Bajbuza/Tom III/IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Bajbuza
Podtytuł Powieść historyczna. Czasy Zygmunta III
Data wydania 1885
Wydawnictwo Spółka wydawnicza księgarzy w Warszawie
Drukarz Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub Pobierz Cały tom III jako PDF Pobierz Cały tom III jako MOBI
Indeks stron
IX.



Noc dnia 29 czerwca 1607 roku w obozie królewskim, który na krótki spoczynek zaledwie rozłożono, sposobiąc się do dalszego pochodu, dozwalała przeczuwać, iż dzień po niej nastąpić mający albo sprawę rokoszu rozstrzygnie, lub przynajmniej o krok posunie dalej.
W blizkości królewskich namiotów, których część tylko rozbito, Bajbuza ze swym wiernym Szczypiorem leżeli na ziemi rozesławszy wojłoki i gwarzyli pocichu. Przed nimi na drewnianej misce rzucone było pokrajane mięso jakieś i połamany chleb, obok stała bańka i dwa kubki, ale oba oni o jadle i napoju najmniej myśleli w tej chwili. Bajbuza dumał z czołem zmarszczonem, zestarzały jakąś boleścią wewnętrzną. Szczypior odrętwiały się zdawał ze znużenia. Kiedyniekiedy oglądali się na siebie i mieniali słów kilka urywanych.
Od obozowisk szeroko rozłożonych na równinie dochodził tylko szmer głuchy i rżenie, poruszanie się wozów i koni; ludzkich głosów słychać prawie nie było. Cisza jakaś uroczysta, podobna do tej, które poprzedzają burzę, przygniatała te tłumy.
Rotmistrz w sobie był zatopiony.
— Hetman ich przecież zdołał nawrócić — zamruczał do Szczypiora. — Nie obwiniam ich, samiśmy na to niemal patrzyli, że się pomiędzy naszych ciągle rokoszanie nasyłani przez hersztów wciskali i przeciwko rozlewowi krwi braterskiej apostołowali. Z tego poszło, że teraz kwarciani poczęli się wahać i głośno zapowiedzieli, że na rokoszan iść a z bracią bić się nie chcą. Jeszcze to szczęście, że poczciwie się z tem oświadczyli, a nie zdradzili w ostatniej godzinie!
— Alboż pewnymi być możemy, że się to nie stanie? — zamruczał Szczypior. — Prawda, hetman ich przekonał, że przy królu i prawie stać powinni, że rozlewu krwi oni na sumieniu mieć nie będą, bo króla i wojsko zmuszono do tego; poszli skonwinkowani, a no, kto to przewidzi, czy ich nie pobałamucą znowu?
Niepodobna się dopilnować — mówił dalej Szczypior — któż tu dojdzie z jakiego człek obozu, do kogo należy? Rokoszan mnóstwo się włóczy... żeby jak pilnować...
— Tak, tak, straszna to wojna — odzywał się Bajbuza — bodaj była pierwszą i ostatnią.
Wtem od namiotów królewskich nadbiegł Kaliński, otulony opończą, bo go febra trzęsła.
— Wiecie? — rzekł głosem poruszonym — wiecie? Ostrogski stoi osobno obozem za Wisłą, posyłali do niego... odpowiada ni to, ni owo. Król na niego rachował, a kat go wie.
— Jam nigdy nie liczył! — przerwał Bajbuza — jak był od początku, tak pozostał, na dwu stołkach. Czeka końca, a potem skoczy gryźć powalonego na ziemi. Ale, kiedy Stadnickiego bracia odciągnęli, to też coś znaczy. Bez Djabła Zebrzydowski słabszy.
— Jest Herburt — zamruczał Szczypior.
Z mroków nocnych ukazała się postać nowa; był to rotmistrz stary Gurski, którego Bajbuza jako żołnierza cenił bardzo.
Wlókł się krokami powolnemi i stanął. Obie pięści sobie do czoła przyłożył.
— A bodaj ich milion kroć sto tysięcy... tych niegodziwych, co tę wojnę wymyślili. Przyjdzie do bitwy... któż tu rozpozna druha od nieprzyjaciela?
A toż bracia przeciw rodzonym.
Bodaj z piekła nie wyleźli!
Kaliński, któremu się usta trzęsły, rzekł.
— Dlatego ja dotąd kwarcianych nie jestem pewny... mają wstręt.
Wszyscy ciężko wzdychali.
— Odpowie przed Bogiem kto to sprawił! — potwierdził Bajbuza.
— Czy Djabeł przeszedł do nas? — zapytał Gurski.
— Nie — rzekł Bajbuza — ale od wojewody odstał i porzucił go.
— Zkąd mu ten rozum?
Milczeli wszyscy.
— Strategia może — zamruczał Bajbuza — z djabłami trzeba być ostrożnym.
— Choć Ostrogski się nie przyłączył, a Stadnicki go opuścił, przecież Zebrzydowski z Herburtem mają ludzi kilkanaście tysięcy.
Gwarzyli tak, gdy w oddaleniu od hetmańskiego namiotu trąbka się słyszeć dała, a na to hasło zaczęły się odzywać zaraz inne i w całym obozie wszystko się poruszyło.
— W pochód! na konie! — zawołał spiesznie zawracając się stary Gurski. — Nie dali czasu nawet nakarmić koni, ale... niech się raz to skończy.
Szczypior zerwał się z ziemi i pobiegł na zwiady do niedalekiej królewskiej straży. W namiocie, który umyślnie na ten cel za królem wożono, odprawiała się pierwsza msza święta, której on i kilkanaście osób klęcząc pobożnie słuchało. Żółkiewski stał już we zbroi i hełmie, gotów na koń, buławę mając za pas zatkniętą. Z drugiej strony byli dwaj Potoccy; Chodkiewicza nie dostrzegł chorąży.
Zaledwie ksiądz przeżegnał, gdy wszyscy śpiesznie rozpierzchać się zaczęli.
— Zebrzydowski stoi pod Warką i przeprawił się już przez Pilicę, ale go pośpieszywszy zastaniemy jeszcze w tem miejscu. Musimy ciągnąć zaraz — rzekł hetman witając króla.
Zygmunt posłuchał i dodał z rezygnacyą człowieka, który musi się poddać konieczności.
— Ciągnijmy więc.
— Trzeba pośpieszyć — rzekł zbliżający się Stefan Potocki.
Z tą samą chłodną obojętnością łagodną król szepnął.
— Pośpieszajmy.
Zygmunt zbroję też już lekką miał na sobie. W oczach jego, twarzy, postawie, ruchu, głosie, wyrazie rysów było to niewolnicze zdanie się na Opatrzność, które męztwo i nieustraszoność zastąpić mogło. Trwogi nie okazywał najmniejszej. Wiedział on jak inni, że losy się za kilka godzin rozstrzygnąć miały, ale nie czyniło to na nim najmniejszego wrażenia. Modlił się w duchu. Wiara w Opatrzność czyniła go podobnym muzułmanowi wierzącemu w fatalność.
Nie drgnął mu żaden muskuł twarzy, gdy na koń wsiadać przyszło; bębny się odezwały, rozwinięto szeleszczące w powietrzu chorągwie, trąby wesoło ale krzycząco grać zaczęły.
Ucichło potem i wielkim chórem ozwała się jak kościelny chorał poważna, odwieczna, tylekroć zwycięzka Bogarodzica ze swą zwrotką o miłosierdzie do Boga.
Kirye elejson!
Król z głową spuszczoną jechał zadumany.
Dzień poczynał się robić szybko i wiatr powstał nagle, który z tyłu wojska wiejąc zapowiadał, że w razie spotkania z nieprzyjacielem, po dość długiej suszy, wyschłej ziemi poruszone pyły w oczy mieć będzie. Pierwszy uradował się temu Żółkiewski. Konie rżały i prychały wesoło. Chmury nagromadzone na wschodzie rozstępywały się i znikały. Wojsko szło skończywszy pieśń w uroczystem milczeniu, gdyż zdala już poza mokremi łąki i oparzeliskami za Pilicą jak okiem zajrzeć widać było szeroko bardzo rozłożone rokoszanów siły.
W wojsku kwarcianem bystre oko Bajbuzy dostrzegło podejrzanego ruchu jakiegoś.
Dano znać do szykowania się ku bojowi; kto miał dać pierwszy znak i uczynić krok stanowczy dopiero się tu miało rozstrzygać.
Rotmistrz jechał u boku króla, gdy Myszkowski dał mu znak, aby się zbliżył do niego.
— Zaszło coś niespodziewanego — rzekł — widzę ztąd skupionych dowódzców kwarcianych przy hetmanie, który żywo rozprawia z nimi. Wstrzymano hasło do boju. Po pułkach biegają ludzie. Król pytał mnie już po kilkakroć oczyma, ja sam odjechać nie mogę, jedź proszę.
Bajbuza puścił się zaraz ku kwarcianym, ale już po drodze mógł się przekonać, jak źle stały sprawy królewskie. Wśród pułków dawały się słyszeć głosy.
— My się bić nie będziemy! Niech wojewoda krakowski pokaże zdrajców, my ich osłaniać nie chcemy, niech giną. Za co się ma lać krew nasza.
Wszędzie poburzenie było ogromne, a wybuch jego zdawna przygotowany, w samym momencie gdy się już potykać miano, przeraził hetmana.
Bajbuza znalazł go otoczonym wykrzykującą starszyzną.
— My się bić nie będziemy.
Gromadki po bokach rozprawiały głośno i okazywały rozdrażnienie wielkie.
Zobaczywszy Bajbuzę hetman podszedł ku niemu.
— Potrzeba radzić — rzekł z krwią zimną — nie zwątpiłem jeszcze, iż zapobiegnę złemu, ale o wydaniu dziś bitwy mowy być nie może, a jeśli nas teraz napadną, zginęliśmy. Rokosz weźmie górę.
Zdrajców mieliśmy w szeregach.
Z chorągwi pancernej Wiktorzyn Leśnicki, Podwalski, Zubek, kilku innych uszli do rokoszan hasło obozowe im wydając i zapewniając, że połowa kwarcianych bić się nie będzie.
Spójrz waszmość co się dzieje, pułki się mięszają, ładu już dowódzcy zaprowadzić nie mogą. Niech król będzie spokojny, radzić musimy, lecz źle stoimy, na Boga.
Jedź... ja z pomocą Bożą działać będę.
Przerażony wiadomościami temi Bajbuza zawrócił do króla i straży jego, przed którą wyjechawszy czekał na niego Myszkowski.
— Panie marszałku — odezwał się Bajbuza — przygotujcie króla do niefortunnej wieści. Hetmanowi kwarciani wypowiadają posłuszeństwo, bić się nie chcą. Z pancernych zbiegło kilku z hasłem do Zebrzydowskiego, wojsko żąda układów.
Jeżeli w tej chwili ruszy na nas wojewoda, zgniecie nas nieochybnie i o samą osobę króla obawiać się można... ale Żółkiewski nie stracił energii.
Nie mając siły odpowiedzieć nawet, Myszkowski zawrócił do króla. Natychmiast wydano rozkazy gwardyom, aby otoczyły pagórek, na którym namiot rozbito. Zygmunt zsiadł z konia.
Chociaż Myszkowski całej nie wyznał mu prawdy, ale i to co przyniósł starczyło, aby strwożyć. Zygmunt jednak i teraz jeszcze nie okazał obawy. Przywołał do siebie jednego z Potockich, wysłał go do hetmana, a sam wszedł do namiotu.
Po całem wojsku szerzyła się już wieść o ucieczce Leśnickiego, o oporze kwarcianych; w innych oddziałach odzywały się też głosy przeciwko wojnie.
— Poco się bić mamy? to sprawa domowa, niech się sobie król układa z wojewodą... my za to i naparstka krwi wytoczyć nie powinniśmy.
Szczypior, który to rozumowanie słyszał, odparł głośno.
— Pytam ja waszmościów, czyście żołnierze, czy nie?
— Albo co?
— Bo u mnie żołnierzem tylko ten, co słucha rozkazu i spełnia go... ja rozumu jego nie potrzebuję. A z moich kopijników kto mi się zawaha iść, gdy krzyknę: Naprzód! — w łeb mu strzelę.
Niektórzy zamilkli, inni burczeli.
— Niech nas prowadzą na turka.
— A gdy swój gorszy zdrajca i rabuś niż on, to co?
Takie i tym podobne rozprawy się toczyły wszędzie po szeregach, wśród których rokoszowe drożdże widocznie robiły.
Szczęściem dla króla, Zebrzydowski z tej godziny rozstroju nie umiał korzystać. Leśnicki zawiadomił go o tem co słyszał, iż na wojnę do Inflant w tych dniach miano tysiąc ludzi odłączyć i wysyłać. Czekał aby się to spełniło i król jeszcze przez odejście ich stał słabszym. Zamiast więc uderzyć, wojewoda pociągnął dalej do Orońska.
Tymczasem Żółkiewski nieznużenie był czynnym, zdawna do niego przywiązani dowódzcy pomagali mu dzielnie. Na gwałtowne domagania się o nowe układy, zniósłszy się z królem hetman się zgodził, z tem, aby nazajutrz rano z obu stron po trzydziestu mężów z rycerstwa się zjechało w miejscu bezpiecznem, pomiędzy dwoma obozami i warunki pokoju ułożyli.
Posłano z wezwaniem tem do rokoszan, a tymczasem hetman nie zasypiał. Nie pozostał sam ani na chwilę, przywołując do siebie panów regimentarzów, rotmistrzów, pułkowników, starszyznę, tak że im, ani sobie nie dał spoczynku.
— Uczyniono mnie, hetmanowi, i wam wszystkim i całemu narodowi srom. Znaleźli się zdrajcy, co wojenne hasło wydali; znaleźli się, co zbiegli z szeregów; znaleźli tacy, co królowi przysiągłszy chcieli go wydać w ręce nieprzyjaciół. Srom ten obmyć musimy.
Dowódzcy rozgrzali się także. Wszyscy oni potakiwali hetmanowi.
Wieczór zapadł, ale nikt na spoczynek iść nie myślał, tembardziej że ów Leśnicki i Rudziński, którzy hasło z obozu wynieśli, zuchwale nazad do obozu powrócili i dalej w nim mącić się starali, ale ich natychmiast pod straż wzięto. Noc upłynęła na burzliwych naradach po namiotach, które wypadły wszystkie przeciwko rokoszanom.
— Mógł kto chciał iść sobie do rokoszan i los Zebrzydowskiego dzielić — mówili hetmańscy — nikt nie trzymał ani bronił, ale kto przy królu został i wierność czcią rycerską poprzysiągł, strzymać ją powinien.
Z nadzwyczajną niecierpliwością oczekiwano skutku narad, na które trzydziestu najprzedniejszych dowódzców wybrano. Opierał się jako mógł Bajbuza, aby go i cześć ta i męka minęła, lecz król mieć chciał pomiędzy wybranymi.
Dodnia ruszyli pocztem pięknym do wsi między Warką a Orońskiem położonej, w której zjazd był naznaczony. Wojsko tymczasem miało godzin kilka pożądanego spoczynku. Sposobiono się tu nawet pozostać dłużej, bo najśpieszniejsze układy godzin sporo zająć musiały. Przepowiadano dni kilka, gdy około południa wysłani z obozu ukazali się już z powrotem.
Zbiegło się co żyło pod namiot hetmana, który tryumfował, bo zgadywał co się stało, a właśnie przeczuł, iż inaczej być nie może.
Zamiast stawić się do układów, rokoszanie pociągnęli ku Orońskowi. Domyślać się było można, iż na Kraków zmierzali i ubiedz go śpieszyli.
— Patrzcież na ich dobrą wiarę i na ich chęć zgody i pokoju — zawołał do zebranych dowódzców hetman. — Oto jest przybyły z ich obozu pułkownik piechoty wojewody, Jan Dałmata, ten wam poświadczy, że na Kraków idą.
Sto razy im wyciągaliśmy rękę, odpychali ją lub wyśliznęli się, a wy dajecie się im uwodzić? wchodzicie w zbrodnicze zmowy i konszachty z rebelizantami?
Głos Żółkiewskiego grzmiał gniewny.
— Srom mi za wojsko, którem dowodzę! — dodał.
Starszyzna cała rzuciła się ku niemu.
— Niech winni pokutują, uczyńcie przykład, ale nas wszystkich nie oskarżajcie. Ukarać ich.
— Złóżcie na nich sami sąd wojenny — rzekł hetman.
Rotmistrz nasz posłyszawszy co się święci, pod pozorem zdania sprawy Myszkowskiemu, aby w sądzie udziału uniknąć, wysunął się zaraz.
Nim jednak z konia zsiadł u namiotów królewskich, marszałek usłyszawszy co się stało i zapowiedziany sąd mając, zmusił go powracać.
— Jedź waszmość do nich — zawołał — niechże zdrajców ukarzą przykładnie, a nie, to się jeszcze raz toż samo powtórzy. O króla nie jesteśmy bezpieczni, gdy jego własny żołnierz się rokoszować w obozie waży.
Znowu więc Bajbuza wrócił do koła, w którem sądzono Leśnickiego i Rudzińskiego, ale koniowi kroku zwolnił tak, że gdy się zbliżył do tłumu zebranego przy sędziach, już Leśnickiego na wbitych dwu kołach wieszano, ledwie z niego zbroję zdarłszy.
Rudziński klęczał ze złożonemi rękami i jak bóbr płakał, a zaklinał się, ziemię całując, że go Leśnicki uwiódł i prawie gwałtem za sobą pociągnął.
Rudzińskiemu więc na to błaganie jego, rotmistrzowie życie darowali z tem, aby przy pierwszem spotkaniu z nieprzyjacielem na harc wyszedł i jawnie męztwa swojego dowiódł.
Innych ciurów, którzy im dopomagali, natychmiast od czci odsądzając, precz wyświecono z obozu, zapowiadając im, że któryby się w nim pokazał jeszcze, bez sądu powieszony zostanie.
Tym sposobem udało się hetmanowi przywrócić ład, spokój i karność, ale zburzenie i rozdrażnienie pozostały w umysłach. Żółkiewski czuł to, iż pośpiesznie działać było potrzeba, dopókiby znowu duch niespokojny nie wziął góry.
Natychmiast więc za poradą jego i zgodą wszystkich hetmanów, (bo zwierzchniego dowództwa żaden z nich nie miał z powodu Chodkiewicza, który się o nie upominał, i Żółkiewskiego prawa swego niemogącego ustąpić), ruszono śpiesznym pochodem ku Orońskowi, i na noc król z całemi siłami swemi był w Przytyku.
Bajbuza wraz z innymi pilno się teraz przysłuchiwali i przyglądali temu, co się w szeregach kwarcianych działo i po innych pułkach. Poskutkowało powieszenie Leśnickiego, ale milczenie posępne nic też dobrego nie wróżyło. Bić się chciano corychlej, aby raz skończyć; ochoty jednak do tego boju a dobrej myśli nikt nie miał. Żołnierze z nieufnością się oglądali na siebie, a ze słowem każdy wahał odezwać.
Znużeniu też wojska wiele przypisywać było potrzeba, i dobrze się stało, że cały dzień wytchnąć mogło w Przytyku.
O Zebrzydowskim wiedziano, że stał, jakby już czekał na regalistów, postanowiwszy bitwę przyjąć w Orońsku, gdzie mu się położenie zdało dla rokoszan korzystnem. Ale i tu do starciaby nie przyszło jeszcze, bo wojewoda dzień cały przeleżawszy już się sposobił ciągnąć dalej, gdyby Żółkiewski przekonany o potrzebie rozstrzygnięcia sprawy, nie pośpieszył ku Orońskowi i nie ukazał się, gdy już wozy wojewody ruszały, a on sam popasywał.
Oba wojska stanęły wreście naprzeciw siebie, tak że przednie czaty ścierać się zaczęły, i ów Rudziński zaraz na harc się puścił.
Ktoby był wówczas przy króla namiocie stanął a spojrzał w ciasne przejście pomiędzy niemi, zobaczyłby męża lat średnich w czarnej sukni zakonnej, z podstrzyżoną bródką, z odkrytą głową, ze złożonemi rękami modlącego się gorąco, a po twarzy jego strumieniem łzy płynęły. I nie z pod jednych powiek na widok tych wojsk, w których ród, krew, wszystko było bratniem, a mimo to zajadłą sobie zapowiadających walkę, łzy wytrysnąć musiały.
Bajbuza na koniu stał i z pagórka poglądał mrucząc.
— Przeklęty co tę wojnę zapalił — mówił w duszy — niech dla niego ani na tym, ani na drugim świecie przebaczenia nie będzie; przeklęty kto ten ogień zapalił, niech na jego duszę spadnie ta krew, która się tu przeleje i wszystka, co się z niej jeszcze w przyszłości wytoczy... przeklęty! przeklęty! przeklęty!
Szykowały się już z obu stron oddziały... wtem Żółkiewskiemu król przysłał rozkaz, aby wysłał po raz ostatni do Zebrzydowskiego, powołując go do zgody.
Z pagórka, na którym stał, rotmistrz mógł widzieć śpiesznie wyjeżdżających posłów z płachtą białą na włóczni.
Dobiegli do rokoszan straży, która ich napadłszy zerwała chorągiew, otoczyła i pod strażą precz za wozy, powiązanych, zapędzić kazała. Dzikie okrzyki dawały się słyszeć od rokoszan szeregów.
Nie było już co oczekiwać na zgodę. Król, któremu doniesiono o losie wysłanych, krokiem powolnym zawrócił do namiotu i wkrótce potem wyszedł z niego we zbroi, w hełmie, przy mieczu. Twarz miał bladą, posępną, ale tak marmurowo zastygłą jak wprzódy. Odzywające się trąby, ruch i wołanie, cała ta wrzawa, którą szykowanie się do boju wywołało, przeszły po nim nie tknąwszy go.
Oczy miał spuszczone, modlił się.
Na straży przy królu postawiony z kopijnikami swymi, na ten raz, mimo męztwa i ochoty do boju, Bajbuza Panu Bogu dziękował, gdyż na tem stanowisku mniej niż gdzieindziej narażonym był na dobycie szabli z pochew. Razem z ussarzami Koniecpolskiego obowiązanym był tylko osłaniać króla i czuwać nad tem, aby osoba jego narażoną nie była na niebezpieczeństwo.
W lewo rozłożył się hetman Żółkiewski z kwarcianemi i całą siłą, którą dowodził; na prawem skrzydle osłonionem trzęsawicami, niedostępnemi dla rokoszan, położył się Chodkiewicz; w pośrodku nieco dalej stał Potocki Jan starosta kamieniecki, a za nim w odwodzie król, senatorowie duchowni i świeccy na koniach, ussarya nadworna, ussarze Gostomskiego, Koniecpolskiego, Czarnkowskiego, pułk Myszkowskiego i starosty sandeckicgo, Lubomirskiego. Najpiękniejsze to były ufce i najdzielniejsze, dlatego też niemi króla otoczono.
Piechota i działa wedle ówczesnego wojowania sposobu ustawiła się na skrzydłach. Chodkiewicz zżymał się już i krzyczał, dano mu tylko ośm oddziałów jazdy, gdy Żółkiewski prowadził ich we dwójnasób, ale Chodkiewicza osłaniały trzęsawiska i bezpieczniejszym czyniły. Rozgniewany zapowiadał on głośno, że niczyich rozkazów słuchać nie myśli. Piechota nowo zaciążna i niewiele warta, którą też do niego posłano, jeszcze go rozjątrzyła bardziej, i że nie cisnął buławy, jak był nawykł, sprawiło to tylko, że czasu nie miał, bo wszystko się ustawiać musiało i miejsca swe zajmować, a do sporu nie stawał nikt.
Można było, nim działa z obu stron grać poczęły i dymem osłaniać szerokie pobojowisko, dojrzeć rokoszan, którzy naprzeciw Żółkiewskiego postawili Herburta, naprzeciw Chodkiewiczowi, jakby z umysłu Radziwiłła, sam zaś Zebrzydowski z doborem najlepszego żołnierza i najzapamiętalszej szlachty zajął miejsce w pośrodku.
Zkąd pierwsze odezwały się działa, rozeznać było trudno, gdyż natychmiast odpowiedziano im z drugiej strony, a co śmielsi na harc przed szeregi wyrywać się poczęli. Bitwa, gdy raz zawrzała, z zaciętością wzrastającą cochwila, z rosnącym szałem jakimś zajęła się i ufce zmięszały. Nic już rozpoznać nie było można. Wiatr i tego dnia sprzyjając królewskim, od nich niósł ogromne tumany kurzawy na rokoszan, których jak obłokiem płowym okrywał. Sine kłęby dymu od strzałów mięszały się z gęstemi chmurami pyłu, kopytami koni podniesionemi na polu świeżo zoranem, które rokoszanie zalegali.
Z miejsca tego, które król otoczony senatorami i dworem zajmował, cały plac boju można obejrzeć było, ale z trudnością rozpoznać się dawały oddziały i tylko ruch ich naprzód lub cofanie się coś wnosić dozwalało. Było już około południa, gdy Radziwiłł ze swemi pułkami poznawszy znienawidzonego Chodkiewicza, nieprzyjaciela rodu swojego naprzeciw siebie, z zaciętością wielką na prawe skrzydło uderzył.
Ale w początku Chodkiewicz zatrzymał z przedniejszemi pułkami napaść tę gwałtowną i nawzajem rzucił się ku Radziwiłłowskim, którzy się rozprzęgać zaczęli.
Sam wódz otoczony elierami, których czerwone przepaski na zbrojach zdala rozpoznać dawały, powstrzymał pierzchających, gdy wtem cztery posiłkowe oddziały dodane Chodkiewiczowi cofać się szybko i pierzchać ku trzęsawicom zaczęły.
Elierowie Radziwiłła natychmiast się na nich rzucili. To uderzenie czerwonych pasów, znanych z zaślepionego męztwa i zapamiętałości w boju, straszliwie Chodkiewiczowskie pułki zgniotło i rozbiło. Z pagórka widać było jak się wdarli w sam środek prawego skrzydła i przez nie przebiwszy część ich aż pod namioty króla się dostała.
Kaliński, który w jednym z nich z febrą leżał w gorączce, ujrzał jednego z elierów, który opłotki namiotu podniósłszy krzyczał.
— A gdzie ten szwed? Dajcie nam tego szweda.
Nie dano mu długo szukać, bo Bajbuza dopadł z kopijnikami i śmiałka w miejscu rozsiekano.
Zbliżenie się to rokoszan do obozu tak wszystkich poruszyło, iż król został w pięćdziesiąt koni tylko sam na wzgórzu.
Z zakrwawioną jeszcze szablą przypadł w tej chwili ku niemu Bajbuza, wołając.
— N. Panie! lewe skrzydło nieporuszone stoi, bezpieczniejsi tam będziecie... pozwólcie nam, abyśmy was odprowadzili.
Zygmunt podniósł zwolna wejrzenie jakby szklanne na niego... nie spieszno mu było.
— Piechota moja stoi? — zapytał.
— Nie strzelała nawet jeszcze — odparł rotmistrz.
Milczał Zygmunt chwilę.
— Więc i ja tu zostanę — odparł obojętnie po namyśle.
Zdaje się, że to zimne męztwo i ufność w swe siły dodała wojsku też odwagi. Inni też przyczynili się do powstrzymania uciekających Chodkiewicza ludzi.
Biskup przemyślski Pstrokoński, który mimo stanu i dostojeństwa swojego, na koniu z innymi stał przy królu, pierwszy się rzucił naprzeciw spłoszonych. Chorążemu wyrwał z rąk proporzec i goniącemu za nim siostrzeńcowi swemu Albertowi Starzyńskiemu go oddał.
— Nie tędy droga polskiej chorągwi — krzyknął — ty ją nieś na nieprzyjaciela.
Starzyński pomknął natychmiast, a za nim i zawstydzeni pierzchający wracać poczęli. Chodkiewicz też sam osobą swą czynny, resztę pułków tak rozgrzał, iż elierów i Radziwiłłowskich odparł silnie. Zmieniło się natychmiast całe pole bitwy, które już zdawało przez rokoszanów zdobyte.
W pośrodku Jakób Potocki rzucił się na Zebrzydowskiego i tu najzajadlejszy bój krwawy się zawiązał, którego tylko chwilami, gdy tumany pyłu wiatr odniósł, coś było można dojrzeć. Było to jakby jedno olbrzymie cielsko potwory, wijące się wałem, kłębiące i rozpadające na sztuki, zrastające znowu i miotające konwulsyjnemi rzuty.
Węgierska piechota zaciężna Herburta, którą po stroju łatwo rozeznać było można, pierwsza tył podała przed Potockiego pułkami. Za nią inne oddziały rozbijać się i w sztuki rozpraszać na wszystkie strony zaczęły.
Z bijącem sercem Myszkowski stojący przy królu patrzył i przewidywał już zwycięztwo. Zygmunt też oczy miał wlepione w ten obraz, który się odsłaniał teraz przed nim w całym swym majestacie i grozie. Na polu widać było leżące trupy ludzi i koni, pierzchające oddziały, goniące ich pułki, pojedyncze kupki ucierające się jeszcze z sobą. Okrzyki, jęki, trąby, tentent rozbiegających się koni, szum wichru, który rzucał kłębami pyłu, wszystko to mięszało się razem z wołaniem radosnem, które dochodziło z lewego skrzydła.
Zebrzydowskiego pułki środkowe złamane uchodziły i niekiedy stawały jeszcze, rozpaczliwy stawiąc opór.
Król poruszał zwolna ustami, modlił się, ale twarz posępna nie rozjaśniła się smutnem tem zwycięztwem.
Wśród oczekiwania i milczenia, jakie króla otaczało, szybki bieg konia zwrócił oczy. Z lewej strony hetman Żółkiewski biegł samotrzeć, wołając.
— Zwycięztwo! Victoria! Vivat król nasz! vivat!
Za nim ogromnym wtórem huknęło ze wszech stron: Vivat!
Zygmunt przyłożył rękę do szyszaka i uśmiechem smutnym dziękował.
— Panie hetmanie — rzekł cichym głosem do Żółkiewskiego — wam to winniśmy. Bogu niech będzie chwała. Wstrzymajcie pogoń wszelką, nie dozwalajcie ścigać.
Rękę podniósł do góry i spuścił ją zwolna.
— Miłosierdzie mieć potrzeba — dodał.
Nie wszyscy może z otaczających króla dzielili to przekonanie, ale umilkli i skłonili głowy.
Pomimo rozkazów wydanych, boju i pogoni długo powstrzymać nie było można.
Nawet tak smutne zwycięztwo, jakiem było dnia tego, upaja. Jeden król może tem samem zastygłem okiem patrzył na nie, jakiemby zwyciężony spoglądał na upadek. Dwór i regaliści, wodzowie dnia tego, żołnierz, który się łupem radował, senatorowie widzący w tem koniec rozsterek i niepokoju, chodzili rozpromienieni i weseli. Cochwila przyciągano nowe zdobycze przed namiot króla, nowych jeńców panom hetmanom. Cillemu włoskiemu sekretarzowi króla, który uwięziony w karecie Radziwiłłowskiej z nią potem przybył do obozu, darował Zygmunt i ją i co się w niej znajdowało; bogate siodła, konie, rzędy dostały się biednej szlachcie, rycerstwu i piechotom, które je zaraz jak na targu więcej dającemu sprzedawały, aby zwycięztwo uroczyście zapić.
Cały stos chorągwi złożono przed namiotem króla; dział i hakownic zabranych mnóstwo podzielili między sobą dowódzcy.
I nie samym tym szałem wreście znamionowało się zwycięztwo. Na pobojowisku słysząc rannych jęczących w tym samym języku, który im wszystkim był wspólny, nikt nie pytał do jakiego kto należał obozu, zabierano ich, opatrywano, karmiono i pojono, a pod namiotami toczyły się tak ożywione opowiadania i rozmowy, jakby wszyscy oni razem z jednej uczty powracali.
Ze znakomitszych jeńców dwóch Buttlerów, Pękosławski Prokop, Pac wojewodzic witebski, Branicki, Dobek i wielu innych się dostało regalistom; ale z niedobitkami i złością okrutną w sercach uszli Zebrzydowski, Herburt i Radziwiłł.
Próbowali oni jeszcze i zjazdy zwoływać i bezkrólewie głosić, ale nadaremnie. Herburt wzięty życie zawdzięczał łasce Zygmunta, Zebrzydowskiego przywiódł szwagier Żółkiewski do ukorzenia się i przeproszenia króla, Radziwiłł napozór przynajmniej musiał się poddać i rokosz ten pamiętny skończył się pozostawując po sobie chorobliwe zarody.
W ciągu dnia tego Bajbuza był przy królu i, jakeśmy widzieli, stawał czynnie w obronie jego, gdy elierowie Radziwiłłowscy wpadli rozbiwszy oddział Chodkiewicza na dworskie namioty.
Oprócz tych czerwonemi przepaskami na zbrojach odznaczonych rycerzy słynnych z zapamiętałego męztwa, innego też ochotnika znalazła się garść u namiotów, gdy Bajbuza przypadł z odsieczą.
Rotmistrz zwykle panujący nad sobą i aż do zbytku rozmyślający, powściągający się zawsze, gdy raz był w boju, stawał się jednym z najszaleńszych. Ogarniała go jakaś wściekłość niemal zwierzęca, której się wstydził, ale pohamować jej nie mógł.
Trzymany snadź długo na hamulcu temperament, mścił się potem gdy raz go swobodnie puszczono.
Teraz też po długim spoczynku Bajbuza z furyą się rzucił na napastników. Ręka jego siekła i płatała straszliwie, a co się mu nawinęło, padało naciśnięte, zrąbane, przerażone.
Sam on opowiadając o tej chwili przyznawał się, że gdyby był przed sobą naówczas ujrzał przyjacielską jaką twarz dawno znaną, nie wiedział czyby mógł tę swą wściekłość powstrzymać.
Właśnie wśród tego obłędu stanął przed nim, niewiedzieć zkąd się wyrwawszy Spytek, o którym on prawie był całkiem zapomniał.
Czy walczył z rokoszanami razem, czy po stronie króla? rotmistrz nie wiedział wcale, lecz nagle ujrzał go przed sobą z koncerzem oburącz podniesionym zmierzającego się do cięcia. W tym momencie mignęła mu twarz tylko znajoma, ale sobie nawet nazwiska jej nie przypomniał. Nim Spytek, który go widocznie szukał, zebrał się miecz spuścić, już straszliwy raz w głowę hełm z niej strącił, a drugie cięcie czaszkę mu rozpłatało.
Spytek zwalił się z konia pod kopyta nadciągających pancernych i padł zgnieciony niemi.
Stało się to tak szybko, tak piorunowo, a natychmiast potem trzeba było walczyć z elierami, że Bajbuzie po bitwie zostało wspomnienie mętne, niepewne, i sam on wiedzieć nie mógł, czy istotnie Spytka miał przeciwko sobie, czy ranił go lub zabił.
Lecz zaledwie się po skończonej walce uspokajać zaczęło nieco, gdy ranny lekko Szczypior przyszedł do niego trochę upojony, wesół, śpiewający, szczęśliwy, zastał pogrążonego w jakiejś zadumie, jakby go największe nieszczęście spotkało.
Szczypior szanował Bajbuzę i ulegał wszystkim fantazyom jego, ale tego dnia, gdy obóz brzmiał cały radością, ten smutek wydał mu się nieprzebaczonem dziwactwem.
Ośmielił się więc, stanąwszy naprzeciw rotmistrza, zawołać na głos, co ma się rzadko trafiało.
— E! co bo u kata! Wszyscy się weselą, a wy, kochany rotmistrzu, jakby naprzekór całemu światu! A! jak Boga kocham, że to się nie godzi! Cóż wam u licha jest? Ja was kocham, ale djabeł mnie bierz, jeżeli rozumiem.
Bajbuza się podniósł jak sprężyną poruszony.
— Co za dziw, że ty mnie nie rozumiesz, kiedy ja często sam nie rozumiem siebie — zawołał — ale dziś nie masz racyi mnie łajać, nie masz.
Nie wiesz nic.
— No, a cóż mam wiedzieć? — zapytał Szczypior.
Bajbuza chciał już jakby począć mówić, wstrzymał się, zasępił, wąsa potargał.
— Tajemnice mieć będziecie dla Szczypiora? — wtrącił chorąży.
Rotmistrz odwrócił się szybko.
— Wiesz — rzekł trwożliwie — zdaje mi się... nie jestem pewnym... zdaje mi się... zabiłem Spytka.
Chorąży stał czas jakiś milczący.
— Jakiego Spytka?
— Jej męża.
— Ależ on był z naszej strony — przebąknął Szczypior — jakże to może być?
— Napadł na mnie. Ja teraz nic nie pamiętam, nie wiem, byłem jak nieprzytomny! Nie byłeś ty ze mną? nie widziałeś...
Chorąży nic też sobie nie mógł przypomnieć.
— Cóż się z nim stało?
— Padł — zawołał Bajbuza — padł zabity i końmi go zaraz stratowano.
Szczypior począł czoło trzeć.
— Gdzież to było?
— Podle namiotów, gdy elierowie do nich dotarli — rzekł rotmistrz.
— Hm! — odezwał się Szczypior — w nocy sypać będą kurhany i grzebać trupa, teraz jeszcze on leży, bo dopiero ciury obdzierają, chodźmy się przekonać.
Zawahał się Bajbuza nieco.
— Idź ty — rzekł.
— We dwu pewniejsi będziemy — odparł chorąży — chodźcie ze mną.
Bajbuza się dał pociągnąć.
Noc zapadała a na pobojowisku istotnie roiły się ciury około trupów, jak stado kruków. Z trudnością dotrzeć mogli do miejsca, w którem spotkanie się odbyło, a gdzie teraz wozy stały, chociaż trupów z pomiędzy nich nie uprzątnięto.
Szczypior u służby królewskiej wyprosił pochodnię i pachołka; zaczęli się poległym przypatrywać, którzy już wszyscy niemal nadzy leżeli. Na niewielu pozostały podarte i krwawe koszule, na innych obuwie, którego ściągnąć nie umiano.
Wszystkie też te ciała straszliwie i prawie do niepoznania porąbane, pogniecione były i pokaleczone.
Rotmistrz pokilkakroć do namiotów musiał powracać, aby sobie dokładnie miejsce, w którem walka zaszła, przypomnieć. Rozgarniano trupy na kupę pozrzucane. Wtem Bajbuza stanął i krzyknął.
Przed nimi leżał ze straszliwie rozciętą czaszką, z której mózg wylany zastygł na twarzy i szyi, pognieciony kopytami, z kośćmi potrzaskanemi, z piersią zapadłą Spytek.
Włoska jego fizyognomia, mająca w sobie coś właściwego i odznaczającego owego panka na pół zniewieściałego, nie dozwalała się omylić. On to był... Uśmiech ironiczny, nawet wśród męczarni zgonu, ułożył mu się na ustach do niego nawykłych.
Bajbuza stanął niemy... Szczypior popatrzył... zamienili wejrzenie...
— Chodźmy — rzekł chorąży — w istocie on to jest... ale wszystko skończone... Bóg niech będzie litościw duszy jego.
Rotmistrz się nie poruszał.
— Dla mnie to skończonem nie jest — szepnął — ja ciała jego bez pogrzebu, do ogólnego kurhanu rzucić nie mogę dozwolić. Mój obowiązek sprawić mu go, oddać ostatnią posługę.
Szczypior podniósł zdziwione oczy.
— Nie dysputuj, proszę, a szukaj mi kogo, coby się tem zajął.
Odwodzić od tego zamiaru spełnienia chrześciańskiego obowiązku nie śmiał chorąży.
— No, bądź spokojny — odparł — ja tu ludzi znajdę i wóz, na którymby do Orońska ciało przewieziono, a resztę nam proboszcz ułatwi. Idź odpoczywaj.
Gdy w godzinę potem wierny Szczypior, zupełnie już otrzeźwiony i chłodny, powrócił do namiotu, znalazł Bajbuzę w tem samem miejscu co przedtem, z tą samą chmurą na czole. Krótko opowiedział o tem co spełnił.
— Ciało odprawiłem do Orońska — rzekł. — Wszystko się spełni jak żądaliście. Albo z Woli Guzowskiej lub z Krogulczej ksiądz, jeżeliby proboszcz Oroński nie miał czasu, nabożeństwo odprawi.
Bajbuza poruszył się z rękami załamanemi stając przed Szczypiorem,
— Patrzajże! — zawołał — trzeba było tego przeznaczenia mojego, aby nie kto inny, ale jam go sam zabić musiał! Rozumiesz ty to!
Szczypior milczał.
— Kochałem tę kobietę życie moje całe, nie sądząc się jej godnym — dodał Bajbuza — walczyłem z sobą; teraz w ostatku gdyby owdowiała powiedziałem sobie: zechce ona mnie? będę jej sługą... ożenię się.
Zaśmiał się dziko.
— A jakże tu do ołtarza podać wdowie rękę, która krwią męża została zbroczona?
To mówiąc padł na posłanie i zamilkł.
Szczypior, który nie zagłębiał się tak bardzo w roztrząsanie co było godziwem a co nie, byle było wedle prawa możliwem, ruszył ramionami i zmilczał.
Towarzyszyli potem królowi do Krakowa, gdzie Bajbuza o posłuchanie prosił i króla JMci pożegnał.
Sam Zygmunt, marszałek Myszkowski, hetman Żółkiewski, wreście rycerstwo całe i wielu z panów senatorów znali dobrze zasługi Bajbuzy, wiedzieli że mu nawet żołdu na kopijników nie dawano, że on sam nigdy o nic nie prosił, a słusznie mu się jakaś nagroda należała.
Lecz gdy niespodzianie przyszedł do pocałowania ręki, stało się, że nie obmyślano wcale co mu dać, a tylu miano do wynagrodzenia, iż na razie nawet nie wiedziano, gdzie dla niego szukać jakiegoś daru.
Król nie tłumaczył się wcale, wybąknął słów kilka i zapewnił go tylko o swej łasce i pamięci; Myszkowski jaśniej przyrzekł mu, że go pierwsze starostwo jakie na Wołyniu będzie do rozporządzenia nie minie.
— Bóg widzi, że ja o tem ani myślę, ani żądam — rzekł rotmistrz — chleb mam, służyłem rzeczypospolitej jako syn matce, nic mi się nie należy.
Marszałek wziął to może za przechwałkę, ale Bajbuza mówił szczerze,
Z uczuciem wyswobodzenia opuścił Kraków razem ze Szczypiorem.
— Jużem się nawojował dosyć — rzekł mu — czas spocząć... będziemy mieli co w Nadstyrzu przy olszowym ogniu na kominie wspominać.
W spokojnej wiosce swej rotmistrz wszystko znalazł nieporuszone, niezmienione jak porzucił, tylko staruszka Leszczakowska pożegnała się z tym światem.
O Spytkowę przybywszy nie śmiał zapytać, choć winien jej był podziękować za to, iż wstawiać się za nim do Zebrzydowskiego jeździła.
Drugiego i trzeciego dnia wyglądał, czy się nie dowie przypadkiem co o niej, obawiając zagadnąć. Naostatek widząc, że ani Szczypior, ani nikt o niej nie wspomina, zcicha spytał chorążego.
— Nie wiecie? a jejmość gdzie jest?
— U siebie doma siedzi, a pewnie się was spodziewa — rzekł Szczypior — i powinniście pojechać.
Bajbuza spojrzał na swe ręce, jakby się obawiał na nich ślady krwi znaleźć, na których jej nigdy nie było. Zmilczał.
Nazajutrz rano kazał konie siodłać. Dzień był jesienny pogodny a piękny; myślano, że ze psy pojedzie w pole, ale gdy wyszedł ubrany nie jak na łowy, domyślił się Szczypior dokąd pojadą.
Milczeli przez całą drogę.
Przededworem zsiadł z konia Bajbuza i niepewnym krokiem skierował się ku izbie gościnnej. Tu na progu czekała na niego już z rękami wyciągniętemi, z twarzą jakby odmłodzoną, ale żałobą grubą okryta Spytkowa.
Ulgę mu to zrobiło, iż wiedziała już o śmierci męża.
Wśród powitania mowy o nim nie było. Spytkowa przypominała niewolę rotmistrza i bolała nad tem, że oswobodzić go nie mogła.
— O śmierci mojego nieszczęśliwego męża — dodała nierychło — musieliście słyszeć w Krakowie. Ja wiem tyle tylko od rodziny, że zginął pod Wolą Guzowską, a tem się pocieszam, że nie po stronie rokoszan stawał.
Jakaś pobożna ręka postarała się o to, aby osobny pogrzeb miał na cmentarzu w Orońsku.
Bajbuza słuchał zaczerwieniony. Odbywała się w nim walka straszna, którą jego miłość prawdy wywołała. Zdawało mu się, że powinien był przyznać się do tego, iż on zabójcą męża się stał... mimowoli. Potem ogarniała go trwoga, nie śmiał i milczał.
Wdowa też nieboszczykiem wcale się zajmować nie miała ochoty, zwróciła rozmowę na inne przedmioty, a gdy Szczypior odszedł na chwilę, wzrokiem pełnym wyrazu rzuciwszy na rotmistrza, rzekła śmiało.
— No, kochany sąsiedzie, obojeśmy postarzeli, ja już zamąż iść nie myślę, wy się żenić zarzekacie, cóż więc? będziemy-li przyjaciółmi nie lękając się złośliwych ludzkich języków?
— Pókim żyw! pani moja! — krzyknął rotmistrz — jam twój.
Chciał już na kolana paść, bo się zapomniał, lecz właśnie Szczypior powrócił, i po wesołej rozmowie rozstali się oboje uspokojeni.

Co się później stało i czy poczciwy a prostoduszny Bajbuza skrupuł przełamał, i wdowę do ołtarza poprowadził, o tem z pozostałych papierów wnosić trudno. To pewna, iż zszedł bezpotomnie.
W okolicy długo po nim pozostało legend wiele, ale wszystkie prawie wystawiały go w świetle śmiesznem dziwaka jakiegoś, który sam nie wiedział czego pragnął i nigdy z sumieniem swem nie był w zgodzie.
Otwinowski tłumacz wschodnich języków, który go osobiście znał i kochał, mawiał śmiejąc się o nim.
— Bajbuza! Nomen, omen! gdybyście wiedzieli co to nazwisko po turecku znaczy, ale ja wam nie powiem. Złoty człowiek był… tylko… piątej brakło mu klepki!


K O N I E C.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.