Bajbuza/Tom II/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
< Bajbuza‎ | Tom II
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Bajbuza
Podtytuł Powieść historyczna. Czasy Zygmunta III
Data wydania 1885
Wydawnictwo Spółka wydawnicza księgarzy w Warszawie
Drukarz Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Indeks stron
V.

Nie czekając poranku, zaraz po wyjściu Gubiaty rotmistrz kazał konie siodłać i wozy zaprzęgać. Szło mu o pośpiech, aby się przekonać, czy istotnie groźba zasadzki mogła być przyprowadzoną do skutku. Powrotną więc podróż, zmienioną drogą, odbył Bajbuza w bardzo krótkim czasie, bo konie miał doskonałe, wytrzymałe, a nie żałował ich.
Do Nadstyrza przybył, co mu się nigdy nie trafiało, po nocy. Zbudzony Szczypior wybiegł przestraszony w jednej koszuli, przeczuwając, że pośpiech ten nie był daremny.
W niewielu słowach Bajbuza mu opowiedział o co szło i co zamierzał uczynić. Miejsce na zasadzkę oznaczone odległem było o mil osiem od Nadstyrza. Natychmiast chorąży poszedł ludzi zbierać i gotować na tę wyprawę, której ani celu, ani kierunku nie zwierzał nikomu.
Szło i to, aby się nie wydało przed czasem, i o białym dniu Szczypior już swój oddział lasami prowadził.
W całym tym ruchu, na owe czasy, nie było nic tak nadzwyczajnego; najazdy a wymiary samowolne sprawiedliwości, opanowywania dworów, porywania ludzi, przytrafiały się ciągle. Zborowski tak pochwycił niedawno Tarnowskiego i ograbił.
Mszczono się krzywd dawnych, jeden drugiemu w pomoc przychodził.
Nie było więc dziwu, gdy kto swoich ludzi zażył w ten sposób.
Szczypior do podobnych wycieczek jedynym był człowiekiem. Baczny, ostrożny, prędki a mężny, umiał niespodzianie najść, osaczyć, miał instynkt miejscowości i zręczność starego partyzanta.
Miejscem wskazanem była mała osada w lesie i przy niej gospoda, której w podróży pominąć nie było można.
Przodem wysłano po język człowieka, który nie od strony Nadstyrza, ale z przeciwnej miał nadjechać, aby na miejscu się przekonać, czy zasadzka nie została zmyśloną.
Szczypior z oddziałem czekał na wiadomość nie na gościńcu, ale opodal w lesie. Posłaniec pod wieczór wrócił z uwiadomieniem, że Spytkowa gromada dokoła gospody była rozprószona.
Chorąży więc przybywając późno od lubelskiego traktu miał tu zastąpić Bajbuzę.
Wszystko się jak najskładniej powiodło. Mniemany rotmistrz zajął nieopatrznie niby gospodę, nie stawiąc straży, i natychmiast rozłożył się na spoczynek.
Tymczasem gospodarza i ludzi coby zdradzić mogli powiązano, oddział się rozłożył w szopie i przygotował tak, aby mógł wycieczkę zrobić, a tył zająć napastnikom.
Widziano ich nadciągających pocichu, okalających gospodę, zabierających się do wtargnięcia w nią. Szczypior doskonale przygotowany czekał.
Zdawało mu się nawet, że dowodzącego Spytka widział, który ludzi rozstawiał.
W chwili gdy ciury się rzuciły z okrzykiem na szopę, łamiąc wrota i płoty, dano do nich naprzód tak rzęsistego ognia, iż kilkunastu rannych padło. W tej samej chwili część ludzi ze Szczypiorem wyskoczyła tyłami i osaczyła jeszcze po wystrzale niemogących się opamiętać napastników. Spytek, który blizko stał, natychmiast po danym ogniu w las pierzchnął sam; z ludzi jego, oprócz ranionych, zagarnął w niewolę kilkunastu Szczypior, i w niespełna godzinę wszystko było szczęśliwie skończone. Powiązani jeńce śpiewali o co ich pytano, bojąc się, aby ich nie brano na męki.
Zwycięztwo otrzymane niemal ciężyło Szczypiorowi, bo co miał z jeńcami począć, zrazu sam nie wiedział. Zabierać tych ciurów do Nadstyrza nie zdało mu się potrzebnem, oćwiczonych więc kazał puścić, rannym dał iść gdzie zechcą, spisawszy wszystkich, a jednego tylko, który mógł opowiedzieć więcej, a ranny był mocno, na wóz zabrano.
Wszystko się to odbyło tak szybko i szczęśliwie, że gdy Szczypior powrócił zwycięzko, śmiejąc się i jeńca oddając, rotmistrz ledwie oczom wierzył, iż poszło tak gładko.
Nie było co zresztą ani na Spytku sądownie poszukiwać ukarania za gwałt zamierzony, ani sprawy rozgłaszać przykrej, która i tak się niepotrzebnie musiała po świecie rozejść.
Z rannym ciurą ponieważ się tu obchodzono po ludzku i miano litość nad nim, wszystko więc wypowiedział co tylko znał, a przeklinał Spytka, że się dał wciągnąć.
Rotmistrz o całej sprawie nakazał milczenie, i sam ani już o tem wspominał. Dowiedziała się jednak sąsiadka i opłakała wypadek, którego była przyczyną.
Bajbuza pojechać do niej ani pocieszyć nie mógł, aby do nowych potwarzy nie dać powodu.
Pewnym był zresztą, iż Spytek po próbie tej więcej się już na niego nie porwie. Wyparł się on najuroczyściej współudziału w zasadzce i pojechał sam do królowej Anny skarżyć, że go niegodziwy Bajbuza złośliwie obwiniał dla zohydzenia.
Mówiono o tem przez czas jakiś, ale sejm nadchodził i umysły czem innem zaprzątnięte, nie miały czasu powszedniemi sprawami się zajmować.
Bajbuza nasz, choć się starał sam poskromić i zmusić do spokojnego siedzenia w domu, a wyczekiwania wypadków, choć sobie wmawiał, że żaden obowiązek nigdzie go nie powołuje, złej swej natury zwyciężyć nie mógł. Rwał się duchem precz, w świat, aby o publicznej rzeczy bliższą miał świadomość, a gdyby można, i udział jakiś w pracy około niej.
Stara poczciwa Leszczakowska napróżno go starała się przekonać, że on, żołnierz, gdy wojny niema, powinien spokojnie w domu siedzieć, orać swą grzędę, a panom senatorom zostawić troskę i pieczę o rzeczpospolitę.
— Co to do ciebie należy — mówiła jakby jeszcze do dziecka — czy się tam król JM. z kim kocha lub kłóci? Ty przecie nic nie poradzisz, nie przerobisz, a darmo się mięszać… śmiech.
— Ale, matusiu kochana — prawił Bajbuza — ja mojej natury nie mogę przerobić. Ciągnie mnie tam… Chciałbym o wszystkiem wiedzieć, być, słuchać, no… i słowo rzec czasem, które choć proste, ale poczciwe i szczere, zaważyć może.
Rozumna staruszka śmiała się.
— Mój Iwaś — mówiła — to bałamuctwo, że ci się gwałtem chce być statystą, całe życie zwichnęło. Nielepiejby się ożenić, gospodarzyć, no i w potrzebie na koń siąść, boś do rycerskiego rzemiosła stworzony, ale do tej gadaniny sejmowej!… Do tego są biskupi i senatorowie.
— Niewszystko oni widzą i rozumieją jak my — odpowiedział Bajbuza. — Już niech będzie co chce, a ja sobie na sejm, choć jako arbiter pojadę, nie wytrzymam.
Staruszka, choć ramionami ruszała, nie sprzeciwiała mu się.
Szczypior się tak urządził, że tym razem mógł towarzyszyć rotmistrzowi. A że na Rożka i na Przygodzkiego domu zostawić nie było można, a ksiądz był chory i nazbyt popędliwy, Leszczakowska za stara, musiał rotmistrz uprosić sąsiada, aby mu na dwór miał oko.
Sejm się zapowiadał jako burza okrutna straszny. Po drodze, po gospodach posłowie głośno się odgrażali. Ucieczka Henryka była jeszcze pamiętną, a tu drugi już panujący kraj chciał, jak mówiono, potajemnie opuścić i srom mu uczynić, wzorem Henryka, który także o koronę targi rozpoczynał, frymarcząc nią.
Na króla i królowę gromy zewsząd leciały; opowiadano o nich obojgu wszystko, co zrazić i zniechęcić mogło. Ci, co króla otaczali, w równej byli ohydzie; Zamojskiego stronę wielka popierała większość.
Pytano tylko gdy się królowi dowiedzie, że winien był zdrady kraju, co dalej?
Na to nikt odpowiedzieć nie umiał. Byli tacy, co mruczeli: — Ukarać go nie możecie, tylko upokorzyć i zniechęcić? do czegoż się zdała inkwizycya? Drudzy dowodzili, że zarzuty czynione należało koniecznie udowodnić.
Sejm się zjechał tak już burzliwie usposobiony, że przeciwnicy — regaliści i hetmańscy po ulicach się niemal do boju wyzywali. Zaraz na wjeździe do miasta rotmistrz postrzegł garstkę małą dworzan króla, których poznać było można po tem, że zhiszpańska po niemiecku się nosili, która w głos i jawnie, wyzywająco naśmiewała się z wielkiej gromady nieco podochoconej szlachty.
Tak byli pewni bezkarności, że choć ich tam znajdowało się niewielu, a nasiby ich mogli zgnieść, czuli, że się im nic nie stanie. Miało to swe znaczenie.
Nim do najętego dworku dojechał Bajbuza, także w ulicy spotkał Kalińskiego, który się przy królu teraz znajdował, a że w nim wdzięczność nie wygasła za ów rzędzik ofiarowany niegdyś, a Kaliński w żadną się politykę nie wdawał, przystał zaraz do rotmistrza i towarzyszył mu do mieszkania.
Bajbuza rad był, że języka dostanie. Po drodze ciągle słyszał przeciw królowi głosy; ostrożnie więc zapytał o to kortedziana.
— Co tu u was słychać? Coś pono na króla się strasznie gotują?
Kaliński obojętnie ramionami poruszył.
— Ale to wszystko przebrzmi sobie bez skutku — rzekł. — Szlachta będzie zawodziła i krzyczała, będą inkwirowali, hałasowali, a nasz król na to zważać nie myśli. Ja codzień słyszę, co się o tem mówi u dworu.
Kardynał powiada, że dosyć będzie kilku słów ze strony króla, a zagodzi się wszystko.
Na włos się N. Pan nie da przez to ze swej drogi sprowadzić. Milczy on, oczy spuszcza, rzadko się poruszy, ale gdy co powie i raz się na co waży, z pewnością nie ustąpi.
Zapewnienie to Kalińskiego po tem co słyszał w Zamościu rotmistrz, dziwnem mu się wydało. Ze strony Zamojskiego na tę inkwizycyę rachowano ogromnie, a tu król sobie ją lekceważył?
Miał więc i czuł jakąś siłę za sobą? O tem Kaliński nie wiedział wcale. Lecz tak mało wagi przywiązywał do tego sejmu i rozpraw, że ciągle to o koniach, to o zabawach, to o muzyce coś rozpowiadał.
— Za nieboszczyka Stefana, muzyki ani było posłyszeć — mówił — chyba surmy i kotły. Za teraźniejszego króla nasłuchamy się największych śpiewaków i lutnistów i capelli najdoskonalszych, bo na to on żałować nie będzie.
Mamy już wybornego śpiewaka Adesa, którego pan Kostka królowi ustąpił; Diomedes Kato też do nas przejdzie od niego, jest już włoch Fulvio, ale na tem niekoniec. Król sam gra na klawicymbale i cytrze, a może i śpiewa, ale tylko na chwałę Bożą… złoży się przy dworze capella taka, jakiej u nas nigdy jeszcze nie bywało.
Rotmistrz wąsem pokręcił.
— Byle tylko było o czem wesołe pieśni nucić — wtrącił.
— A dlaczegoż niema być? — odparł Kaliński — wszystko się składa jak niemożna lepiej. Pokój chwała Bogu… byle tylko kozactwo się ustatkowało, ludzie się garną do dworu!
Kaliński mówił to z tak głębokiem przekonaniem, iż rotmistrz ani się myślał z nim sprzeczać. Dziwiło go tylko, jak z dwu stron widziane położenie zupełnie się różnie wydawało. Kto widział lepiej?
W pierwszych dniach po zebraniu się sejmu burza zapowiedziana podniosła się w istocie o wybór marszałka sejmowego, na którego się zgodzić nie umiano. Namiętności jeszcze niezużyte, w całej sile naprzód się tu z całą gwałtownością wylały.
Zamojski, który to piwo znał tak dobrze jak kardynał Radziwiłł, nierad był temu, iż się zbytnio burzy, bo mu siły nie stanie na najważniejszą godzinę. Naostatek jednak zgodzono się na Paca ciwuna witebskiego, którego mało kto znał, a nikt się nie obawiał.
Podkanclerzy Tarnowski, ten sam, którego król przeciwko woli hetmana mianował, bo był pewnym, że mu przypieczętuje co zechce i oszczędzi dopraszania się przyłożenia wielkiej pieczęci przez kanclerza, zabrał głos.
Bajbuza słuchał z wielką uwagą. Ton jego był ten sam, co poczciwego Kalińskiego. Tarnowski zarzuty lekko odpierał, nie nadając im wagi, obiecywał od króla spełnienie przyrzeczeń, tłumaczył opóźnienie, a w końcu zażądał oprawy dla królowej.
Po tej mowie inkwizycyjny sejm zdawał się o sto mil od swego zadania, którego król ani słuchać, ani na seryo brać nie chciał.
Widział go rotmistrz w czasie mowy siedzącego na tronie w postawie dumnej, obojętnego na to, co się wkoło działo, dobywającego niekiedy jajkowatego zegarka, któremu się przypatrywał.
Ani obawy najmniejszej, ani nawet zniecierpliwienia nie widać było na twarzy.
Szlachta i niektórzy senatorowie rozgorączkowani, wszystko wkoło wydawało się na inny ton nastrojone. Król stał wyżej ponad te gwary i niepokoje.
— Jedno z dwojga — pomyślał Bajbuza — albo on taki pewny swego, że tu mu się nic stać nie może, albo doskonały komedyant, ale ani znaku żeby myślał o tem, iż jego majestat o zdradę będą sądzić!
Dnia tego skończyło się, że Zygmunt wyszedł, ani się zmarszczywszy, a zwrócił się od tronu do drzwi takim krokiem, jakby ruszał na przechadzkę.
Następnego dopiero dnia prymas Karnkowski go rozjątrzyć potrafił. Staruszek, Interrex, arcykapłan, pierwszy dostojnik w państwie, mówił sobie w senacie tak, jakby siedział u komina w pałacu swym wśród prałatów.
Zaraz w początku mowy zwrócił się do króla z ojcowskiem upomnieniem.
— „Pamiętaj, królu, na przysięgę twoją, bierz przykład z poprzednika twego Henryka, który że ją złamał, zginął marnie.
„Panujesz ludziom wolnym, władasz szlachcicami zacnie urodzonymi, którym równych niemasz w żadnym narodzie (!). A zaś nie wiesz, iż zacności jesteś większej niż ojciec twój, który, jak mi powiadają, chłopom tylko panuje… Pamiętajże co ów ś. p. król nasz Stefan mówił: Poskromię ja kiedyś tych królików szwedzkich i przepiszę im spokojnego zachowania się warunki“.
Król się zerwał jak piorunem rażony; uwłaczające dla ojca i dla niego wyrazy poruszyły go gniewem, zbliżył się do prymasa z wyrzutami, chociaż starowina Karnkowski ani pojmował, żeby się obrazy miał dopuścić.
— Alem ja — odparł — nie dlatego to mówił, abym majestatowi króla JM. szwedzkiego chciał uwłaczać! ja tego we zwyczaju nie mam. Porównywując z sobą królestwa, musiałem to powiedzieć, proszę abyś mi W. Król. Mość tego za złe nie brał. Ja chcę króla naprawić, ale nie obelżyć.
Posłowie go tłumnie popierać zaczęli, ale owo naprawianie popsuło sprawę. Królowi obelżywem się zdało, aby go kto śmiał chcieć naprawiać!
Wszczęła się wrzawa, zagłuszono staruszka, który z kolei znowu począł się zżymać.
Zwrócił się do posłów, którzy byli najżwawsi.
— Panowie posłowie! hę! co to za rozum wasz? Wniosków jeszcze nie było, a wy już chcecie mówić i sejmować? a cóż tedy znaczyć będzie arcybiskup, senat cały, kiedy go poseł głuszy i mówić im nie daje! Ja tu podobno ze wszystkich waszmościów jestem najstarszy! Lat czterdzieści na dworze królów naszych strawiłem, a nie pamiętam takiego nieładu, jaki tu dziś między posłami panuje!
Przystąpił senat do głosowania… wtem Zamojski się podniósł, a oczy wszystkich na niego. Wstał poważny, chłodny, dumny, i miał postawę pedagoga wśród uczniów. Niejednemu się przypomniał rektor akademii padewskiej.
— Miłościwi panowie! ja tylko z powinności mej przypominam wam przysięgę świętą, że każdy z nas obowiązany jest, cokolwiek szkodliwego dla rzeczypospolitej posłyszy, donosić, zatem co kto słyszał o praktykach rakuzkich, o wyjeździe króla, o frymarkach koroną, pod obowiązkiem sumienia powinien tu wyznać, nic nie tając.
Siadł potem. Król, gdy mówił, ani spojrzał na niego.
Najdłużej prawił co słyszał pan wojewoda trocki, w taki sposób jak prymas, prostodusznie, na obwijanie się nie zmagając.
— U nas po Litwie chodziły już wiadomości nietylko że król miał ustąpić arcyksięciu Ernestowi i wyjeżdżać się zabierał, ale że już ją ustąpił. Powiadano, że w tym celu zaciągi czyniono na Węgrzech, Szlązku i kozaków do Warszawy sprowadzać miano, że Stolica apostolska już to potwierdziła.
Dodał potem, że po ożenieniu króla z austryjaczką, wnet polaków odedworu oddalono, a tym co pozostali, królowa taką niechęć okazywała, iż wytrwać im było trudno; od nikogo z polaków szklanki wody przyjąć nie raczyła, żadna z pań do niej nie uzyskała przystępu, same niemki.
Gdy raz zaszło aż do takich plotek ulicznych, oczywiście obfitość się znalazła zarzutów, z których i król i senatorowie śmiać się musieli.
Inkwizycya schodziła na jakąś zabawkę bez znaczenia i król znowu siedział bardzo spokojny.
Tymczasem był to tylko materyał do inkwizycyi, więc miano-li ją dalej prowadzić, czy dać jej pokój?
Trudno jest dać wiarę temu, ale rozprawy o to, czy ustanowić czy nie inkwizycyę, trwały całe dwa tygodnie.
Kaliński w doskonałym humorze codzień przychodził.
— At! — mówił — czas upływa, niema nic i nic nie będzie, nie stanie czasu na inkwizycyę. Umyślnie się to tak przeciąga, a potem… bywajcie zdrowi! Król się pożegna i co postanowi, to będzie.
Bajbuza biorący do serca wszystko, pobiegł z tem do hetmana.
— Panie hetmanie — rzekł — mnie się zda, że przeciwna strona rachuje na to marnotrawstwo czasu.
— A my mu zapobiedz nie możemy — rzekł hetman. — Być może, iż oni się chytrze tak obliczyli, że nas znużą, że my się wyczerpiemy. Szlachty już dużo ucieka, inni ziewają, gorącość pierwszych dni uszła. Tak u nas zawsze!
Po długiem, długiem milczeniu, gdy już wszyscy byli zmęczeni dostatecznie, jednego dnia król głos zabrał.
Trzeba przyznać, iż mowa ta, czy on ją sam, czy Tarnowski lub Radziwiłł układał, była rozumna, umiarkowana, i gdyby nie to rozdrażnienie, aby koniecznie inkwizycyę uczynić, a króla na ławę oskarżonych posadzić, mogła w istocie doprowadzić do porozumienia. Król na wszystko się zgadzał, czego od niego wymagano.
Zatem zerwały się głosy za i przeciw, a Zebrzydowski i hetmanowe stronnictwo parło koniecznie do inkwizycyi.
Zygmunt po pierwszej swej mowie, na której skutek wiele liczył, gdy się przekonał, że ta jeszcze nie była dostateczną, poparł ją drugą.
Wstyd mu było obwinionemu być przywiedzionym do tego, aby jego własne sługi (bo tego się domagano) przeciwko niemu świadectwo wydawały.
Ze wzruszeniem, z przejęciem powtórzył swe obietnice, zobowiązania i w końcu rozpaczliwie prawie dołożył.
— Czegoż więcej żądać możecie? jeżeli nie dopełnię warunków, przez to samo odpadam od korony.
Ale i tego już niedosyć było.
Król widocznie rozdrażniony w tej chwili może, gdyby był mógł, rzuciłby tę koronę cierniową z głowy.
Prymasowi żal się zrobiło go, nakłaniał do zgody. Można było poprzestać na oświadczeniu króla uroczystem.
I byłby sejm przystał, ale Zamojski nie mógł odejść nie dopiąwszy celu, nie pomściwszy się. Wystąpił on o inkwizycyę ostro i kwaśno, szorstko zwrócił się do króla.
— „Prosimy abyś W. Król. Mość dalej z nami szczerze szedł, bośmy członkami rzeczypospolitej, ale nie własnością W. Król. Mości“.
Tu hetman rozwiódłszy się obszernie nad położeniem, nad naturą obwinień, zażądał aby pisma i dowody zdrady króla roztrząsano, osądzono i ich autentyczność wypróbowano.
Cel był dopięty.
Przed narodem, przed światem hetman pokładał własnoręczne pismo króla do arcyksięcia Ernesta.
Hetman kazał czytać artykuły obwinienia na zjeździe Jędrzejowskim uchwalone. Oprócz tego mógł świadczyć o praktykach Leśniowolski, przytomny tu, który był posyłany z listami, jeździł w poselstwach…
Położenie króla było straszliwe, stał pod pręgierzem, pod którym go nielitościwy hetman postawił. Nie mógł i nie śmiał się zapierać, nie chciał przyznać — milczał. To dumne milczenie pańskie było jedynym ratunkiem.
Ktoś z bardzo niezręcznych obrońców podsunął, iż pisma były sfałszowane, że jakiś pisarek w kancellaryi podrobił. Wymieniono go po imieniu, kazano pochwycić i uwięzić w Działdowie, dano go na męki, ale się do niczego nie przyznał.
Czytano list jakiegoś szweda, który zapowiadał, że Zygmunt na żaden sposób w Polsce pozostać nie może.
I dwór i szlachta i cały sejm, który był nieco ostygł, znowu się rozgorączkował.
Zamojski się skarżył, że niemcy królewscy i jego gwardye, niejaki Reder dowódzca i ciury napadali na posłów; rzucono się raz nawet na hetmana.
Szlachta wołała, aby król precz niemców odprawił. Z tego wszystkiego wynikł zamęt, wrzawa, pogróżki i rozdrażnienie ostateczne.
Po inkwizycyi należało iść dalej, coś postanowić, zamknąć ją. Zamojski się wstrzymywał od wniosku, a inni sami nie wiedzieli, czego żądać mieli.
Rotmistrz każdego dnia wychodził z tych posiedzeń jak z łaźni.
W końcu przed sobą sam wyznawał, że toku sprawy nie rozumiał.
Ile razy mu taka trudność nierozwikłana stawała na drodze, szedł do hetmana. Po tych gorszących odkryciach, których czytanie Ćwiklińskiego urbi et orbi, objawiło, prostoduszny Bajbuza sądził, że chyba król się nie utrzyma na tronie, że hetman pójdzie dalej.
Tymczasem znalazł Zamojskiego spokojnym, obojętnym i prawie chłodnym. Własna jego gorączka z tą zimną krwią hetmana pogodzić się nie mogła.
Przypadł z naglącem zapytaniem.
— Panie hetmanie, cóż to z tego wszystkiego wyrośnie? co dalej?
— Nic — odparł Zamojski z powagą. — Uczyniliśmy do ostatecznej granicy co było można i godziło się; król wie, że go oszczędzać nie będziemy, że podwójnej polityki prowadzić u nas nie może. Ma doskonałą naukę, czyż niedosyć? Daliśmy go pod sąd ogółu, dowiedliśmy, że nie gołemi słowy, ale pismami i faktami obudził w nas niewiarę.
Teraz wreście gotowiśmy jego oświadczeniami się zaspokoić, bo sami czuwać będziemy. Cośmy żądali, to otrzymaliśmy.
Senatorowie nazajutrz występując w roli rozjemców, zwrócili się do posłów, aby sobie spokojnie do domów jechali, a na nich zdali resztę.
Więc wrzawa znowu; posłowie praw swych wspólnego z senatorami naradzania się i stanowienia nie chcieli ustąpić.
Nakoniec wspólnie nic nie postanowiwszy, rozjeżdżać się zaczęto, bo termin upływał.
Ostatniego dnia rotmistrz chodząc po dworku pytał się sam siebie po co tu przybył? i z czem powróci…
— Słuchaj Szczypior, wiesz ty cośmy na podróży na sejm wygrali, bo ja nie! — odezwał się rotmistrz.
— Ja? ja wiem — rozśmiał się chorąży. — Koń nam zdechł jeden, drugi okaleczał. Ukradziono nam roztruchan, rozdarto kobierczyk, jam nie dospał i nie dojadł… ot, i po wszystkiem.
— To pewna, że ja też mądrzejszy ztąd nie powrócę — dodał Bajbuza.
— Nieszczęśliwa to namiętność — westchnął po chwili namysłu — chcieć koniecznie rerum cognoscere causas!
— A co, rotmistrzu? pakowaćby się do Nadstyrza?
— Jak chcesz.
Nadciągnął Kaliński.
— Nie mówiłem — zawołał od progu — wszyscy się rozjeżdżają. Sejm się rozlazł, a jeżeli myślicie, że król na włos zmieni co wprzódy postanowił, to go nie znacie. Ani jednego niemca nie odprawi, to pewna, a zechce jechać do Szwecyi, to pojedzie, i gdyby z austryakiem podobało mu się układać, tyle tylko że kogo innego wybierze za posła.
Pan Zamojski! pan Zamojski! prawda że nadokuczał królowi, ale nasz pan gdy zechce być głuchym, umie i zmilczeć potrafi, a swoje zrobi.
Gdy go hetman zmartwi, kardynał pocieszy, naostatek uklękną z ks. Bernardem, zmówią pacierze i ani znaku!
Nazajutrz Bajbuza wyruszył do domu, ale zły i poprzysięgając sobie, że spraw publicznych więcej ani będzie się starać wyrozumiewać, ani się mięszać do nich.
— Zawołają na wojnę! pójdę, a te sejmy!
Ręką rzucił i nie dokończył.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.