Bajbuza/Tom II/VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
< Bajbuza‎ | Tom II
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Bajbuza
Podtytuł Powieść historyczna. Czasy Zygmunta III
Data wydania 1885
Wydawnictwo Spółka wydawnicza księgarzy w Warszawie
Drukarz Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Indeks stron
VI.

Z wielkim nawet wysiłkiem i pracą niełatwo się zmienia natura człowieka, może on namiętności zwyciężyć, ale ich objawianiu się nie jest w możności zapobiedz. Sprawdziło się to na rotmistrzu Bajbuzie, który do domu powrócił z postanowieniem mocnem zwrócenia się ku gospodarstwu, oczekiwania spokojnego na wojnę, ograniczenia wreście rycerskiem rzemiosłem.
Chciał umysł swój odzwyczaić od tego nieustannego zaprzątania się sprawami publicznemi, na które wpływać nie mógł, a częstokroć nawet znaczenia ich się dobadać nie umiał.
Lecz próżne to były usiłowania.
Siedział wprawdzie w zapadłym kącie, dokąd nawet wiadomości dochodziły leniwo, a najczęściej z prawdą niezgodne i namiętnie przekręcane ale i tu łapał w powietrzu pogłoski, męczył się wnioski z nich wyciągając i z ks. Rabskim rozprawiał godzinami o sprawach rzeczypospolitej, królu, hetmanie i t. p.
Z duszy pragnął dla rzeczypospolitej pokoju, ale dla siebie życzył wojny.
Ona go jedna mogła na szerszą wyprowadzić widownię, postawić znowu u boku ludzi czynnych i odżywić.
W tej cichej atmosferze wsi zamierał i drętwiał.
Najlepiej tego dowodziły pobieżne notatki, które starym obyczajem w przeznaczonej na to księdze, od czasu do czasu zapisywał. Silvae rerum takowe znajdowały się naówczas po wszystkich szlacheckich domach, a cudzoziemcy podróżujący po Polsce, starzy genealogiści jak Paprocki, świadczą, że się żadna rodzina nie obchodziła prawie bez takiego rocznika. Notowano w nim najrozmaitsze rzeczy, tak jak się składa do śpiżarni, co na jutro przydać się możne, a godnem jest zachowania. Urodziny dzieci, zgon starszych osób, nabywanie majętności stały tu obok doświadczonych przepisów gospodarskich dla apteczki domowej, obok dowcipnych i złośliwych wierszyków, opisów wypadków osobliwych, wyroków w sprawach głośnych, mów, epithalamów, i t. p. Listy znaczniejszych osób, zwłaszcza teraz gdy się kraj na obozy dzielił, przepisywano też skwapliwie, rzadko co obcego do spraw krajowych mięszając, bo te głównie chciano podać pamięci potomnych. Sąsiad sąsiadowi użyczał pochwyconych wiadomości i kopij dokumentów.
Bajbuza też miał taką Silva troskliwie utrzymywaną, do której nawet osobny pisarek był przeznaczony, który dłuższe diaryusze przepisywał. Sam rotmistrz notował, co się jego, majętności, budowli i wydatków znaczniejszych tyczyło, ale częstokroć powstrzymać się nie mógł od zapisania z tęsknotą swego osamotnienia i życzeń, aby go jaka potrzeba znowu na świat wyprowadziła.
W Nadstyrzu wiele też było do czynienia, ale małych rzeczy.
Bawił się Bajbuza ogrodem i hodowlą zwierząt, założył mały zwierzyńczyk, jaki naówczas każdy pan możniejszy mieć się starał, sadził wino, szczepił płonki, posyłał po nie daleko i zaprowadził tu pierwszy gruszki i jabłonie koniackie, porteńskie, uryateckie, a nawet lipy do nowej ulicy w ogrodzie przez Gdańsk z Hollandyi dostał, bo je z piękniejszego liścia i kwiatu sławiono.
Ale to wszystko niespokojnemu umysłowi temu nie starczyło. Oddalenie znaczne od miast głównych, od gościńców uczęszczanych i składów handlowych, sprawiało, że i wiadomości tu opieszale dochodziły. Nie miewano ich inaczej jak z Łucka, z Ostroga, Zasławia lub od zakonnych konwentów, które z sobą w całej prowincyi były w stosunkach.
Znano Bajbuzę z hojności wielkiej dla zakonów żebraczych i innych, zajeżdżali tu więc często i kwestarze i starsi zbierający składki na kościoły i klasztory.
Gody to naówczas były w Nadstyrzu, gdy ks. przeor jaki, przełożony, gwardyan przybywał, bo każdy z nich coś miał do powiedzenia, a często przywoził ciekawe dokumentów odpisy, z których korzystano.
Bajbuzę zaś szczególniej zajmował zawsze trwający ten konflikt pomiędzy królem a hetmanem, który dla niego nie siebie samego znaczył, ale szlachtę i naród, bo stawał w ich imieniu.
Zakończenie sejmu inkwizycyjnego, na którym się zanosiło na tak doniosłe postanowienia, a skończyło na niczem, było dlań zagadką. Rozmyślając jednak nad nią nie mógł Zamojskiemu tego nie pochwalać, że do ostateczności się nie posunął, pokazał się czujnym, a królowi wreście pofolgował.
Dworski zaś obóz inaczej to tłumaczył, nie powolnością Zamojskiego dobrowolną, ale zręcznem i śmiałem postępowaniem, jeżli nie króla, to jego rady.
Po sejmie już głuche tylko dochodziły tu wieści ku końcowi roku, iż ze Szwecyi oczekiwano jakichś ważnych wypadków, które, jak zawczasu przewidywano, króla musiały skłonić do podróży.
Tym razem wszakże zapobieżono i obwarowano, że król samowolnie, bez dozwolenia sejmu odjeżdżać nie mógł. Sprawdziły się przewidywania i rotmistrz zanotował przez Dominikana ks. Tomasza przywiezioną wiadomość, iż król Jan III. życie skończył, a Zygmunt musiał dla objęcia po nim tronu płynąć do Stokholmu.
Sprawiło to w kraju pewne poruszenie, ale połączenie dwóch koron na jednej głowie dla Polski nie było bez korzyści, mogło jej dodać siły. Razem z tem wróżono, iż w Szwecyi spokojnego panowania Zygmunt mieć się nie spodziewał.
Zwołać musiano sejm dla dozwolenia na wyjazd. Razem z tem królowi pierworodna córeczka się narodziła, a że jej dano imię Anny, w domu więc królewskim były teraz Anna wdowa, Anna królowa, Anna królewna szwedzka, siostra króla, i Anna nowonarodzona.
W Krakowie, jak słychać było, wyjazdem się tylko i wyborem w drogę zaprzątano, bo i o tem pomyśleć musiano, kogo królowi dać, kogo pozostawić, i jak go przystojnie opatrzeć i t. p.
Mniej jednak te sprawy familii obchodziły rotmistrza, który notował swą tęsknotę za wojną i pocieszał się, że oręż nie spoczywał, bo go ks. Ostrogski na kozaków podniósł zwycięzko.
Jawnem to było, że we własnym interesie prowadzone praktyki rakuzkie, kozactwo pobudzające przeciwko turkom, na rzeczypospolitej ramiona spadały, bo ona za kozaków odpowiadała, a pohamować ich trudno było, gdy im pieniędzmi i podarkami w pomoc przychodził cesarz.
Następnego roku król powrócił szczęśliwie i sejm zwołano do Krakowa, choć szlachta wolałaby go była mieć w sejmowem mieście, jak wówczas zwano Warszawę.
Bajbuza zasłyszawszy iż hetman o tatarach zamyślał, niespokojnie się zaraz poruszył i Szczypiora posłał się dowiedzieć, czyby jego tam gdzie nie potrzebowano, bo mu się ta bezczynność wielce przykrzyła. W niedostatku innego zajęcia czytał nawet polemikę ks. Skargi z dyssydentami, ale ta go tak gorąco nie obchodziła już. W Polsce cały ten ruch był na schyłku, co było gorliwszych reformatorów wynosili się z niej, lub w kilku niedogasłych trzymali ogniskach.
Powrócił śpiesznie Szczypior nazad z manifestem hetmana, de publica negligentia, w którym on szlachcie zarzucał zaniedbanie obowiązków i niestawienie się w porę przeciwko tatarom, którzy okrutnie Pokucie zniszczyli, a jeden Jakób Potocki i Włodek przeciwko nim wystąpili.
Można sobie wystawić, jakim bodźcem dla rotmistrza był ten manifest de negligentia.
Zapisał w księdze: „Policzek od hetmana otrzymaliśmy, czy zasłużenie? nie wiem, a to wiem, że na gwałt ludzi zbieram i do pana Żółkiewskiego lub do hetmana ciągnę pod Samborz“.
Nie miał też czasu już Bajbuza dziennika utrzymywać i mało co notował. Widać tylko z późniejszych regestrzyków i zapisek, że pod Samborzem w istocie był, aby opłakiwać to, iż tatarzy łupieżce uszli bezkarnie; że chciał do Jazłowieckiego się udać potem, który myślał o wygnaniu z Krymu tatarów. Nie przyszło jednak do tego, a że naprędce wówczas wybierając się z Nadstyrza, Bajbuza i ludzi niedosyć wziął i wybór ich niedobry uczynił, powrócił więc nazad, aby tu ze Szczypiorem na następną wyprawę lepiej się przygotować.
Zimą więc przybrał dwór i okolica nową postać, bo się bardzo czynnie około sztyftowania nowego oddziału krzątano.
Nawet Rożek, który więcej językiem niż ręką czynnym był, przydał się dla dozoru ludzi.
We dworze sprowadzeni krawcy, rymarze, a nawet płatnerz jeden, szyli, kuli i majstrowali tak dobrze, iż z kuźni ogień się wziął, szopy spłonęły i ledwie konie wyratowano.
Rotmistrz jak tylko miał co do czynienia, natychmiast zdrowszym się czuł, weselszym i gdy przychodził do wspólnego stołu, cieszyli się nim wszyscy, tak odmłodniał.
Widząc to już nawet stara Leszczakowska nic nie miała przeciwko wyprawie, bo ona Bajbuzę znowu na nogi postawiła. Szczypior też krzątał się śpiewając.
Wydatki były znaczne, bo wielu rzemieślników zdaleka i za drogie pieniądze sprowadzić było potrzeba, ale też zapasy znaczne miał dom stary, które tylko z kurzu otrzeć, oczyścić było potrzeba, rzemień poprawić lub przyprawić.
Okazało się przytem, że bardzo stare zbroje, z doskonałej stali i roboty wybornej, dla wagi swej przydatnemi być nie mogły. Czy to, że się ludzie teraz mniejszymi i słabszymi rodzili lub wojowania sposób był inny, a no dawnych zbroi użyć było trudno. Karwasze stare, bechtery, platy tak były ogromne, że i dwa kaftany pod nie podłożywszy, jeszcze w nich żołnierzowi za przestronno było. Płatnerze więc mieli co czynić, a dla pośpiechu wiele gotowego oręża sprowadził Bajbuza, na koszta się nie oglądając.
Zapisał w dzienniku swój wielki smutek rotmistrz z powodu, iż Wołyń z ceł na Wołyniu nawet na potrzebę publiczną nic ustąpić nie chciał, ale Bajbuza wkrótce potem już tu nie był i na żadne postanowienia wpływać nie mógł, bo zaledwie ludzi swych ściągnął, uzbroił i opatrzył, z wielkim pośpiechem udał się do hetmana, a z nim razem już leżał pod Linkowem, naprzeciw nawale tureckiej bardzo stosunkowo szczupłą mającym siłę.
Pisać naówczas dziennika ani chciał, ani mógł Bajbuza, czynnym będąc dniem i nocą na strażach.
Z Zamojskim razem, zuchwale dosyć wkraczającym na Wołoszczyznę, był rotmistrz nasz, gdy Wołochy po ujściu Roznana i Michała wojewody przybyli poddając się Polsce i hospodarowi, jakiego im rzeczpospolita wyznaczy; był potem w obozie nad Prutem i towarzyszył mu w potajemnej do Jass wycieczce, dla obejrzenia zamku.
Rotmistrzowi czasu snadź nie stawało na zapisywanie nawet miejsc w pochodach przebywanych, a notatki pozostały tak luźne, iż z nich tylko o pracowitości jego powziąć można wyobrażenie. Zawsze bowiem prawie w najniebezpieczniejsze się wpraszał stanowisko, najpilniej czuwać musiał i osobą swą nieustannie służył hetmanowi, dla którego nadzwyczajną cześć wyrażał.
Śmiałe zajęcie Wołoszczyzny, bez upoważnienia a nawet wiadomości króla, że naganionem być musiało przez nieprzyjaciół, przewidywał to Zamojski i tylko szczęśliwy obrót okoliczności mógł go uniewinnić. Rotmistrz wszakże zapisywał ciągle wielką radość swą z tego, iż śmiało a zuchwale hetman kroczył, odpowiedzialność biorąc na się, gdy konieczność wymagała.
Ze spotkania z tatarami nad Prutem Bajbuza zapisał tylko poniesioną w niebacznych ludziach swych stratę i niektóre szczegóły o szczęśliwych potem z nieprzyjacielem układach, gdy siły jego przewyższały o wiele te, któremi Zamojski rozporządzał. Nigdzie się lepiej nie sprawdziło jak tu owo starożytne aksioma, że audaces fortuna iuvat.
Nawet podarków wielkich chciwym zawsze tatarom nie potrzebował dawać Zamojski, jedną suknią ze złotogłowu i jedną czaszą pozłocistą zbywszy dwu starszych. Bajbuzę, jak pisze, chciał hetman razem z Potockim i Chańskim tymczasowo na Wołoszczyźnie zostawić, ale rotmistrz się wyprosił, przenosząc czynniejsze życie nad załogę w obcym kraju. Nie przewidywał, jak pisze, że wkrótce tu do rozprawy przyjdzie, z której polskie rycerstwo chlubnie się wywiąże. Szczypior zaś pono najwięcej żałował, iż w znacznym łupie, jaki podówczas na Roznanie zdrajcy zabrano, nie miał żadnego udziału.
Zapisał w dzienniku Bajbuza głośne naówczas zarzuty czynione Zamojskiemu o nadużycie władzy hetmańskiej, niechęć i zazdrość dworu, gdy zwycięztwa usprawiedliwiły hetmana, i radość swą z tego, iż ulubiony mu a coraz w oczach jego rosnący mąż, ze wszelkich imprez swych tak szczęśliwie wychodził.
Zarówno wielkiej bystrości w przewidywaniu następstw, jak składowi pomyślnemu okoliczności hetman to był winien.
W następnym roku zapisane znajdujemy przeniesienie się Bajbuzy do boku hetmana polnego Żółkiewskiego, którego przyszłym następcą zwyciężcy z pod Byczyny proroczo mianuje. Z Żółkiewskim już rotmistrz uganiał się za Nalewajką i Łobodą i był z nim pod Białocerkwią. Ale w notatkach swych ledwie daty i gdzieniegdzie stanowiska zajęte lub opuszczone pobieżnie zapisywał. O Kijowie zaś i obozie pod monasterem Pieczerskim, odsyła piszący do osobnego opisu, którego w papierach niemasz. Jakkolwiek krótkie z tych mozolnych pochodów i pogoni są zapiski rotmistrza, czuć w nich jak teraz w żywiole swym był i rad z tego, iż spoczynku nie miał, a jednej sprawie rycerskiej się mógł poświęcić.
Tu u przeprawy niebezpiecznej przez Dniepr, ulubiony i wierny rotmistrzowi Szczypior, nieostrożnie za łodzią konia prowadząc, przez niego w wodę ściągnięty o mało nie utonął, ale go sam Bajbuza rzuciwszy się w rzekę wyciągnął z niej.
— „Otóż — pisze — jakie to szczęście nad rzeką się urodzić a zawczasu nauczyć rybiego rzemiosła. Gdyby nie Styr, nie udałoby mi się Szczypiora zbroją obciążonego ratować, za co Bogu niech będą dzięki, żem przyjaciela wiernego, który niejeden raz mnie życie ocalił, od pewnej śmierci salwował“.
Po uspokojeniu kozactwa i wydaniu Nalewajki, gdy Żółkiewski na sejm śpieszył do Warszawy, Bajbuza z częścią oddziału uszczuplonego powrócił do Nadstyrza, a nie przewidując, żeby tak rychło znowu ciągnąć mu przyszło, rozpuścił kopijników.
Po dosyć długiej w domu niebytności, nie dziw, iż mu powrót do rodzinnego ogniska smakował, czego dowodem notatki wesołe i przypomnienia przebytych niebezpieczeństw.
W Nadstyrzu, z wyjątkiem strat i wypadków, które wszędzie i zawsze czas przynosi z sobą, znalazł Bajbuza wszystko w porządku, a nawet bardzo już zgrzybiałą Leszczakowską swą, ożywioną, przytomną, na podziw pamiętną najmniejszej rzeczy. Ks. Rabski też powitał go tu dziękczynną modlitwą, a Rożek i Przygodzki tak rumianemi policzkami, iż się na brak piwa i gorzałki, gdyby chcieli, uskarżać nie mogli.
Z sąsiedztwa wnet kto żyw śpieszył do rotmistrza na opowiadania o tatarach, wołochach i kozakach, o których, zwłaszcza ostatnich, wiele miał i on i Szczypior do mówienia rzeczy nowych.
Spytał naturalnie Leszczakowską Bajbuza o panią Spytkową, i dowiedział się, że samotnie, w ciszy, spokojnie u krosien swych z dzieweczkami sierotami w domu siedziała, swobodniej nieco oddychając, gdyż Spytek nagle w towarzystwie młodego Ostrogskiego za granicę wyjechał, którego dopóki w kraju gościł, zawsze się obawiała.
— Daj Bóg, aby nie powrócił — westchnął rotmistrz, a pomyślał sobie, iż po latach tylu raz przecie sąsiadkę odwiedzić nie narażając jej będzie mu wolno.
W pierwszych jednak dniach od ogrodu, stajen, stodół, śpichrzów począwszy, tyle miał do oglądania, iż za wrota nawet wyjść nie znalazł czasu, a oblegali go domownicy, czeladź, służba, leśnicy i wszyscy, którzy nie widząc za nim tęsknili. Miał bowiem miłość wielką u ludzi, choć ich napozór nie pieścił, a często szorstko ofuknął, ale za to łagodnie postępował z nimi.
Naostatek gdy się już pierwsze te powitania odbyły, a Rożek siła nakłamawszy, teraz milczał, bo mu wiele zarzucano nadużyć czasu niebytności pana, wybrał się ze Szczypiorem razem do Spytkowej.
Miał to przekonanie, gdy wojował i zdala się od domu obracał, że zapomniał o niej nieco, lecz przekonał się po wzruszeniu, z jakiem zbliżał się do jej domu, iż tak mu drogą była jak przedtem. Spytkowa zaledwie mogła wiedzieć o jego powrocie i nie spodziewała się wcale, gdy stanął przed nią.
Poznała też łatwo, bo chociaż ogorzał mocno, ale tak zdrowo i młodo wyglądał, iż mu jego wieku nikt nie dawał.
Natomiast biedna kobieta, choć życie prowadziła dosyć spokojne i niczem niezakłócone, znacznie zestarzała. Nie straciła na tem jej piękność, zawsze jeszcze uderzająca, ale młodości reszta ze łzami uleciała.
Okrzykiem radości przyjęła tak miłego i dawno niewidzianego sąsiada, o którym tyle tylko wiedziała, iż ciągle wojował. Począł się rotmistrz dowiadywać o zdrowie, a utyskiwać na to, że na samotność skazaną była, lecz jejmość znajdowała, że jej to życie najmilszem było i nie zamieniłaby go na żadne inne. W istocie królowa wdowa wzywała ją do siebie, chciała pono przy królowej austryaczce umieścić, ale Spytkowa podziękowała odmawiając, bo się do życia na dworze powołaną nie czuła.
Miała ona tam dawne przyjaciółki, które jej o wszystkiem, co się w Krakowie działo, donosiły, mogła więc i ciekawość Bajbuzy zaspokoić opowiadaniem o królowej, o królu, o pożyciu małżeństwa i ludziach, jacy tam je otaczali.
Upewniała rotmistrza, że Anna austryaczka, która wiedziała o tem, że się w niej niemki obawiano, wymogła to na sobie, aby się języka poduczyć i kilka pań i panien polskich do siebie wzięła. Niemniej dwór to był zawsze więcej cudzoziemski niż polski, chociaż ani królowej, ani królowi nic zresztą zarzucić nie było można, oprócz dumy, nieprzystępności i zamykania się w ciasnem kółku ulubieńców.
Panował tu zawsze O. Bernard przewodnik sumienia królewskiego, a obok niego stali Bobola, Wolski, ks. Tarnowski i szczupłe dosyć kółko.
Zrażony przeciw polakom, którzy mu w pierwszych latach po przybyciu wiele przykrości wyrządzili, Zygmunt szukał rozrywek różnych, do których mało towarzystwa potrzebował.
Wiadomo też było powszechnie, że muzyka, pobożne ćwiczenia i czytania, zabawki złotnicze i malarskie króla rozrywały. Na koniu jeździł niewiele i myśliwstwem, tak przeszłym królom upodobanem, mało się zajmował. Wyciągano czasem na łowy, na które jeździł więcej dlatego, iż mu wypadało się na nich pokazać, niż z zamiłowania.
Z listów swych powtórzyła Spytkowa Bajbuzie, jakie krzyki powstały na dworze przeciw samowoli Zamojskiego, który nietylko króla, ale ani sejmu, ani rady nie pytał, gdy na Wołoszczyznę wtargnął. Szczęściem powodzenie usta potem nieprzyjaciołom zamknęło.
Nie śmiał Bajbuza pytać jejmości o własne jej położenie, lecz gdy się Szczypior nieco oddalił, sama ona opowiadać zaczęła, iż mąż jej fortunę ojczystą prawie całą strwoniwszy, do Włoch się puścił i wątpiła aby chciał powrócić.
— Mój rotmistrzu — dodała w końcu — bardzo to mnie boli, żem ja twoją dłużniczką oddawna, bom ci mój spokój winna i byt teraźniejszy, a nie wiem, jak i kiedy choć przynajmniej pieniężny dług spłacę, o serdecznym nie mówiąc.
— Wielce jej będę obowiązanym — przerwał Bajbuza — gdy o obu tych długach mniemanych zechcecie zapomnieć i nie mówić więcej. Pieniędzy wcale nie potrzebuję, a sam wdzięczen jestem jej, żeś mi choć skromny uczynek dobry spełnić podała zręczność.
— W niemożności uiszczenia się wam teraz — zawołała Spytkowa — pamiętałam o tem, ażebym na majątku zapewniła świętą należność.
— A nietęsknoż wam na tem odludziu? — zapytał rotmistrz.
— Nie — odpowiedziała jejmość — mam spokój i swobodę, dwa wielkie dobrodziejstwa, zajmuję się sierotami, bawię w ogródku i koło gospodarstwa, modlę, czegóż więcej może mi być potrzeba? Parę nawet zacnych niewiast z sąsiedztwa odwiedza mnie i żyję z niemi, a choć są proste sobie wieśniaczki, mile się zabawiam z niemi.
Spytała potem Bajbuzę, czy myślał dłuższy czas na wsi, w domu pozostać, na co on odpowiedział uśmiechem.
— Jeden Bóg wie, co mnie czeka! — rzekł. — Mam to mocne postanowienie, dopóki siły służą, z orężem w ręku służyć rzeczypospolitej, gdy inaczej nie umiem i nie mogę. Zatrąbią na wojnę, pojadę pewnie; cicho będzie, siedzieć muszę w Nadstyrzu i zagon mój uprawiać. Jest też tu co czynić. Stawy zakładać, ogród sadzić, budynki oprawiać, konie moje ulubione hodować.
Nie zarzekam się wszakże, gdy albo hetman, lub Żółkiewski, który godnie go kiedyś zastąpi, powołają, choć stary pójść z nimi czy na turka, na wołoszę, kozaków lub gdzie będzie potrzeba.
Tymczasem jednak cicho.
Tak w rozmowie o wyprawach odbytych, do której i Szczypior się wmięszał, spędziwszy godzin parę, Bajbuza pożegnał panią Spytkową, bardzo ożywiony powracając do domu.
Szczypior go po dawnemu wymówkami prześladował, iż się nie ożenił z wdową, dla której tyle okazywał sentymentu.
— To pewna — rzekł rotmistrz — żem ja żadnej niewiasty tak jak tej nie miłował, ale, chorąży mój, im człowiek szczerzej kogo kocha, tem mocniej dba o szczęście jego, a ja sobie nie pochlebiałem, abym jej był godzien, i mógł jej przyszłość zabezpieczyć.
Lepiej się stało, żem nie poślubił, boby nieustannie słomianą wdową jako teraz musiała siedzieć samotnie, gdyż ja i dla najmilszej w świecie żony, konia i szablibym się nie wyrzekł.
To mówiąc westchnął.
— Dziś już to próżne żale — dodał — bo włos siwieje, krew stygnie, a o ożenieniu myśleć nie pora, choćby nawet wolną kiedy była.
Dorzucił i to Bajbuza, że mu się sprawy wołoskie nie wydawały skończonemi, i bodaj znowu tam ciągnąć przyjdzie.
— Wolałbym na tatarów — dokończył — bo z tymi prosta sprawa, lud dziki, ale zdrady nie zna, gdy z wołochy, choćby przysięgali, opisywali się i przyrzekali, nigdy zaufać im nie można.
Przyszła zaraz w tych dniach wiadomość o blizkim wyjeździe króla do Szwecyi i na sejm wołano dla uchwały o podróży, ale na ten się Bajbuza nie myślał wybierać.
Nie ulegało wątpliwości, iż musiano na wyjazd pozwolić. Nakazywał później Zamojski do rotmistrza chcąc go mieć w orszaku królowi towarzyszącym do Stokholmu, ale się Bajbuza wymówił, za morze sobie nie życząc.
— Ciekawym obcych krajów — rzekł — ale na teraz kości chcę całe mieć, aby na granicy jeszcze z nieprzyjacielem się ucierać, w Szwecyi zaś bodaj one niepewne.
Wyjechał zaraz potem król, wedle opowiadania tych, co się na to patrzyli, z wielką wystawnością, z pocztami dobornemi, z kilku panami senatorami, królowę z sobą zabrawszy, tak że tylko nowonarodzona miła córeczka z królową wdową pozostała, a czego tam doświadczył w Szwecyi, wiadomo, i to że polakom winien był może, iż powrócić mógł cało.
Naówczas też już przepowiadali ci, co bystrzejszym umysłem rzeczy te przenikali, iż bodaj się na tronie szwedzkim nie utrzyma dla Sudermańskiego i dla swej wierności Stolicy apostolskiej, gdy tam już dyssydenci tak się wzmogli, że dyssydentami niemal katolicy byli, bo się ich liczba codzień zmniejszała, Zygmunt zaś przy papieżu stał i choć dyssydentów prześladować nie myślał, sam wraz z władzą swą, panującą religię chciał w sobie reprezentować. Słowem katolicką Szwecyę mieć chciał, gdy ona już się wyzwoloną czuła.
Następne lata aż do wyprawy nowej na Wołoszczyznę, Bajbuza się nie ruszał z Nadstyrza, najdalej tylko do Łucka niekiedy i do Ostroga czyniąc wycieczki, albo Dubno odwiedzając dla zjazdów i narad ziemiańskich.
Pilno jednak się przysłuchiwał temu, co wkoło się działo.
Okryła w tych czasach żałobą dwór śmierć królowej Anny, której wielu żałowało, a Zygmunt niepocieszonym był po niej. Zostawiła mu po sobie potomka, królewicza Władysława.
Bardzo jakoś wkrótce a zawczasu po zgonie jej, zaczęto prorokować, iż król, będący jeszcze w sile wieku, o drugą żonę starać się będzie.
Z tych lat kilku upłynionych, a nawet z wyprawy na Wołoszczyznę powtórnej, żadnych notat nie pozostawił Bajbuza, albo też one zatracone zostały.
W wielkiej księdze karty próżne albo listami cudzemi zajęte i dat kilka luźnych, których znaczenia odgadnąć trudno.
Szczególniej tyczące się spraw hetmana diaryusze i listy skrzętnie tu są zapisywane, do których Bajbuza na maryginesach swą cześć i uwielbienie dla Zamojskiego nieustannie powtarzał.
— „Nie miała dotąd Polska — pisał — męża jemu równego, chyba w tych zamierzchłych czasach, o których my tak mało wiemy, że ich mężów i bohaterów mierzyć nie zdołamy; a niełatwo i u obcych się znajdzie, któryby i piórem a umysłem i orężem a rycerstwem razem połączonemi zrównał jemu. Nie wiem nawet, co wyżej w nim cenić: cnoty wodza czy rozum statysty. Los nasz chciał, aby po śmierci Stefana, pod berłem, które więcej się go lękało niż mu posiłkowało, żyć i walczyć musiał.
„Zamiast więc wspólnie iść, myślą zgodną, król a hetman patrzyli na się okiem nieufnem — pierwszy zazdroszcząc sławy i potęgi, drugi lękając się i nie pokładając ufności w panu. Raz rzucone podejrzenie o frymarki, a zbliżenie się potem do rakuzkiego dworu, w oczach narodu królowi szkodziło i serca mu odbierało. Czując że miłości pozyskać nie może, król też kochać nie umiał. Wiedział dobrze Zamojski, iż są niezatarte wspomnienia, których okupić trudno. Pierwsze kroki zwichnęły całe owo panowanie“.
O zwycięztwach Zamojskiego w Inflantach nie zapisano też nic prawie, tak że niepewną jest rzeczą, czy rotmistrz w nich uczestniczył, ale z wierności jego dla hetmana wnosząc, domyślać się godzi, iż mu towarzyszyć musiał.
Na dworze tryumfy te zamiast wdzięczności, zazdrość i coraz żywszą niechęć obudzały.
Przyszło do tego, iż śmiano posądzać Zamojskiego o podbudzanie tych buntów, które uśmierzał. Król się nie taił z odrazą swą, ze wstrętem nietylko dla hetmana, ale dla tych wszystkich, którzy z nim trzymali, przy nim stali, albo nawet tylko jego czyny wynosili.
Każda wygrana bitwa zdawała mu się przysparzać na dworze wrogów. A że usłużni o tem donosili hetmanowi, zniechęcony nareście i znużony, zdał dowództwo i już chory powrócił do Zamościa.
Nie wiek podeszły, bo nad lat sześćdziesiąt i trzy nie liczył, ale niepokój i walki nieustanne nakoniec i tego olbrzyma złamały.
Powiadano, że zarówno o los kraju, jak o przyszłość syna niepokojąc się, obojga nie wiedział komu powierzyć. Opiekę wreście nad małoletnim Tomaszem zapowiadał zlać na Mikołaja Zebrzydowskiego, który coraz więcej u niego wziętości i zaufania zyskiwał. Energią też i mocą charakteru, a zupełnem oddaniem się Zamojskiemu zasługiwał na nie.
Na jakiś czas ukołysane niechęci przeciwko królowi, odezwały się jako odpowiedź na krzywdę hetmanowi wyrządzoną. Dwór obwiniał Zamojskiego, jego stronnictwo powstało znowu przeciwko Zygmuntowi, rakuszanom i praktykom. Przyłączyli się do niego dyssydenci, których lekceważono i garść wyznawców wschodniego obrządku, która na unię z kościołem rzymskim godzić się nie chciała. Na czele ich stał znakomity rodem, bogactwem i osobistemi przymiotami kniaź Ostrogski. Zamojski znalazł się w ten sposób po stronie różnowierców, chociaż gorliwy katolik i razem z Batorym niegdyś Jezuitów opiekun, których kilka kollegiów założył z nim i akademię wileńską im powierzył.
Teraz stał w imię wolności sumienia i paktów zapewniających ją po stronie królowi nienawistnej, zmuszony po tylu bojach i zwycięztwach toczyć walkę nową, razem ze sprzymierzeńcami, których raczej znosił niż pożądał. Dyssydenci nadawali temu obozowi charakter i barwę, która Zamojskiemu miłą i sympatyczną być nie mogła. Zastępca przyszły jego i spadkobierca Mikołaj Zebrzydowski, wszystko co hetman zamyślał i osnuł rozwijając i posuwając z siłą niepohamowaną i przesadą niebezpieczną, zapowiadał temu obozowi koleje ciężkie i nieprzejednaną walkę.
Zamojski umiał się utrzymać na stanowisku umiarkowanem i pośredniem, Zebrzydowskiemu popędliwość i zuchwalstwo wydawały się dowodem siły. Stary hetman hamować go musiał uśmiechając się i sądząc, że ten zbytek siły w Zebrzydowskim z czasem przyszedłszy do równowagi, wyrobi w nim męża przyszłości, godnego zastępcę po nim.
Pod takiemi wróżbami miał się sejm r. 1603 rozpocząć, na który gotowano się już warcząc i odgrażając się. Zażegnane burze powracały, a król raz je przebywszy szczęśliwie, miał nadzieję, że i teraz spełznie wszystko na pogróżkach.
Bajbuza, którego spoczynek już nużył, powołany listem, rozkazał swojemu dworowi też w podróż na sejm się gotować. Szczypior miał mu towarzyszyć. Wiadomości z Zamościa przybywające zapowiadały, że walka będzie żywą i gorącą.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.