadały z niego. Pejsy na skroniach, kosmyki lepkich i brudnych włosów zarastały uszy Szulima. Bezradnie krążyli tego dnia po ośnieżonej Krochmalnej, pokorni i cisi, nie mając odwagi wyciągnąć ręki po jałmużnę, mijani przez przechodniów, dla których tak oto stali się żebrakami. Wkrótce rozeszła się w zaułku wieść, że nocą uciekli z płonącego domu modlitwy unosząc życie i zwój Tory. Odszukawszy krewnych za drutami w bliskim miasteczku, przetrwali czas jakiś na garnuszku gminy, a potem uciekali dalej zostawiając za sobą zgliszcza, aż dostali się do małej powiatowej mieściny, skąd Niemcy wysłali ludność getta transportem do Warszawy.
Wszyscy czworo pukali do drzwi, skarżyli się stojąc w sieni. Nahum i Szulim dźwigali wielki zwój, który unieśli w ucieczce.
— Spryciarze, wzięli się na sposób. — Chaskiel-stróż mówił na ich widok: — Pukają do serc zasłaniając się Torą. Kto da więcej?
Pożar jeszcze długo oświetlał ich pociemniałe twarze, odbijał się dzikim błyskiem w oczach.
W ruinach na Walicowie dniem i nocą koczował tłum żebraków i wśród nich znaleźli miejsce przesiedleni. Klecili paleniska z cegieł, pod osłoną wyburzonych nor rozkładali barłogi. Po wodę szli do kamienicy i zimne noce przesypiali na klatkach schodowych; z czasem zajmować zaczęli mieszkania opuszczone przez zmarłych na tyfus, zamorzonych głodem. Przygarniał ich reb Icchok w nielegalnej bóżniczce na Ciepłej, gdzie rozkładali się pokotem w ciasnocie i rejwachu na deskach Bimy i pod wielką Arką, roniąc wszy na zbutwiałe ze starości makaty. Reb Icchok robił starania w Judenracie o kartki żywnościowe dla przesiedlonych i zawartość skarbon przeznaczał na ich posiłki z kuchni gminnej; a pewien piekarz z Grzybowskiej, po tamtej stronie muru, wysyłał swe dzieci parę razy w tygodniu z chlebem na Ciepłą, aby stary rabin mógł dokonać rozdziału. Wielu wolało swoje legowiska w ruinach od ciasnoty małej bóżnicy i wracali na Waliców, gromadząc skąd się da graty i starzyznę, materace, skorupy.
Na rozciągniętych sznurach schła przepocona odzież. Powiewała na wietrze bielizna, kołdry, koce. Kiedy reb Icchok zjawiał się między nimi, otaczali go kołem.
— Owieczki wy moje — mówił. — Owieczki wszawe. Komu jest lepiej? Święto szałasów obchodzą przez okrągły rok. — Śmieli się świszcząc, charcząc, pokasłując. Reb Icchok zdejmował czarny kapelusz i otrzepywał żółty pył, który sączył się z ruin. — Cóż ja? Na cóż wam ja? Kiedy nie odróżniam czerwonki od tyfusu. Przyprowadzę lepiej Obuchowskiego.
I prowadził tam dr Obuchowskiego, który ze słuchawką wetkniętą do ucha i w białym fartuchu zarzuconym na płaszcz grzązł w gruzach rumowiska. Siłą, we dwóch wyciągali z barłogów apatyczne widma i wlekli wśród szlochu rodziny na punkt sanitarny.
— Tyfus szczepić. Wszyscy na dół. — Chaskiel-stróż stukał młotkiem w szynę, jak na alarm.
Otwarta walizeczka z narzędziami. A przed nią długi ogonek charłaków, każdy z zawiniętym rękawem. Dr Obuchowski kłuł, opatrywał ropnie, słuchał skarg. Przytykał szkieletom słuchawkę do żeber, wzdychał i w roztargnieniu patrzył daleko przed siebie na kołyszące się ruiny, skąd kurzyło żółtym pyłem — a po namyśle pisał receptę. Charłacy niechętnie ściągali koszule, odwracali oczy; przyprowadzone dzieci surowo śledziły ruchy lekarza.
Estusia Szafran wyszła ze stróżówki z miednicą na biodrze, zwinnie stąpając po rumowisku. Dr Obuchowski krzywiąc się wsadził ręce do miednicy, z ubolewaniem obejrzał szary ręcznik i zawołał donośnie: — Następny.
Szła spuchnięta Rywa, za nią Rojzełe o ściągniętej, brunatnej twarzyczce. Dr Obuchowski zmarszczył brwi, wypychając językiem wargi zrobił „goryla”. Rojzełe roześmiała się cieniutko. Uspokojony ujął rękę Rywy. Górowała nad siedzącym jak kufa. Obrzęk głodowy szerzył się od nóg do szyi i po każdym ruchu drobne drżenie wstrząsało całym ciałem. Rozkudłane czarne włosy okryte miała szafirowym włóczkowym czepkiem, przypiętym na czubku głowy. Zmiotło uśmiech z twarzy dr Obuchowskiego.
— Puchlina brzuszna? Wszystko dla ludzi, pani Ajzen. Zdarza się. Nic surowego, proszę. Kleik. To znaczy wasser-zupkę z kuchni gminnej przegotować w domu. Przetrzeć przez sitko wyjęte jarzynki. Zaprawić kleik odrobinką mąki i spożywać z wysuszonym dokładnie chlebem kartkowym. Smacznego! A gdyby kawałek koniny, oho. Mięso mleć. Podziękowanie, następny.
Na ropiejącej łydce rozstąpiła się skóra odsłaniając wydrążony mięsień. Szulim Szafran czekał z zadartą nogawką, boso, pokazując nogę, która nie mieściła się w drewniaku. Dr Obuchowski szarpnął pincetą strzęp ropnia. Szulim łagodnie odwrócił ku niemu twarz.
— A co to, kochasiu? Fiuu! Przyjdź z tym do kliniki. Dziesiąta — dwunasta rano, codziennie. Nie paprz, nie dotykaj brudnymi rękami. Następny!
Długi Icchok, skurczony, boleściwym ruchem trzymał spodnie. Dr Obuchowski odciągnął powiekę, palcami ugniatał żołądek.
— Głupota plus galopująca czerwonka. Znowu obżarłeś się rzepą, draniu. Surowizna na twój delikatny żołądeczek to śmierć. Mogłeś sparzyć i nie tłumacz się brakiem opału. Nikt nie uwierzy. A skąd tyle żarcia wziąłeś? Dziesięciu zdrowych na twoim miejscu wyciągnęłoby kopyta. Nic surowego na czczo. Podziękowanie, następny.
— Ranny, puśćcie do doktora!
W ogonku powstało zamieszanie, potem wystąpił do przodu Mundek Buchacz niosąc na temblaku pokaźnych rozmiarów zawiniątko, w którym tkwił skaleczony palec. Dr Obuchowski uśmiechnął się na jego widok.
— Nareszcie coś. Pokaż. Zdarty paznokieć? To rozumiem. Łupinę od ziemniaka, na to szmatkę, na to czerwoną nitkę i tak trzymaj dwa dni. Bandażem możesz się podetrzeć. A jak nie wyzdrowiejesz, to cię zabiję. Marsz, następny!
Fajga w milczeniu obróciła Lejbusia twarzą do lekarza. Uśmiechał się nieśmiało, piąstką ocierał złuszczone wargi. Ostrzyżona po tyfusie czaszka kołysała się na chudej szyi. Dr Obuchowski wyjął słuchawkę z uszu.
— Zaraz pójdziesz do apteki na Chłodnej, wiesz gdzie? Parę kroków. Każesz sobie podać butelkę tranu. Grosze, akurat na twoją kieszeń. Trzy razy dziennie łyżka stołowa. Możesz moczyć mu w tranie suchary, krasić zupę, w razie potrzeby ziemniaki. Ja tego paskudztwa do ust nie brałem, Lejbuś. Karmili siłą, zatykając mi nos. Ale dzisiaj? Nie ma rady. Podziękowanie, następny!
Stali za szopą Mordchaja Sukiennika, w głębi drugiego podwórza, w miejscu gdzie dawniej furman zrzucał sterty zzieleniałej słomy i nawozu. Zagon lekkiej ziemi garbił się na wyrównanym byle jak rumowisku. Elijahu wbijał kołki w grunt. Ogonek przed lekarzem malał i coraz cichszym echem tłukło się w załomach ruin jego pokrzykiwanie.
— Następny, ępny, ępny.
Wiatr podrywał w powietrze wirujące kłęby kurzu. Osuwały się omdlałym, tanecznym skrętem. Elijahu chwycił łopatę.
— Mam ci dać całą Australię z kangurem i trzy Luksemburgi za tę kancerę bez rożka i z takim prześwitem?
Dawid powtarzał z uporem:
— To Madagaskar — i nie chciał opuścić ceny.
Charłacy rozpraszali się i na pustoszejącym miejscu stał fotel pośrodku ruin. Dr Obuchowski palił znużony, prostując na oparciu plecy. Kiedy pójdzie, Chaskiel z powrotem fotel zabierze. Chaim Sierotko szurnął trepkami wzbijając kurz, ukłonił się grzecznie. Zastygła, cicha twarz i z wysiłkiem przymrużone powieki. Czekał cierpliwie, wyciągał szyję. Dr Obuchowski przyglądał mu się uważnie, palił z grymasem:
— Ty jeszcze żyjesz? Nie myślałem. Największa omyłka w mojej praktyce. Chaim, pójdziesz ze mną natychmiast do szpitala. Zaczekaj trochę, następny!
Rzucił papierosa.
— Następny, ępny, ępny — powtarzało echo wędrujące w załomach ruin.
Elijahu pchnął szpadel w grunt i sapnął; ostrze uwięzło w rumowisku cegieł ledwo przysypanych ziemią.
— Daję Australię z kangurem. Albo trzy Luksemburgi.
— Tak nie biorę — upierał się Dawid. — Australia z kangurem i trzy Luksemburgi.
— Mów do mnie jeszcze. — Elijahu machał łopatą. Dawid usiadł na piętach, łokcie oparł na kolanach, twarz złożył na dłoni i patrzył na to z zajęciem.
— Co tu posadzisz, na tej swojej działce?
— Pomidory — sapnął Elijahu. — W sam raz miejsce dla nich. Cały dzień słońce.
— A sadzonki?
Sadzonki Elijahu zdobył, ale pomidory nie przyjęły się jakoś. Wypędzone, chude łodygi zwiotczały i stuliły liście, a potem schły bez ratunku, chociaż Elijahu całe dnie tkwił przy rozsadzie i bez wytchnienia polewał ją wodą, aż lekka warstwa nawiezionej ziemi rozmyła się i spłynęła z błotem, a spod gruntu wyjrzało suche rumowisko cegieł. Kancera Madagaskar sprzedana została za trzy Luksemburgi, zeschnięte zwłoki roślin całe lato leżały na słońcu, a oni nadal przychodzili tam się opalać i klękali na zagonku, ostrożnie dotykając palcami nielicznych pędów czarnej rzepy i cebuli, które wzeszły. Żuli zerwane bladozielone listki wchłaniając gorycz. Obok, na działce Chaskiela, rozrosły się warzywa doglądane przez stróża i Rojzełe, której szkielecik obłaził ze skóry w spiekocie. Dawid i Elijahu oglądali bujne pióropusze marchwi i selerów, spłachetek kwitnących kartofli, rzędy jędrnego bobu i karłowej fasoli. Zakradli się tam pewnej nocy; używali jak cielęta wypuszczone na okólnik. Leciutki powiew wiatru głaskał twarze, z ruin falami napływał ciepły pył. Kiedy gdzieś tam pod murem bity Żyd zaniósł się jękliwą skargą, obok upadła trącona w popłochu cegła.
— Dalej jazda, już cię tu nie ma. — Zjawa w gałganach zastygła u drzwi szopy, a przebudzony furman gderał. — Popatrz na mnie. A potem na siebie, Długi. Po mnie nie spaceruje ani jedna weszka. A na tobie? Maszeruje cały pułk z orkiestrą. Kładź się. Tylko z daleka.
Elijahu położył rękę na desce i chciwie przylgnął do ściany szopy słuchając z otwartymi ustami. Mordchaj usnął i rozlegało się miarowe pochrapywanie: fiju-chrr!
— Cholerne zielsko. Trochę za dużo opchnąłem — mówił szeptem Elijahu.
Dawid poczuł, jak robi mu się niedobrze, mdło i dzwonił zębami. Elijahu wpakował dwa palce do gardła, pozbył się wszystkiego. A on krztusił się własną dłonią, spocony. Jak wówczas, przed wojną, dawno temu, kiedy w połowie uciekł ze snu, ciężkiego niczym zmora. Zmora wysmażona w technikolorze dla starych kretynów i ich drobnych kretyniąt, pełna brodatych duszków, z rycerzem na białym koniu, z królewną w lesie. Kruk siadał na jej ramieniu, za plecami powiewał czarny płaszcz. W wielkim kotle jedno małe zatrute jabłko. Dziewczyna ugryzła owoc i padła śpiewając pełną piersią. Dawid z bólem głowy oglądał cienie na płótnie, sentymentalno-okrutną intrygę ze słodkimi piosenkami, pełną złych i naiwnych kolorów i morałów. Ogarnął go lęk; najpierw w kinie, a potem we śnie. Krzyknął, przebudził się i zakrztusił. Ojciec pytał: „Co mu?” A matka ujęła go mocno za czoło i odchyliła w tył głowę.
Siedział w gruzach, na działce, oparty plecami o szopę. Elijahu stał nad nim blady, trochę wystraszony i nie wiedząc, jak mu pomóc, tłukł go dłonią w plecy, pomiędzy łopatki i w kark. Wiedział, co odchorował: obraz Disneya przyprawił go o mdłości i dziecinny lęk, a widział ten kolorowy pasztet w kinoteatrze „Uciecha” za pięćdziesiąt groszy. Za pięćdziesiąt groszy umierała królewna, galopował biały koń, nuciły basem brodate duszki. Ciało dziewczyny ożyło wśród westchnień i usta śpiewały radosnym sopranem. Duet przemknął w galopie przez ekran. Koniec, ustał szum projekcji. A dlaczego we śnie drugi raz to samo zobaczył? Pewno ze strachu.
Dawid i Elijahu chodzili na działkę całe lato i sparzona skóra złaziła z nich wielkimi strzępami.
Waliców buchał zgiełkiem, wrzaskliwym lamentem. Cmentarny wóz jeździł tamtędy codziennie i ogołocone ze zwłok chodniki zapełniali wciąż nowi charłacy. Bezwstydnie podciągali szmaty i pragnąc poruszyć serca przechodniów, zmusić je do litości, pokazywali kikuty przeżarte ropniami od kostek do bioder. Pewnego dnia Eliasz szedł za wozem wołając:
— Kijów padł!
Charłacy zerwali się z miejsc. W ciszy, jaka zaległa, Fajwel Szafran wyszedł ze swej nory i przyciskając oburącz blaszankę zbliżył się do tragarza.
— A Mińsk?
— Zdobyty.
— Charków?
— Wzięty.
— W ten sposób front został wyrównany.
Rudy kantor zamachał krótkim, wystrzępionym rękawem i widać było, jak zaciska suchą pięść.
— Przekleństwo faszystom, przekleństwo — mruczał. — Przekleństwo, śmierć im. Teraz i na wieki. Amen.
W milczeniu rozchodzili się ustępując z drogi, puszczając załadowany wóz Eliasza. W ogonku przed kuchnią gminną jeden drugiemu przekazywał już wieść z frontu, a zanim Fajwel Szafran zdążył wrócić z blaszanką zupy w ruiny, kamienica na Krochmalnej była o wszystkim powiadomiona. Mówiono szeptem. Długi Icchok przebiegając tamtędy wrzasnął:
— Małka, Małka, zadrzyj kieckę!
Stała pośrodku zaułka w białej brudnej sukience na liliowym spodzie, który prześwitywał przez przejrzystą gazę. Na jej szyi i suchych ramionach wyleniały rudy lisek wisiał pyszczkiem do ziemi. Sztywno podeszła do Lejbusia, wetknęła mu w rękę menażkę i pogładziła po ostrzyżonej szarej głowie.
— Rybeńko, zrobisz to dla mnie? Stań w ogonku i wykup zupkę. Mnie tak nogi bolą.
Lejbuś skrzywił się i powiedział sucho:
— Małka, a co za to dostanę?
— Resztę ze złotego.
Podreptał do ogonka, a Małka stanęła zastawiwszy widok na ulicę. Wśród żebraków rozległo się psykacie. Rudy kantor wściekle potrząsał krótkimi rękawami. — Precz, precz, nieczysta kobieto.
Długi Icchok wołał:
— Małka, gdzie masz kawalera? Hrabia Grandi ci się kłania. Skąd te kwiatki?
Dawid ukradkiem patrzył w tamtą stronę czerwieniąc się i bojąc, aby ktoś tego rumieńca nie zauważył. Elijahu uśmiechał się niewyraźnie. Trzymała w spoconej dłoni parę przywiędłych, wymiętych kwiatków.
Kurzem przysypane były kwiatki, sukienka, twarz.
Długi Icchok wyrwał jej mizerny bukiet i z chichotem cisnął na ziemię, a potem dokładnie rozcierał drewniakami, aż zostały tylko szczątki i rozmazana, wilgotna, zielona plama na kamieniach.
— Tfu! Kocham kwiaty, zwierzęta i dzieci. Człowieka nienawidzę.
Szarpnęła wyleniałego liska za ogon i przekręciła pyszczkiem na plecy.
Małka to zwykłe imię. Ale w starym języku oznacza królową. Ostatnia w tłumie nędzarek nazywać się może Małka i nie wiedzieć, że nosi królewskie imię, a byle ulicznik woła za każdą obdartą Żydówką: „Małka!” Felek Piorun na niepewnych nogach zatrzymywał się na ulicy, zdejmował czapkę, zamiatał nią przed sobą i wołał: „Królowo, dla ciebie wszystko.” Małka wsiadała do dorożki, on podawał jej ogień, zaciągała się petem, który cały wieczór tkwił nie dopalony między palcami, i drynda ruszała na Bagno. Jechali pić wódkę i śpiewać do rana piosenki. Czy Felek Piorun wiedział, że „Małka” znaczy królowa? Tak mówił. Dla pijaka każda dziewczyna z ulicy może być królową. Pijacy mają swój język i ten język plącze im się ze wszystkimi innymi językami.
Długi Icchok chichotał upiornie i wskazywał ją palcem, kiedy czekała na powrót Lejbusia z menażkami. A ogonek przed kuchnią gminną pełzł do przodu jak wycieńczony charłak wzdłuż ściany.
Wracając z garnkami Dawid stawiał gorącą blaszankę na cegłach i siadał między wysiedleńcami z kresów, słuchając ich śpiewnych głosów.
— Przeżyłem życie jak się należy.
Estera rozwieszała mokre szmaty na sznurze, wspinała się na palce. Wykręcała ręką bieliznę, chlustała wodą. Płaskonosy Nahum rąbał krzesło na ogień. Fajwel Szafran mruczał:
— Przeżyłem życie jak się należy, a teraz muszę patrzeć na to grzeszne miasto. Tfu, bez obrazy, Babilon... Szulim! Gdzie jest Szulim? Poszedł już po tę polewkę?
— Poszedł, poszedł — mówił Nahum.
— Miski umył?
— Umył.
— Tfu, kara boska, niekoszerne pomyje w niekoszernej skorupie i ja mam to połykać na stare lata. A ty czyj jesteś? — Lwia broda wskazywała Dawida. Spojrzenie żółtych oczu starca przesuwało się po nim. — Ostrzyżony jak goj. Gdzie masz pejsy? A może u was już nie noszą? Pejsy nie są w modzie, co?
— Tate, nie czepiaj się — i Estera uśmiechała się do Dawida.
— Ny, ny, jak się odzywa do starego ojca.
— Tu nie wieś.
— Widzę. Tfu, że Babilon.
Estera rozwiesiła bieliznę, wyszła z sandałów i wsadziła do miednicy nogi. Przygryzła wargę; lekkimi ruchami płukała stopę, łydkę, kolano, uniosła spódniczkę i zwilżyła uda. Długo oglądała piętę przechyliwszy za siebie głowę i włosy luźno spłynęły na plecy.
— Ny, paskudnica, widzicie ją! A do mykwy kto za ciebie pójdzie? Tam idź, tam obmywaj cielsko. Chociaż przystawią stempelek do bonu.
Woda w miednicy pociemniała, a dziewczyna opuściła powieki i spokój ogarnął jej twarz.
— Do mykwy? Tate, z mykwy przywlec można tylko tyfus.
Rude włosy ujęła wymoczoną, różową dłonią i zwinęła w gruby węzeł. Schyliła się, kawałkiem szorstkiej cegły tarła podeszwy stóp.
— Bezwstydnica!
Przybladła, zielone oczy zabłysły. Gibkim ruchem wyciągnęła wilgotną nogę i dużym palcem przysunęła sobie z daleka drewniany sandał. Wiatr się zerwał, sypnął kurzem na potłuczone skorupy i śmiecie, targnął brodą staruszka, spódniczką u białych kolan. Wyżej, nad ich głowami stały nagie ruiny chwiejąc się i kołysząc łagodnie. W zębach zgrzytał piasek.
— Kto tam? — pytał staruszek. — Ty, Szulim?
Gdzieś obsunął się gruz; na widok Długiego Icchoka, który skradał się w jego stronę, Dawid złapał stygnącą blaszankę i nie oglądając się za siebie, na przełaj, pod oknami Zajączka uciekał do domu.
Długi Icchok we dnie kradł, żebrał, wałęsał się z Baruchem Oksem i czatował na szmuglerów z placu Żelaznej Bramy, a nocą wpełzał do swej nory w sąsiedztwie Szafranów, jamy niedołężnie wyrytej w usypisku. Otoczył ją pryzmą ułożonych luźno cegieł, okrył drzwiami starej szafy, arkuszem falistej blachy i szczeliny pozatykał strzępami smołówki skradzionej u dekarzy. Wszystko to zgromadził przed świętem szałasów, kiedy — jak co roku — ulice i domy zazieleniły się raptem mizernymi namiotami, jakie nieporadnie i śpiesznie klecili Żydzi w ten czas. Z braku gałęzi schrony świąteczne na podwórkach, balkonach i w sieniach stroili zielonymi gałganami, derkami, kwiecistymi obrusami, czym kto jeszcze miał. Zwiędłe łachmany długo potem polatywały w górze, jak wielkie nietoperze.
— I znowu święta — narzekała matka.
Stała w otwartym oknie, odwrócona. Szare i złote światło łagodnie obejmowało jej czarną sylwetkę, głowę, ramiona, włosy. Splotła palce unosząc łokcie. Ugięte dłonie potrzaskiwały sucho. Odwróciła się i zmierzchające słońce czerwono zalśniło w jej oczach.
Zaglądając do przyniesionej blaszanki narzekała:
— I znów Sukkot. No tak, ledwo minie nowy rok, w parę dni po pokucie musi stanąć kuczka. Oj, Żydzi, Żydzi, a gdyby tak raz obyło się bez tego? Co to ma być? Mordchaj, który cały rok spał w szopie z bydlęciem, też musiał w tym dniu wystawić szałas. Chaskiel-stróż zabrał dzieciarnię w gruzy na ten swój warzywnik. Posadził na grządkach Rojzełe i Awrumka. A Rywa chodzi tam i nazad ze stróżówki na podwórze z miskami. A potem je odnosi. Dumna jak paw. Jankiel, któremu w suterynie walą się na głowę cztery piętra, też wystawił sobie świąteczny szałas! U Mordarskiego, który żre słoninę za trzech i zapomniał słowa modlitwy, na balkonie stoi, a jakże, okazała kuczka. Natek Lerch postawił na oknie doniczkę z kaktusem zamiast kuczki. Sura-przekupka wyniosła na podwórze dwa krzesła i położyła obrus w kwiaty. A co to ma być? Kuczka! Fajga daje swojemu Lejbusiowi cukierek pod namiotem. Namiot... Szmacina rozciągnięta na sznurze od bielizny! Mecenas Szwarc, ten przechrzta, co czterdzieści lat nazywał się Czerniatyński, jak jaki magnat z pięcioma pałkami w herbie, i na ścianach u siebie wieszał wypchane zające i jelenie rogi, w tym roku kazał sobie wystawić strojną kuczkę, żeby nie zapomnieć czasem, że jest Żydem. Po co daleko szukać? Papierny też kazał nad łóżkiem powiesić ptaszki-wydmuszki i zieloną gałązkę. A skąd wziąć w dzisiejszych czasach gałązkę? I Buba mu przyniosła. Spod ziemi wykopała i przyniosła, żeby paralityk mógł zjeść brukiew w świątecznie przybranym łóżku. Śledziarka z jedną zasiusianą koszulą na grzbiecie i ostatni bogacz, który przez okrągły rok śpi na puchowym piernacie, szukają świątecznej niewygody w ciasnej kuczce. Wszyscy chcą świętować, jak na Żydów przystało. I nikt nie pyta, czy w ogóle Żydowi teraz świętować przystało... Świąteczny rejwach. Co to ma być? Sukkot? Pomieszanie z poplątaniem! Przesiedleńcy w ruinach mają swoje święto szałasów pod gołym niebem cały rok.
— Tymczasem. Święte słowo, tymczasem!
— Nie przerywaj mi, kiedy mówię. Zawsze milczę jak grób, tylko ciebie słychać. Raz do roku po pokucie mogę też coś w tym domu głośno powiedzieć.
— Kobieto, tobie przecież usta nie zamykają się od rana do nocy.
Ojciec kluczem naciągał szprychy na obręczy koła i palcem próbował, czy dobrze osadzone.
— No, nie mówiłam, że wykipi? I wykipiało! Kiedy ja grzeję mleko, ty zawsze musisz zrobić awanturę.
— Ja? Awanturę?
Ojciec złożył ręce na obręczy koła.
— Raban w domu, z garnka kipi, a mnie już łez brakuje.
Matka kupiła gdzieś odrobinę mleka na święta. Kiedy mleko wycieka za brzegi garnka, robi się swąd, wtedy sypie szczyptę soli na blachę, i to pomaga. Zła, rozżalona, przygaduje:
— Nigdy dobrego słowa nie ma dla mnie w tym domu! Co powiem, to źle. Co zrobię, to nie tak.
Ociera łzy, wzdycha.
— Tak mi tego mleka żal.
Ojciec unosi koło i przesuwając obręcz w dłoniach ogląda pod światło skręt.
Mówi:
— Tymczasem. Święte słowo, tymczasem! Kto je wymyślił? Na pewno Żyd klecąc szałas.
— Eeee.
— Tymczasem kuczka osłania nas. Oj, cieszmy się.
— Eee.
— Dzisiaj jestem tu, jutro tam. Oj, cieszmy się.
— Ee, pomieszanie z poplątaniem!
— Tak jest urządzony ten świat, że wszędzie znajdzie się jakieś małe, ciche miejsce na mój mizerny szałas.
— Tak było dawniej. Teraz jest Judenrein... Ja tu mówię o uchodźcach, którzy latem i zimą nocują w ruinach pod gołym niebem, a ty mi chcesz zaraz, na poczekaniu, wyłożyć sens doli żydostwa.
— Tak wszystko zostało między nas podzielone. Zapomniałaś? Co reb Icchok powiedział? Kiedy stanąłem z tobą pod czerwonym baldachimem, całe życie było przed nami. Całe nasze życie było jasne jak dzień. Ty miałaś martwić się o duże rzeczy, ja o małe. Ty miałaś kłopotać się o nasz los, a ja trapić losem całego żydostwa. A powiedz mi teraz z ręką na sercu, czy można było lepiej podzielić cały świat między nas, abyśmy na tym podzielonym świecie zostali zawsze razem? Czy reb Icchok nie miał lekkiej ręki? Powiesz może, że miał ciężką rękę? Dzisiaj, po tylu latach... „Jest, jak jest. I nie ma o czym mówić.”
Matka śmieje się.
— Kiedy ten baldachim spadł nam na głowy, wszyscy zaczęli wołać: „Zła wróżba? Dobra wróżba? Zła wróżba!” A reb Icchok powiedział: „Jest, jak jest. I nie ma o czym mówić.”
Matka śmieje się, a ojciec patrzy ukradkiem w jej twarz.
— Jeszcze nie zapomniałaś?
— Kiedy baldachim upadł, było mi strasznie. Myślałam, że zapadnę się pod ziemię. — Matka przykłada dłoń do policzka i pochyla głowę. — I... i takie ciemne ciasto upiekłam na ten dzień. Po rozkrojeniu został tylko gruby zakalec. Okropnie mi było wstyd, żal. Sama nie wiedziałam, dlaczego.
— Szmuel dokuczał, krzywił się, jak on: „Co za chała? To ma być chała?” A ojciec nas bronił: „Kiedy chała na stole, nie pytaj, z jakiej mąki. Jedz, Szmuelu!” No i musiał zjeść.
— Każdy zjadł po trochu ten zakalec. — Unosi głowę. — Ale jednego ci do śmierci nie wybaczę.
— Czego?
— Ile czasu minęło, zanim do wesela doszło?
— A?
— Zwlekałeś, zwlekałeś, a ja czekałam jak głupia.
— Znowu? Miałem przecież terminową robotę u starego Lewina! Trzeba było najpierw się z tym uporać. Chcesz cały stołowy urządzić w pięć minut?
— Tak, tak. Osiem krzeseł, dwa fotele, stół.
— I kanapka! Fornir sykomora, gięty dąb. Wtedy sykomora była bardzo, bardzo w modzie. Widzę jak dziś. Obicia, czerwony brokat ze złotą krepinką! Nieczęsto taka robota się trafia. A potem...
— A potem było nasze wesele.
— Czekaj, jeszcze nie. Potem Lewin zapłacił i zrobił drugi obstalunek. Musiałem urządzić służbówkę dla Ceśki. Wszystko pociągnięte białym lakierem, nawet ramki do obrazków. Niech go nie znam! Rąk nie mogłem domyć. Samego adamaszku wyszło ze dwadzieścia metrów.
— Wszyscy mówili, że stary Lewin okropnie się w niej kochał.
— E, gadanie.
— A jednak poszła z nimi za mur. Popatrz, złoto, nie dziewczyna.
Ojciec powtarza:
— Osiem krzeseł, dwa fotele, stół z pomocnikiem i kanapka. Widzę jak dziś.
Zapada milczenie.
— A potem tak mną zakręciło. Nie miałam czasu obejrzeć się za siebie. I to wszystko — matka wykonuje nieokreślony ruch — wydawało mi się takie małe. Jak gdyby moje życie było zawsze gorsze niż ja. Nie takie, jak ja.
Urywa.
— Mów, mów.
— Pewno zgrzeszyłam. Pychą.
— Ty i pycha! Dobre sobie.
— A dzisiaj wiem, że i to można utracić. Tak niewiele.
Drży podbródek i nagle tworzy się wyraźny dołek. Macka zaciska zęby, zaciska mocno powieki. Marszczą się wargi, brwi, skronie, czoło. Kładzie sztywno ręce na twarzy i przez palce toczą się strumyczki łez.
— Widzisz, każdemu zgotowano ten sam los.
— Wolno mi... pomyśleć... że... to kara... na mnie?
— Wolno, tylko nie dodawaj sobie zmartwień. Jak mleko wykipi, nie trzeba od razu robić rachunku sumienia.
— Kiedy ślepiec się potyka, czy to znaczy, że został ukarany za grzech? Już dawno został ukarany ślepotą. My, Żydzi, jesteśmy detaliści i dlatego nie możemy dojść do ładu z Panem Bogiem. A Pan Bóg to hurtownik i nie dba o detal. Tylko hurtownik mógł stworzyć taki świat w sześć dni.
— Ręka mu nawet nie zadrżała. Ale co z tym mlekiem? Zostało trochę?
Matka nie odpowiada. Szlochając przykłada dłoń do policzka i pochyla nisko głowę.
Sukkot, święto zbiorów, wspominków całorocznych i cicho skrywanych życzeń, przemienione w beztroskie święto koczowników, kiedy wynoszono na dwór doniczki z palmą, gromadzono późną zieleń, jedlinę i kwiaty, pleciono lekkie girlandy, wieńce, płoche ozdoby. Kiedy wystawiano wśród okrzyków radości sprzęty z mieszkania, deski i okiennice, drzwi wyciągano z zawiasów, stołki z kątów, aby za ich pomocą sklecić tymczasowe i śmieszne budowle. A pod niepewnym stropem, w cieniu chwiejnych ścian pito wino i łamano ciasta, kosztowano rodzynki, owoce.
Zaczerpnąć powietrza w płuca, wznieść piosenkę pod gołym niebem, zachłysnąć się swobodą, beztrosko czekać, zanim szałas runie na głowę. Zachłysnąć się swobodą, której nie ma, weselić pamiętając o smutku bezkresnej drogi, odegrać doroczną komedię wygnania i włóczęgi.
Takie to i święto, Sukkot, co przypada w porze pierwszych jesiennych wiatrów.
To cóż, że mija rok za rokiem i końca nie widać tej drogi? Taki już Żyda los. Wypędzą go stamtąd, przycupnie tu. Ucieknie stąd, powędruje dalej. A wszędzie, gdzie zdarzy mu się zatrzymać na krótko i odetchnąć w ucieczce — postawi tymczasowy, chwiejny, rozlatujący się na wietrze dom.
Był taki majster, który w przeddzień świąt przemierzał ulice z okrzykiem:
— Kuczki stawiam, szałasy buduję! Kuczki — a kiedy głowy wychylały się z okien, kończył: — Na wieczność.
Ale czy święto szałasów może trwać cały rok? Długi Icchok w swej kuczce sypiał, dopóki nie wygnała go stamtąd słota. Kiedy mżyło i nora wypełniała się wodą, wpełzał do suchej blaszanej beczki po smole wywróconej na ziemię, a jak nastały chłody, znów próbował wtargnąć do szopy Mordchaja, by ogrzać gnaty w cieple piecyka. Stary furman niechętnie go wpuszczał, bo Długi Icchok miał więcej wszy niż włosów.
— Już... już. Już, znowu tutaj. Łachmyta nie ma gdzie wytrząsać swoich zagłodzonych wszy, tylko u mnie? Dalej, jazda!
— Mordchaj, gdzie powiedziano, że święto szałasów ma dla mnie trwać cały rok?
Długi Icchok smętnie czochrał łopatki okryte krostami i sterczące ostro na chudym grzbiecie. Długo, cierpliwie tkwiąc w drzwiach szopy, w głębi której niska koza prychała słomianym ogniem i pąsowiała rumieńcem przelotnego żaru, mrugając od tego blasku zaropiałymi oczami, nie zrażony krzykiem ani smagnięciami bata w powietrzu, czekał, aż minie burza i będzie mógł wsunąć się w ciemny kąt na stos worków, pod stertę siana i słomy. „Rabuśnik!” Tak wołali za nim mieszkańcy kamienicy, wszyscy, od suteryn po strych, a Chaskiel przepędzał trupioszarą zjawę w łachmanach jednym machnięciem miotły. Wracał chyłkiem i chował się na ciemnych schodach, znienacka wyrywał przechodzącym staruszkom brukiew; obrabowani rozbiegali się w długiej sieni z cichym piskiem myszy.
Na środku podwórza wyjął malcowi marchewkę z ręki i obojętnie schrupał. — Oddaj, złociutki — prosił Lejbuś. — Taki kawalątek chociaż. Taki — pokazywał na palcu.
Akurat, zobaczy swoją marchew. Prędzej tutaj na ręce zobaczy kwitnący kaktus, na dachu zeszłoroczny śnieg, klacz zaprzężoną do dryndy i Mordchaja na koźle w dorożkarskim deklu.
Kiedy Długi Icchok przełknął i zamierzył się, Lejbuś uciekł na drugie podwórze. Po chorobie skóra luźno wisiała na łuszczącej się twarzyczce, pomarszczonej i znikomej.
— Koniku, koniku — szeptał w pustej stajni. — Brylantowy konisiu, ja ci dam cukier. Ja ci dam łąkę. Ja ci dam pałac... ja ci dam wszystko.
Przez otwarte drzwi widać było, jak Lejbuś długo stoi z czołem opartym o pusty żłób.
— Buba! Buba, córuchno moja, co ty tak długo tam robisz?
Papierny, któremu nogi odjęło, wołał ze swego łóżka i grzechotał blaszanym garnuszkiem, w którym tkwiła łyżka.
— Idę, idę.
W gęstniejącym zmierzchu unosiło się natarczywe, ckliwe mamrotanie przekupek, które zwijały stragany przed bramą.
Buba biadała:
— Co za dzień, i znowu nic. Jak tu targować? Dwa razy wywrócili mi stołek i przyszli rozmienić pieniądze na drobne... Cały mój zarobek.
O tej porze banda zaczajona w ciemnej bramie rzucała się cicho na powracające kobiety i wydzierała im z rąk, co się dało. Ale co można wydrzeć takiej przekupce, nawet po całym dniu targu? Były to stragany dla żebraków. Strzegły ich wysuszone cienie, które od świtu do nocy żebrały o kupno drzewa, brukwi, rzepy.
— Rabuśnik! Trzymaj go, łapaj... mój towar, moje pieniądze!
Banda Barucha Oksa staczała w ciemności krótką, szybką bójkę z handlarkami. Twarde stołki spadały na wygolone łby; głodne ręce dziko szarpały fartuchy i kieszenie. Połamaniec długo pluł i syczał w ciemnej bramie. Spuchnięta, pękata jak gliniany garnek głowa Śledzia toczyła się po kamieniach ze stukiem. Josełe Żółtko pierwszy uciekał, gdzie pieprz rośnie, i drewniaki donośnie klekotały na bruku. Kuba Wałach jęczał w kącie za śmietnikiem, leżąc brzuchem na zdobyczy, jak szczur boleśnie nadziany na drut ze skwarką, a Fajga butem okładała jego chude gnaty. Mundek Buchacz ledwo mógł sobie dać radę z rozjuszonymi wiedźmami i w zamęcie, jaki wyczyniała banda, uchodził, z czym się dało.
Przekupki szalały, rozczochrane. Chaskiel-stróż, przysięgły rozjemca i sędzia kamienicy, rozkładał ręce z daleka.
— Sama słodycz, miód ze szmalcem — pokrzykiwała Fajga nazajutrz, kiedy w hałasie schrypłych głosów, w gorączkowym zgiełku znów przebudzonych do życia widm, które potrząsały szalami wagi, w czystej wymianie kalorii i walut kiermasz żebraczy zaczynał się od nowa.
Buba z granatowym okiem po wczorajszej bójce poprawiała fiok nad czołem.
— Ej, kawalerze, daj zarobić ździebko. Zrób dobry początek od samego rana.
Zyga wałęsał się koło straganów, za nim wlókł się Ernest i łakomie oglądał porozkładane słodycze. Sura od brukwi, rzepy i buraków wołała:
— Co ja robię, zwariowałam, za darmo oddaję. Ludzie, do mnie.
Fajga śpiewnie powtarzała:
— Bakalie tureckie. Brać, przebrać. Na sztuki, na wagę.
Bakalie leżały na stołku, w bramie. Fajga wyłożyła świeży karton prasowanego maku z cukrem, łuskane orzechy powleczone brunatnym syropem, draże, ciągutki, nugaty.
W jakim kotle, jaka wiedźma, przy pomocy jakich zaklęć, czarów, jadów pitrasiła te paskudztwa?
— Sama słodycz. — Przytupywała za stołkiem, a męskie pantofle na jej stopach, obszerne i rozczłapane, jak dziurawe łodzie dryfowały w kałuży.
— Fajga, a na czym smażysz pączki?
— Ty rozumiesz, a ja wiem. — Wyjęła nogę z buta i pod stołkiem widać było, jak pociera palcami chudą włochatą łydkę.
Zyga stał przed nią brudny, uśmiechnięty. — Na wszawym łoju? Na szczurzym sadle? Co, Fajga?
— Zdechlaku — zawołała Buba od straganu z drzewem opałowym, karbidem i koksem. — Masz pusty bandzioch, gołą kieszeń, wszawicę na łbie i jeszcze tutaj pyskujesz!
Fajga wetknęła stopę do luźnego buta, pochyliła się nad stołkiem i syknęła:
— Rybi kłaku!
— Prukwa na kaczych łapach!
Sura od swojego wózka z brukwią, rzepą, burakami powiedziała cicho i łagodnie:
— Szmaja.
— Czego? — Zyga odwrócił się, rozbrojony. Na jej szarych, rozciągniętych szeroko ustach czaił się krzywy uśmiech.
— Szmaja, powiedz no, złotko moje, a kradniesz też lewą ręką?
— O, pocałuj mnie, wiesz gdzie, i zakręć korbą z drugiej strony.
— Co?
Przekupki śmiały się chórem.
— Surełe, oj Surełe, bo nie mogę. — Buba ostro popiskiwała z uciechy. Trzęsąc głową i burząc wysoki fiok dawała znaki Surze. Fajga załzawione ze szczęścia oczy wycierała fartuchem, smarcząc na ziemię i dwoma palcami ściskając nos. A Sura, sztywna i nieporuszona, stała w milczeniu z tym swoim krzywym uśmiechem na szarych ustach.
— Co takiego, Szmaja? A, rozumiem. Rozumiem, tylko pojąć nie mogę.
Z pomocą biegł Elijahu zwabiony krzykiem, donośnym śmiechem. I jak gdyby nigdy nic:
— Co słychać?
— Przekupki nie chcą zdychać.
Bez pośpiechu szli na drugi koniec uliczki ująwszy się za ramiona. Handlarki wracały do swych monotonnych nawoływań, dalej zaczepiały przechodzących żebraków.
— Wszystko to jest klej na wodzie, pic i fotomontaż. Kręcisz się tutaj — mówił Elijahu. — I co? Fajga, ta stara ropucha, krochmal smaży z melasą na oleju rzepakowym i zawija w błyszczący papier! Paskudztwo. Chodźcie lepiej ze mną, zapolujemy na koty.
— Nie mów. Z gołymi rękami?
Długo szeptali. Elijahu wytykał palcem.
— Albinos, idziesz?
— Idę.
— Szmaja, idziesz?
— Nie.
— To nie. Bierzemy worek, drąg i łopatę. Jazda.
Szli na Przebieg, z workiem, z drągiem i z łopatą do węgla.
Ernest trzymał oburącz drąg, Elijahu łopatę przerzucił przez ramię, Dawid zwinął worek. Tutaj było pusto, panowała cisza cmentarza i tylko z oddali docierał stłumiony szum handlowej dzielnicy. Maszerowali wśród opustoszałych ruder, cierpliwie wałęsali się wokół posępnych czynszowych kamienic ogarniętych zarazą i skazanych na kwarantannę, wymarłych już i cichych, gdzie odór karbolu bił aż na ulicę i w pustce szczury odprawiały nad zwłokami kadysz.
Długo czatowali pod usypiskiem śmieci. Dzień wlókł się, jak konający z głodu po kamieniach.
— Szpadlem przez łeb, raz — i Ernest pokazywał energicznie, jak uderzy szpadlem.
— I drągiem.
— I drągiem przez łeb.
Elijahu radził byle co rzucić na przynętę. Byle co, od razu przyjdzie do ręki.
— Ale co?
Przełykali ślinę.
— ...ci, kici, kici — wabił Ernest. — Kici, kici.
Ręce niewinnie założył do tyłu, pragnąc ukryć zamiary i okuty kołek. Sapał, niecierpliwie zaglądał przez okienko do piwnicy. Elijahu przysiadł na piętach w postawie, która nic dobrego nie wróżyła. Trzymał nóż z korkociągiem — własność Zygi — i obydwa ostrza były obnażone.
— Widzę, jest — mówił Ernest wsuwając głowę do piwnicy, ale było tam ciemno jak u Murzyna w kieszeni i nie mógł chyba nic zobaczyć.
Elijahu podniósł z ziemi porzuconą butelkę.
— Tym — powiedział i potrząsał nią groźnie nad głową, ale w drugiej ręce nadal trzymał ostry nóż.
Dawid trzymał worek.
— O, o — westchnął, kiedy z głębi sieni za ich plecami rozległ się słaby, przeciągły krzyk dziecka.
Zeszli potem po śliskich stopniach do piwnicy, brodząc ostrożnie w wysokiej warstwie rozsypanego pierza jak w zaspach kopnego śniegu. Obeszli suteryny i parter pełen porzuconych, sczerniałych zwłok, tkwiących nadal sztywno w fotelach, spoczywających na materacach i zastygłych pod ścianami nago i w kłębach zapotniałych, cuchnących szmat. Na palcach wyszli stamtąd, jak ścigani.
— ...ci, kici, kici.
Nagły łomot blaszanek, które potoczyły się z usypiska śmieci, jęk potrąconej szyny — i odwrócili się wszyscy trzej. W tumanie kurzu, który zawisł nad tym miejscem, w burzy zgiełków, co runęły na ich głowy i przetaczały się bez końca na dnie głębokiej studni podwórka, znajome widmo w łachmanach sunęło ku nim niedołężnie, kołysząc się i kulejąc, klaszcząc drewnianymi trepami na betonie, depcząc z trzaskiem nagromadzone skorupy, szeleszcząc wśród gazet i z donośnym brzękiem roztrącając porzucone butelki. Uciekali — z workiem, z drągiem, z łopatą do węgla. A tamten zmarniały z głodu, rozjuszony szkielet biegł za nimi długo bełkocząc, aż echo huczało w ruinach Przebiegu.
— Yyy, łobuzy!
Bełkotał i rzucał butelkę podniesioną z ziemi.
— Yy, ja wam dam!
I rzucał puszkę po konserwach, i ciskał skorupę starego gara. Uciekali, a za nimi gonił szkielet, gubiąc w pośpiechu wszy.
Odetchnęli dopiero na drewnianym moście — skąd do domu było parę kroków — w tłumie przechodniów lękliwie przemykających tędy z głowami wciśniętymi w kołnierze. Uginały się, trzeszczały wątłe deski, żandarm pod mostem wolno obracał się na posterunku. Stąd, z tego miejsca wyniesionego ponad ulicę, widzieli kręte, zatłoczone zaułki getta, rozległe czeluście Hal aż po plac Żelaznej Bramy, a bliżej, na skwerze, biały masyw kościoła Św. Karola i poza nim, w oddali, wierzchołki starych drzew w Ogrodzie Saskim.
— O, tam — wskazał ręką Elijahu. Z tęsknotą i smutkiem patrzyli przed siebie, pragnąc zobaczyć brzeg Wisły.
Za plecami, w remizie na Woli dzwoniły tramwaje. Elijahu zmrużył oczy, szybko przechylił się przez poręcz mostu i splunął na szczyt czerwono-czarno-białej budki żandarma, który stał właśnie odwrócony i zajęty kontrolą dokumentów. Przechodzień w chałacie i czarnym kapeluszu wrzasnął na ten widok:
— Żydzi, uciekajcie! — A kiedy w panicznym tumulcie biegnących most opustoszał, żandarm odwrócił się, patrząc w górę poprawił na czole hełm i bez gniewu zawołał: — Juden, was ist los? — zdumiony niespodziewanym zamętem.
A tam, na moście, trzech Żydziaków obojętnie stało przy poręczy i patrzyło sobie w dal, gdzie płynęła skryta przed ich wzrokiem rzeka.
— Eli, i jak ty teraz wyglądasz?
— Dawno już uciekły — powiedział Ernest. — Za mur. Na aryjską stronę.
Tak było; zwierzęta przenosiły się tam, gdzie śmietniki nie były przetrząsane przez oszalałych z głodu ludzi, którzy skryci za kubłami śmieci rzucali się znienacka na psy, koty i dusili je gołymi rękami. Zwierzęta padały pierwsze, kiedy ludzie jeszcze długo znosili swój los.
— Aha — mówił niewyraźnie Elijahu, zwiesiwszy głowę nisko za poręcz. — A wiesz, kto nas gonił taki kawał? Długi.
— Icchok. Ale co on tam robi? Niech idzie na Waliców, niech się kładzie na kamienie, ten zdechlak.
— Na Waliców, pies go jeszcze nie pogrzebał.



Tekst udostępniony jest na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska.