Bajbuza/Tom II/VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
< Bajbuza‎ | Tom II
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Bajbuza
Podtytuł Powieść historyczna. Czasy Zygmunta III
Data wydania 1885
Wydawnictwo Spółka wydawnicza księgarzy w Warszawie
Drukarz Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Indeks stron
VII.

Sejm już się rozpoczynał w Krakowie, natychmiast po godach.
Miasto było pełne i tłumem niespokojnym nabite. Zamojskiego oczekiwano jeszcze, leżał chory w Proszowicach, na otwarcie przybyć nie mogąc. Niektórzy z panów należących do przeciwników króla i dworu z ogromnym przepychem i tłumnemi pocztami się ściągali. Pomiędzy tymi odznaczał się Aleksander kniaź Ostrogski, głowa rusinów, którzy połączyć się z katolikami nie chcieli. Stawili się też dyssydenci w znacznej liczbie. Wieść naprzód głucha, później coraz dobitniejsza krążyła o tem, że król po śmierci żony Anny miał poślubić rodzoną jej siostrę Konstancyę.
Wiadomem było powszechnie, że kościół ślubów z siostrami rodzonemi zabraniał stanowczo i uważał je za kazirodcze. Rzym mógł z łatwością rozgrzeszyć i dopuścić wyjątku, ale zamiar ten nadto nieprzyjaciołom króla, dobrego przeciwko niemu dostarczał oręża, aby go natychmiast nie pochwycono. Wrzawa powstała niewypowiedziana.
Małżeństwo to zakazane mogło nietylko na króla, ale na królestwo sprowadzić pomstę Bożą i niebłogosławieństwo. Dozwolone nawet nie było godziwem, kraj cały był przeciwko niemu. Tylko zakon stojący u tronu milczał, albo szeptał, że Rzym miał prawo wiązania i rozwiązywania. Błogosławieństwo papieża było błogosławieństwem Boga. Ponieważ raz już o żonę z domu rakuzkiego król wyszedł z walki zwycięzko, spodziewał się i teraz przy swojem utrzymać.
Trochę stęskniony za gorętszem życiem, rotmistrz wpadł tu jak w kipiątek, miał podostatkiem hałasu, sporu, narad i okrzyków.
Kaliński zjawił się natychmiast do niego, chociaż wiedział, że Bajbuza już stanowczo ze dworem wziął rozbrat i stał przy hetmanie. Ale to nie przeszkadzało komornikowi królowej wdowy stałej mu dochowywać przyjaźni.
Bajbuza uściskał go śmiejąc się.
— Wojenny człek — zawołał do niego — stawia się na sejm pomimo to, jak do szeregu, bo na nim przyjdzie do walki. Cóż król? żeni się!
Kaliński nie radby był mówił o tem, spuścił oczy.
— Być może.
— Z rakuszanką! z rodzoną siostrą nieboszczki królowej — wtrącił Bajbuza — ależ pobożnym jest, kościołowi posłusznym. Księżniczek dosyć po świecie, cóż za grzeszne zamiłowanie dla rakuzkiego domu.
Kaliński nielubiący rozpowiadać, niechcący się sprzeczać, skrzywił się i nie odpowiadał.
— Hetman już jest? — spytał Bajbuza.
— Spodziewają się go, leży w Proszowicach chory — odparł Kaliński cicho.
Przyniesiono wina, przybyły częstował nie poprzestając badać i pytać. Dworak też wkrótce pod wpływem i napoju i rozmowy ożywionej, stał się otwartszym.
— Hetman — rzekł — jużby też powinien spocząć nieco. Nawet gdy go przy królu niema, czuć wszędzie, cięży nad nami, rozkazuje, chce rozporządzać. Oto i teraz marszałkowstwo po Zebrzydowskim, hetman chce aby oddano Wolskiemu nadwornemu marszałkowi, albo wojewodzie lubelskiemu, aby miał swoich u boku pana; ale dlatego samego, iż on nalega, dziś król je konferował Zygmuntowi Myszkowskiemu.
Z uśmiechem radośnym po odniesionem zwycięztwie tem, Kaliński spojrzał na Bajbuzę.
— Król musi być swobodnym. Tylicki się wymawia chorobą od oddania laski — dodał — myśli że doczeka hetmana, a hetman to przerobi, ale król kazał mu powiedzieć, nie zdasz mu natychmiast laski, ja ją sam z tronu oddam Myszkowskiemu. Tylicki usłuchać musi.
Zatarł ręce Kaliński.
— A sądzisz że to dobrem jest, gdy król starego naszego bohatera, którego szanuje naród cały, podrażni?
— Król powinien okazać że królem jest, i że nikomu podlegać nie chce — dodał Kaliński.
— Mogę ci to tylko powiedzieć — wtrącił rotmistrz — że się wszyscy skupią około Zamojskiego, tem ochotniej, gdy go ujrzą pokrzywdzonym i odpychanym. Król sobie gotuje dużo goryczy, a właśnie teraz, gdy małżeństwo wyjdzie na stół, nieprzyjaciele nie w porę.
— My się ich nie boimy! — butnie odparł Kaliński.
To zaufanie w sobie poniekąd otwarcie sejmu usprawiedliwiło. Odbyło się ono spokojnie, ale na wstępie Myszkowski biskup krakowski w senacie, Krzycki w izbie poselskiej podnieśli ogromne zasługi hetmana i jego tryumfy w Inflantach.
Kaliński, który codzień po sesyi przychodził do rotmistrza, zaczynał tracić tę gęstą minę, z jaką wprzódy występował.
Na zamku, w mieście, zaczynały się ucierać wrogie sobie żywioły. To co otaczało króla, na każdym kroku stawało przeciwko burzliwej szlachcie, a rycerstwo na zamku, nie zważając na majestat, gospodarowało hałaśliwie jak w domu.
Z rozkazu króla, dla powstrzymania tłumów, które z wrzawą i tumultami wtargały na dziedzińce zamkowe, towarzysząc to Ostrogskiemu, to Zebrzydowskiemu, zaciągnięto łańcuch żelazny we wrotach tak, aby wozy, konie i jezdni otaczający senatorów nazewnątrz pozostać musieli. Ludzie księcia Aleksandra łańcuch ten jednego dnia rozerwali i pokruszyli, i z większą jeszcze wrzawą pod okna królewskie wpadli.
Kaliński mówił o tem pocichu, utrzymując, że ukarani być muszą zuchwali, a nazajutrz łańcuch mocniejszy jeszcze zaciągnięty zostanie.
— Król nie ustąpi! — dodał.
— A co będzie gdy powtóre łańcuch porąbią? — spytał Bajbuza.
— Nie może to być — rzekł dworzanin — nie śmieją.
Wieczorem jednak o łańcuchu mowy nie było, gdyż w istocie służba księcia Aleksandra natychmiast go zrąbała i zniszczyła, a kniaź na zamek wjechał jak zwykle z całą swą czeredą.
Na posiedzeniach dyssydenci tak samo zuchwale poczęli się rzucać na duchowieństwo. Obóz Ostrogskiego wraz z nimi nie dopuszczał nic postanowić, domagając się naprzód naprawy swych krzywd i zabezpieczenia swobód.
Z izby poselskiej wpadali kupami różnowiercy do senatu, aby mu w oczy rzucać wymówkami i groźbami. Duchowieństwo wystawione było na obejście się obelżywe i bez poszanowania. W ulicach, po gospodach rozprawiano o projektowanem małżeństwie króla namiętnie, z goryczą i niechęcią.
W senacie Zamojski wystąpił przeciwko temu związkowi stanowczo, silnie, tem mocniej mu się sprzeciwiając, że szło o nowy związek z tym domem rakuzkim, który małżeństwami nabywał kraje i na nie rachował. Ogromna większość potakiwała hetmanowi, a król nie znalazł dość przyjaciół, aby się skutecznie oprzeć temu prądowi. Sejm schodził na systematycznym oporze przeciwko wszystkim uchwałom.
Rotmistrz, który osobiście nigdy się nie dawał pociągnąć, niechęcią lub przyjaźnią, gdzie o rzecz publiczną chodziło, był milczący i niepewien siebie.
Codzień chodził do hetmana, do Urowieckiego, a nawet do Zebrzydowskiego, do którego się zbliżył, aby się nauczyć czegoś, a zniechęcał tem, że osobiste wstręty i związki spotykał wszędzie. Nie wszczynał sporów, ale się marszczył. Bądź co bądź, w jego przekonaniu król był winien głównie.
Niespokojny w sumieniu, niepewien czy się nie myli w swych sądach, nieszczęśliwy Bajbuza błądził od jednej gromadki ludzi do drugiej, słuchał, ważył, rozpytywał i gniewał się sam na siebie, że stanowczego sądu wydać nie mógł o tem co się działo.
— Mój Szczypiorze — mawiał wieczorem powracając do domu i rozdziewając się aby spocząć — widzisz mnie ciągle nasępionym i zbiedzonym, ale jakże nie mam takim być?
Królabym rad miłować i szanować, nie mogę; hetmana czczę i poważam, a i ten mi czasem się nie podoba i razi.
Bodaj to wprost żołnierzem być, na chorągiew patrzeć, iść gdzie wskażą i bić się, a w innych sprawach, niepewność największa i sumienny człowiek jak w lesie.
— A! Bożeż ty mój mileńki — odparł po swojemu zlitewska Szczypior — cobo wy, kochany rotmistrzu, głowę sobie psowacie nad tem, jak tam ludzie pokierują sprawami rzeczypospolitej? Ja wam powiem… wierzę w Opatrzność, powiadam sobie, Pan Bóg kieruje, fiat vluntas Tua, i maszeruję z innymi.
Co my mamy szperać i mędrować?
— A tak, mój Szczypior, to dobre dla ciebie, bo ty masz poczciwą naturę spokojną, a we mnie szatan jakiś ciekawości i mędrkowania bruździ. Pracuję nad sobą i męczę się.
Ot i teraz — dodał — przyszłość nam znowu gotuje konflikt nieunikniony między hetmanem a królem. Sumiennie co tu robić? za kim iść?
Szczypior śmiał się łagodnie.
— Rotmistrzyku ty mój — rzekł — a toż idziesz bo zawsze z Zamojskim, więc pocóż zmieniać? Nie żałowałeś tego, żeś się mu dał pociągnąć. Zatem co głowę łamać?
Bajbuza ciężko stęknął.
— Szczypior mój kochany — rzekł — hetman stary i chory. Uchowaj Boże na niego nieszczęścia, nie stanie nam go, co my sieroty poradzimy?
— Przecie po nim ktoś buławę obejmie — rzekł naiwnie Szczypior — albo Żółkiewski, albo Chodkiewicz, a zatem…
— Tyś prostoduszny, mój bracie — rzekł Bajbuza. — Buławę po Zamojskim obejmie nie wiem kto, ale kto będzie jego wielkiego ducha i rozumu spadkobiercą?
Słyszałem go sam sto razy użalającego się na to, że niema ludzi już, którymby na sercu dobro ogólne leżało. Rozumiesz ty to? Chcą buławy, znaczenia, sławy, rozgłosu, ale dla rzeczypospolitej się poświęcić, jej się oddać, dla niej żyć, nad nią czuwać, tego nie umie nikt… a to umiał Zamojski!
— No, a pan wojewoda krakowski Zebrzydowski, toż to powiernik i ulubieniec hetmana.
Bajbuza pokręcił wąsem i dziwną minę nastroił.
— Takci jest, hetman go kocha, wierzy mu i niemal swym spadkobiercą chce mieć. Ma mu oddać opiekę nad synem, zda mu i nad wielkiemi swemi myślami dla ojczyzny opiekę… mąż jest nieustraszony, energiczny, króla się nie lęka, prawdę mówi i rzeże każdemu, wiele zalet ma, ale czy ty myślisz że to drugi Zamojski?
— A no? — spytał Szczypior.
— To ja ci powiem że nie — rzekł stanowczo rotmistrz — ja na niego patrzę, słucham, jabym w duszę jego rad przeniknąć, ale… gdzie mu do hetmana. Przy nim on świeci, bo od niego światło bierze; zgaśnie ono, będzie kopcił.
— No, albo ja tam wiem! — zawołał chorąży. — Mnie się widzi o temby darmo nie gadać, co pomoże!
— A cóż będzie z krajem? — rzekł Bajbuza.
Na to pytanie rzucone niemal tragicznie, poczciwy Szczypior stanął naprzód z usty otwartemi, jakoby go nie rozumiał, potem się zżymnął.
— Jak mi Bóg miły, wy bo sobie szukacie tylko troski i przędziecie ją dobrowolnie. A co my poradzimy na to?
— Właśnie że każdy z nas się powinien starać i troszczyć o to — odparł rotmistrz.
— Już chyba nie ja! — dokończył Szczypior.
Po długiej chwili jakiegoś milczenia i dumy, Bajbuza wstał.
Szczypior sądził, że go może już te bałamutne myśli odeszły, ale rotmistrz się odezwał.
— Masz słuszność! masz słuszność, na wszelki wypadek, trzeba mieć ufność w hetmanie. Kiedy on Zebrzydowskiego swoim następcą wyznacza, czyż my mamy być rozumniejsi od niego? Nam, mnie trzeba się też zbliżyć do Zebrzydowskiego, lepiej go poznać, hę?
— A no, pewnie! pewnie! — potwierdził Szczypior rad że się raz ta dla niego nieznośna rozmowa skończy.
Z całem poszanowaniem i miłością dla Bajbuzy, zacny pan chorąży za rodzaj choroby w swym przyjacielu miał to mędrowanie w sprawach publicznych.
— Bo to się na nic nie zdało! — mówił — a od tego oszaleć można.
Nazajutrz, wierny zawsze raz powziętej myśli, szedł już Bajbuza submitować się panu wojewodzie Zebrzydowskiemu.
Mieszkał naówczas Zebrzydowski w kamienicy przy zamku będącej i do króla należnej, w której dawniej posłów cudzoziemskich mieszczono, szczególniej takich, których na zamku samym mieć nie chciano, a w mieście ich pilnować zaopatrywać było ciężko. Trwał jeszcze naówczas starożytny zwyczaj, szczególniej względem posłów od Moskwy, od Turek, od Tatarów zachowywany, że ich od granicy brano na koszt króla, żywiono, prowadzono, kwatery opatrywano, a gdy przyszło do posłuchania, nawet im szaty kosztowne i futra dawano, które wdziewali na posłuchanie.
Niemało na to skarb wydawał, bo posły tatarów i turków podawali często więcej ludzi i koni, niż mieli, brali na ich utrzymanie pieniądze, a naostatek gdy poselstwo było odprawione, jeszcze znaczniejszym wszystkim podarki w pieniądzach, futrach, koniach, naczyniach srebrnych się należały.
Dom ten, który zdawna zajął był Zebrzydowski, zwał się Poselską Gospodą albo Giełdą, królowi potrzebnym był. Posyłał więc raz i drugi, aby z niego Zebrzydowski ustąpił. Wojewoda ani myślał.
Właśnie dnia tego, gdy Bajbuza nadchodził, Zebrzydowski w ganku domu stojąc z przysłanym pisarzem i burgrabią rozmawiał zaperzony.
— Król mi tego domu pozwolił — mówił — mnie on teraz potrzebniejszy niż kiedy. O inne się pomieszczenie nie starałem, bom ufał w łaskę królewską, a tu mi nagle fora ze dwora! zapowiadacie, mnie, wojewodzie, który tu gospodarzem jestem. Król! król ma gmachów dosyć! ja wam mówiłem i powtarzam, nie pójdę ztąd.
Burgrabia począł cicho mruczeć, że wyraźną było wolą króla, iż chciał dom ten mieć swobodnym i to rychło, bo się czasu wesela przyszłego spodziewał gości i na ten dwór rachował.
— Powiedźcie królowi, że ja go też potrzebuję — krzyknął dumnie wojewoda — a łatwiej panu o kamienicę niż mnie. Ale to wszystko sprawa pana Myszkowskiego, czuję ja w tem rękę jego. Z kamienicy nie ustąpię!
Pisarz i burgrabia pokłonili się i poszli. Zebrzydowski cały drżący powrócił z ganku do izby gościnnej, wiodąc za sobą Bajbuzę.
Rad był, że miał przed kim się wylać ze swym żalem.
Rotmistrz idąc zanim mógł się domowi, o który szło, przypatrzeć. Nie wiedział dotąd, iż to była własność królewska, i wielu, tak jak on, mieli kamienicę za Zebrzydowskiego dom, tak ją nawet już zwano, zapomniawszy że się Gospodą poselską niegdyś zwała.
Wojewoda oddawna się w niej rozposażywszy, gospodarzył jak u siebie. Ściany były powybijane dla powiększenia izb, dobudowywano, przerabiano. Zebrzydowski nowe błony posprawiał od czoła, pomalował, ozdobił — był najpewniejszy, że tu do życia pozostanie.
Żądanie króla, którego podmuch przypisywał Myszkowskiemu, wprawiało go w okrutny gniew.
— Otóż to jak nas sobie ten niemiec chce pozyskać — mówił do Bajbuzy. — Wie dobrze, iż z Zamojskim trzymam, pomścić się inaczej nie może, to mi wydrzeć chce co się stało moją dożywotnią własnością. Słyszał to kto co podobnego? Jam się sobie spokojnie i ufnie rozłożył jak w domu, a oni mnie jak jakiego intruza, jak lada czeladź i służbę pędzą precz!
Alem ja tu przecie wojewodą! Nie ustąpię!
— Możebyś miłość wasza — wtrącił Bajbuza — sam o to się łagodnie z królem rozmówił?
— Ale ja łagodnie mówić nie umiem, kiedy we mnie wszystko kipi — zawołał Zebrzydowski — a potem to sprawa zauszników, a z tymi ja nie chcę mieć do czynienia.
— Więc użyćby pośrednictwa?
— Prosić i kłaniać się! ja? — przerwał wojewoda. — Nigdy w świecie. Król mi dał kamienicę, siedziałem w niej tyle lat, prawo mam. Wprost się oprę i nie ustąpię. Nie będą śmieli mnie rugować!
Widząc wielkie rozdrażnienie wojewody, który po komnacie chodził, bił pięścią o stoły i krzesła rozrzucał stojące na drodze, Bajbuza usiłował rozmowę sprowadzić na inne przedmioty, ale Zebrzydowski powracał do króla z zaciętością.
— Wypowiada nam wojnę — wołał — my mu taką odpowiemy, że ją popamięta. Czasu dosyć miał do zrobienia sobie nieprzyjaciół, a zwolenników, oprócz Jezuitów i obcych, nie ma. Właśnie w tej chwili gdy nas potrzebuje, abyśmy mu do ożenienia tego nie przeszkadzali, drażni i jątrzy. Zobaczy co z tego wyniknie.
Cały kraj przeciwko temu małżeństwu oburzony. Nie dopuścimy go! Katolicy, dyssydenci, grecy, wszyscyśmy zgodni, że to małżeństwo występne, grzeszne, kazirodcze.
Wojewoda wybuchał tak ciągle.
— Jedź, mój rotmistrzu — rzekł w końcu — rozgłoś co się to dzieje. Pana wojewodę krakowskiego król JMci z nadanego mu mieszkania ruguje! Niech ludzie sądzą. Nie ja, ale dostojeństwo moje dotknięte jest, w imię jego nie mogę ustąpić.
Jakie potem, gdy Zebrzydowski się z hetmanem naradził, wypadło postanowienie, Bajbuza nie wiedział.
Przez dni kilka nie spotykał się ani z hetmanem, który chory leżał, ani z Zebrzydowskim, ale go w końcu ciekawość wzięła dowiedzieć się na czem się to wszystko skończy i po tygodniu wstąpił do Gospody poselskiej. Było to w rannej godzinie. W bramie spotkał burgrabiego, który szedł powolnym krokiem ku kamienicy, z wielce zafrasowaną twarzą.
— Czołem.
— Czołem.
— Znowu tu waszmość do pana wojewody? — zapytał rotmistrz.
— Jak widzicie — westchnął burgrabia, podżyły człek, flegmatyk, który nie lubił się ujadać, a że powolnym był, chętnie się nim posługiwano i popychano go. — Jak widzicie, idę po szósty czy siódmy raz słuchać łajania i odgróżek pana wojewody, choć posłem tylko jestem. Wojewoda ustąpić nie chce, a król mocno zagniewany… Dziś mi kazano ostatecznie oświadczyć, że taka jest niezmienna wola królewska.
Burgrabia się poskrobał w głowę.
Wyprzedził go rotmistrz do pokojów Zebrzydowskiego, którego zastał już i tak rozjątrzonym na ks. Tarnowskiego za jakąś winę, jemu przypisywaną.
Gdy mu oznajmiono burgrabiego, poskoczył wściekły.
— Tego już nadto! — krzyknął. — Puście go tu!
Wszedł nieśmiałym krokiem stary urzędnik zamkowy.
— Co mi waćpan powiesz! — zawołał Zebrzydowski postępując ku niemu.
— Miłościwy panie, mnie nie winujcie, ja to niosę co mi dają. Król JMość sam oświadczyć kazał raz jeszcze, iż kamienicy tej potrzebuje i prosi a domaga się, abyście ją w jak najprędszym czasie opuścili i opróżnili.
Wola ta i wyrok na żaden sposób zmienić się nie może, kazano mi to oznajmić i powiedzieć.
Zebrzydowski bladł, czerwienił się, patrzał po otaczającym dworze i przyjaciołach, myślał…
Raptem buchnęło mu z ust.
— Dobrze! wyniosę się z kamienicy, wyniosę, ale niech król patrzy, aby się za to z królestwa onego nie wyniósł!
Słuchający zdrętwieli, sam wojewoda żałował może wyrazów, które mu gniew na usta wyrzucił, ale ich już cofnąć nie mógł.
Burgrabia rad, że usłyszał przyrzeczenie wyniesienia się, nie odpowiadając nic, pokłonił się tylko, zawrócił i wyszedł.
Zebrzydowski głosem wrzącym od gniewu wołał marszałka dworu.
— Maczuski — wołał — precz ztąd pędzą pana wojewodę krakowskiego, rozumiesz. Natychmiast mi się wynosić, nie prosim o fryszt, bodaj w ulicę wyrzucić wszystko, ale ani ćwieczka im mojego nie zostawić. Błony moje pozabierać, com tu postawił zburzyć, posadzki kamienne moje wyrzucić precz. Król mojego nie potrzebuje, a ja się bez królewskiego obejdę.
Wnet mi się ztąd wynosić.
— Dokąd? — zapytał Maczuski nieśmiało.
— Jest dwór bratanka mojego, ja natychmiast tam jadę, znajdziemy i inne pomieszczenie. Zebrzydowski sobie pałac postawić może, stać go na to.
Konia mi dać! konia.
We dworze ruszyło się wszystko, zamęt powstał. Zebrzydowski nie ochłonąwszy jeszcze z gniewu, drżący wskoczył na siodło i jak nieprzytomny popędził ulicą, a czeladź nieodstępna za nim.
Przez cały dzień potem gawiedź uliczna stała dokoła kamienicy przypatrując się jak ją ludzie Zebrzydowskiego burzyli niemal. Starano się spełnić ściśle rozkazy pana i przejść nawet jego wolę gorliwością. Sypały się więc szyby, łamały drzwi, burzono ogrodzenia, a dwór niedawno jeszcze pokaźny, czysty, piękny, wyglądał jak pustka po najeździe nieprzyjaciela.
W takim stanie objął ją burgrabia, gdy w nocy ostatni wóz pełen desek, obdartych rynien i ladajakiego łomu z podwórza wyciągał.
Tegoż wieczora, w maleńkiem kółku królewskiem, O. Bernard składając ręce i podnosząc oczy ku niebu, pocichu opisywał jak niewdzięcznie znalazł się wojewoda względem swego dobroczyńcy i ze zgrozą powtarzał słowa jego świętokradzkiej odgróżki.
— Ja się wyniosę z kamienicy, ale król się z tego królestwa wynosić będzie musiał.
Zygmunt, jak zawsze, pozostał napozór nieczułym i nie odparł ani słowa. Z tą krwią zimną, którą miał za atrybut konieczny królewskiego majestatu, znosił on wszystko w swem życiu. Nie zapominał nigdy, ale się też gniewał i unosił tak rzadko, i prawie go nie widywano w uniesieniu, poruszonego, a uśmiech na ustach był widocznie owocem jego woli, nie usposobienia.
Każdy ruch jego, słowo, wejrzenie było obrachowane; królem nie przestawał być nigdy i może tylko przed trybunałem pokuty czuł się na chwilę człowiekiem.
— Zebrzydowski — dodał O. Bernard — quod Deus avertat! niejeden jeszcze kielich goryczy gotuje wam miłościwy panie, ale cnota wasza umie każdą boleść uczynić zasługą i chwałą.
W mieście też tego wieczora niebaczna pogróżka wojewody była powtarzaną i komentowaną.
Znano Zebrzydowskiego energię, jego potęgę, stosunki i gwałtowność charakteru. Przyjaciele króla ubolewali nad wypadkiem, lecz raz zażądawszy oddania kamienicy, król nie mógł wydanego cofnąć rozkazu.
Stało się więc.
Ale wojna i tak się już zapowiadała, przybywał tylko jeden zuchwały bojownik do szeregu jawnie, gdy potajemnie byłby stał i tak za niemi.
Kaliński przyleciał z doniesieniem do Bajbuzy, gdy ten mu usta zamknął prostem.
— Jam tam był, słyszałem… Cóż mówią na dworze?
— Nikt się przecież pana wojewody nie ulęknie — odparł Kaliński. — Poważni ludzie litują się nad nim, iż nie umie ważyć i hamować słów swoich! Król ruszył ramionami, drudzy oburzeni. Jak sobie pościele pan wojewoda tak się wyśpi.
Bajbuza głową zaczął rzucać.
— Kaliński mój — odezwał się — bierzecie sobie lekko i człowieka i wypadek, który może później królowi siła przyczynić frasunków. Dopóki hetman żyw, nie dopuści on wybryku żadnego, będzie prawdę mówił królowi, ale się zuchwale przeciwko niemu porywać nie da, cóż gdy Zamojskiego dni policzone, jeśli się nie mylę. Chory jest, złamany, uchowaj Boże na niego śmierci, Zebrzydowski stanie w jego miejscu, a z tym niełatwa sprawa, bo w nim więcej krwi i cholery a żółci niż pomiarkowania.
— Cóż to? — zawołał Kaliński — miał król dla fantazyi pana wojewody uledz i dom mu oddać, kiedy oto właśnie ma tyle poselstw przyjmować? Słyszałem jak O. Bernard mówił, dozwól kurze grzędy!… Byłoby tak, że po Gospodzie poselskiej, Zebrzydowski się i na zamek wnieść był gotów, a że się odgraża, to co? Odgrażają się na naszego pana już od początku, a co mu zrobili? Ożenił się raz jak chciał, ożeni się i powtóre jak zechce. Będą na sejmach się burzyć i wyburzą, a król to uczyni, co mu się podoba.
— Kiedyście tak swego pewni, winszuję wam — odezwał się Bajbuza — i nie mówmy o tem więcej.
Kaliński chwycił za kubek.
— I tak lepiej będzie — rzekł — mówmy o czem innem. A no! Wiecie i słyszeliście pewnie o tem, że Spytek co się z waszą sąsiadką żenił, a pono miał z wami jakieś zajście…
— Ze mną! żadnego! — zawołał żywo rotmistrz.
— Spytek ów, pono w komitywie któregoś młodego Ostrogskiego udał się był do Włoch, a oto słyszę, z nim się poróżniwszy, w bardzo mizernym stanie przywlókł się nazad do kraju i do Krakowa.
— A co mnie on obchodzi! — zamruczał Bajbuza. — Szkoda tylko, że go włosi wypuścili.
Mówił wprawdzie rotmistrz, że go Spytek nie obchodził, lecz w istocie przykro mu było dowiedzieć się, że znowu go jejmość mieć będzie jako groźbę ciągłą nad głową swą.
Myślał jeszcze o tem, gdy następnego dnia w ulicy przed oknami dworku zjawił się Gubiata.
Przechodził się wzdłuż okien tam i sam, obdarty i oszarpany gorzej niż był w Zamościu, ale z twarzą zawsze czerwoną i minami a ruchami, jakby łamane sztuki chciał pokazywać. Zobaczywszy w oknie Bajbuzę, pokłonił mu się i stanął. Domyślił się rotmistrz, że go nie puszczano do niego i dlatego w ulicy wartę odprawiał. Zawołał Szczypiora, mając przeczucie, że Gubiata pewnie znowu coś mu o Spytku przyniesie.
— Uczyń tak, mój przyjacielu — odezwał się — aby Gubiaty nie puszczając, wszelako dali mu się wkraść do mnie. Ciekawym co ten pijanica przynosi, bo już oddawna snuje się około nas.
W pół godziny potem Gubiata niby przebojem, zdyszany wtoczył się do izby, po której rotmistrz się przechodził.
— A tyś tu znowu! — zawołał Bajbuza.
Gubiata ręce złożył.
— Rotmistrzu, widzicie — krzyknął — dla miłości waszej głowę ważę, bo mnie twa czeladź niepoczciwa o mało nic na rohatynach nie rozniosła.
Wy sobie spokojnie siedzicie, a wróg wasz znowu czyha na zdrowie i życie miłości waszej. Spytek redivivus powrócił ze Włoch, powiada że go tam zieleniną karmili w lecie, więc się bał, aby zimą siana nie był zmuszony jeść. Na was on całe swe nieszczęście składa. — Ten — mówi — winien, żem z żoną zwaśniony, że u niej chleba nie mam ani kąta. Nie będę żyw, jeśli pomsty nad nim nie wywrę. A! co gada! co gada! królu mój, uszy więdną słuchając! Musiałem do was przyjść i donieść, było to sprawą sumienia, a u mnie, gdy o sumienie chodzi — dodał — furda i życie. Zbiera już Spytek ludzi.
— Takich jak waszmość, Gubiato? — przerwał szydersko Bajbuza. — Czyż sądzicie, że się go zlęknę?
— Pewno że nie — zawołał litwin — ale i o najmniejszym nieprzyjacielu wiedzieć potrzeba. Mnie jak się raz prosty kleszcz w skórę wpił na karku, to go aż z nią wyrzynać było potrzeba. Dajmy, że Spytek kleszczem jest, a wpić się mu dać? musicie odboleć. Dlatego było moim obowiązkiem do was się z niebezpieczeństwem żywota dostać bodaj, i zawołać Cave!
Rotmistrz, którego retoryka Gubiaty zawsze do śmiechu pobudzała, uśmiechał się, a litwin, któremu to pochlebiało, ciągnął dalej.
— Tak jest, zajadła sztuka ze Spytka, prawda że jemu jak i mnie u szczytu pomyślności strąconym być w błoto biedy i niedostatku, z onem wielkiem imieniem Spytków, które nosić musi, gdy suknie wytarte przy tem, a w żołądku burczy, niemiła to rzecz. Więc się pomścić chce więc na was zwala ów wypadek cały i głosi, że wy go zgubiliście.
I niechby sobie krzyczał — dodał Gubiata — wiadomo, że niewszystkie głosy idą w niebiosy, ale Spytków Jordanów rodzina jest można, senatorska, więc choć małej odrośli swej nie da tak uschnąć marnie, albo raczej zgnić… ujmą się, będziecie mieli wrogów w nich strasznych.
Tu Gubiata oczyma rzucił badając usposobienie Bajbuzy i ciągnął dalej ostrożnie.
— Nie moja to rzecz, wam, wielki bohaterze a panie mój, czynić refleksye; jestem nędzną kreaturą i robakiem, ale wy trzymacie jawnie z hetmanem, o tem wszyscy wiedzą, wy chodzicie do pana wojewody krakowskiego, a do dworu nigdy, a Spytkowie właśnie około króla, więc tam wam nieprzyjaciół łatwo pomnożą.
— I co? — zapytał Bajbuza — albo ja od króla i dworu czego potrzebuję?
Gubiata zamilkł, potarł głowę i najeżył szorstkiego wąsa.
— Miłościwy panie — dodał — tego nadgniłego Spytka trzeba znać, to jest taki człowiek, co się na wszystko waży, bo nic do stracenia nie ma. Napaść, najść, bodaj struć gotów. A któż nam i tej naszej rzeczypospolitej takiego heroicznego rycerza jak wy zastąpi?
Parsknął śmiechem Bajbuza nagłos.
— No, czegóż chcesz więcej! — przerwał — jużeś mnie ostrzegł, dziękuję ci, w sumieniu jesteś spokojnym.
— Tak, heroiczny panie — zawołał Gubiata — w sumieniu jestem spokojnym, ale nie w żołądku.
Uderzył się po nim.
— Zredukowany wielce ten biedny żołądek — westchnął. — Nie kłamię, ale częstokroć dzień cały o surowej rzepie bez soli spędzać mi przyszło. Ofiarowałem to wprawdzie jako post Panu Bogu i różnym patronom, ale mi się nikt nie wywdzięczył.
Rotmistrz zwolna już dobywał sakwy.
— Mam litość nad wami — rzekł — ale czas mój Gubiato, abyś się ustatkował, czas wielki.
— Rotmistrzu, miłościwy panie — przerwał litwin. — Nikt nademnie stateczniejszym nie może być. Nie mam za co dokazywać, a we wszystkich tu browarach podły naród, ani darmo, ani na borg nie dadzą kropli. Zaś przyjaciół, którzyby mi odpłacili to co ja z nimi przepiłem, odszukać nie mogę. Czas rekollekcyi przyszedł dla nieszczęśliwego Gubiaty.
Na stole przed nim leżały już talary, które mu Bajbuza przez litość dał znowu, patrzał na nie okiem pożądliwem, ale razem ostrożnem.
— Serce wasze litośne jest — rzekł — ale co mnie po tej garszteczce grosza, to się pochłonie po długim poście i spragnieniu. Gdybyście miłość wasza chcieli mnie znowu do dworu swego na jurgielt wziąć, służyłbym jak… lew!
Rotmistrz się zwrócił ku niemu.
— Chociaż z ciebie nietylko żołnierz lichy, ale ciura nawet niedobry, a no, gdy na wojnę będę iść, wezmę cię, ale tylko na wojnę.
— Ba! — odparł Gubiata krzywiąc się i chowając do kieszeni talary — na wojnę! a gdzież nogi?
Tu wystawił obrzękłe swe, w butach brudnych stopy, zgrubiałe i niezgrabne.
— Około domu jeszczebym się zdał, ale na wojnę…
Głową potrząsnął. — Nogi całuję! — szepnął i wyszedł.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.